losowylogin
09.06.11, 00:05
bo już brak mi pomysłów. A historia pewnie tak powtarzalna że aż boli. I aż się nie chce pisać...
Małżeństwo z kilkunastoletnim stażem. Nie przenoszone z liceum więc nie siłą inercji, nie ponaglane ciążą - wydawałoby się że z niezłym kapitałem na przyszłość.
Oboje z kompleksami i z rodzinnymi pogmatwanymi problemami z młodości, obecnie dzieci, wspólne zobowiązania finansowe i na szczęście dobra sytuacja finansowa.
W sypialni nigdy nie było szczególnie gorąco - ona akceptująca ten stan rzeczy, jemu chyba to kolidowało z temperamentem ale najpierw łudził się, że to się z czasem zmieni. Mija kilkanaście lat, po drodze kryzys sztuk dwie - jego romanse jako tak naprawdę katalizatory - decyzja o terapii małżeńskiej, pożar zażegnany - i co dalej?
Jak doprowadzić do dogrania tych, jednak chyba nie przystających do siebie temperamentów? Ileż lat można czekać na inicjatywę żony w łóżku albo chociaż na namiętną reakcję na jego zaloty? Ileż pikantnych smsów ma wysłać on żeby doczekać się odzewu innego niż (zapewne) pokrycie rumieńcem i brak odpowiedzi?
Ile rozmów o tym, że trzeba się wreszcie ze sobą zacząć otwarcie komunikować trzeba odbyć zanim straci się ostatecznie nadzieję, że coś się w końcu zmieni? Jak bardzo otwartym trzeba być, żeby w końcu się przebić z komunikatem?