bia-la
07.06.11, 13:58
Jesteśmy razem 1,5 roku i taki obrazek. Wyjazd z dwiema koleżankami, jedną z nich mój partner adoruje, ja czuję się jakby ignorowana, inaczej traktowana niż zwykle, czuję pewien chłód – wiem, że to trudno wytłumaczyć, opisać, że mieści się w zakresie odczuć, ale chcę spróbować. Ocenicie i tak na podstawie faktów. On zna ją od kilku lat, kiedyś próbowali być razem, nie wyszło (raczej ona nie chciała), bardzo ją lubi, chodzimy razem np. na spektakle (on, jeśli zaprasza, funduje jej nawet drogie bilety). Jest kobietą może niezbyt atrakcyjną, ale świetną kumpelą, z poczuciem humoru, błyskotliwą, z dużą wiedzą, o wszystkim można porozmawiać, taką z którą tylko konie kraść… Bardzo komunikatywna – więc inni na nią żywo reagują, szukają z nią kontaktu, sama ją lubię… No i moje szczęście także ulega jej wpływowi, co się czuje, zagaduje do niej, robi zdjęcia itd., nawet nie chodzi o „ilość” tego kontaktu, ale o rodzaj, natężenie, gotowość – większą niż w stos. do mnie. A ja, z moją niezbyt wysoką samooceną nawet nie próbuję z nią konkurować: introwertyczka, często w swoim świecie, niewiele właściwie do powiedzenia – domyślacie się, co czułam.
Najpierw – przecierpiam;) mówię sobie: tak, na tym polegają sprawdziany w związku, wytrwam to, będę ponad to, pozostanę sobą, na pewno mnie przecież kocha itd. Ale ponieważ kiedyś ustaliliśmy, że mówimy sobie o „wszystkim”, to myślę sobie: niech wie co czuję i mówię mu o tym spokojnie, na drugi dzień, w formie: jest mi z tym źle, to takie nagłe, zimny kubeł na głowę, nie wiem co się dzieje, nie tak było wcześniej. Nie z pretensjami, ale on jednak to tak odbiera, broni się atakując (pretensje do mnie za coś innego, niezwiązanego z tą sytuacją). Ok. w końcu chyba rozumie, że mówię mu o odczuciach, a nie, żeby coś wymóc, żeby się lepiej poznać. Może źle że w ogóle mu o tym powiedziałam? Ale powiedziałam. Może powinnam była już na początku zerwać tę znajomość (coś przeczuwałam od samego początku)? Ciągle mogę to zrobić. I może to jest teraz wyjście. Najbardziej chyba mnie zabolało, że jak już o tym dłużej porozmawialiśmy (przyznaję, że trochę popłynęłam w spazmy, naprawdę bardzo mnie bolało), to zamiast mnie po prostu przytulić (no bo czego kobieta oczekuje w takiej sytuacji, no czego!? Każdy to wie…), zapewnić, że mnie tak kocha, że jestem jedyna, że to nieważne itd., itp., to on się cały czas bronił… zachowywał jakbym go atakowała, krytykowała. Powiedziałam mu o tym, że broni się ten kto jest winny, odrzekł: albo atakowany…