czteryzywioly
24.11.12, 19:53
Dużo tu mądrych ludzi, takich z wiedzą i doświadczeniem życiowym, więc może coś mi podpowiecie.
Jak w temacie...Nigdy nie chciałam być dominującą osobą w związku, wyszłam za mąż za starszego faceta, który pracuje w szeroko pojętych służbach. Myślałam, że wychodzę za mąż za faceta odpowiedzialnego, wartościowego, mającego pasje i cele w życiu. Takiego, który wie, co go w życiu kręci i co nadaje mu rytm.
Niedawno minęła 4 rocznica naszego ślubu i okazuje się, że mojego męża kręcą....ciepłe kapcie. Samo bycie domatorem w moim odczuciu nie jest złe, ale mojego męża interesuje życie, w którym nie będzie musiał myśleć, wychodzić z inicjatywą i specjalnie brać na siebie odpowiedzialności. Pracę też na taką by chciał zmienić. Zapytałam go któregoś dnia, dlaczego na żonę wybrał mnie. W odpowiedzi padło m.in. zdanie: Bo chciałem mieć żonę, która ułoży mi życie i będzie mnie w nim prowadzić.
Możecie mi wierzyć lub nie, ale ja nie mam na to czasu ani ochoty. Nigdy nie miałam potrzeby kontrolowania go. Był inny przed ślubem. Było jeszcze kilka podobnych rozmów, tłumaczeń...
Mąż pomaga mi w domu, zajmuje się chętnie naszym dzieckiem, ale zawsze czeka na rozkaz lub pozwolenie. Panie mężu teraz trzeba zrobić to i to. A mąż zadowolony, że może sprawić przyjemność małżonce. Takie zachowanie męża sprawia mi przykrość. Nie dosyć, że absolutnie z każdym problemem jestem sama, to jeszcze wszystkiego trzeba potem przypilnować. Próbowałam zostawiać mu problemy na głowie, ale jest zwolennikiem zamiatania ich pod dywan. Sposób w jaki mi komunikuje to, co dzieje się w jego życiu jest następujący: czy mogę za godzinę iść na basen? Szlag mnie trafia...I siadam i mu mówię: cieszę się, że szanujesz nasz wspólnie spędzony czas i to, że mogłam zrobić jakieś plany na wieczór, ale wolałabym, żebyś mówił do mnie: za godzinę idę na basen i nie pytał mnie czy możesz. Jest bardzo wiele sytuacji, w których mąż mnie pyta czy może coś zrobić, a ja już tracę nadzieję, że on kiedyś to zmieni.
Siadło łóżko totalnie. W ogóle nie widzę w nim mężczyzny, w jego ramionach nie jest bezpiecznie, a oczy strach zamknąć. Ciągle popełnia te same błędy w łóżku, już przestałam zwracać uwagę na nie. Kiedyś jeszcze mu tłumaczyłam, ale spokojnie i delikatnie, że tego nie lubię, a tu trzeba tak i tak. Ehhh...jestem zmęczona. Do niedawna byłam wysokolibidową kobietą, ale nie taką w słowach, co to może 5 razy dziennie. Ja mogłam 5 razy dziennie przed ślubem i po, w ciąży i miesiąc po porodzie. Pewnego dnia usiadłam i szczerze pomodliłam się o to, żeby już nie chcieć. Nie na złość, nie z przekory, nie żeby komuś coś pokazać. Nie chciałam, bo nie radziłam sobie z codziennością. Wszędzie widziałam tylko seks, każdy mijany przeze mnie człowiek był zbadany pod kątem swojej seksualności, zastanawiałam się czy dzisiaj był seks, czy nie, a może wczoraj.
Nie wiem, co dalej zrobić, nie wiem, co będzie. Ale dzisiaj nie żyję swoim życiem.
Czasem zaczynam myśleć o życiu z innym facetem. Chcę, żeby ktoś się mną opiekował, a ja chcę się o kogoś troszczyć. Ale nie w takich dysproporcjach, jak matka troszczy się o dziecko. Chcę być dla swojego mężczyzny kobietą, słabszą istotą, która przy nim może być bezbronna. Patrzę na ten serdeczny palec i jak byk jest dłuższy. Męski mózg? Ile z tego prawdy?
Może mój mąż poznał się na mnie lepiej niż ja sama. Może jego intuicja dobrze mu podpowiada, że ja będę filarem jego życia? To chyba trochę na forum psychologia, ale mam nadzieję, że nie przeniosą...