vinotinto29
05.07.17, 17:00
Cześć wszystkim. Forum czytam od jakiegoś czasu. W końcu postanowiłam napisać sama (tylko błagam, nie ciśnijcie tu od razu hejtu). Chyba głównie żeby komuś wywalić ten problem, bo żyjemy w czasach, gdzie problemy z seksem to temat tabu, wszyscy są piękni, wiecznie młodzi i fit…(wiecie o co chodzi).
Jestem z moim facetem półtora roku. Ja chwilkę przed trzydziestką, on 34. Przedtem wszystkie moje związki rozpoczynały się wielkim zauroczeniem, często to był istny piorun sycylijski. Przed obecnym facetem byłam półtora roku z gościem, który niestety okazał się był psycho-przemocowcem, więc odeszłam. Natomiast przyciąganie było takie, że przez cały okres mieszkania razem uprawialiśmy seks codziennie albo co drugi dzień. Nie przestawał mnie kręcić. No ale niestety miał nie tak z główką, więc dla własnego dobra odeszłam, co mocno odchorowałam. Potem kolejne półtora roku byłam sama. Nie do końca (przynajmniej po pewnym czasie) z wyboru. Po jako takim otrząśnięciu się z tamtego związku zaczęłam szukać. Nie wychodziło nic poważnego, głównie przelotne romanse. Dodam, że brak seksu na stałe doskwierał mocno, mocno. No i wtedy poznałam mojego obecnego. Nie było pioruna sycylijskiego, motylków i ściągania majtek przez głowę. Ale zaimponował mi ponadprzeciętna inteligencją. Super się rozmawiało, byłam pod wrażeniem. I tak się zaczęliśmy spotykać. Pierwszy seks był na 4 randce. Nie jakiś super ekstra, ale był poprawny, poza tym zawsze trzeba się siebie nauczyć. Czas mijał, spotykaliśmy się dalej. W międzyczasie wyszły moje problemy hormonalne, gł. tarczycowe. Seks był taki sobie, aż w końcu (niestety dość szybko, bo ledwie po kilku miesiącach) zaczęłam tracić pożądanie. Po prostu mi się nie chciało. Zwalałam to na karb problemów hormonalnych...Ale zaczęłam się leczyć, a ochota była średnia. Czasem się polepszało, i wtedy czułam, że może jest szansa. W międzyczasie razem zamieszkaliśmy (w tym lepszym okresie). Niestety znów jest marnie. Od razu powiem- mój facet nie jest z tych, co się kobietą jakoś szczególnie zachwycają. Teraz się nauczył mnie chwalić i komplementować, ale to zajęło sporo czasu. Ponadto, kiedy na początku związku chciałam świntuszyć w łóżku, on średnio na to reagował, jakoś nie było to jego bajką. Teraz jak on świntuszy i mówi do mnie brzydko, to jakoś zwyczajnie mnie to nie bierze, ba- nie pasuje mi to do niego.
No i do czego doszło? Do tego, że stałam się zimną rybą, sama ze sobą czuję się mało sexy. Po prostu nie mam większych potrzeb. Lubię, jak jeździmy na rowerze, chodzimy po knajpach, spotykamy się z ludźmi, podróżujemy. Ale doszło do tego, że kiedy on chce, to ja zawsze zmęczona, a to wstać trzeba wcześnie, a to to, a to tamto…żałosne. Złapałam się na tym, że czasem myślę w trakcie (a seks jest jakieś 1-2 razy w tyg) np. o tym, co będzie na obiad. Jakiś dramat. Kiedyś byłam demonem seksu, uwielbiałam i cieszyłam się z każdego razu. Teraz nie wiem, co się wydarzyło. Mój popęd poszedł w pizdziet i nigdy nie wróci? Czy może się wygasił…Czasem się boję, że mi tak zostanie na zawsze zawsze. Powoli chyba dociera do mnie, że to chyba nie hormony…że ja zwyczajnie nie pożądam swojego faceta…czy to jest możliwe? Czy możliwe, żeby popęd na chwilę się wygasił? Że człowiek wcześniej aktywny seksualnie nagle zaczyna woleć obejrzenie filmu i wino pod kocem od seksu? (Czasem zaspokajam się sama, czyli chyba nie jest tak, że nie mam żadnego popędu).
I teraz clou- boję się odejść. Z wielu względów. Bo się boję, że nie znajdę tak fajnej, mądrej i troskliwej osoby. Bo wiadomo- prawie trzydziestka na karku, znajomi sparowani, dzieciaci. Bo wiem, jak ciężko kogoś poznać. Bo będę pewnie skazana znów na portale randkowe pełne dziwnych ludzi. Bo znów będę musiała zaczynać od nowa. A może zostanę sama na amen. Żeby było jasne- nie chcę mu zniszczyć życia. Nie chcę być jedną z tych kobiet, które zrealizowały plany rodzicielskie i tyle im wystarcza. Nie chcę robić krzywdy fajnemu, wartościowemu człowiekowi. Jedynemu, który naprawdę nad sobą pracuje, któremu zależy na związku.
PS- nie wiem, czy to istotne, ale mój facet nie przepada za seksem oralnym, długo go namawiałam, mówił, że nie lubi i już. Czułam się przez to odrzucona jako kobieta. W konsekwencji ja też nie chciałam być stroną aktywną, bo lubię wzajemność w tym względzie. W końcu się przekonał, ale nadal czuję, że to takie wymuszone.
Czy ta sprawa wygląda skrajnie beznadziejnie?
Pozdrawiam wszystkich!