nie wiem ile jeszcze dam radę.....

02.12.12, 07:09
Kiedyś jako nastolatek myślalem że jeśli dziewczyna nie prześpi się z chłopakiem w ciągu max 6 miesięcy, to nie warto. tkwić w takim związku.... większośc była krótsza.... 3 miesiące.... i choć z częścią nie spałem, to zdarzyło mi się też iść do łózka na pierwszej randce... łóżka..... czasem to był zbędny mebel...... Aż spotkałem, jak mi się wydawało - tę jedyną. Piękna, inteligentna, mądra życiowo.... żeby się z nią przespać czekałem 6 lat.... nie łaziłem na boki. starałem się zrozumieć że tak ją wychowano, że kwestia wiary, że chce, ale boi się ciąży. że nie chce brać tabletek przed urodzeniem dziecka, że chciałaby iść do ślubu jako dziewica.... poszła..... teraz pięc lat po i z dwójką dzieci (wspaniałych) jestes sfrustrowanym wrakiem faceta.... kocham ją, a w szczególności dzieciaki nad życie.... nie chce rozpadu małzeństwa ale takie życie mnie wyniszcza.... nie zdradziłem jek ale moje neurony w części mózgu odpowiedzialen za popęd dostają szału już na sam widok atrakcyjnej dziewczyny w spodniczce czy legginsach... wcale nie musi byc wyzywająco ubrana..... próbuję rozmawiać... ona wie że nie jestem szczęśliwy ale nic z tym nie robi. zawsze jest zmeczona, albo glowa, ząb lub cholera wie co jeszcze ja boli, albo śpi jak przychodzę i wmawia mi że za dlugo się kąpałem i nie dotrwała.... czy na prawdę już tylko porno albo burdel mi zostają. nie wiem jak dlugo jeszcze tak pociągnę....
    • marek.zak1 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 02.12.12, 08:45
      To nie jest kolego kwestia seksu. Milionowy przypadek, w którym kobieta rządzi, a jak rządzi, to faceta lekceważy i olewa. Gdyby tak nie było, seks byłby nawet dla świętego spokoju w domu, jak twierdzi 80 % mężatek w niedawno opublikowanym artykule. Przegrałeś walke o dominacjję w zwiążku i teraz musisz żebrać.
      • tomaszysko1980 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 02.12.12, 09:05
        skoro taktwierdzisz.... choć nie sądzę....
        • hello-kitty2 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 02.12.12, 11:24
          A ile tego seksu jest teraz, tak srednio?
          • tomaszysko1980 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 02.12.12, 13:59
            hello-kitty2 napisała:

            > A ile tego seksu jest teraz, tak srednio?



            ostatnio "coś" było jakieś dwa miesiace temu... i tak to jest... raz na miesiąc, dwa..... po porodzie mieliśmy 7 miesiecy przerwy.... oczywiście wczasie ciąży też nic.....
            • hello-kitty2 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 02.12.12, 14:27
              tomaszysko1980 napisał:

              > ostatnio "coś" było jakieś dwa miesiace temu... i tak to jest... raz na miesią
              > c, dwa..... po porodzie mieliśmy 7 miesiecy przerwy.... oczywiście wczasie ci
              > ąży też nic.....

              6 lat czekania przed slubem, po slubie w ciagu 5 lat dwojka dzieci, dalej cienko. Wyglada na to, ze seks malzonka uprawia tylko w celu prokreacji.

              Masz do wyboru: albo starac sie o kolejne dziecko albo realizowac swoje potrzeby na boku, bo jak piszesz z malzenstwa rezygnowac nie chcesz.
              • tomaszysko1980 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 02.12.12, 14:35
                na boku.... czasem łatwiej powiedzieć niż zrobić.... prostytutki mnie nie kręcą... w ogole seks za kasę mnie nie kręci... więc chyba tylko inna mężatka wchodzi w grę... dla uniknięcia zbędnych wyznań i komplikacji... ;) może kiedyś na taką trafię.... i możewtedy faktycznie się skuszę?
        • lippy100 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 14.01.13, 13:39
          tomaszysko1980 napisał:

          > skoro taktwierdzisz.... choć nie sądzę....

          Mnie też wydaje się, że to nie tak. A antykoncepcja ? Czy ona po prostu nie boi się kolejnej ciąży ?
      • aandzia43 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 02.12.12, 20:34
        > To nie jest kolego kwestia seksu. Milionowy przypadek, w którym kobieta rządzi,
        > a jak rządzi, to faceta lekceważy i olewa. Gdyby tak nie było, seks byłby

        Hhmmm... Nie jestem doprawdy pewna, czy w moim domu rządzi mąż (bo mam niejasne odczucie, że jednak ja), ale seksu mamy sporo i to mocno udanego. No tak, tak... ale to nie jest seks dla świętego spokoju ;-) Inna jakość seksu, inne reguły, inne rejony rzeczywistości. Jak miło, że mnie one przypadły w udziale ;-)
    • loppe Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 02.12.12, 14:45
      Zgadzam się tutaj z Markiem. Już sam tytuł wiele mówi. Kobieta kastrująca, modliszka.
      • loppe Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 04.12.12, 12:25
        ps. spod jakiego znaku Zodiaku jest Partnerka?
        • kutuzow Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 05.12.12, 14:58
          loppe napisał:

          > ps. spod jakiego znaku Zodiaku jest Partnerka?

          Loppe, Proszę, ja rozumiem że wątek jest tak kosmicznie nierealny, że aż śmierdzi trolingiem (nie wierze ze w XXI wieku są jeszcze tacy naiwni ludzie), ale nie chcesz chyba polewać go jeszcze astrologią. Nie wierzysz chyba że to ma jakikolwiek związek ze znakiem zodiaku.
          Jeśli jednak dopatrujesz się takich związków, to wyjaśnij od razu nam proszę czy wg Ciebie 1/12 wszystkich ludzi na ziemi ma też takie problemy (skoro są takiego samego dowolnego znaku o jaki pytasz).
          • loppe Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 05.12.12, 15:08
            Wydaje mi się że zdecydowana większość par z tych samych znaków ma podobne problemy. Mówimy tu o wyraźnej prawidłowości, a nie o oczywistości potewierdzającej się za każdym razem. Ponieważ Planety to jeszcze nie wszystko co działa na parę... Rozumiemy się.
            ps. chyba nie 1/12, kombinacji znaków jest chyba więcej niż znaków?

            Pozdrawiam
    • bcde Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 02.12.12, 17:13
      Aż spotkałem, jak mi się wydawało - tę jedyną. Piękna, inteligentna
      > , mądra życiowo.... żeby się z nią przespać czekałem 6 lat.... nie łaziłem n
      > a boki. starałem się zrozumieć że tak ją wychowano, że kwestia wiary, że chce,
      > ale boi się ciąży. że nie chce brać tabletek przed urodzeniem dziecka, że chcia
      > łaby iść do ślubu jako dziewica.... poszła.....

      Pachnie ściemą. Nie wierzę, że czekałeś 6 lat na przespanie się z nią i nie wierzę, że pierwszy raz bzyknąłeś ją dopiero po ślubie. Ale jeśli to prawda, to masz tak samo zryty beret jak ona i w pełni zasłużyłeś sobie na to co masz.
      • tomaszysko1980 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 02.12.12, 17:36
        bcde napisał:

        > Aż spotkałem, jak mi się wydawało - tę jedyną. Piękna, inteligentna
        > > , mądra życiowo.... żeby się z nią przespać czekałem 6 lat.... nie łaziłe
        > m n
        > > a boki. starałem się zrozumieć że tak ją wychowano, że kwestia wiary, że
        > chce,
        > > ale boi się ciąży. że nie chce brać tabletek przed urodzeniem dziecka, że
        > chcia
        > > łaby iść do ślubu jako dziewica.... poszła.....
        >
        > Pachnie ściemą. Nie wierzę, że czekałeś 6 lat na przespanie się z nią i nie wie
        > rzę, że pierwszy raz bzyknąłeś ją dopiero po ślubie. Ale jeśli to prawda, to ma
        > sz tak samo zryty beret jak ona i w pełni zasłużyłeś sobie na to co masz.



        nie musisz wierzyć. poczytaj sobie inne wpisy forumowiczów ile sa w stanie wytrzymac bez seksu. jesli kogos kochasz, to potrafisz znieśc wiele. z tym ze czasem nawet anielska cierpliwosć się kończy....
        pisanie że mam zryty beret i zaśluguję na coś a na coś nie raczej źle o Tobie świadczy. jeżeli dla ciebie miłośc jest równoznaczna tylko z seksem to również on w Twoim wykonaniu jest pewnie raczej mechaniczny i niewiele ma wspólnego z dawaniem przyjemnosci a jedynie braniem. szkoda mi Twoich partnerek w takim razie. powodzenia.
        • gomory Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 02.12.12, 19:24
          Faktycznie bcde piszac, ze masz zryty beret wrazliwoscia sie nie wykazal.
          Ale racje mial ;).
          Zakladajac, ze historia nie jest zmyslona to przeciez sam sobie zalozyles te petle. Laska przed slubem erotyczna nie byla, to trzeba miec duzo optymizmu i wiary w swoj czar, ze sie ja rozrusza. Mozesz miec pretensje tylko do siebie i nikogo wiecej.
          Jak widzisz magnetycznego erotyzmu w Tobie nie ma tyle, zebys zone podniecil. Optymizm tez straciles skoro chcesz dymac na boku. Czyli nie zostalo Ci nic.
          Straszysz dziwkami - ale nie pojdziesz do burdelu bo to zbyt zepsute.
          Ruszysz w miasto na mezatki i malolatki ;). Jasssne, wszystkie juz rwa majty przez glowe i w kolejke sie ustawiaja. Jeszcze Ci pomoga Twoje moralne dylematy rozwiewac.
          Otrzasnij sie. Bo chyba ostatnio za duzo sie naogladales napalonych mezatek z roszerzeniem JPG ;).
          Odpowiadajac na Twoje pytanie - 6 lat wytrzymales z siusiaczkiem na supel to i nastepne iles tam wytrzymasz.
          • aandzia43 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 02.12.12, 20:26
            I ja się zgadzam z Alfabetycznym, choć przaśnym słowem pojechał. 6 lat? czekania na seks! I to pisze facet, który już pożycie seksualne miał, więc ani z niego pasztet, ani nieudacznik. O ile facet nie jest trollem, co też przyszło mi do głowy, bo trudno mi sobie wyobrazić podobną naiwność i głupotę ze strony mężczyzny. Zasadnicze pytanie: na co liczyłeś czekając te 6 lat? Dziewczyna nie daje ci przez 6 lat, a ty masz jakąś horrendalną nadzieję, że jak już dosłużysz się swego, to ona wdzięczna i kochająca da ci z ochotą i podwójnym orgazmem przynajmniej 3 razy w tygodni? Przykro mi - zbyt mądry chyba nie jesteś. I proszę, nie wyjeżdżaj mi tu z "miłością prawdziwą, co tylko ją w stanie zrozumieć i czuć jesteś, a jak ktoś ma inne zdanie, to znaczy, że kochać nie potrafi". Masz dokładnie, co do milimetra, to, co sobie wypracowałeś. I skoro żyłeś mirażem i złudą tyle lat bez seksu, a potem z byle jakim seksem, to żyć tak będziesz dalej do końca swych dni - ten typ tak ma.
            • tomaszysko1980 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 04.12.12, 00:03
              wiesz, może cię to zdziwi ale ona wychowywała sie w mocno katolickiej i tzw porzadnej rodzinie. ja zreszta tez obracalem sie w podobnych kręgach. Uwierz mi. nie byliśmy jedyną parą ktorą znam, która z pełnum wspołżyciem czekała do ślubu.... innym jakoś to nie zrujnowało życia intymnego.....
              • hello-kitty2 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 04.12.12, 10:24
                tomaszysko1980 napisał:

                > wiesz, może cię to zdziwi ale ona wychowywała sie w mocno katolickiej i tzw por
                > zadnej rodzinie. ja zreszta tez obracalem sie w podobnych kręgach. Uwierz mi. n
                > ie byliśmy jedyną parą ktorą znam, która z pełnum wspołżyciem czekała do ślubu.
                > ... innym jakoś to nie zrujnowało życia intymnego.....

                Rozumiem, ze teraz sami macie mocno katolicka i tzw. porzadna rodzine. Jako Katolik szukasz kochanki? Nie gryzie Ci sie to z wartosciami Twojego kosciola? A moze zwroc sie o pomoc do jakis struktur chrzescijanskich?
              • aandzia43 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 05.12.12, 14:38
                omaszysko1980 napisał:

                > wiesz, może cię to zdziwi ale ona wychowywała sie w mocno katolickiej i tzw por
                > zadnej rodzinie. ja zreszta tez obracalem sie w podobnych kręgach

                A dlaczego ma mnie to dziwić? Z Księżyca się nie urwałam, żyję tu, gdzie żyję i domyślam się, z jakich jesteście kręgów. Ale co to zmienia? Że komuś tam (a jesteś pewien?) sześcioletnie powstrzymywanie się od pełnej inicjacji seksualnej nie zrujnowało pożycia intymnego to jeszcze nie dowód na to, że to takie całkiem zdrowe zachowanie. Rozumiem, że religia, zasady, priorytety itd., ale to nadal nic nie zmienia - masz priorytety, to przyjmij do wiadomości, że coś za coś. Moim priorytetem (abstrahując od religii) jest otaczanie się zwierzakami i pomoc potrzebującym sierściuchom i nie narzekam, że za to, co wydaję na nie mogłabym kupić sobie w ciągu roku kilka par wypierdowych butów z górnej półki. Moja decyzja, moje życie po tej decyzji.
                Panny ortodoksyjnie chowane poza tym, że obsesyjnie pilnują tego skrawka błony mają bardzo często (choć oczywiści nie zawsze) dupościsk również na poziomie emocji. Wybierając z zacnego grona przykościelnych dziewic należy poważnie brać pod uwagę takie ryzyko. Czy kiedy dochodziło między wami do pieszczot przed ślubem wyglądała na mocno podnieconą i usatysfakcjonowaną? Czy może robiła to tylko przez wzgląd na ciebie i twoje potrzeby? Pozastanawiaj się trochę nad historią waszej miłości na poziomie erotycznym i seksualnym, może coś mądrego przyjdzie ci do głowy.
              • anna.b.elle Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 05.12.12, 23:11
                Zakładając, że Twoja żona nie jest wyrafinowaną jędzą, przyczyny jej oziębłości seksualnej mogą być różne:
                - jej cały świat to dzieci, na nie przelała swoją miłość i Ty nie jesteś jej już potrzebny
                - z przyczyn hormonalnych jej libido spadło do zera (choć w tym przypadku zgodziłaby się pewnie na seks dla świętego spokoju)
                - jest zmęczona codziennymi obowiązkami i nie ma już sił na amory
                - boi się kolejnej ciąży, a religia zabrania jej stosowania antykoncepcji
                Jeśli szczera rozmowa nie pomoże, zawsze można udać się do seksuologa, który od tego jest, żeby pomóc rozwiązać łóżkowe problemy
              • po-trafie Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 15.01.13, 13:22
                > ... innym jakoś to nie zrujnowało życia intymnego.....

                Bo moze u "innych" obie strony sa jak twoja zona: seks satysfakcjonuje jesli jest raz na pare miesiecy, a poza tym obu stronom wystarczy spanie kolo siebie, dzieci, milosc platoniczna, przytulanie i calusy?
                Skad pomysl, ze inne pary czekajace do slubu w wiekszosci maja pozniej intensywny i czesty seks? Szczegolnie, jesli sa na tyle katolickie, zeby wierzyc jedynie w naturalna antykoncepcje?
              • s-n-a-f-u Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 05.02.13, 23:19
                tomaszysko1980 napisał:
                > ... innym jakoś to nie zrujnowało życia intymnego.....

                Skąd wiesz? Z opowiadań tych innych? Nie musisz w nie wierzyć, mało kto przyzna Ci się do tego, że ma nieudane życie seksualne.
    • strach.na.wroble Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 02.12.12, 19:45
      tomaszysko1980 napisał:

      > czy na prawdę
      > już tylko porno albo burdel mi zostają. nie wiem jak dlugo jeszcze tak poci
      > ągnę....

      Zostaje ci tylko porno. Z tonu twoich wypowiedzi wnioskuję, że na burdel jesteś ewidentnie zbyt tchórzliwy. Nie przełamiesz się.

      Co do tego jak długo wytrzymasz, to ja znam odpowiedź. Wytrzymasz tak długo, jak będziesz musiał. Nie jesteś typem kontrolującym sytuację, sprawiasz wrażenie kluczącego i wycofanego nieudacznika, który czeka na pierwszy ruch kobiety jak kania na deszcz. Na statystyczną przedstawicielkę płci pięknej tacy panowie działają, że tak ujmę, wymiotnie.
      Podpowiem ci też, że na twoim miejscu lepiej bym nie korzystał, nawet jak ci się trafi.
      Za twoimi drzwiami czai się groźny i prawdziwy świat, który może cię zdrowo wyruchać jeśli schylisz się po mydło w niewłaściwym miejscu :) Mówię to z troski, nie ze złośliwości.

      BTW, ten moment twojej historii kiedy najpierw przechodzisz przez masę związków i ruchasz sobie dla zabawy na pierwszych randkach, a potem czekasz 6 lat w celibacie do ślubu w jakimś chorym układzie wzruszył mnie najbardziej. Prędzej uwierzę w lądowanie marsjan na moim podwórzu.
      • gomory Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 02.12.12, 20:00
        > Zostaje ci tylko porno. Z tonu twoich wypowiedzi wnioskuję, że na burdel jesteś
        > ewidentnie zbyt tchórzliwy. Nie przełamiesz się.

        W czasach dzentelmenow potrafiacych opisac kobiete bez uzycia rak, mawialo sie, ze ktos ma silny kregoslup moralny.
      • gomory Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 02.12.12, 20:10
        > sprawiasz wrażenie kluczącego i wycofanego nieudacznika, który czeka na pierwszy ruch kobiety jak kania na deszcz.

        Kania czeka na dżdż, nie na deszcz ;).
        Jeszcze raz przeczytalem Twojego posta, bo byl tak wstrzasajacy. Kufffaaa stary tak nie mozna... To bylo megadolujace. Jakbym cos takiego przeczytal to rozjebalbym swinke-skarbonke wlasnym dzieciom zeby wyrwac kasiore. Popedzil do najpodlejszego burdelu. Wybral najstarsza, najgrubsza i najbrzydsza dziwe na koncu zmiany, zeby jej walnac patelnie z mysla jaki moge byc palestynski kozak! Jestes okrutniakiem co nie pudruje.
        • strach.na.wroble Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 02.12.12, 22:24
          gomory napisał:

          > Jestes okrutniakiem co nie pudruje.

          No tak, przecież się nie przedstawiłem. Wybacz, to karygodny brak kultury z mojej strony.
          Niniejszym naprawiam swój błąd.
          www.youtube.com/watch?v=_3kzcEUCiKQ
          No dobrze. Pożartowaliśmy, pośmialiśmy się towarzysze, a teraz poważniej.
          Pomijając kwestię tego, czy nasz drogi autor jest trollem czy nie, zastanówmy się bardziej nad samą sprawą.
          Zaprezentowany punkt widzenia świata przez autora wątku jest klasycznym przykładem oszukiwania samego siebie, działaniem człowieka znajdującego się w pułapce. Uruchamianie rozmaitych mechanizmów obronnych czy tworzenie fantastycznych wizji świata nie sprzyja logicznemu myśleniu i dochodzeniu do prawdy.
          Jeżeli chcemy poszukiwać rozwiązania jakiegoś problemu, to musimy założyć również i to, że nie z każdej sytuacji istnieje wyjście, które można by nazwać optymistycznym i konstruktywnym.

          Przykładowo, człowiek dowiadujący się o zaawansowanej, nieuleczalnej chorobie, która niechybnie doprowadzi go do szybkiego zgonu. Co byś zaproponował ? Modlitwę, medytację, cudowne lekarstwa, oddanie się w ręce "nowoczesnej medycyny" ?
          Być może poświęcenie pozostałego czasu na coś konstruktywnego ? Umrzeć przy brzmieniu pięknej muzyki, wśród pląsających kurtyzan ? Cieszyć się tym co zostało ?
          A może uważasz, że w zasadzie wybór ( jaki by nie był ) i tak nie ma sensu, bo przecież i tak wkrótce delikwenta zabierze ciemność, która jest wieczna i nieubłagana ?

          Cóż za paskudna wizja.
          No tak, ale na szczęście nas to nie dotyczy.
          Błąd.
          Nie ma chyba lepszej alegorii życia ludzkiego, niż przykład, który podałem. Tylko w tym wypadku choroba trwa nieco dłużej :)

          Otóż, dla mnie różnica co się wybiera jest. I chcę wskazać, że lepiej dokonywać wyborów na zimno, mając przed oczami realne możliwości, znając ich konsekwencje i mając na uwadze zagrożenia. Przede wszystkim nie oszukując samego siebie.

          Autor, o ile jest prawdziwą osobą, w tej sytuacji życiowej i z tą konstytucją psychiczną, która przebija z jego postów, ma bardzo wąskie pole manewru, niezależnie od tego, w którą stronę by nie obracać kota ogonem, jak to się bardzo często na tym forum czyni.
          Ja podpowiem - jest jeszcze jedna droga, najtrudniejsza, ale pomocna.
          Kiedy wszystkie za i przeciw wskazują w sposób oczywisty, że wyjścia brak, trzeba zrobić jedno. Pogodzić się z tym.
      • kag73 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 03.12.12, 12:30
        Przychodza mi do glowy dwie rzeczy. Po pierwsze moze nie chciec isc do burdelu, bo nie chce placic za seks, wbrew pozorom bywaja tacy mezcyzni (kobiety zreszta tez, sama do nich naleze). Druga rzecz to, ze przez 6 lat nie doszlo do stosunku seksualnego nie znaczy nie bylo nic. Niektorzy ludzie zwykli nazywac seksem TYLKO penetracje. Tym czasem mogl byc oral(moze tylko ona jemu, moze tez on jej), pieszczenie reka i inne kwiatki, facet swoje orgazmy mial ale sie nazywa, ze ona dziewica i seksu nie bylo. Dla mnie seks inny niz penetracja to rowniez seks i tutaj trzeba dostrzec roznice.
        Potem bylo robienie dzieci, czyli penetracja byla, teraz znow posucha, moze nie ma nawet tych innych form seksu, dlatego facet sie uskarza i ma problem.
        Co z tym zrobic? Hmm...nie wiem, zalezy od priorytetow i okolicznosci.
        • tomaszysko1980 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 04.12.12, 00:00
          hm... przed slubem owe "inne formy" owszem były. przede wszystkim petting, itp. teraz nie ma nic. nie chodzi tylko o brak penetracji... proszę cię....
    • potwor_z_piccadilly Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 02.12.12, 22:12
      U Ciebie tomaszysko, widzę nałożenie się dwóch powodów Twojej porażki.
      Raczej jeden widzę, a drugiego się domyślam.
      Widzę.
      - Ty przed ślubem byłeś rezerwowym. Nie powiem że byłeś nieważny. Powiem że ta twoja intelektualistka mierzyła wyżej (widocznie bezskutecznie), bo choć wiedziała że jesteś Ty, to nie była pewna czy Ty jesteś na tyle reformowalny, zdolny i chętny, by intelektualnie podciągnąć się do jej poziomu. To tłumaczy jej uniki co do jakiegokowiek przedślubnego bara bara. Ona nie była pewna swojego wyboru, bo gdyby była, to mimo zachowania w nienaruszonym stanie błony dziewiczej, znaleźlibyście/znalazłaby satysfakcjonujące Was (głównie Ciebie) formy zastępcze.
      Domyślam się.
      Zawiodła się. Pobraliście się, tyle że, ona grała swoimi klockami, ty swoimi, a raczej, Ty w nic nie grałeś. Ty pozostałeś takim, jakim Cię Pan Bóg stworzył, czytaj że poszedłeś linią (niestety) większości ludzi niereformowalnych, nie uczących się na błędach swoich i cudzych, takich, co to im gadać jak do słupa, a słup stoi jak d... , no i efekt dziś Ci wiadomy.
      Rady ?
      Tylko takie, byś przemyślał to co napisałem, to raz, a dwa, to byś wiedział, że "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło". Ale to już Twoja broszka, czy będziesz zdolny do zreformowania siebie, do pracy nad sobą i czy starczy Ci cierpliwości, bo to długa droga.
      Jeszcze jedno.
      Tylko mi nie pisz o przysięgach, zasadach, powinnościach małżeńskich i że Ci się należy boś przecież taki dobry, kochający mąż.
      No i piosenka.
      Tu różnice już w przedbiegach wszystko przekreśliły.
      www.youtube.com/watch?v=VHE5ldNguHE
      Kto wie czy, Ty nie masz predyspozycji do tego by nie być tak tępy i odpowiedzieć pani.
      Czego Ci życzę i

      pozdrawiam.


    • stary.dziadyga Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 03.12.12, 11:57
      czy na prawdę
      > już tylko porno albo burdel mi zostają. nie wiem jak dlugo jeszcze tak poci
      > ągnę....

      No nie tylko, przecież tu całe grono niedpieszczonych, liczyłeś że się z którąś dogadasz?
      Kolejny, który przyszedł tu szukać seksu, choć udaje że porady.

      Powinien byc jakiś wątek przyszpilony na górze, gdzie ludzie moga bez ściemy się umawiać od razu na seks, żeby oszczędzić nam takich żenujących teatrzyków.
      • tomaszysko1980 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 04.12.12, 00:04
        bez komentarza...... przemyśl toraz jeszcze......
    • gk-63 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 03.12.12, 19:23
      czy żona pracuje,dzieci uczęszczają do przedszkola?,spędzacie czas sami?macie opiekunkę by razem gdzieś wyjść?Jak wygląda wasze życie z pominięciem seksu?co robicie razem?
      • stary.dziadyga Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 04.12.12, 09:40
        A Ty przeczytaj swoje wypowiedzi:

        "na boku.... czasem łatwiej powiedzieć niż zrobić.... prostytutki mnie nie kręcą... w ogole seks za kasę mnie nie kręci... więc chyba tylko inna mężatka wchodzi w grę... dla uniknięcia zbędnych wyznań i komplikacji... ;) może kiedyś na taką trafię.... i możewtedy faktycznie się skuszę?"

        i

        "mało. ale chodziło mi raczej o to że w romans, jako związek długoterminowy, wikłamy sie chyba z reguły jeśli gasną nasze uczucia do partnera. w końcuą kochance też trzeba poświecać wiecej czasu, często takie osoby zapewniają się
        o uczuciach itd... tak myśle bo w żaden romans się jeszcze nigdy nie uwikłałem... a ty?"

        I najlepsze z Twojego drugiego wątku:

        "podaj skype to ci wyluszczę... "

        :))))) Nigga please...

        • kutuzow "podaj skype to ci wyluszczę... " 05.12.12, 15:16
          stary.dziadyga napisała:

          > I najlepsze z Twojego drugiego wątku:
          >
          > "podaj skype to ci wyluszczę... "
          >
          > :))))) Nigga please...
          >


          taaa, jak Skype to najlepiej z kamerką od razu ;-)

          BTW: Zawsze bawiła mnie hipokryzja która często idzie w parze z zachowaniem ludzi będących pod mocnym wpływem zasad KK. Moje ulubione zachowanie, które często obserwowałem wśród znajomych to takie:
          - możemy mieszkać razem i się bzykać przed ślubem, ale w razie wpadki bierzemy szybko ślub zanim będzie brzuch widać, bo co ludzie powiedzą. Jak widać owoc sexu to grzech, jak nie widać to grzechu nie ma ;-)

          Co do autora, rozbawiło mnie jego podejście:
          - możemy żyć przed ślubem w czystości, bo to oznaka miłości przez wielkie M, ale w związku ten sam brak seksu jakoś jest inaczej traktowany. Gdzie teraz jest cała ta pogadanka o Wielkiej Miłosić?
          Chyba będąc Katolikiem zna się najpopularniejsze nauki dot. seksu* (jest celem głównie prokreacji itp), więc jeśli się nie planuje 10-ciorga dzieciaków, to żyjąc zgodnie z naukami KK nie liczy się chyba na jakieś rozpasanie erotyczne. Jak dla mnie to albo rybki albo akwarium (albo w coś wierze i się tego trzymam, albo nie).

          * pomijam te bardziej postępowe nauki bo to kropla w morzu
          -
      • stary.dziadyga Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 04.12.12, 09:41
        To było do załoyciela wątku, źle się podpiełam
    • molecule Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 04.12.12, 15:50
      tomaszysko1980 napisał:
      >próbuję ro
      > zmawiać... ona wie że nie jestem szczęśliwy ale nic z tym nie robi. zawsze jest
      > zmeczona, albo glowa, ząb lub cholera wie co jeszcze ja boli, albo śpi jak prz
      > ychodzę i wmawia mi że za dlugo się kąpałem i nie dotrwała....

      Jak dla mnie, nie ma nic gorszego niż proszenie o seks.
      Ty Tomaszysko, bierzesz żonę na litość. Jak ona ma wykrzesać w sobie pożądanie?
      W jakiś sposób zmuszasz ją do działania, a wiadomo, że wtedy człowiekowi jeszcze bardziej się nie chce.
      Skoro żona miga się od seksu, to najwyraźniej jej nie pociągasz.
      Czym ona się kierowała przed ślubem, to chyba tylko ona sama najlepiej wie.
      Mogę Ci tylko powiedzieć, jak było w moim przypadku.
      Otóż też unikałam zbliżeń. Przed ślubem wyznawane wartości były dobrą wymówką.
      Mój wtedy jeszcze partner był porządnym człowiekiem. Widziałam go jako dobry materiał na męża, ale jako facet mało na mnie działał. Trochę taki sentymentalny i z mocnym kręgosłupem moralnym. Godził się na wszystko, co mu powiedziałam, lub ewentualnie się obrażał. Często też wzbudzał we mnie poczucie winy.
      Poza tym, jeszcze zanim go poznałam, byłam zakochana w pewnym chłopaku. Był dla mnie kimś niedostępnym, kimś kto zawsze stawiał na swoim, przez co też bardzo atrakcyjnym dla mnie. W porównaniu z poprzednikiem, obecny tracił na swym uroku.
      Potem seks z moim już mężem był tylko obowiązkiem małżeńskim.
      Zmiana nastąpiła dopiero wówczas, gdy mąż się zakochał w innej i mnie zdradził.
      Musiałam wtedy zawalczyć o niego, bo co jak co, ale nie chciałam sobie odebrać porządnego wszakże człowieka. Miałam także świadomość, że niestety zawaliłam sprawę.
      Mąż stał się dla mnie także bardziej pociągający. Nabrał jakby pewności siebie. Nie był już taką ciumą skamlącą o chwilę uwagi. Również zadbał o swój wizerunek.
      Oj, ciężko było go odzyskać, ale się udało. Na plus było to, że przecież w końcu wcześniej był we mnie zakochany...

      Może wyciągniesz z mojej historii jakieś wnioski dla siebie.
      • bcde Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 04.12.12, 16:08
        > Mogę Ci tylko powiedzieć, jak było w moim przypadku.
        > Otóż też unikałam zbliżeń. Przed ślubem wyznawane wartości były dobrą wymówką.
        > Mój wtedy jeszcze partner był porządnym człowiekiem. Widziałam go jako dobry ma
        > teriał na męża, ale jako facet mało na mnie działał. Trochę taki sentymentalny
        > i z mocnym kręgosłupem moralnym. Godził się na wszystko, co mu powiedziałam, lu
        > b ewentualnie się obrażał. Często też wzbudzał we mnie poczucie winy.
        > Poza tym, jeszcze zanim go poznałam, byłam zakochana w pewnym chłopaku. Był dla
        > mnie kimś niedostępnym, kimś kto zawsze stawiał na swoim, przez co też bardzo
        > atrakcyjnym dla mnie. W porównaniu z poprzednikiem, obecny tracił na swym uroku.
        > Potem seks z moim już mężem był tylko obowiązkiem małżeńskim.
        > Zmiana nastąpiła dopiero wówczas, gdy mąż się zakochał w innej i mnie zdradził.
        > Musiałam wtedy zawalczyć o niego, bo co jak co, ale nie chciałam sobie odebrać
        > porządnego wszakże człowieka.

        Jesteś podła.
        • gomory Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 04.12.12, 18:17
          > Jesteś podła.

          W ktorym momencie? Bo prawde mowiac ja jakiejs wielkiej podlosci nigdzie nie dostrzegam.
          • bcde Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 05.12.12, 01:07
            Od początku go nie kochała, a jednak zawłaszczyła jego życie i mu je spieprzyła, m.in. unikając zbliżeń.
            • molecule Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 05.12.12, 09:27
              bcde napisał:

              > Od początku go nie kochała, a jednak zawłaszczyła jego życie i mu je spieprzyła
              > , m.in. unikając zbliżeń.

              Owszem, moje zachowanie może wydawać Ci się podłe.
              Postaram się jednak coś wytłumaczyć.
              Kiedy poznałam mojego przyszłego męża, zgodziłam się na "chodzenie" z nim. Nie wiedziałam co z tego wyniknie. Widziałam w nim porządnego chłopaka, ale fakt, nie byłam w nim zakochana. Chciałam zobaczyć co z tego będzie. Liczyłam, że z czasem pojawi się jakieś głębsze uczucie. On zaczął być zaborczy, brał mnie na litość... Mówił, że jeśli ze mną by mu nie wyszło, wówczas straci jakąkolwiek nadzieję na związek z dziewczyną. W ten sposób obarczył mnie odpowiedzialnością za swoje dalsze życie.
              Jako młoda dziewczyna nie wiedziałam jak się z tego uwolnić.
              Nie chciałam, żeby przeze mnie cierpiał. Wydawało mi się, że podołam temu zadaniu i dam mu to, co ode mnie oczekiwał.
              Trudno jednak jest się zmusić do miłości.
              Szanowałam go, ale za Boga nie potrafiłam się w nim zakochać, ani tym bardziej wzbudzić w sobie do niego pożądania.
              Gdyby nie naciskał, nie nalegał... gdyby potrafił żyć własnym życiem i nie wzbudzał we mnie poczucia winy, prawdopodobnie było by inaczej...
              Zresztą, po wielu latach, po jego zdradzie, sytuacja się odmieniła.
              Napisałam swoją historię po to, by dać przykład jak działa mechanizm brania na litość.

              Dziś jestem już inną kobietą, świadomą swoich uczuć i wiedzą jak radzić sobie z pewnymi problemami.
              • strach.na.wroble Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 05.12.12, 16:56
                Ciekawa historia.
                Co zatem spowodowało, że poczułaś tak silną motywację do ratowania relacji, która od samego początku była nietrafiona i w zasadzie wymuszona przez biorącego cię na litość małżonka ?
                Dla mnie to się nie trzyma kupy, wybacz.
                Facet wisi na tobie jak małpiątko przy cycku matki, jest nieatrakcyjny, nudny, nie wzbudza pożądania, a kiedy wreszcie przestaje być ciężarem, ty nagle rzucasz się by go odzyskać ?
                • hello-kitty2 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 05.12.12, 17:21
                  strach.na.wroble napisał(a):

                  > Ciekawa historia.
                  > Co zatem spowodowało, że poczułaś tak silną motywację do ratowania relacji, któ
                  > ra od samego początku była nietrafiona i w zasadzie wymuszona przez biorącego c
                  > ię na litość małżonka ?
                  > Dla mnie to się nie trzyma kupy, wybacz.
                  > Facet wisi na tobie jak małpiątko przy cycku matki, jest nieatrakcyjny, nudny,
                  > nie wzbudza pożądania, a kiedy wreszcie przestaje być ciężarem, ty nagle rzucas
                  > z się by go odzyskać ?

                  Dla mnie tez niewiarygodne to dzisiejsze zadowolenie. Malo tego powiedzialabym, ze spieprzone zycie (autorki) przez bezsensowne zwiazanie sie z kims, kogo sie nawet nie pozadalo, nie mowiac nawet o uczuciu. Mialabym poczucie, ze mnie wiele ominelo. Lepiej wielokrotnie startowac by zdobyc pierwsze miejsce, niz dobrowolnie uplasowac sie w pierwszym wyscigu na ostatnim.
                  • molecule Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 05.12.12, 18:41
                    strach.na.wroble napisał(a):
                    >
                    > > Ciekawa historia.
                    > > Co zatem spowodowało, że poczułaś tak silną motywację do ratowania relacj
                    > i, któ
                    > > ra od samego początku była nietrafiona i w zasadzie wymuszona przez biorą
                    > cego c
                    > > ię na litość małżonka ?
                    > > Dla mnie to się nie trzyma kupy, wybacz.
                    > > Facet wisi na tobie jak małpiątko przy cycku matki, jest nieatrakcyjny, n
                    > udny,
                    > > nie wzbudza pożądania, a kiedy wreszcie przestaje być ciężarem, ty nagle
                    > rzucas
                    > > z się by go odzyskać ?

                    Facet był przystojny i jak już pisałam był porządnym człowiekiem. Stracił na atrakcyjności przez swoją zaborczość i naciski.
                    Gdy wplątał się w romans, to swoją kochankę traktował luźno. Niczego od niej nie oczekiwał. Po prostu była. Pozwolił sobie z nią na swobodę, humor i zabawę. Przy mnie się spinał, bo mu zbyt bardzo zależało, przez to był postrzegany jako sztywniak.
                    Potem sprawa się wydała.
                    Przeprowadziliśmy wiele rozmów.
                    On zrozumiał jaki popełniał błąd i co sprawiło, że tamta dziewczyna zaczęła za nim szaleć.
                    Na domiar tego, sytuacja się odwróciła. Kiedy tamta poczuła, że go traci, zastosowała tę samą taktykę nacisków i wzbudzania poczucia winy. To go zbyt bardzo obciążało i marzył by się uwolnić z tego układu.
                    Zawsze ceniłam jego inteligencję. Było o kogo walczyć. Wspólnie spędzone lata również nas od siebie uzależniły.
                    Jego zachowanie zmieniło się na plus. Zobaczyłam w nim innego człowieka.


                    hello_kitty2 napisała:

                    > Dla mnie tez niewiarygodne to dzisiejsze zadowolenie. Malo tego powiedzialabym,
                    > ze spieprzone zycie (autorki) przez bezsensowne zwiazanie sie z kims, kogo sie
                    > nawet nie pozadalo, nie mowiac nawet o uczuciu. Mialabym poczucie, ze mnie wie
                    > le ominelo. Lepiej wielokrotnie startowac by zdobyc pierwsze miejsce, niz dobro
                    > wolnie uplasowac sie w pierwszym wyscigu na ostatnim.


                    Przez długi czas męczyła mnie myśl, że coś mnie omija. Potraktowałam to jako formę poświęcenia, ale przyznaję, że byłam spragniona prawdziwego pożądania...

                    Dzisiaj mogę być zadowolona, bo w końcu jest tak, jak być powinno.
                    Zero zmuszania, zero działania na litość...
                    Czy czuję się jakbym wygrała w ostatnim wyścigu?
                    Absolutnie nie.
                    Czuję jakbym wygrała ze wszystkimi i wszystkim, łącznie z samą sobą.
                    • strach.na.wroble Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 05.12.12, 22:43
                      Grunt to dobre samopoczucie.
                      A człowiek któremu złamałaś kręgosłup moralny, to jak sądzisz, ma poczucie zwycięstwa w życiu czy może nieszczególnie ? Szczególnie ciekawe czy ma poczucie zwycięstwa nad samym sobą, tak jak ty.

                      Osobne zagadnienie: coś sprawia, że jedne kobiety wychodzące za mąż z wygody, zadowolenia z układu itd. w obliczu zdrady nieatrakcyjnego do tej pory partnera panikują i zaczynają szaleńczo o niego zabiegać, a drugie wykorzystują sytuację i wyplątują się z relacji, starając się spaść tak miękko na cztery łapy jak to tylko możliwe.

                      Stawiam, że tym co różni jedne od drugich jest w 9 na 10 przypadków "wartość dodana" związku. Powiedzenie głosi, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.
                      Wizja utraty tego co dobre i dostatnie może tak bardzo namieszać człowiekowi w głowie, że to co nudne nagle staje się atrakcyjne, a to co było przez lata brzydkim zaczyna mienić się zdumiewającym i cudownie odmienionym pięknem. Pecunia non olet.

                      Rzeczywiście, mózg człowieka jest zdumiewającym organem. Szczególnie relatywność jego ocen i osądów. Tak postrzegamy bliźniego, jak nam aktualnie najwygodniej.
                      • zyg_zyg_zyg Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 06.12.12, 11:35
                        > Stawiam, że tym co różni jedne od drugich jest w 9 na 10 przypadków "wartość do
                        > dana" związku. Powiedzenie głosi, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o
                        > pieniądze.

                        Tylko nie stawiaj przypadkiem całej miesięcznej pensji, bo nie będziesz miał za co choinki kupić.

                        A z drugiej strony to zadziwiające, że tylu słów potrzebowałeś, by napisać"jesteś kurwą".
                        • strach.na.wroble Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 06.12.12, 12:38
                          Nonsens, nic podobnego nie napisałem.
                          Z resztą, twoje emocjonalne epitety są zupełnie bezzasadne.
                          Czymże jest małżeństwo, jeśli nie aktem wymiany seksu za szeroko rozumiane dobra, a w tym rozumieniu formą zinstytucjonalizowanej prostytucji, usankcjonowanej przez kulturę oraz ośrodki państwowe na danym terenie.
                          Nie jest dla mnie niczym dziwnym, że kobieta nie jest zainteresowana podtrzymywaniem relacji, w której nie otrzymuje tego, na co ukierunkowały ją miliony lat ewolucji.
                          Podobnie nie byłoby dla mnie niczym dziwnym, gdyby mężczyzna w analogicznej sytuacji nie był zainteresowany podtrzymywaniem relacji, w której nie realizuje się seksualnie. Tak go ukształtowała natura.
                          Mamy do czynienia z wymianą, a wymiana jednostronna jest w oczywisty sposób nieopłacalna dla osobnika, który nie czerpie z niej korzyści.
                          Przy okazji - nie mam emocjonalnego stosunku do prostytucji. Nie oceniam jej z moralnego punktu widzenia. Dlatego nazwanie kogoś prostytutką, nawet gdyby do tego doszło, nie byłoby w moim wykonaniu określeniem obraźliwym.
                          • zyg_zyg_zyg Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 06.12.12, 13:29
                            To nie Ty przypadkiem zasugerowałeś, że autorka - jeśli nie na pewno, to na 90% - zawalczyła o swojego kapciowatego męża, bo przestraszyła się utraty kasy? Że tylko jej się wydaje, że zmieniło się jego zachowanie, czy wręcz on sam - to tylko mózg ukształtowany przez miliony lat ewolucji tak ją skutecznie wkręca?

                            Nie jest dla Ciebie niczym dziwnym zerwanie przez mężczyznę relacji, w której nie realizuje się seksualnie. Masz jakieś wytłumaczenie dla zrywania relacji przez kobiety z tego samego powodu? Bo to chyba nie na seks ukierunkowały ją miliony lat ewolucji?

                            A na marginesie - to czy jakieś określenie jest obraźliwe, czy nie, bynajmniej nie zależy od tego, jakim stosunkiem Ty je darzysz.
                            • strach.na.wroble Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 06.12.12, 14:10
                              Kasa jest pewnym skrótem myślowym, napisałem o "wartości dodanej" w związku, czyli utratą pozycji społecznej, stratami materialnymi i utraconymi korzyściami płynącymi z posiadania tego konkretnego partnera. To może być nawet bogaty wuj zza wielkiej wody ślący apanaże, lub, jak w wątku obok, atrakcyjne miejsce zamieszkania.

                              Co do słowa prostytutka w odniesieniu do molecule, proszę nie przypisywać mi słów, których nie użyłem. Zdaję sobie sprawę z tego, jaki w społeczeństwie dane słowa mają wydźwięk i jak są odbierane.
                              • zyg_zyg_zyg Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 06.12.12, 14:52
                                > Kasa jest pewnym skrótem myślowym, napisałem o "wartości dodanej" w związku, cz
                                > yli utratą pozycji społecznej, stratami materialnymi i utraconymi korzyściami p
                                > łynącymi z posiadania tego konkretnego partnera.

                                A dlaczego negujesz istnienie korzyści niematerialnych, których utraty mogła przestraszyć się autorka? Dlaczego negujesz istnienie niematerialnej "wartości dodanej" w związku, niedostrzeganej wcześniej, która mogła ujawnić się dopiero w sytuacji zagrożenia utratą partnera?
                                Myślisz, że Esteraj - z wątku obok - też chodziło o "zewnętrzne" korzyści (do których zaliczę pozycję społeczną), gdy zdecydowała się na zmiany, na działanie, by jej małżeństwo przetrwało?
                                forum.gazeta.pl/forum/w,15128,140010607,140933058,Re_Dopieszczanie.html
                                • strach.na.wroble Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 06.12.12, 15:17
                                  Nie neguję, to oczywiste. Jednak motorem zmiany był przede wszystkim strach.
                                  • kag73 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 06.12.12, 15:32
                                    Dokladnie tak samo mysle, strach jest jedna z najlepszych motywacji, dokladnie tak. Nagle zachwiala jej sie ziemia pod nogami, bo ten ciapowaty, tak bardzo kochajacy nagle znalazl kogos innego i inagle pojawilo sie niekoniecznie pozadanie do niego, nagle pojawila sie motywacja dlaczego warto sie postarac o seks z mezem, do tej pory nie bylo to konieczne.
                                  • zyg_zyg_zyg Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 06.12.12, 15:45
                                    Ja bym powiedziała nie główny motor, a pierwszy kop w dupę. Bez strachu nie byłoby zmiany, ale sam strach nie dałby raczej trwałej poprawy. Najczęściej jest tak, że kiedy znika strach, to znika bodziec do zmiany. Nie wygląda na to, że dziewczyny czują się zagrożone, a lepiej niż było ciągle jest.
                                  • molecule Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 06.12.12, 15:47
                                    strach.na.wroble napisał(a):

                                    > Nie neguję, to oczywiste. Jednak motorem zmiany był przede wszystkim strach.

                                    Istnieje jeszcze coś takiego jak ambicja i poczucie porażki.

                                    W odzyskiwaniu męża nie stosowałam nalegań, pokazywania swojej bezradności itp.
                                    Dałabym sobie radę. Zawsze pozostawiałam mu wolny wybór.
                                    Moją bronią było przekonanie go, że jestem kimś lepszym. I nie chodzi tutaj o żaden rodzaj pychy. Chciałam pokazać mu, że jestem kimś, kto go zrozumie, kto go nie odrzuci, kto będzie go szanował, kto go nie będzie do niczego zmuszał... , że będzie miał we mnie wsparcie.
                                    Chciałam, żeby wybaczył mi moje błędy i dał mi szansę na zmianę.
                                    W rezultacie razem sobie ją daliśmy.
                                    • zyg_zyg_zyg Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 06.12.12, 20:08
                                      Ale pokochać to go chyba nie pokochałaś?
                                      • hello-kitty2 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 06.12.12, 20:31
                                        zyg_zyg_zyg napisała:

                                        > Ale pokochać to go chyba nie pokochałaś?

                                        A z czego wzielo sie pozadanie? Jak nie pozadam mezczyzny to chocby sie przespal z tuzinem kochanek, mialabym tone szacunku do niego, to by mnie to nie zwilzylo.

                                        Choc zgadzam sie ze Strachem, ze seks moze miec miejsce z innych pobudek.

                                        Ale Molecue, jesli jednak pojawilo sie pozadanie to podaj recepte. Jak to sie odbylo? Posluzy uzytkownikom.
                                        • molecule Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 10.12.12, 15:26
                                          hello-kitty2 napisała:

                                          > Ale Molecue, jesli jednak pojawilo sie pozadanie to podaj recepte. Jak to sie o
                                          > dbylo? Posluzy uzytkownikom.

                                          Skłamałabym, jeśli powiedziałabym, że pożądanie nagle pojawiło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różczki.
                                          Zaczęłam jakby poznawać mojego męża na nowo.
                                          Po zdradzie zdobyliśmy się na szczerość do bólu, zero udawania, zero gier...

                                          Każdego podnieca coś innego.
                                          Mnie w tamtej chwili spodobała się jego otwartość, której wcześniej z nim nie doświadczyłam.
                                          Pokazał mi inną wrażliwość, marzenia, pragnienia...
                                          Głębiej weszłam w jego wewnętrzny świat. Zintegrowałam się z nim...
                                          Przedtem, nasz związek był nieco udawany. Ja coś skrywałam (moją prawdę dotyczącą niechęci), a on ukrywał swój strach i chorą zazdrość.
                                          Przełamanie naszych lęków otworzyło nam drogę do nowej jakości związku.

                                          Naturalnie z czasem znowu pewne rzeczy spowszechniały, ale teraz łatwiej jest nam dotrzeć do sedna problemu i go jakoś naprawić.

                                          A co do podniecenia podczas seksu, nie mam już problemów.
              • bcde Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 06.12.12, 06:56
                > Trudno jednak jest się zmusić do miłości.
                > Szanowałam go, ale za Boga nie potrafiłam się w nim zakochać, ani tym bardziej
                > wzbudzić w sobie do niego pożądania.
                > Gdyby nie naciskał, nie nalegał... gdyby potrafił żyć własnym życiem i nie wzbu
                > dzał we mnie poczucia winy, prawdopodobnie było by inaczej...

                Pewnie, to wszystko jego wina. Mógł się w tobie nie zakochiwać.
                • molecule Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 06.12.12, 14:19
                  bcde napisał:
                  > Pewnie, to wszystko jego wina. Mógł się w tobie nie zakochiwać.

                  Nie wiem, czy nasz przypadek można rozpatrywać przez pryzmat winy. Ja powiedziałabym o wzajemnej niedojrzałości.
                  On nie znał innego sposobu na zatrzymanie mnie przy sobie jak manipulacja poczuciem winy i zaborczością, ja natomiast nie potrafiłam zdobyć się na szczere wyznanie.
                  W tamtym czasie sądziłam, że trwanie przy nim pod przymusem jest lepszym wyjściem niż wyznanie bolesnej dla niego prawdy.
                  Wzajemnie się zadręczaliśmy.

                  strach.na.wroble napisał(a):

                  > Grunt to dobre samopoczucie.
                  > A człowiek któremu złamałaś kręgosłup moralny, to jak sądzisz, ma poczucie zwyc
                  > ięstwa w życiu czy może nieszczególnie ? Szczególnie ciekawe czy ma poczucie zw
                  > ycięstwa nad samym sobą, tak jak ty.

                  Myślę, że nie złamałam jego kręgosłupa moralnego. Wręcz jestem o tym przekonana.
                  Poza tym, uważam, że również odniósł zwycięstwo nad samym sobą, bo pokonał swoją chorą zazdrość i zaborczość.
                  Mądry człowiek potrafi wyciągnąć wnioski z lekcji jaką przynosi mu życie.
                  Głupiec powie, że to wszystko bez sensu i pochowa swoje wartości głęboko w ziemi.

                  > Stawiam, że tym co różni jedne od drugich jest w 9 na 10 przypadków "wartość do
                  > dana" związku. Powiedzenie głosi, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o
                  > pieniądze.
                  > Wizja utraty tego co dobre i dostatnie może tak bardzo namieszać człowiekowi w
                  > głowie, że to co nudne nagle staje się atrakcyjne, a to co było przez lata brzy
                  > dkim zaczyna mienić się zdumiewającym i cudownie odmienionym pięknem. Pecunia n
                  > on olet.

                  Nie znam statystyk, więc się nie wypowiadam.
                  W moim przypadku nie chodziło o pieniądze.
                  Jeśli chodzi o "wartość dodaną", to zapewne było to poczucie bezpieczeństwa w sensie moralnym. Dużym znaczeniem było także posiadanie wspólnego dziecka.
                  Jak następuje zmiana postrzegania pewnych rzeczy? Wystarczy spojrzeć z innej, szerszej perspektywy. Coś co wcześniej było niedostrzegane, nagle staje się widoczne.
                  To jak przebywanie w lesie. Gdy idziesz ścieżką, widzisz masę drzew, a kiedy wejdziesz na czubek jednego z nich, nagle rozpościera się przed Tobą cały widok lasu.

                  Przedtem nasza uwaga i myśli były skierowane tylko na jednym aspekcie, czyli na konkretnej wadzie partnera, na czymś, co chcieliśmy w sobie zmienić...
                  Spojrzenie na całokształt i uwzględnienie zalet, zmieniło wzajemne podejście.
                  Sądzę, że mózg człowieka, lub raczej jego myśli działają wybiórczo. Biorą pod uwagę to, co jest dla człowieka istotne. Ponieważ świadomość ma moc sterowania myślami, mamy wpływ na wiele rzeczy, a przede wszystkim na kierowanie samym sobą.
                  • aandzia43 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 06.12.12, 20:31
                    Jak następuje zmiana postrzegania pewnych rzeczy? Wystarczy spojrzeć z innej, s
                    > zerszej perspektywy. Coś co wcześniej było niedostrzegane, nagle staje się wido
                    > czne.
                    > To jak przebywanie w lesie. Gdy idziesz ścieżką, widzisz masę drzew, a kiedy we
                    > jdziesz na czubek jednego z nich, nagle rozpościera się przed Tobą cały widok l
                    > asu

                    To się nazywa dojrzewanie :) Mając np. pięćdizeisąt lat nie jesteśmy już tym samym człowiekiem, co ten ktoś sprzed trzydziestu lat. I całe szczęście - ci, co stanęli w miejscu to smutny widok. Zazwyczaj alienacja, dziwaczność, samotność, konflikty. Dzięki procesowi dojrzewania możemy tworzyć harmonijne i szczęśliwe związki z ludźmi. Bo naprawdę jakieś wyjątkowe wyjątki posiadły już u zarania żywota mądrość, przenikliwość i kryształowo czyste intencje. Cała reszta śmiertelników skazana jest na dążenie do szczęścia (tego związkowego też) poprzez żmudny proces dojrzewania (w czym tam komu dojrzeć trzeba). Nawet kiepskie początki, jeśli przytrafią się ludziom otwartym na świeży powiew wiedzy, na zmiany i pracę nad sobą, nie muszą być przyczyną degrengolady ileś lat później.
                    • ambx Jaką ci dać radę (wciąż) wierny Tomaszu..... 08.12.12, 19:53
                      No cóż... ślubowaliście sobie Miłość, Wierność i... Uczciwość Małżeńską. Zacznijmy więc od końca. Co nakazuje uczciwość małżeńska, gdy ona nie tylko nie darzy cię miłością, a do tego uchyla się jak może od "obowiązków małżeńskich" mając w nosie nowotestamentowe "żony bądźcie posłuszne mężom swoim" Wie, że od ciebie nie zarobi pięścią w rzeczony nos, za "nieposłuszeństwo" a ty masz być "wierny" tzn. seksualnie nieaktywny. W tzw. porządnych rodzinach chowa się "zimne dupy" płci obojga. Współczesna młodzież eksperymentuje z seksem w gimnazjum albo i wcześniej. Dziewczyna która ma "simloka" w liceum już się tego wstydzi, bo to "obciach". Zachowanie "błonki" na noc poślubną to Bliski Wschód 2 tys. lat temu, gdy żonę trzeba było synowi kupić płacąc jej rodzinie wielbłądami, owcami albo srebrem i złotem. Więc 12-16 letni "towar" musiał być zapieczętowany, co delegacja kobiet z rodu nabywcy starannie sprawdzała. Powtarzam to enty raz - wiązanie się w rodzinę z kobietą z którą nie sprawdziłeś się w intymności i codzienności to gra w rosyjską ruletkę. Ty przegrałeś więc.. pozostaje ci "uczciwość małżeńska". Na początek - KK organizuje rekolekcje dla par małżeńskich z problemami. Skończyło się nauczanie o seksie tylko dla pomnażania stadka owieczek i baranków bożych. Mówią wprost, że można i należy "to" robić by dać radość współmałżonkowi (oczywiście stosując kalendarzyk;-). Twoja ślubna usłyszy również, że grzeszy odmawiając i nie wypełniając "obowiązków małżeńskich". Załatw, opłać należną ofiarę i powiedz że jedziecie - prezent z (braku) okazji! Jeśli odmówi - powiedz uczciwie, że jak nie będziesz doznawał jej miłości, to niech nie liczy na twoją wierność i spróbuje inteligentnie wywnioskować co jest przyczyną a co skutkiem - chyba miała logikę na studiach? Z tego co poczytałem - kontakty z wyposzczonymi mężatkami to najlepszy w twojej sytuacji "plan B". Ale powiedz swojej, że wszystkie agencje towarzyskie i burdele świata istnieją dzięki takim żonom jak ona.
                      • gomory Re: Jaką ci dać radę (wciąż) wierny Tomaszu..... 09.12.12, 10:39
                        > powiedz swojej, że wszystkie agencje towarzyskie i burdele świata istnieją dzięki takim żonom jak ona.

                        No jakos nie moge sie z tym zgodzic.
                        W pewnym sensie to oni wzajemnie sobie zycie schrzanili.
                        Sadzisz, ze jego zona nie chcialaby przezywac wspanialych milosnych uniesien? A tutaj prosze, trafil sie gosc ktory jest dla niej kiepskim kochankiem. Uwiesc jej nie daje rady, drogi do majtek nie znalazl i erotycznych przyjemnosci tez nie dostarcza. Wszak gdyby byl dla niej w lozku super, toby zblizen nie unikala, nieprawdaz?
                        Nie sprowadzajmy zony tylko do ekonomiczniejszej wersji burdelu ktory w bonusie chate sprzata. Mamy XXI wiek i laskom sie w kufrach poprzewracalo. Nie ma orgazmow to sie bzykac nie chca ;).
                        To nie zona wysyla meza do burdelu tylko on sam siebie na to skazuje.
                        Wg mnie burdele i agencje to raczej wstydliwe dowody ostatecznej meskiej kapitulacji. Gdy oferta wlasna jest juz tak licha, ze mozna tylko portfelem w smieciach grzebac szukajac jakie spady sie trafia.
                        • bcde Re: Jaką ci dać radę (wciąż) wierny Tomaszu..... 09.12.12, 16:45
                          > Wg mnie burdele i agencje to raczej wstydliwe dowody ostatecznej meskiej kapitu
                          > lacji. Gdy oferta wlasna jest juz tak licha, ze mozna tylko portfelem w smiecia
                          > ch grzebac szukajac jakie spady sie trafia.

                          Przesadzasz. Czasem kobieta daje co może, a mężczyźnie to po prostu nie wystarcza. Poza tym trzeba sobie jakoś radzić, gdy jest się daleko od własnej kobiety, a szans na poznanie innej nie ma, bo brak czasu albo możliwości.
    • andrzejek96 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 08.12.12, 20:54
      może jest zmęczona i znudzona a seks z Toba wogóle ją nie kręci niekiedy kobietom się odmienia i własny facet juz tak nie kręci jak na początku
    • harczyn Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 01.02.13, 11:43
      Sam troche jestes sobie winiem jak laska czekała 6 lat bez seksu to już mogłes sie skapnąć, ze nie potrzebuje seks tak jak Ty wiec teraz to nei wiem co ci doradzić
    • ambro113 Re: nie wiem ile jeszcze dam radę..... 04.02.13, 11:05
      Musisz cos zadecydować bo sie wykonczysz
Inne wątki na temat:
Pełna wersja