urquhart
27.12.12, 19:07
Pytania jak fenomen popularności Greya, pogodzenia skrywanych fantazji z godności, dumę i emancypację z tęsknotą za zanikającym "silnym mężczyzną", czy kogoś Eichelberger zafrapował podobnie jak mnie?
Eichelberger: Bogini spragniona przemocy
"„Pięćdziesiąt twarzy Greya” E.L. James to powieść sadomasochistyczna o młodej kobiecie, która zgadza się spełniać wszystkie seksualne życzenia mężczyzny. Jak to możliwe, że współczesne kobiety zaczytują się w takiej historii? (...) Książka bije rekordy sprzedaży – ponad 20 milionów – mimo iż ponoć wszyscy, którzy się z nią zetknęli, zgadzają się, że to nieudolny literacki gniot, naszpikowany sadomasochistycznym seksem. Więc świat się zadziwił i zakłopotał – a szczególnie świat feministyczny. Na nowo stawia nas to wobec pytań o kształt relacji między płciami, o prawdziwe seksualne preferencje kobiet i o kierunek, w jakim postępuje ich seksualna emancypacja. No bo jak to możliwe, że 20 milionów kobiet podnieca naiwna opowieść, godząca jednak także w godność płci pięknej? Co więcej, te, które poznały kilkadziesiąt twarzy pana Greya, twierdzą, że książka stała się dla nich wprawdzie zaskakującym i zawstydzającym, lecz zarazem nieświadomie oczekiwanym impulsem do prawdziwego seksualnego wyzwolenia. Na jakiej więc zasadzie kobiety wyzwala czytanie o przebogatym i wszechmocnym panie Greyu, który bez trudu skłania młodą, piękną, poprawnie wychowaną i dobrze wykształconą kobietę do podpisania upokarzającego kontraktu czyniącego z niej pozbawioną prawa do jakiegokolwiek protestu seksualną niewolnicę i hojnie wynagradzaną utrzymankę? To naprawdę istotne pytanie. Nie można wykluczyć, że fenomen Greya odkrywa ważne wymiary kobiecej seksualności, niesłusznie dotąd uznawane przez zideologizowany feminizm za patologiczne pokłosie patriarchatu.
Można, oczywiście, przyjąć – że te 20 milionów czytelniczek to po prostu kobiety nie na poziomie, zacofane, żyjące mentalnie, emocjonalnie i seksualnie w średniowieczu, do których nie dotarł jeszcze wyzwalający powiew idei emancypacji. Dlatego chcą być nadal upokarzane, gwałcone i zmuszane do uległości. Ale to wyjaśnienie nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Okazuje się bowiem, że wśród deklarujących wyzwalające działanie tej książki jest wiele kobiet światłych i świadomych – z pewnością niemieszczących się w kategorii głównego ponoć targetu tej lektury, czyli tzw. mamusiek/gosposiek, które nie załapały się na pociąg kulturowych i obyczajowych przemian. Czyżby więc proces seksualnego wyzwolenia kobiet poszedł w złą stronę? (...)
Można to, co mówisz, odczytać jako seksizm uzasadniający przemoc seksualną wobec kobiet.
Oczywiście, nie o to chodzi. W tym kontekście wspominam moją dyskusję sprzed lat z feministkami z Gender Studies UW po opublikowaniu „Kobiety bez winy i wstydu”. Kontrowersję wzbudziła między innymi teza, że kobieca seksualność może mieć tendencję do „wyradzania się w masochizm” – czyli wyrażania się w formie uznawanej za niedojrzałą i patologiczną. A z kolei męska seksualność „wyradzać się” może w równie niedojrzały sadyzm – i że praprzyczyną tego zagrożenia jest przyrodzona mechanika i dramaturgia zbliżenia seksualnego, podczas którego kobieta otwiera się na bycie spenetrowaną przez mężczyznę, a mężczyzna z determinacją dąży do spenetrowania kobiety. Jeśli mężczyzna nie osiągnął pełni psychoseksualnej dojrzałości, może chcieć przekraczać emocjonalne i fizyczne granice partnerki, czyli zachowywać się dominująco i sadystycznie.
Z kolei kobieta, nie będąc w pełni psychoseksualnie dojrzała, może na pół świadomie prowokować partnera do zachowań brutalnych i upokarzających. Zarzucono mi wtedy także, że używam patriarchalnych, seksistowskich określeń – co oznaczało, że w odbiorze kobiecego audytorium otwieranie się na penetrację było czymś gorszym niż dążenie do spenetrowania. Moja uwaga, że biologia i psychologia płci nie znają pojęć „lepsze”, „gorsze” , została odrzucona. A jedna z uczestniczek dyskusji zaproponowała inny język opisu tego, co dzieje się w damsko-męskim seksie: „Aktywna kobieta pochłania męski członek, a mężczyzna otwiera się na bycie pochłanianym”.
„Pochłonę cię” – to dla mnie brzmi przerażająco.
„Pochłanianie członka” zawiera w sobie groźbę kastracyjną i może być uznane przez mężczyzn zdominowanych w dzieciństwie przez matki za nieakceptowalną agresję. Wielu mężczyzn cierpi na dysfunkcje seksualne, gdy pozostają w związkach z partnerkami, które przejawiają nadmiar seksualnej inicjatywy o agresywnym, natarczywym charakterze. Zwiększa się liczba samotnych matek, mających tendencję do wychowywania synów na swoich wiernych paziów lub rozpuszczonych misiaczków, zabraniających im bawić się w wojowników, strzelać, krzyczeć, bić się, ryzykować, a także interesować się płcią i seksem. A to każe nam przypuszczać, że wkrótce będziemy mieli do czynienia z pandemią impotencji wśród mężczyzn. Mężczyzna, który wcześniej został psychicznie wykastrowany przez matkę, nie jest w stanie przeistoczyć się w odpowiedzialnego partnera i sprawnego kochanka. To nie do pomyślenia, aby kochany synek mógł mieć erekcję. Nie może przecież swoją seksualnością wprawiać mamy w zakłopotanie. W dorosłym życiu jest podobnie, ale jeszcze trudniej, skoro erekcja jako przejaw gwałtownej potrzeby penetracji narażać go będzie na zarzut patriarchalnego seksizmu i chęci upokorzenia kobiety. Krótko mówiąc, erekcja stała się ideologicznie podejrzana i mężczyźni zaczynają się jej wstydzić. Ale to dawniej mężczyźni masochiści stawali się bohaterami bestsellerów takich jak „Wenus w futrze” Leopolda Sachera-Masocha.
No właśnie. Dlaczego więc tak wiele współczesnych kobiet chce czytać nie o swojej władzy seksualnej nad mężczyzną, lecz o seksualnym poddaniu się mu? Już pod koniec lat 70. ubiegłego wieku dzięki książce psycholożki Nancy Friday „Kobiety górą” mogliśmy się dowiedzieć, że większość kobiet rozbudzała się seksualnie, śniąc lub wyobrażając sobie gwałt lub masochistyczny seks. Zdaniem autorki takie fantazje są potrzebne kobietom do pełnego wyzwolenia ich seksualnej energii, ponieważ wielowiekowa, patriarchalna dewaluacja kobiecej seksualności doprowadziła do wyparcia tych potrzeb i uznania ich za niewłaściwe. Tak więc fantazjowanie o przemocy pozwala kobietom nie brać odpowiedzialności za potężne pragnienia seksualne i w pełni doświadczać seksualnej rozkoszy. Na co dzień te same kobiety wcielają się w aprobowaną przez patriarchat postać poprawnej mamuśki, która możliwie jak najrzadziej uprawia nudny, rytualny seks ze swoim mężem – zapewne byłym paziem swojej matki.
Od tego czasu wiele się zmieniło. Kobiety uprawiają seks bez zobowiązań, spotykają się z kilkoma mężczyznami, żeby wybrać właściwego, co znalazło wyraz w popkulturze (m.in. amerykańska komedia „A więc wojna”).
Skoro nadal fascynuje je sadomasochizm, to najlepszy dowód na to, że nasza kultura sobie z kobiecą seksualnością nie radzi. Czyżby popularność „Pięćdziesięciu twarzy Greya” była dowodem na to, że seksualna emancypacja kobiet jest pomysłem ideologiczno-politycznym, który stwarza jedynie pozory seksualnego wyzwolenia? Czy kobiety w skrytości ducha tęsknią za tzw. prawdziwym mężczyzną: silnym, dominującym, który przejmuje inicjatywę i bierze odpowiedzialność? Może nie potrzebują ani partnera, ani misiaczka, tylko pana,