wolfsegg
10.06.13, 10:38
Pięć lat w małżeństwie. Ślub po roku bycia razem, jednocześnie po dziesięciu latach znajomości. Problemy z seksem rozpoczęły się tuż przed ślubem, więc wina za taki stan rzeczy została zrzucona na stres związany z przygotowaniami do tegoż i na źle dobrane pigułki. Żona, wtedy jeszcze narzeczona, przestała mieć po prostu ochotę i nie ma jej do dzisiaj. Przerwy pomiędzy stosunkami sięgają 7, 8 miesięcy. Wypełnia je frustracja, która skutecznie uniemożliwia rozwiązywanie doraźnych problemów, które pojawiają się chyba w każdym małżeństwie - w naszym nagromadziło się ich sporo i szczerze mówiąc w obecnej sytuacji nie mam w ogóle energii, czy nawet ochoty, żeby spróbować je rozwiązać. To oczywiście stawia mnie na przegranej pozycji, bo w oczach żony stałem się tym, który nie angażuje się w związek. Tylko, że sprawa nie wygląda do końca tak, jak chciałaby tego moja żona. Większość energii poświęcam na to, żeby ostatecznie nie dostać na łeb z powodu celibatu i zapewnić nam obojgu środki do życia (pracuję tylko ja, dzieci nie mamy). Generalnie obecna sytuacja wygląda następująco: moja cierpliwość i wytrzymałość sięga granic, coraz częściej myślę o rozstaniu, chociaż przed ostatecznym krokiem powstrzymuje mnie potencjalnie trudna sytuacja materialna żony po ewentualnym rozwodzie. Nie chciałbym jej stawiać w trudnej sytuacji, przecież ciągle ją kocham, ale powoli dociera do mnie świadomość, że to jedyne wyjście.
Przeglądam forum od dłuższego czasu i natrafiłem na kilka analogicznych problemów, które jednak mimo wszystko wydają mi się nieco odległe. Dlatego proszę forumowiczów o trochę konstruktywnych komentarzy. Może ktoś zasugeruje rozwiązanie, na które sam nie wpadłem. Pozdrawiam.