patryk.rozgwiazda
12.06.12, 10:37
Witam wszystkich, czytuje forum od czasu do czasu.
Sam kiedys pisalem tutaj, ale pod innym nickiem. Zalozylem nowe konto, potrzebuje sie chyba wyzalic, nie mam pomyslu jak wyjsc z zakletego kregu.
Mam 36 lat, chociaz wygladam mlodziej. Kilka lat temu zona odeszla ode mnie, rozwalajac mi w miare poukladane i spokojne zycie. Szczegoly juz sobie daruje, bo wyszlaby ksiazka. Bardzo zle to przeszedlem, utrata zaufania, totalny zawod, rozdzielenie z corka - koszmar.
Gdy juz zaczalem myslec, a czasu mialem wiele, wyciagnalem wnioski, przemyslalem wszystko, odpowiedzialem sobie na pytania czego chce i jak to ma wygladac. Podjalem decyzje ze chociaz bedzie ciezko, postaram sie utrzymac mieszkanie, bardzo duzo czasu poswiecam najwspanialszej corce na swiecie, mam swoje pasje, grono znajomych. Nawet w miare poukladalem stosunki z ex, mimo jej poczatkowej checi "zniszczenia mnie" chociaz pojecia nie mam czemu.
I to trwa juz, i trwa. A ja nie moge wyrwac sie z tego kregu tak naprawde samotnosci w tlumie.
Codziennie trasa praca - dom. Wiecznie te same twarze. Znajomi - ci sami od lat, sparowani, szczesliwi lub samotni, ale ci sami. Wychodzimy do knajpy - w swoim gronie, albo spotykamy sie u kogos w domu. Rower - sam. Z corka podobnie. Albo w domu, na placu zabaw, basen, rower, dzialka...
I mimo ze zawsze slysze ze jestem atrakcyjny, nieglupi, bystry, mam poukladane w glowie, mieszkam w Warszawie wiec ciezko znalezc wieksze miasto u nas, to jednak nie wychodzi.
A przeciez jak kazdy chcialbym kogos znalezc, byc szczesliwy, i dzielic to swoje zycie z kims. Przyznam, nie za bardzo jestem typem podrywacza, ale daleko mi od milczka siedzacego w kacie. W gronie znajomych uchodze za wygadanego i zabawnego. Nie zaszywam sie w domu, nie buduje niewidzialnych barier. Zawsze jestem szczery i nie ukrywam prawdy o sobie.
I ostatnio chyba coraz bardziej boje sie ze skoncze sam i mam ochote zamknac sie w muszli, z drugiej strony bronie sie przed tym, bo wiem ze to zla droga. Wiem, ze z wiekiem jest ciezej, ale ja naprawde jestem gotowy wpuscic KOGOS do mojego zycia. Nie umiem sie wyrwac z tego kregu. Podejmowalem oczywiscie proby, jak na razie, co widac, nieudane.
I gdzie te samotne kobiety marzace o poznaniu poukladanego faceta? jak do nich dotrzec. Czy zdrowe wartosci juz dawno poszly w zapomnienie? Wiernosc, szczerosc, bliskosc, przyjazn juz malo kogo interesuje? Brak mi pomyslow, a chcialbym miec jeszcze szczesliwe zycie, chcialbym zeby moja corka widziala ze jestem szczesliwy bo przeciez i ja to uszczesliwi.
Gdybym spotkal premiera, klasycznie zapytalbym go "jak zyc?"