kutuzow
25.10.11, 16:27
Gorąco polecam art w ostatnich Wysokich, który w piękny sposób nazwiązuje do wielu popularnych dyskusji na tym forum (o dojrzałości, związkach, itp). Jest nawet nawiązanie do sprawy DSK (zachowania jego żony Anne Sinclair)
www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,114757,10507131,Dorosli_jak_dzieci.html?as=1&startsz=x
Poniżej zaś kilka cytatów na zachętę:
"Idealizacja i dewaluacja to kolejne, mniej niedojrzałe mechanizmy. 40-letnia mężatka mówi: 'Chyba poznałam mężczyznę mojego życia. Nie myślałam, że jeszcze spotkam kogoś, z kim czułabym się tak wyjątkowo. Teraz widzę, jaki ten mój mąż nieciekawy, nie rozmawia ze mną, najwyżej coś odmruczy. Jak ja mogłam z nim tak długo wytrzymać!'. Ta kobieta idealizuje kogoś, kogo zna od dwóch miesięcy, i jednocześnie dewaluuje męża, z którym jest od kilkunastu lat, kto na wielu etapach życiowych był dla niej bardzo ważny, a kiedyś była w nim bardzo zakochana. Niekoniecznie musi być niedojrzałe to, że rozważa odejście, tylko że decyzję opiera na nieadekwatnej wizji rzeczywistości, co grozi bolesnymi rozczarowaniami."
"Zgłasza się do psychoterapeuty kobieta, której mąż właśnie powiedział, że już jej nie kocha, jest w związku z inną i chce się wyprowadzić. I że to przesądzone. Psychoterapeuta pyta: 'A jak to było przedtem?'. Ona odpowiada: 'Zawsze było świetnie między nami!'. 'Dopiero teraz pani się dowiedziała, że mąż nie chce z panią być? Przedtem nie było żadnych sygnałów?'
'Absolutnie! Dlatego tu jestem'. Od słowa do słowa okazuje się, że od roku już nie spali w jednym łóżku, że mąż często wychodził wieczorami, że dwa lata temu powiedział, że zastanawia się nad swoim życiem, bo nie do końca jest tak, jak by chciał, że na drugie dziecko nie jest zdecydowany. Ta pani podaje takie fakty i jednocześnie mówi: 'Wszystko było dobrze, byliśmy świetnym małżeństwem'. Widziała zmiany w zachowaniu męża, ale wyparciu podlegały siła i znaczenie tych zmian. Na przykład mówiła sobie: 'On jest przemęczony, to pewnie kryzys wieku średniego, już kiedyś się trochę oddaliliśmy, a potem wszystko wróciło do normy'. W ten sposób uchroniła się przed nieprzyjemnymi emocjami, natomiast zaprzepaściła szansę przeciwdziałania rozpadowi związku."
osobiście bardzo mi się podobała definicja dojrzałej zależności w związku:
"A dojrzała zależność?
Dwie niezależne i odrębne osoby spotykają się i stają się dla siebie ważne. Mogą bez siebie żyć, nie umrą, jak się rozstaną, ale decydują się na tę czy inną wzajemną relację, bo chcą być od siebie zależne i sobie potrzebne. Coś cennego chcą od siebie dostać i sobie dać. Łatwo opisać, trudniej wprowadzić w czyn"
Na koniec zaś coś co przewija się w wielu wątkach (szczególnie pod nazwą "niedojrzały facet" -czyli taki który nie chce tego samego co jego dojrzała z definicji partnerka):
Czy niedojrzałych dorosłych jest coraz więcej?
Wiem, mówi się, że ludzie później dojrzewają, że społeczeństwo jest infantylne, ale być może te zmiany mają charakter fasadowy. Kiedyś kryteria dojrzałości społecznej były jasne. Wiadomo było, że człowiek dorosły ma stabilną pracę z gwarancją ubezpieczenia i świadczeń emerytalnych, że chodzi do pracy codziennie, że stworzył stabilną rodzinę heteroseksualną, ma dzieci, a jeżeli nie ma - to nie dlatego, że nie chce. Jeżeli ktoś w określonym wieku nie spełniał tych kryteriów, to można było powiedzieć, że jest niedojrzały. Teraz rzeczywistość społeczna i ekonomiczna jest inna. Ludzie często zmieniają pracę, czasem zawód. Są tacy, którzy pracują intensywnie przez trzy miesiące, a później przez dziewięć podróżują. Nie da się automatycznie zakwalifikować ich jako emocjonalnie niedojrzałych. A w związkach? Wiele osób wybiera życie samodzielne albo w parze nieformalnej, para może być homoseksualna, można nie chcieć mieć dzieci - to już nie świadczy o niedojrzałości.
Mówi się, że ludzie nie potrafią już tworzyć długich związków, przezwyciężać razem trudności. Szybko się zniechęcają, wchodzą w nowe relacje. To nie brak dojrzałości?
Nie wiem, czy to ma związek z dojrzałością jednostek, czy to raczej kwestia kulturowa. Kiedyś rozwód był tragedią, trudno było go uzyskać. Dlatego raczej rozwodów nie było, tylko się miało kochankę albo kochanka, albo trwało w wyniszczającym zgorzknieniu. I to nieprawda, że ludzie się nie odsuwali od siebie. Pełno było związków martwych, pełnych uraz. Teraz na rozwód jest społeczne przyzwolenie, przeprowadzić go nietrudno, więc ludzie z tego chętnie korzystają. W kategoriach rozwoju emocjonalnego równie niedojrzałe może być łatwe zrywanie, jak i uporczywe trwanie.
Na poziomie psychologicznym tej zmiany tak naprawdę nie ma?
Nie wiem, w czym ona miałaby się przejawiać. W tym, że ludzie później się wiążą? Żyjemy dłużej. Jeszcze nie tak dawno średnia długość życia to było jakieś pięćdziesiąt kilka lat. Jeśli ludzie pobierali się około dwudziestki, to raptem byli ze sobą trzydzieści kilka lat. Dzisiaj żyją po siedemdziesiąt parę lat, a kobiety dłużej. Jeśli związaliby się ze sobą w wieku lat 20, to mają w perspektywie 60 wspólnych lat małżeństwa. Nic dziwnego, że im się nie śpieszy."