kinia.balowa
10.04.12, 23:03
Pisze to ku przestrodze – dla obu płci. Otóż u nas sexu już nie będzie. Zapytacie dlaczego? No to posłuchajcie.
Lat razem 12, w małżeństwie 10. Zbliżamy się z wolna do 40, dwoje zaplanowanych i kochanych dzieci. Zarabiamy porównywalnie, całkiem nieźle, i w miarę równo dzielimy obowiązki domowe. Wiec gdzie tkwi haczyk? Otóż mój mąż kłoci się ze mną bez przerwy i na każdy temat, najlepiej jak najbardziej nieistotny. Kłóci się jadowicie, uderzając poniżej pasa, celnie trafiając tam, gdzie najbardziej można zranić, coraz częściej i coraz zjadliwej. Kiedy kłótnie się zaczęły - po jakiś 4 – 5 latach razem początkowo trwały godzinę , dwie raz na kilka miesięcy. Teraz w godzinach można liczyć czas, kiedy mój mąż się nie wydziera się na mnie, nie syczy albo nie warczy. Unikam przebywania w jego obecności, nie odzywam się w ogóle, ale pretekst do awantury zawsze się znajdzie, zwłaszcza gdy stracę czujność, tak jak wczoraj. Wieczorem, porządkując zabawki dzieci mowie – sama do siebie – o, nie ma zielonego klocka. Nie zielonego, tylko okrągłego – odpowiada mój mąż. Ponieważ ok. kilku godzin było normalnie, daje się podpuścić i zamiast wyjść z pokoju zgadzam się z nim: Tak, ten zielony chyba jest okrągły. I zaczyna się jazda. Z gęby wykrzywionej nienawiścią płynie warkot przechodzący we wrzask: jesteś kompletnie nielogiczna, nie potrafisz się wypowiedzieć, to nieważne ze ten klocek jest zielony, WAZNE JEST TO, ZE JEST OKRAGLY!!!!!!!!!!!
Drze się dalej, w czasie gdy ja opuszczam pomieszczenie.
I tak na każdym kroku. Jeśli idę do pracy gdy dziecko jest chore, jestem wyrodna matka. Jesli nie idę, mam w dupie finanse rodziny i narażam się na zwolnienie. Jeśli wycieram dziecku głowę po kąpieli, to źle, bo dziecko tego nie lubi. Susze suszarka – źle – bo dziecko tego nie lubi. Zabieram z mokra głową do pokoju – jestem wyrodna matka, bo narażam na zaziębienie. I tak codziennie, bez przerwy – w wyjątkiem przerw na fochy i obrazy, które niestety trwają coraz rzadziej, bo zauważył, ze jestem zadowolona, gdy się obrazi i nie odzywa.
Każde wakacje wypełnione były awanturami, aż przestałam z nim na wakacje jeździć. Każda próba wyciągnięcia go z domu, nawet na rozrywki które lubi, to powód do awantur, ale pobyt w domu to syczenie, ze nigdzie nie chodzimy.
Zbrzydł mi tak kompletnie, ze aż się wzdrygam z obrzydzenia gdy podczas krótkich chwil spokoju próbuje mnie przytulić, a myśl o sexie z nim przyprawia mnie o mdłości – choć do niedawna sex uwielbiałam nawet bardziej niż on.
Jak nie będzie sexu to znajdzie sobie kochankę, powiecie. No mam nadzieje! A najlepiej, żeby do niej odszedł, dam mu rozwód bez oporu, natychmiast. Dlaczego sama nie odejdę? Dojrzewam do tego, ale mam podstawy by się spodziewać, ze będzie robił wszystko, by zamienić moje życie w piekło, już teraz próbuje (nieskutecznie, póki co) szczuć na mnie dzieci. O gdyby znalazł sobie kogoś i poszedł w cholerę, byłabym najszczęśliwsza kobieta na ziemi.
Co najzabawniejsze, on sam nie widzi w swoim zachowaniu żadnego problemu, nigdy nie przeprasza i uważa się za świetnego męża baby, której się w doopie poprzewracało.
Czy nie widziały gały, co brały? Gały widzialy, ze bywa kłótliwy i agresywny, ale ze mnie przez pierwsze lata nosił na rekach i ze mną nie kłócił się w ogóle, to myślałam w swej naiwności, ze jestem wyróżniona i ze z najbliższą osoba się kłócić nie będzie. Wiem, wiem. Teraz jestem mądrzejsza.
Wiec następnym razem, zanim się pokłócicie, przypomnijcie sobie ten post. A może macie rachunek sumienia do zrobienia?