szantarka
14.01.13, 20:59
Dobry wieczór wszystkim.
Jeśli ktos może pomóc, poproszę. Jeśli nie, poczytam złośliwości. Wszystko będzie subiektywnie szczere. :)
Ciężko mi zacząć od początku, ponieważ za bardzo się zapętliłam. Ale od końca będzie przynajmniej wprost odwrotnie chronologicznie.
W tej chwili - On (23 lata starszy) + ja (kobieta ciut po 40). Na razie się "wozimy" (ja dojeżdżam co drugi weekend 550 km w jedną stronę), planujemy (?) przyszłość. Ponad rok bliskie spotkania w czasie których on wie, że jest mężczyną, a ja to czuję. Ale nie do końca.
Poprzedni partner - typowy bezczelny samiec alfa. Uwiódł mnie... pocałunkiem. W publicznym miejscu, w gronie ludzi z pracy. Fakt, zaskoczył mnie zupełnie i być może dlatego miał takie "rażenie". Nie wiedziałam wtedy dlaczego tak podziałało, nie wiem i teraz. Z jednej strony relacja typowo łózkowa (on żonaty), z drugiej żadnych oczekiwań (kochałam i ceniłam swoją niezależność). Obydwoje siedzieliśmy w tym po uszy prawie dwa lata. Spotkania rzadkie, ale okrutnie namiętne. Układ (prawie) jasny - jeśli spotkam kogoś z kim będe chciała być, rozstajemy się. Dla obecnego Onego rzuciłam poprzedniego. Wg umowy zresztą, z którą to decyzją dość długo nie chciał/nie mógł sie pogodzić. Ale nie był/nie jest natarczywy, jedynie lubił/lubi co jakiś czas się przypomnieć (sprawy zawodowe) i sprawdzić, czy na mnie jeszcze działa.
Obecny ma mózg. I go używa. :)
Pociąga mnie jego inteligencja, wiedza, charakter, oddanie. Pociąga mnie perspektywa wspólnego życia (to ja "testuję" i poniekąd odwlekam). Jest dla mnie partnerem idealnym poza jednym - namiętnością.
Jest mi z nim dobrze w codziennym życiu. Jest wspaniałym mężczyzną, czuję, wiem, że mogę na Niego liczyć. Ale po sięgnięciu językiem nieba, nie wiem, jak mam się odnaleźć. Nie czuję ognia, nie czuję, że mi się nogi przed nim rozjeżdżają. Rozkręcam sie przy nim powoli i mamy co chcemy, ale nie tak, jak chcemy. Jest ten mały "brak".
Czytałam tematy, w których przewija się rada, by odejść i nie ranić (bo na dłuższą metę się nie tak da). Tyle, że ja nigdy z żadnym innym partnerem tak nie płonęłam. I nie wiem, czy nawet jeśli odejdę, to znajdę kogoś, kto w bezpośrednim kontakcie będzie tak na mnie działał jak poprzedni. Albo chociaż porównywalnie.
Nie jest tak, że się zmuszam. Jest bardzo dobrym kochankiem, bardzo doświadczonym. Tylko fizycznie nie czuję żadnej przynależności do Niego. Mam ciągle wrażenie, że poprzedni trzyma mnie w mackach. Nie osiąga to rozmiarów marzen na jego temat, ale obawiam się, że to się nie zmieni po wspólnym zamieszkaniu. A ja nie dość, że komuś napierniczę w życiu, to jeszcze sama do momentu prawdziwej próby będę musiała swoje przewrócic o 180 stopni.
Nie powiem też obecnemu, że mnie nie kręci jak poprzedni. To już nie tyle, że strzał w stopę, tylko wolałabym iść na most, by skoczyć.
Ograniczyłam na ile mogłam kontakty z poprzednim. I trochę podziałało. Czasem mam wrażenie, że jeżeli się gdzieś tam daleko wyprowadzę, to uda mi się jedynie łagodnie uśmiechać do swoich wspomnień. Kiedy indziej zaś myślę, że nigdy i nigdzie przed nim nie ucieknę.
Kolera, nie mam nawet komu o tym opowiedzieć. Przecież złapałam takiego pięknego gołębia.
A ja?
Kocham Onego, nigdy nie miałam tak wielkiej pewności co do żadnego mężczyzny w moim życiu. I nikt nigdy nie kochał mnie tak bezwarunkowo jak On. Nie "za coś", nie "pomimo", tylko "po prostu". Siedzę, płakać mi się chce jak nastolatce.
Oszaleć mozna. :(