Dodaj do ulubionych

Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu kobiet

21.01.16, 10:42
W wątku obok Zawle z Bitch z prostej zasady "tyjesz gdy spożywasz więcej kalorii niż spalasz" próbują robić istną rocket science. Zawle to już nawet weszła w rejon liczb urojonych (ujemne wartości spożywanej energii). forum.gazeta.pl/forum/w,15128,160122099,160122099,Kto_sie_boi_leniwych_kobiet_.html

Drogie Panie, wbrew temu co piszecie, to kwestia odchudzania na prawdę sprowadza się do tego prostego równania. Liczba spalanej energii powinna być większa od liczby spożywanej energii. Koniec kropka. Tutaj cudów nie ma.

Oczywiście gdy spojrzymy na każdą z tych stron równania, to pojawiają się ciekawe kwestie.
Pierwszy podstawowy błąd większości kobiet, to próba oddziaływania tylko na jedną stronę tego równania. Większość kobiet próbuje różnych diet, które polegają na ograniczeniu spożywania kalorii (w ten lub inny sposób). Nasz organizm jest na tyle wredny, że gdy mniej jemy, odbiera on sygnał o "kryzysie" i stara się przejść w tryb ekonomiczny. Metabolizm potrafi zwolnic nawet o 30%. Więc jedząc mniej można wcale nie chudnąć o ile jednocześnie nie zacznie się spalać więcej. Kobiety w większości przypadków zapominają o tej drugiej części zdania.

Same diety są rzadko kiedy skuteczne bez dodatkowego ruchu! Poza tym, gdy ruszamy się, rozwijają nam się mięśnie, które potrzebują więcej energii, dzięki temu więcej spalamy (łatwiej nam chudnąć). Czyli tak jak sama dieta niejako utrudnia nam chudnięcie (bo spada metabolizm), tak zwiększenie ruchu ułatwia nam chudnięcie (bo przyrost masy mięśniowej = większe spalanie).

Co ciekawe kiedyś BBC wyprodukowało program o odchudzaniu. Było badanie wśród osób które narzekały że nic nie jedzą a tyją. Pierwszy etap to było badanie "dzienniczkowe". Osoby te miały zapisywać każdą (nawet najmniejszą) przekąskę w ciągu dnia. Już na tym etapie okazało się że faktyczne spożywanie kalorii jest znacznie większe od tego deklarowanego. Drugi etap to było zainstalowanie mini kamery która rejestrowała przez cały dzień co dana osoba faktycznie wcina. tutaj znów wyszło że to co te osoby jadły było większe od tego co zapisywały i znacznie większe od tego co deklarowały na początku. Wniosek był taki, że jeśli chodzi o te wszystkie "jem tyle co wróbelek" to po prostu ludzie sami siebie oszukują.

Dla wszystkich tych, którzy uważają, że są osobniki które nie są w stanie się odchudzić, mały eksperyment myślowy - czy znacie aktywnego sportowca, który miałby nadwagę? Czy widzieliście kiedyś np. grubego pływaka? Taki Phelbs w wywiadach podawał że wcina ok 8000 kalorii !!! dziennie.

sport.se.pl/inne/zeby-trenowac-trzeba-jesc-ile-kalorii-przyjmuja-polscy-sportowcy_415141.html
Wniosek jest jeden - nie ma skutecznego odchudzania bez ruszenia własnych 4 liter. Koniec kropka. Naprawdę nie ma co zwalać na geny, choroby itp. Jasne że wtedy może być znacznie ciężej (bo trzeba więcej spalać), ale nie ma tak że ktoś mniej spożywa niż spala i tyje. Jeśli ktoś udokumentuje taki przypadek, to ma Nobla w kieszeni na bank.
Obserwuj wątek
    • kynane Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 11:17
      Kutuzow z wyżyn swego intelektu pisze że odchudzanie się jest proste, a potem długim postem udowadnia, że nie jest...
      Boskie :)

      > Dla wszystkich tych, którzy uważają, że są osobniki które nie są w stanie się odchudzić, mały eksperyment myślowy - czy znacie aktywnego sportowca, który miałby nadwagę? Czy widzieliście kiedyś np. grubego pływaka? Taki Phelbs w wywiadach podawał że wcina ok 8000 kalorii !!! dziennie.

      Hmm... zawodnicy sumo? Poza tym w odchudzaniu raczej chodzi o osiągnięcie ciut innej sylwetki, niż... bo ja wiem... Pawła Fajdka? Albo Verhoevena...
          • kutuzow Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 13:30
            kynane napisała:

            > Kutuzow, diabeł zawsze tkwi w szczegółach. Bo inaczej rocket science, to też pr
            > osta rzecz - dostarczasz rakiecie paliwa, ona je spala i leci :)
            >

            Pogrążasz się tylko bardziej.

            Mam wrażenie, że wiele koleżanek myli dwie kwestie. To że ja pisze iz zasada która definiuje czy chudniemy czy tyjemy jest prosta (czyli energia spalona vs energia dostarczona), nie znaczy że samo odchudzanie jest proste. Ponieważ odchudzanie w dzisiejszym świecie obfitości jedzenia wymaga wiele wysiłki i silnej woli. Także nie ma się co zaperzać, jak komuś słabo to wychodzii udowadniać że to spisek Masonów, rowerzystów i innych wiadomych sił.
            • kynane Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 15:33
              Dziewczyny odnoszą się do dwóch stron Twojego równania. Do tego, że ani nie jest tak prosto wpłynąć na bilans kaloryczny, ani na spalanie. Że jest masa czynników, które modyfikują naszą prostą zasadę.

              Z podanymi przez Ciebie przykładami programów telewizyjnych byłabym ostrożna - z tego co kiedyś czytałam, odchudzanie "pod publiczkę" daje najczęściej tylko jeden efekt - efekt jojo, bo bez fachowej pomocy ludzie nie są w stanie utrzymać nowych, zdrowszych nawyków...

              Ale generalnie, jeżeli koniecznie chcesz się wypowiadać z pozycji alfy i romeo, to miłej zabawy...
              • kutuzow Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 15:50
                kynane napisała:

                > Dziewczyny odnoszą się do dwóch stron Twojego równania. Do tego, że ani nie jes
                > t tak prosto wpłynąć na bilans kaloryczny, ani na spalanie. Że jest masa czynni
                > ków, które modyfikują naszą prostą zasadę.

                Samo równanie jest proste i co ważne w prosty sposób można wpłynąć na obie strony tego równania (zmianiam dietę, więcej się ruszam). Co nie znaczy że chudnięcie jest łatwe. Panie po prostu mylą te dwie kwestie. To, że równanie jest proste, nie znaczy że łatwo jest chudnąć, bo żeby np. spalić jedno ciastko trzebaby biegać przez godzinę.

                Ta "masa czynników" to pierdoły, bo zasada ogólna jest prosta. Jasne komuś może być ciężej osiągnąć dany efekt, komuś lżej, ale to zależy od nakładu pracy a nie od jakiś "tajemnych zmiennych" które to niby uniemożliwiają (jak niektórzy próbują przedstawiać swoje nicnierobienie).
          • potwor_z_piccadilly Re: czyżby perpetum mobile zostało wynalezione? 21.01.16, 16:23
            kynane napisała:

            > diabeł zawsze tkwi w szczegółach. Bo inaczej rocket science, to też pr
            > osta rzecz - dostarczasz rakiecie paliwa, ona je spala i leci :)

            Ba, on wręcz więcej spala, niż dostarcza do spalania.
            Sam napisał, że ten cały gips "sprowadza się do prostego równania. Liczba spalanej energii, powinna być wyższa od liczby spożywanej energii".





            • kutuzow Re: czyżby perpetum mobile zostało wynalezione? 21.01.16, 16:37
              potwor_z_piccadilly napisał:

              > Ba, on wręcz więcej spala, niż dostarcza do spalania.

              ...i wtedy chudniesz, spalając swoją tkankę tłuszczową -czyżbyś się z tym nie zgadzał, czy tylko chciałaś zabłysnąć (na zasadzie, wiem, nie wiem, ale napiszę)?

              > Sam napisał, że ten cały gips "sprowadza się do prostego równania. Liczba spala
              > nej energii, powinna być wyższa od liczby spożywanej energii".

              Raz jeszcze -czyżbyś się z tym nie zgadzał? Napisz zatem z która częścią.
              • potwor_z_piccadilly Re: czyżby perpetum mobile zostało wynalezione? 21.01.16, 17:36
                kutuzow napisał:

                > Raz jeszcze -czyżbyś się z tym nie zgadzał? Napisz zatem z która częścią.

                Nie to, że się nie zgadzam. Ogólnie, to piszesz logicznie, ale jednego nie potrafię zrozumieć.
                Nie pojmuję, jak zrobić, by idąc do sklepu z 21,30 w kieszeni i wyjść z tego sklepu z produktami o wartości 24,70.
                Z Twoich rozważań o spalaniu większej ilości surowca, niż przeznaczyło się go do spalenia wynika, że można, a jak tak, to można mieć też mieć mniej pieniędzy i więcej za nie kupić.
                Zresztą sam wiesz, 3,40 piechotą nie chodzi.
                • kutuzow Re: czyżby perpetum mobile zostało wynalezione? 21.01.16, 17:52
                  potwor_z_piccadilly napisał:


                  > Nie to, że się nie zgadzam. Ogólnie, to piszesz logicznie, ale jednego nie potr
                  > afię zrozumieć.
                  > Nie pojmuję, jak zrobić, by idąc do sklepu z 21,30 w kieszeni i wyjść z tego sk
                  > lepu z produktami o wartości 24,70.

                  ta różnica to oszczędności po które np. sięgnąłeś i zapłaciłeś kartą.
                  Tłuszcz jest taką właśnie "oszczędnością" energetyczną organizmu na ciężkie czasy.
                  • potwor_z_piccadilly Re: czyżby perpetum mobile zostało wynalezione? 21.01.16, 18:08
                    kutuzow napisał:

                    > ta różnica to oszczędności po które np. sięgnąłeś i zapłaciłeś kartą.
                    > Tłuszcz jest taką właśnie "oszczędnością" energetyczną organizmu na ciężkie cza
                    > sy.

                    No tak, ale tego tłuszczu w bankowym sejfie jest ilość ograniczona i zajś dupa z tyłu. No nijak nie da się tego tłuszczu więcej brać niż go tam napływa. A i też wszystkiego nie należy się pozbywać, no bo co to za kobitka bez tłuszczyku? Jakiś tłuszczyk musi mieć, bo pięknie on swoją delikatnością komponuje się z naszymi chropowatościami zarośniętymi często kłaczorami różnie gęstymi.
                    O kredytach nie pisz, bo to jeszcze głębsza studnia.

    • marek.zak1 Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 11:18
      kutuzow napisał:


      > Drogie Panie, wbrew temu co piszecie, to kwestia odchudzania na prawdę sprowadza się do tego prostego równania. Liczba spalanej energii powinna być większa od liczby spożywanej energii. Koniec kropka. Tutaj cudów nie ma.
      ---------------------------------------------------
      Jedna uwaga. Przy odchudzaniu tłuszcz znika na końcu, a więc najpierw ,,spalane" są cukry, potem białka, a tłuszcz na końcu. Nieumiejętne odchudzanie może zatem spowodować zanik mięśni, powstanie zmarszczek a tłuszcz jak był, tak jest. Stąd zniechęcenie wielu ludzi, szczególnie kobiet, gdyż z uwagi na specyficzna budowę kolagenu, tłuszcz ,,wypływa" w kierunku skóry. O mężczyzn kolagen jest usieciowany i ,,przytrzymuje" tłuszcz bardziej w głębi organizmu.
      A ruszenie 4 liter to oczywiście podstawa.
    • triismegistos Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 11:38
      Nie wiem, nie znam się. Ze sportu, to ja najbardziej lubię patrzeć jak ukochany trenuje. Jem dużo, wcale nie chudo. I co? I jestem sama z siebie szczupła.
      A moja siostra, która jest wiecznie na diecie, pracuje fizycznie i uprawia sporty zawsze ma trochę ciała za dużo.
      Co to może być panie jak nie właściwości organizmu?
      • kutuzow Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 11:54
        triismegistos napisała:

        > Nie wiem, nie znam się. Ze sportu, to ja najbardziej lubię patrzeć jak ukochany
        > trenuje. Jem dużo, wcale nie chudo. I co? I jestem sama z siebie szczupła.

        BBC o którym już wspominałem pokazywało, że pod katem wydatkowania energii, takie całodzienne zwykłe poruszanie się (np. sprzatanie domu, przejście piechota do pracy i z powrotem itp) jest często znacznie większym wydatkiem energii niż np. godzina na siłowni dla kogoś kto reszte dnia spędza pracując przy biurku.

        > A moja siostra, która jest wiecznie na diecie, pracuje fizycznie i uprawia spor
        > ty zawsze ma trochę ciała za dużo.
        > Co to może być panie jak nie właściwości organizmu?

        Zazwyczaj to "wiecznie na diecie" oznacza tyle co nic. Bo wiecznie ciężko sobie wszystkiego odmawiać, gdy zaś się "podjada" to jak pisałem wcześniej łatwo stracić rachubę. Zobacz ile kalorii mają takie drobiazgi jak ciastka czy alkohol
        zdrowezywienie.edu.pl/tabelekaloryczne.htm
          • kutuzow Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 12:10
            Nie, sensowniejszym wyjaśnieniem jest to że Twoje siostra więcej spala niż spożywa, ale w ramach niesamowitego fizycznego zjawiska ten deficyt energii przekłada się na jej nadwyżkę (w postaci odkładającego się tłuszczu). Po prostu rozwiązała problem darmowej energii we wszechświecie. Ja bym juz zaczął pisać do Oslo.
              • kutuzow Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 12:32
                marek.zak1 napisał:

                > W przypadku zwierząt wszystko się zgadza, bo można im dozować ściśle określoną
                > ilość jedzenia, ale w przypadku ludzi nie, bo ludzie się sami siebie oszukują.
                >

                Dokładnie o tym pisałem. Komuś może się wydawać że w sumie on nic takiego nie je, bo co to jest tutaj ciasteczko, tam jeden pączek do kawy i ew lampka wina do snu (poza zwykłymi daniami). Nagle się okazuje że w skali tygodnia to jest kilka tysięcy kalorii ekstra.

                W warunkach "laboratoryjnych" -np. oblężenie Leningradu, gdzie każdy dostawał podobną porcję żywności nie było nagle, że ktoś nic nie je i nadal tyje.

                Osobiście jestem zwolennikiem podejścia: "za mało się ruszam jak na ten styl jedzenia", bo typowe jedzenie "mniej żreć" słabo się sprawdza na dłuższą metę.
                • sabat777 Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 12:51
                  Kutuzow, przemiana spoczynkowa zabiera często 2/3 albo i więcej kcal, które dziennie pochłaniasz. Mówię o normalnym trybie życia, a nie sportowcu, który zapierdala wiele godzin na najwyższych obrotach. Umiarkowane wizytowanie siłki trzy razy w tygodniu plus jakieś półgodzinne przebieżki mogą podnieść ogólny bilans o 200-300 kcal dziennie. Trzeba mieć na uwagę intensywność ćwiczeń. Mister Olimpia w połgodzinnym treningu może spalić więcej niż Ty siedząc cały dzień na siłowni, ale on zapierdala tak, że normalny człowiek zemdlałby po 5 minutach takiej koncentracji na ruchu i skurczach mięśni. To są kurde zawodowcy, przy nich wszyscy jesteśmy "kurami domowymi".
                  Za to spoczynkowa przemiana materii może się różnić dość znacznie.
                  Tylko że nie o to tutaj chodzi. Dostaliśmy w genach jakiś pakiet, plus zapracowaliśmy na to co mamy w aktualnym momencie trybem życia. Dodać do tego trzeba jakieś zmienne losowe, typu choroby, zespoły metaboliczne itd. I tak - uważam że nie ma równych szans i ludzie jedząc to samo mogą różnie przyswajać. Twoja analogia z energią jest o tyle niesłuszna, że pokarm nie ulega strawieniu stu procentach. Organizm ma pewien, w miarę dla siebie stały poziom absorpcji składników pokarmowych z jelit i żołądka.
                  Ale ponownie - co jest najważniejsze?
                  ŻE NIKOGO TO KURWA NIE OBCHODZI!
                  Nikogo nie obchodzi jakie masz uzasadnienie, że jesteś gruby. Czy jesteś chory, czy masz zespół metaboliczny, czy masz plastikową nogę, albo zdychasz na raka - to w praktyce nie ma żadnego znaczenia dla odbioru społecznego Twojej osoby.
                  Jesteś kim jesteś, nie zmienisz tego jakie masz dane wejściowe. Ale od Twojego zaangażowania będzie zależało czy wygrasz czy przegrasz. Dla jednych to będzie zdobycie ośmiotysięcznika, dla drugich - spacer po parku. Bo życie jest kurwa niesprawiedliwe i zawsze takie było. Ale to jak wyglądasz jest po prostu obiektywnym faktem i ludzie nie będą się zastanawiać jaką pracę musiałeś włożyć w to co sobą prezentujesz, bo ich to gówno obchodzi. To twoja sprawa. I tylko Ty poniesiesz konsekwencje.
                  • kutuzow Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 13:27
                    sabat777 napisał:

                    > Kutuzow, przemiana spoczynkowa zabiera często 2/3 albo i więcej kcal, które dzi
                    > ennie pochłaniasz. Mówię o normalnym trybie życia, a nie sportowcu, który zapie
                    > rdala wiele godzin na najwyższych obrotach.

                    Owszem, tylko zobacz jak łatwo to "zniwelować" jedząc np. dodatkowe ciastko w ciągu dnia, albo np. batonika.
                    Przyjmijmy 2/3 z normy dla kobiety lekko pracującej (praca biurowa) -to nam daje 66% z 2200 = 1450 kalorii. (zdrowezywienie.edu.pl/tabelekaloryczne.htm) Niech różnica między osobami wynosi nawet 30% (choć myśle że jest mniejsza), to mamy: 1450*0,3= 435 kalorii różnicy. Czyli tyle ile jeden batonik Snikers i kawa, lub np. ciastko karpatka. Znam wiele koleżanek które są na permanentnej diecie, ale jak pojawi się jakieś imieninowe ciasto, czy pączki w tłusty czwartek, to i granatem ich nie oderwiesz od stołu. Ludzie lubią się oszukiwać, ponieważ prawda pt, jestem gruby bo za dużo żre i za mało się ruszam jest ciężka do strawienia.
                    To dokładnie tak jak z tymi wszystkimi dysleksjami, ADHD, itp. Teraz co drugie dziecko ma papier i nie musi się starać, ciężko ćwiczyć np. ortografię. Z otyłością jest podobnie. Mało kto bierze problem na klatę, a wiele osób szuka rozgrzeszenia pod postacią kiepskich genów, czy ew. choroby.




                    To są kurde zawodowcy, przy nich ws
                    > zyscy jesteśmy "kurami domowymi".

                    Oczywiście. Dlatego sportowcy wpieprzają po 8-10 tyś kalorii dziennie i wyglądają super, a my musimy uważać gdy zjemy dziennie dodatkowe słodycze, albo wypijemy trochę alko.

                    > I tak - uważam że
                    > nie ma równych szans i ludzie jedząc to samo mogą różnie przyswajać. Twoja anal
                    > ogia z energią jest o tyle niesłuszna, że pokarm nie ulega strawieniu stu proce
                    > ntach. Organizm ma pewien, w miarę dla siebie stały poziom absorpcji składników
                    > pokarmowych z jelit i żołądka.

                    Zobacz, że absorpcja pokarmu jest pomijalna -bo cały czas chodzi o jeden i ten sam żołądek.
                    Ruszając się więcej chudniesz, jedząc wiecej tyjesz. Oczywiście możesz tyć szybciej niż Twój sąsiad, który ma "lepszy" żołądek, ale gdy rozpatrujemy przykład danej osoby to bez znaczenia.

                    > Ale ponownie - co jest najważniejsze?
                    > ŻE NIKOGO TO KURWA NIE OBCHODZI!
                    > Nikogo nie obchodzi jakie masz uzasadnienie, że jesteś gruby. Czy jesteś chory,
                    > czy masz zespół metaboliczny, czy masz plastikową nogę, albo zdychasz na raka
                    > - to w praktyce nie ma żadnego znaczenia dla odbioru społecznego Twojej osoby.
                    > Jesteś kim jesteś, nie zmienisz tego jakie masz dane wejściowe. Ale od Twojego
                    > zaangażowania będzie zależało czy wygrasz czy przegrasz. Dla jednych to będzie
                    > zdobycie ośmiotysięcznika, dla drugich - spacer po parku. Bo życie jest kurwa n
                    > iesprawiedliwe i zawsze takie było. Ale to jak wyglądasz jest po prostu obiekty
                    > wnym faktem i ludzie nie będą się zastanawiać jaką pracę musiałeś włożyć w to c
                    > o sobą prezentujesz, bo ich to gówno obchodzi. To twoja sprawa. I tylko Ty poni
                    > esiesz konsekwencje.

                    Zgodze się z Tobą że życie nie jest sprawiedliwe. Mógłbym mieć pretensje że nie mam np. 195 cm wzrostu, przez co jak gram w kosza to mam pod górkę. Na wzrost nie mam jednak wpływu. Na wagę owszem. Dlatego waga podlega ew. ocenie. Bo coś z nią można zrobić (o ile się chce).
                    Widziałem fajny program "Za grubi by latać" o osobach po 200 kg. Były to wspomnienia róznych osób, każda z tych historii miała wspólny mianownik. Do pewnego momentu każdy z nich miał dobrą wymówkę (przed samym sobą). Praktycznie nic nie było w stanie ich zmotywowac do wzięcia się za siebie, aż do chwili gdy stanęli przed bardzo wstydliwą sytuacją (młoda laska poszła na masaż i gość się bał że jest w ciąży, koleś musiał się przesiąść, bo wraz z żoną zaburzał wyważenie samolotu itp. Nagle te osoby zaczęły ćwiczyć, ograniczyły jedzenie i zmieniły się nie do poznania.
                    Znasz pewnie program "Biggest loser"
                    hollywoodlife.com/2014/04/02/rachel-frederickson-after-biggest-loser-weight-loss-gain-season-15-winner/
                    Tam widać, że pod okiem dietetyka i przy ciężkich ćwiczeniach KAŻDY może schudnąć o ile włoży w to DUŻO pracy.
                    • lampardzikus Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 13:34
                      Zwróćcie uwagę, że to "tycie" i "odchudzanie" to problem dzisiejszych czasów. Żarcia jest za dużo. Jest wszechobecne. Dopada nas w domu, w pracy, na ulicy, w kinie... No wszędzie! Do tego dochodzi kult "chudości".
                      Nie przypominam sobie, żeby w renesansie, czy baroku mieli takie problemy. A do tego lubili "pełne kształty". W dużej więc części problem z "odchudzaniem" "wyglądem" sami sobie wygenerowaliśmy.
                        • sabat777 Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 14:08
                          W sumie tak. Z inteligencja w duzej mierze sie rodzisz. To co z nia zrobisz to juz inna sprawa. Ale jesli dajmy na to kobieta pozada faceta za jego inteligencje, to w sumie niewiele sie to rozni od pozadania za ladna buzie czy wzrost. To sa rzeczy zapisane w genach. I tez w jakims stopniu niesprawiedliwe dka kogos, kto tego nie odziedziczyl. Moze probowac nad tym pracowac...
                          • lampardzikus Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 15:51
                            Czyli tak "troszeczkę" upraszczając... Świat jest na tyle niesprawiedliwy, że rodzą się piękne lale, które i tak są pożądane (niemal) nic nie robiąc i inteligentni faceci, którzy (niemal) nic nie robią. A głupi faceci i nieładne kobiety nie dość że się męczą to nie mają gwarancji sukcesu...
                            A może te nieładne kobiety z tymi głupimi facetami by się spiknęły - wtedy nie byłoby problemu... no nie? ;)
                              • lampardzikus Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 16:26
                                Cześć triis! :)
                                Ale wiesz to byłoby dobre rozwiązanie. Czy coś jest piękne czy też nie-piękne w dużej mierze uwarunkowane jest kulturowo. Na przykład dzisiejsze kobiety-wieszaki nigdy nie spodobałyby się barokowym panom. Podobnie dziś nie podobają się kobiety o pełnych kształtach - uwielbiane w baroku. Tak więc - ci głupi faceci mogliby wytworzyć rodzaj kultury, ja wiem - może jakiejś pod-kultury, gdzie kobiety uważane dziś za brzydkie - dla nich byłyby ładne. Wywołałoby to od razu sprzężenie zwrotne. Kobiety, które uważały się za brzydkie zaczęłyby uważać się za ładne. Wszyscy byliby szczęśliwi, a wątek w którym piszemy miałby tylko i wyłącznie walory scricte zdrowotne. Więc może warto spróbować? Zastanawiam się czy sam należę do głupich facetów, ale to całkiem możliwe.
                    • hello-kitty2 Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 13:59
                      kutuzow napisał:

                      > Tam widać, że pod okiem dietetyka i przy ciężkich ćwiczeniach KAŻDY może schudn
                      > ąć o ile włoży w to DUŻO pracy.

                      Oczywiscie kazdy moze schudnac jak wlozy dostatecznie duzo pracy (rowniez tej z psycholegiem/psychiatra) natomiast dla niektorych to musi byc rozmiar pracy (wysilek, czas, nastawienie, poswiecenie) rowny lub prawie rowny pracy zawodowej. Innymi slowy: odchudzanie musi sie stac niemalze wykonywanym zawodem.

                      Jeszcze jedna sprawa, nie wiem czy ktos poruszyl to, ze organizm adoptuje sie do wykonywanego regularnie wysilku i dlaczego caly czas trzeba wykonywany trening intensyfikowac. Jesli tego nie bedziesz czynic to z duzym prawdopodobienstwem bedziesz pracowac wylacznie na to by tylko wage utrzymac ewentualnie pracowac nad rekompozycja, co tez ja czynie uprawiajac sport codziennie. Intensyfikowanie nie polega na wydluzaniu sesji treningowych, co tez wiele kobiet samobojczo czyni nie uzyskujac oczekiwanych rezultatow.

                      Plusem calego odchudzania jest, ze sport (w przeciwienstwie do ograniczen kalorii) jest/moze byc fun/przyjemnoscia i tutaj bym sie koncentrowala. Znalezc dziedzine/dziedziny sportu, ktora ten fun daje i zamienic uprawianie sportu w ta popularna tutaj pasje, a sylwetke otrzymamy niejako w gratisie. Od diety bedzie zalezalo czy bardziej/mniej dopieszczona.

                      Ale zgadzam sie z Kutuzowem, ze czesc rownania o wydatkowaniu kcal jest wazniejsza od spozywania.
                    • potwor_z_piccadilly Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 17:56
                      hello-kitty2 napisała:

                      > Z przyje
                      > mnoscia trenowalabym z Toba regularnie. Bym Cie tez odwozila po kazdym treningu
                      > pod dom swoim Ferari to by zona na bank w progu witala Cie z mokra cipka ;-)

                      Prędzej z mokrą ścierą, by mieć go czym w łeb zamalować.
                      Kitty, żon nie znasz?
                      One bywają jak ten pies ogrodnika. Sam nie zje, a drugiemu nie da.

                    • sabat777 Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 21:35
                      hello-kitty2 napisała:

                      > Sabat, bardzo fajnie napisane, strzal w dzisiatke z kurami domowymi ;) Z przyje
                      > mnoscia trenowalabym z Toba regularnie. Bym Cie tez odwozila po kazdym treningu
                      > pod dom swoim Ferari to by zona na bank w progu witala Cie z mokra cipka ;-)

                      Kurde, podoba mi sie w tej wizji wszystko do momentu gdy pojawia sie w niej zona ;)
                      >
    • rekreativa Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 11:51
      Wszystko to prawda, ale dla osób zdrowych.
      Jasne, tych chorych, czy przyjmujących pewne leki i grubych z tego powodu jest mniej niż grubych z przeżarcia i braku ruchu, ale nie lekcewazyłabym tego (chociaż choroby tarczycy to jest teraz plaga, podobnie jak choroby autoimmunologiczne, które wymagają żarcia sterydów)

      Sama od 10 lat jadę na sterydach, z powodu choroby autoimmunologicznej właśnie. Zazywam małe dawki, ale w przypadku zaostrzenia choroby, a to się czasem zdarza, muszę brać dawki kilka razy większe.
      Przy ostatnim zwiększeniu dawek w ciągu 3 miesięcy przytyłam 4 kilo - i to uważając na żarcie i ćwicząc 5 razy w tygodniu własnie po to, by nie przytyć. Gdybym jadła normalnie i nie ćwiczyła pewnie było by to 10 kilo, ale jednak przytyłam i tak, choć robiłam, co mogłam.
      W dodatku sterydy powodują rozkładanie się tłuszczu w dziwnych miejscach jak twarz, kark, żołądek. Ja przez jakiś czas wyglądałam, jakby mi głowę przyczepiono z innego ciała, bo twarz miałam spuchniętą jak stukilowa baba, a ciało w miarę normalne.
      Jasne, to wciąż jest kwestia bilansu wydatkowanych kalorii i spożywanych, ale trzeba zrozumieć , że przy chorobach ten bilans może być bardzo zaburzony i czasem nawet z lekarzem i dietetykiem trudno trafić tak, by ta waga zatrzymała się w miejscu.
      Stąd apeluję, by nie ucinać osób podnoszących swoje Hashimoto w niegrzeczny sposób typu "ja też mam, a szczupła jestem". Bo co organizm to inny problem. Ja wierzę ludziom, którzy faktycznie mają chorobę i ją wskazują jako przyczynę problemów z wagą, bo jak opisałam wyżej, na własnej skórze się przekonałam, jak trudno trzymać wagę, kiedy organizm nie działa normalnie.
      • kutuzow Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 12:07
        rekreativa napisała:

        > Wszystko to prawda, ale dla osób zdrowych.

        Dla chorych także, tylko oni mają mniejsze spalanie, także żeby osiągnąć ten sam efekt (co zdrowy) musza się poruszać dużo więcej (przy takim samym jedzeniu jak zdrowi).

        > Przy ostatnim zwiększeniu dawek w ciągu 3 miesięcy przytyłam 4 kilo - i to uważ
        > ając na żarcie i ćwicząc 5 razy w tygodniu własnie po to, by nie przytyć. Gdyby
        > m jadła normalnie i nie ćwiczyła pewnie było by to 10 kilo, ale jednak przytyła
        > m i tak, choć robiłam, co mogłam.

        Jak pisałem w odpowiedzi do Triss, samo ćwiczenie na siłowni to czasami mało. BBC pokazywało badania że czasami więcej spalimy sprzątając przez 3 godziny dom, niż przez 1 godz w siłowni. Chodzi o to że na siłowni poziom wysiłku jest wysoki, ale jest to dość krótki okres (jest przygotowanie, rozgrzewka, odpoczynek w trakcie itp). Czasami lepiej mieć więcej ruchu "spokojnego" przez cały tydzień (np. spacer zamiast auta, czy wejście po schodach zamiast windy) niż raz czy dwa razy na tydzień iść na siłownię.

        > Jasne, to wciąż jest kwestia bilansu wydatkowanych kalorii i spożywanych, ale t
        > rzeba zrozumieć , że przy chorobach ten bilans może być bardzo zaburzony i czas
        > em nawet z lekarzem i dietetykiem trudno trafić tak, by ta waga zatrzymała się
        > w miejscu.

        To nadal kwestia skali. Może się okazać że zamiast np. 1 godz na siłowni 5 razy w tygodniu, potrzeba 2 godziny codziennie, żeby np. zrekompensować to że mamy siedzący "biurowy" tryb życia. Zobacz że ogólnie społeczeństwo teraz coraz mniej się rusza. Niektórzy z domu na parking podziemny jadą windą, potem przez miasto autem na parking przed biurem i znów winda do biura, gdzie siedzą cały czas za kompem. Przy takim trybie to i siłownia raz dziennie to za mało.

        > Bo co organizm to inny problem. Ja wi
        > erzę ludziom, którzy faktycznie mają chorobę i ją wskazują jako przyczynę probl
        > emów z wagą, bo jak opisałam wyżej, na własnej skórze się przekonałam, jak trud
        > no trzymać wagę, kiedy organizm nie działa normalnie.

        Owszem jest dużo ciężej niż gdy ma się super przemianę materii. Tylko cały czas ludzie zazwyczaj analizują wagę w zależności od ilości jedzenia, a zupełnie nie starają sie analizować swego trybu życia i ilości ruchu który mają. Moge się założyć, że gdybyś np. wzięła teraz urlop i pojechała do np. do Nepalu na prosty treking - gdzie przez 10 dni cały czas się idzie, to nagle by się okazało że nawet z chorobom wracasz znacznie chudsza.

          • kutuzow Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 12:27
            triismegistos napisała:

            > Tak kutuzow, pisałeś, że ćwiczenia to za mało, pisałeś też, że moje leniwe łaże
            > nie po domu to bardzo dużo.
            >

            Triis,
            Zrozum proszę że jeśli chodzi o spalanie energii to patrzymy na CAŁY DZIEŃ. Wyobraź sobie dwie osoby:
            1. Rolnik, który cały dzień coś robi. Jest na nogach praktycznie non stop. Dużo je i nie ćwiczy dodatkowo na siłowni.
            2. Gość od IT - pracuje przy kompie, ale raz dziennie przez godzinę ćwiczy na siłowni, Także dużo je (głównie fastfood).

            Jak sądzisz kto z nich faktycznie więcej spala w ciągu dnia?

            Rozumiesz idee? Ruch to nie tylko bycie na siłowni, albo nie bycie, ale to jak duzo ruszamy się w ciągu całego dnia.
            • triismegistos Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 13:11
              kutuzow napisał:
              > 1. Rolnik, który cały dzień coś robi. Jest na nogach praktycznie non stop. Dużo
              > je i nie ćwiczy dodatkowo na siłowni.
              Wypisz wymaluj moja siostra, która pracuje dość ciężko fizycznie. O szklaną kulę cię nie posądzam, wyraźnie napisałam
              "pracuje fizycznie i uprawia sporty ".
              > 2. Gość od IT - pracuje przy kompie, ale raz dziennie przez godzinę ćwiczy na s
              > iłowni, Także dużo je (głównie fastfood).
              Wypisz wymaluj ja. Tylko ja nie chodzę na siłownię. Medżik.
              • zawle Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 13:16
                Kłamiesz Triss albo nie znasz swojej siostry;) Też mam takie siostrzyczki w pracy. Jedna jest tym co zostało po drugiej;) Ta chudsza je co popadnie, grubsza ciągle się pilnuje. A rodzice Ci sami. Genetyka czy cholera wie co. Ale masz rację sabat że temperament dość często idzie ze spalaniem w parze. Moja mam zawsze mi powtarzała że gdyby jadła tyle co ja to w drzwi by się nie zmieściła.
                • triismegistos Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 21:39
                  Rodzice moze i ci sami... Ale na przykład jedno z moich rodzicieli jest chude jak szczapa, mimo, ze leży na kanapie i wcina ciastka z kiełbasą, a drugie ma sporą nadwagę mimo diet, basenów, rowerów, nordic walkingów etc.
                  Wiem, podaję przykłady skrajne i jaskrawe, ale może dzięki temu, że widzę te skrajności na własne oczy mam swoje zdanie na temat rewelacji o prostocie odchudzania.
                  Może i bym przyjęła argument o zaklinaniu rzeczywistości, no ale jakoś do mnie on nie trafia, nie wiedzieć czemu ;)
          • sabat777 Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 12:36
            Na bazie tego co o sobie piszesz i jak Ciebie odbieram przez forum, to strzeliłbym, że jesteś aktywną, nabuzowaną choleryczką, która lubi się pieprzyć. Jesteś ostra, twarda, kategoryczna, agresywna, jednoznaczna a czasem wręcz cyniczna i drwiąca. W dodatku zauważam u Ciebie dość niski poziom empatii, za to tendencję do osiągania celów ponad wartościami społecznymi. Gdybym miał firmę, to w ciemno zatrudniłbym Cię jako menadżera dowodzącego zespołem. Wiedziałbym, że w razie czego w ciągu jednego dnia wypierdoliłabyś wszystkich na bruk i zatrudniła nowych ludzi, jeszcze ich na wstępie solidnie strasząc, że jak nie będzie wyników to będzie "kęsim".
            Ludzie o takiej osobowości to chodzące reaktory atomowe. Mają co prawda tendencję do popadania w nałóg nikotynowy, ale otyłość to ostatnia rzecz, która je dotyka.
        • rekreativa Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 12:40
          Owszem , znowu masz rację, ale teraz weź pod uwagę, że choroby dają dolegliwości.
          Gdybym dwie godziny dziennie maszerowała szybkim krokiem, to byłabym chuda. Problem polega na tym, że w moim przypadku zaostrzenie choroby to obydwa kolana z wysiękiem. No to teraz kombinuj, co ćwiczyć, żeby było w miare intensywnie, kiedy masz dwa bolące spuchnięte kolana na stanie.
          W przypadku tarczyc to jest też np. męczenie się znacznie szybsze niż u zdrowego.
          Ja nie mówię bynajmniej, że się nie da. Da się, ale jest to nieraz mocno skomplikowane i na pewno nie pasuje do prostej rady "mniej jedz" albo "ruszaj się".
          Bo jak sam zauważasz, zależy czego to mniej jesz i w jaki sposób się ruszasz. I naprawdę może być tak, że babka poci się na tej siłce, czy jedzie na diecie 1000 kalorii, a waga ani drgnie. Tylko co da pokrzykiwanie na nią? Tu trzeba fachowców.
    • zawle Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 12:47
      kutuzow napisał: > W wątku obok Zawle z Bitch z prostej zasady "tyjesz gdy spożywasz więcej kalorii niż spalasz" próbują robić istną rocket
      science. Zawle to już nawet weszła w rejon liczb urojonych (ujemne wartości spożywanej energii). rel="nofollow">forum.gazeta.pl/forum/w,15128,160122099,160122099,Kto_sie_boi_leniwych_kobiet_.html

      Gdybyś miał chociaż odrobinę poczucia humoru lub czytał ze zrozumieniem ( szaleję_ jedno i drugie) to zauważyłbyś że żartuję w tym wątku. Stąd emotikona na końcu.
      • kutuzow Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 16:45
        ina_nova napisała:

        Kaloria z czeko
        > lady ma się nijak do kalorii z kurczaka. Koniec kropka, tutaj cudów nie ma. Co
        > innego dzieje się z cukrami, a co innego z tłuszczami i białkiem. także tego...

        Widzę, że ty z frakcji tej co uważa, że kilogram ołowiu jest cięższy od kilograma pierzu.
        Ponieważ kaloria to jednostka energii, to to co napisałaś brzmni mniej więcej tak:
        1 W prądu z elektrowni na węgiel ma się zupełnie nijak do 1 W prądu z elektrowni wiatrowej.

        Owszem w przypadku potraw liczy się jeszcze indeks glikemiczny- ale to raczej kwestia jak szybko będziemy odczuwali głód po posiłku, a nie że np. 100 kalorii czekolady pójdzie nam w biodra, a 100 kalorii kurczaka zniknie bez śladu. Zobacz, że niektórzy np. alkoholicy żyją na kaloriach z alkoholu, także to nie jest tak że jakies kalorie są niegroźne, a inne to powodują ostre tycie.
        • zyg_zyg_zyg Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 17:18
          np.:

          "Dzisiejszy rozwój nauki o żywieniu człowieka zaleca zmianę sposobu patrzenia na kalorie oraz zwrócenie uwagi na proces redukcji masy ciała nie tylko poprzez pryzmat deficytu energetycznego.

          Badania naukowe sugerują, że już prosta zmiana nawyków żywieniowych: uregulowanie pór posiłków, zrezygnowanie ze smażenia, spożywania słodyczy czy dosładzania napojów skutkuje pożądanym, zalecanym spadkiem masy ciała w granicach 2-4 kg/miesiąc. Zwracanie uwagi jedynie na wartość energetyczną diety jest systemem przestarzałym, ponieważ na oczekiwane efekty mają również wpływ proporcje pomiędzy białkiem, tłuszczem i węglowodanami w diecie czy stopień przetworzenia żywności. Gdyby to było takie proste, to nie miało by znaczenia czy 300 kcal dostarczymy organizmowi w warzywach czy z porcji czekoladowego wafelka.

          Nawet jeśli przyjmie się odpowiednią wartość energetyczną diety, ale proporcje pomiędzy makroskładnikami będą niewłaściwe, efekt redukcji masy ciała może przebiegać w tempie nie takim, jakiego byśmy oczekiwali lub zachodzić nieefektywnie."
          fitness.sport.pl/fitness/1,111350,14980952,Ilosc_kontra_jakosc_diety___dlaczego_liczenie_kalorii.html
          • kutuzow Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 18:01
            zyg_zyg_zyg napisała:


            > Badania naukowe sugerują, że już prosta zmiana nawyków żywieniowych: uregulowan
            > ie pór posiłków, zrezygnowanie ze smażenia, spożywania słodyczy czy dosładzania
            > napojów skutkuje pożądanym, zalecanym spadkiem masy ciała w granicach 2-4 kg/m
            > iesiąc.

            Uregulowanie posiłków to kwestia podjadania między posiłkami i jedzenie więcej niż powinniśmy (większe porcie gdy jesteśmy bardzo głodni).

            Zrezygnowanie ze smażenia -to kwestia mniejszej ilości tłuszczów -czyli mniej kalorii.

            spożywania słodyczy -jak wyżej -mniej kalorii

            dosładzanie napojów -jak wyżej -mniej kalorii.

            Także to nie jest jakies nowum -to cały czas poruszamy się w tym samym równaniu spalona energia vs dostarczona energia (w postacji posiłku).




            Zwracanie uwagi jedynie na wartość energetyczną diety jest systemem prz
            > estarzałym, ponieważ na oczekiwane efekty mają również wpływ proporcje pomiędzy
            > białkiem, tłuszczem i węglowodanami w diecie czy stopień przetworzenia żywnośc
            > i. Gdyby to było takie proste, to nie miało by znaczenia czy 300 kcal dostarczy
            > my organizmowi w warzywach czy z porcji czekoladowego wafelka.

            Owszem to wpływa na szybkość zmian, ale nie na samą mechanikę.
            Jeśli np. ktoś będzie jadł 5000 kalorii, a spalał 3000 kalorii, to niezależnie co będzie jadł, w jakich proporcjach to i tak będzie tył. Nie ma tak, że jak wpieprzasz czekoladę to tyjesz, a jak jesz wegańskie to chudniesz (przy tej samej ilości kalorii).
            Zobaczcie że np. w góry bierze się czekolad, dla tego że to szybka i prosta dawka energii. Jasne że cukry są łatwiej spalane, ale to o to spalanie właśnie sie rozchodzi. Gdy się leży na kanapie, to i od marchewek można przytyć.

            > Nawet jeśli przyjmie się odpowiednią wartość energetyczną diety, ale proporcje
            > pomiędzy makroskładnikami będą niewłaściwe, efekt redukcji masy ciała może prze
            > biegać w tempie nie takim, jakiego byśmy oczekiwali lub zachodzić nieefektywnie

            Owszem, pisza o tempie, czyli że może być efekt szybszy lub wolniejszy, ale nie piszą że złe proporcje nagle zmienią wektor zmian. Czyli np. Spalamy dziennie 3000, przy diecie A mamy 2500 kalorii -więc chudniemy, przy Diecie B mamy także 2500 kalorii -więc także chudniemy (tylko w zależności od zbalansowania diety szybciej lub wolniej ale nadal CHUDNIEMY bo 2500<3000.

            Nie ma tak że zmieniając dietę z A na B (nie zmieniając liczby kalorii) nagle zaczynamy tyć.


            > ."
            > fitness.sport.pl/fitness/1,111350,14980952,Ilosc_kontra_jakosc_diety___dlaczego_liczenie_kalorii.html
            • sabat777 Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 22.01.16, 07:04
              Pierwsza rzecza, ktora robie jak chce schudnac to calkowity szlaban na jakiekolwiek przekaski miedzy posilkami. Nawet guma do zucia moze dostarczac kalorii. Nic. Nawet marcheweczka czy male jablko. Co do jablek to sa super, ale wliczane do posilkow. U mnie to byl najwiekszy problem, bo bardzo je lubie. Ale potrafilem zjesc nawet 5-6 jablek dziennie, a to dodatkowe 400-800 kcal w zaleznosci od wielkosci jablek. Z marchewka moze byc podobnie, a wiem, ze niektorzy rozne takie "niskokaloryczne wypelniacze" :) Po podliczeniu kalorii okazuje sie, ze wcale nie az tak niskokaloryczne...
        • sabat777 Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 17:35
          Kutuzow, insulina jest silnym hormonem anabolicznym. Wedlug ludzi zajmujacych sie zawodowo kulturystyka - obok hgh najsilniejszym. Nie lekcewaz wplywu pobudzania insuliny do produkcji na tycie, bo jest duzy. I to az tak prosto nie dziala, ze dostarczana energia w organizmie zachowuje sie zawsze tak samo.
    • that.bitch.is.sick Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 20:02
      Kutuzow;) przeczysz sam sobie w tym poście:). Najpierw piszesz że to prosty bilans kaloryczny a potem udowadniasz że nie wcale nie
      Nie wiem szczerze: o co Ci chodzi?, i bądź łaskaw wyspecyfikować do kogo z czym się zwracasz bo ja przeczę definitywnie twierdzeniu że "wszystko się sprowadza do redukcji spożywanych kalorii" aż tyle i tylko tyle. Wszystko inne mnie nie dotyczy. To twierdzenie głupie, niebezpieczne i generujące przyszłą nadwagę.
      Co do ruchu- jako była trenerka polecam ale typ treningu dobrany do wagi i stanu zdrowia - inaczej można sobie zaszkodzić.
      • sea.sea Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 21.01.16, 20:14
        Jak to o co, jak zwykle o niższość intelektualną damskiego rodu :D No chyba że znowu Kutuzowa pomyliłam z kimś...

        BTW z tego co zaobserwowałam, to odchudzanie w męskim wydaniu też polega najczęściej na próbach ścięcia kalorii i opowiadaniu długo i szeroko o tym, jak bardzo planuje się od poniedziałku zapisać na siłkę, więc trochę mi żyłka skacze na to "kobietom się zdaje, że", "błąd często popełniany przez kobiety" itd
    • skomplikowanaula Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 26.01.16, 23:20
      Skoro nie ma co zwalać na choroby geniuszu powiedz mi jak to możliwe, że ja swego czasu jadłam:
      FRYTKI, frytki i frytki non stop, gotowce i mnóstwo ogólnie rzeczy a ważyłam maksymalnie 46 kg i jestem pewna że dosłownie tyłka z z łózka nie ruszałam a z pewnością nie tyle aby powyższe spalić.
      Teraz jedząc zdrowo z powodu choroby - hashi - ważę 44 nad czym ubolewam bo jako szkieletor nie podobam się zbyt facetowi. Sobie też nie. Niby dwa kg a różnica w wyglądzie spora. Dodam, że jestem niska żeby nie było ;)
        • skomplikowanaula Re: Dieta, tycie czyli rocket science w wydaniu k 27.01.16, 13:21
          No ja też pokusiłabym sie o sformułowanie że za nic w świecie nie mogę przytyć, kiedyś żeby mieć jakiś tyłek to jadłam fast foody a teraz?

          Zn drugiej strony z dwojga złego wolę nie móc przytyć niż schudnąć - obawiam się że to bardziej by mi ciążyło.
          Dlatego tak wkurza mnie TO ludzkie ( męskie :)) wrzucanie wszystkiego do jednego worka bo obejrzał jakiś tam program o puszystych paniach W Uk czy USA jak BBC - To chyba samo za siebie mówi.
          Abstrahując od prawdziwych faktach o zwolnieniu metabolizmu i nieskuteczności diety głodowej mam apel to geniuszów: proszę się odstosunkować od ludzi chorych szczególnie jeśli samemu jest się zdrowym i nie mieszać wszystkiego ze wszystkim popierając się szczególnie programami BBC - gdzie znaczenie ma sensacja.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka