twojabogini
20.06.13, 13:31
Do długiej listy powodów i teorii wyjaśniających, dlaczego założenie rodziny i małżeństwo jest najprostszym sposobem do zabicia płaszczyzny seksualnej w związku, chciałbym dodać brak przestrzeni seksualnej.
Jako przestrzeń seksualną rozumiem miejsce i czas na seks. Nasze wciąż jeszcze bardzo konserwatywne społeczeństwo wciąż traktuje seks jako coś, co jest dopuszczalne jedynie w celu prokreacji. Jakoś tam przymyka się oko na zakochanych i młodych (jest w końcu szansa, że spłodzą dziecko), ale dorosłym ludziom posiadającym już dzieci seks nie przystoi. Znajduje to wyraz w powszechnym stylu życia, w architekturze, w oczekiwaniach wobec rodziców małych dzieci. Wszystko to są czynniki, które zabijają seks.
Zacznijmy od miejsca. Przeciętne polskie małżeństwo nie posiada sypialni. Pokój w którym sypiają, to najczęściej równocześnie salon, centrum rozrywki rodzinnej, jadalnia, a także sypialnia młodszych dzieci, a niekiedy także i miejsce do pracy. Zawsze tak urządzony, aby nic nie wskazywało na to, że ktoś mógłby w tym pomieszczeniu mieć seks.
Styl życia - małżonkowie są najczęściej tak zawaleni robotą, spłacaniem kredytów (za mieszkanie bez sypialni), dziećmi, teściami - że nawet gdy znajdują w tym wszystkim jeszcze siłę na jakiś seks, po prostu nie mają na niego czasu. Bardzo niepopularne jest także zostawianie dzieci i wyjazdy małżeńskie. Wiele małżeństw, nawet gdy planuje coś takiego - napotyka opór dziadków, nawet tych którzy w innych przypadkach z dzieciakami zostają dość chętnie. Nie mówiąc już o tym, że instytucja niani weekendowej jest niemal nieznana.
Oczekiwania: Z relacji niektórych znajomych wiem, że gdy mieli dzieci i już wyjechali na ten weekend, to tak się martwili o dzieci i mieli wyrzuty sumienia, że i tak seks nie bardzo wychodził. Szczególnie dotyczy to kobiet, które opiekują się dziećmi cały czas i nie pracują zawodowo. Myśli w stylu - "ja tu się bzykam, a mojemu dziecku coś się stanie, to ja sobie nigdy nie wybaczę", nie pozwalają się dostatecznie zrelaksować.
Od rodziców oczekuje się, że do czasu osiągnięcia przez dzieci dorosłości cały swój wolny czas, energię wysiłek poświęcą tymże dzieciom lub zarabianiu na nie. Bardzo niewiele małżeństw ma poza dziećmi i pracą swoje własne odrębne od dzieci życie. Zabawa jest domeną bezdzietnych i młodych. Coraz częściej lansuje się także "rozrywki rodzinne", "wakacje rodzinne" - jako model 'prawidłowego' życia z dziećmi - dzieci są z rodzicami niemal stale. A pod opieką instytucji, dziadków i niań znajdują się tylko wtedy, gdy rodzice pracują.
W takich warunkach nawet jeśli seks zdarza się od czasu do czasu - nie ma on szansy zaistnieć jako stały element zwiazku. Dopóki nie było dzieci - przestrzeń w domu była wolna, był czas, były wspólne sprawy i normalne dorosłe życie.
Sądzę, że gdyby po pojawieniu się dzieci seks był uważany za istotny - normą byłyby osobne małżeńskie sypialnie, oraz normalne życie towarzyskie dorosłych, a także nianie, jako stały element życia każdej rodziny - nie na czas pracy, a na czas rozrywki i własnego życia rodziców. Częściej do takich wniosków dochodzą mężczyźni, ale bywa - natychmiast są gaszeni - jako nieodpowiedzialni, egoistyczni, nie rozumiejący potrzeb dzieci. Jeszcze gorzej, gdy do takich wniosków dojdzie kobieta, no bo "co z niej za matka".
Swoją drogą sądzę, że stałe osaczanie dzieci obecnością rodziców hamuje ich rozwój, a nie jak się twierdzi - tworzy ku niemu dobre warunki. I tak w imię lansowanego powszechnie "rodzicielstwa bliskości" doprowadzonego do granic absurdu - kasuje się małżeńskie życie seksualne, a dwoje dorosłych ludzi sprowadza się do roli opiekunów i dostarczycieli środków finansowych potomkom.