mojanoga
13.09.05, 11:01
Piszę to ku przestrodze.Skopiuję tu post,ktory napisalam prawie rok
temu.Czulam się urażona,nieszczęśliwa,chcialam popelnić
samobójstwo...Czulam,że on mnie oszukal.
Oto co napisalam:
"Nie wiem do kogo się zwrócić ze swoim problemem.
Jestem w ciąży,właściwie lada dzień będę rodzić.Tego dziecka bardzo chciał
mąż,ja mogłam jeszcze trochę poczekać,ale on tak
bardzo prosił...
W 6 m-cu ciąży powiedział,że już mnie chyba nie kocha.Załamałam
się.Wszystkiego bym się spodziewała,tylko nie tego.Byliśmy razem
7 lat,kochał mnie jak szaleniec,szybciej po sobie spodziewalabym się
najgorszego,jego byłam absolutnie pewna.
Jestem teraz bardzo samotna.Mieszkamy razem,odzywamy się do siebie,niby
wszystko jest normalne.Poza tym,że czuję się jak intruz
w jego życiu,oprócz tego,że od trzech miesięcy nie chce mnie pocałować.Oprócz
tego,że ja go kocham,noszę jego dziecko,a on
"czuje się odpowiedzialny".
Zachowuje się jakby nic sie nie stało,nie chce na ten temat
rozmawiać,powiedział,że przecież niczego mi nie zabraknie,że chce
wychowywać to dziecko itd.Tylko ja coraz bardziej sie załamuję.Jest dla mnie
najważniejszy,a uważa mnie za swój obowiązek.
Czuję się oszukana-miało być tak pięknie,a skończyło się koszmarem.
Zdecydowałam się wyprowadzić za 3-4 m-ce,jak już maluszek będzie trochę
większy,nie wyobrażam sobie takiego życia.Codziennie
zastanawiam się kiedy on znienawidzi mnie za to,że jestem w jego życiu,albo
kiedy ja znienawidzę go za to,że chciał mieć ze mną
dziecko,a potem po prostu przestal mnie kochać."
Po jakimś czasie on napisal jak to widzial-plakalam,bo nie zdawalam sobie
sprawy,że tak go ranilam...
"Bardzo długo myślałem nad tym czy napisać czy nie.
Nie lubie prac publicznie brudów. "Mojanoga" postanowila podzielic sie z Wami
swoimi odczuciami, pokazała mi to co tu
napisała, mówiąc: "patrz wszyscy myslą tak jak ja".
Zacznę od poczatku. Nie jestesmy małżeństwem, mimo ze mi na tym zależało i
bardzo prosiłem, niezgodziła się, żeby wziąć ze mną
ślub.
Wykonujemy oboje ten sam zawód-jesteśmy lekarzami i pracujemy bardzo
długo. "Mojanoga" decydując się na bycie ze mną wiedziała
jak pracuję, czasami od 7 do 24. I mimo to miała pretensje o to, ze za długo
pracuję. Że w czasie gdy była w ciąży jechałem
do pacjenta który dzwonił w sobotę czy niedzielę. Mówiła wyłącz telefon, czy
Ty musisz ciagle pracować? A przeciez pieniądze
są potrzebne. Po co nam te pieniądze? pytała. Na dziecko, mieszkanie, auto,
telefon. Starałem się zapewnic jej wszystko,
brałem dodatkowa pracę zanim skończyła studia. Kupiliśmy mieszkanie,
splaciłem kredyt, strałem się zeby miała wszystko. I
ciagle było źle. gdy zachorowal mój Tato stawial mi ultimatum, albo Ona albo
moi rodzice. Miał raka, mówiła, że nic mu nie
bedzie. Wybrałem ją. Zacząłem poświęcać mniej czasu rodzicom. Nie moge
powiedzieć, że Ona źle zachowywala się wobec Taty.
Odwiedzała go w szpitalu, troszczyła się. Ale miał pretensje o mój czas
poświęcany rodzicom. Tato zmarł, "Mojanoga" skończyła
studia. Zaczeliśmy wspólnie pracować. Zawsze mówiła, że rok po studiach
bedziemy mieli dziecko. Teraz słyszę, że Ona
niechciała tego dziecka tylko ja. W międzyczasie przytyłem (nigdy szczupły
nie byłem) zacząłem słyszeć że jestem gruby,
wyglądam jak wieprz. Ona zapisała się na aerobik, ja jakos nie miałem ochoty
na ćwiczenia. Zacząłem byc kurem domowym -
gotowałem obiady, jak wracala o 22 z aerobiku czekalem na nią. Wracała do
domu i najważniejsze było przywitać się ze
zwierzetami (pies i koty) ja byłem gdzies daleko w kolejce. Klócilismy się
zawsze, ale te awantury zaczeeły przybierac na
sile. Powodem była moja mama której poświecalem za duzo czasu (bardzo źle
zniosła śmierć Taty) ustepowałem jej. Zawsze
starałem się ustąpić, nawet jak nie bylo mojej winy to przepraszalem. W
końcu "Mojanoga" zaszla w ciążę. Wiem, że kobieta w
ciąży ma humory. Wiem, że jej dużo wolno. Nie reagowałem na non stop
opie..nie. Na ciągłe pretensje o wszystko (byłem
przyzwyczajony, ale strasznie ja kochałem, pozwalalem jej na wszystko).
Zatrudnilem asystentke w gabinecie,zeby jej ulżyć w
pracy. Zapisalem się na silownię żeby schudnąć. Mówilem, ze to dla dziecka,
żeby nie miało grubego ojca, nieprawda robilem to
dla Niej. Żeby nie miała tego wieprza w domu. Przestałem pić piwo, zeby jej
nie drażnić. I tak wszystko źle. Wziąłem
dziewczynę do sprzątania, zeby jej pomóc. I tak wszystko co zrobilem bylo
powodem do kolejnej awantury.W końcu któregos dnia
"mojanoga" niewytrzymała zrobila straszna awanture i zażądała, zebym ją
odwiózł do domu rodziców.Usłyszałem wiele gorzkich
słów na swój temat i to że jest ze mną nieszczęśliwa i że mnie nie kocha.
Najpierw prosiłem ja ze łzami w oczach zeby została,
potem pomyślałem ze może lepiej będzie jak odwioze ją.Juz musiala leżeć, a ja
dalej miałem duzo pracy. Tam miał przynajmniej
opiekę. Myślałem, ze uspokoi się troche odpocznie i będzie dobrze.
Odwiedzałem ją u rodziców a potem w szpitalu. W zamian
słyszałem, ze po co przyjechałem i żebym sp....Mimo to przyjeżdżałem nadal.
Dostawałem same gorzkie smsy z wyrzutami i
obelgami. Nie reagowałem. Starałem się, żeby miedzy nami było NORMALNIE.Ale
pewnego dnia po kolejnej kłótni na pytanie czy ja
ja kocham powiedziałem - niewiem. Załamałem się, gdy to do mnie dotarło.Bo
ile można kochac ciągłe wyrzuty, kogos kto uważa,
że jestem beznadziejny? Kogoś dla kogo istnieje tylko "JA".Kogos kto mówi, że
niechce tego bachora? Że wszystko co robie jest
złe? Od tego momentu bylo coraz gorzej.W końcu oswiadczyla mi ze zwraca mi
pierscionek zaręczynowy i że z dzieckiem które sie
nieurodzilo chce się wyprowadzić. Po porodzie starałem się pomóc bardzo.
Wracałem jak najwcześniej z pracy, gotowałem,
pomagałem robic pranie, kapałem małą.I tak dalej bylo źle.W końcu
oświadczyla, że chce wynająć mieszkanie i się
wyprowadzić.Bardzo kocham moja córeczkę i będe się starał dbac o nią. I nie
jest to kwestia odpowiedzialności tylko
uczucia.Dlaczego nie zatrzymywałem jej teraz? Bo widze jak na mnie reaguje. Z
jaka nienawiścia do mnie krzyczy. Boje sie tego,
żeby nie zamienic zycia mojej córki w piekło ciągle walczących ze soba
rodziców.Tak wyglada ta historia z mojej strony."
Gdybyśmy umieli powiedzieć sobie to wszystko wcześniej...