Jak trudno być obiektywnym...Dlugie!

13.09.05, 11:01
Piszę to ku przestrodze.Skopiuję tu post,ktory napisalam prawie rok
temu.Czulam się urażona,nieszczęśliwa,chcialam popelnić
samobójstwo...Czulam,że on mnie oszukal.
Oto co napisalam:
"Nie wiem do kogo się zwrócić ze swoim problemem.
Jestem w ciąży,właściwie lada dzień będę rodzić.Tego dziecka bardzo chciał
mąż,ja mogłam jeszcze trochę poczekać,ale on tak
bardzo prosił...
W 6 m-cu ciąży powiedział,że już mnie chyba nie kocha.Załamałam
się.Wszystkiego bym się spodziewała,tylko nie tego.Byliśmy razem
7 lat,kochał mnie jak szaleniec,szybciej po sobie spodziewalabym się
najgorszego,jego byłam absolutnie pewna.
Jestem teraz bardzo samotna.Mieszkamy razem,odzywamy się do siebie,niby
wszystko jest normalne.Poza tym,że czuję się jak intruz
w jego życiu,oprócz tego,że od trzech miesięcy nie chce mnie pocałować.Oprócz
tego,że ja go kocham,noszę jego dziecko,a on
"czuje się odpowiedzialny".
Zachowuje się jakby nic sie nie stało,nie chce na ten temat
rozmawiać,powiedział,że przecież niczego mi nie zabraknie,że chce
wychowywać to dziecko itd.Tylko ja coraz bardziej sie załamuję.Jest dla mnie
najważniejszy,a uważa mnie za swój obowiązek.
Czuję się oszukana-miało być tak pięknie,a skończyło się koszmarem.
Zdecydowałam się wyprowadzić za 3-4 m-ce,jak już maluszek będzie trochę
większy,nie wyobrażam sobie takiego życia.Codziennie
zastanawiam się kiedy on znienawidzi mnie za to,że jestem w jego życiu,albo
kiedy ja znienawidzę go za to,że chciał mieć ze mną
dziecko,a potem po prostu przestal mnie kochać."

Po jakimś czasie on napisal jak to widzial-plakalam,bo nie zdawalam sobie
sprawy,że tak go ranilam...

"Bardzo długo myślałem nad tym czy napisać czy nie.
Nie lubie prac publicznie brudów. "Mojanoga" postanowila podzielic sie z Wami
swoimi odczuciami, pokazała mi to co tu
napisała, mówiąc: "patrz wszyscy myslą tak jak ja".
Zacznę od poczatku. Nie jestesmy małżeństwem, mimo ze mi na tym zależało i
bardzo prosiłem, niezgodziła się, żeby wziąć ze mną
ślub.
Wykonujemy oboje ten sam zawód-jesteśmy lekarzami i pracujemy bardzo
długo. "Mojanoga" decydując się na bycie ze mną wiedziała
jak pracuję, czasami od 7 do 24. I mimo to miała pretensje o to, ze za długo
pracuję. Że w czasie gdy była w ciąży jechałem
do pacjenta który dzwonił w sobotę czy niedzielę. Mówiła wyłącz telefon, czy
Ty musisz ciagle pracować? A przeciez pieniądze
są potrzebne. Po co nam te pieniądze? pytała. Na dziecko, mieszkanie, auto,
telefon. Starałem się zapewnic jej wszystko,
brałem dodatkowa pracę zanim skończyła studia. Kupiliśmy mieszkanie,
splaciłem kredyt, strałem się zeby miała wszystko. I
ciagle było źle. gdy zachorowal mój Tato stawial mi ultimatum, albo Ona albo
moi rodzice. Miał raka, mówiła, że nic mu nie
bedzie. Wybrałem ją. Zacząłem poświęcać mniej czasu rodzicom. Nie moge
powiedzieć, że Ona źle zachowywala się wobec Taty.
Odwiedzała go w szpitalu, troszczyła się. Ale miał pretensje o mój czas
poświęcany rodzicom. Tato zmarł, "Mojanoga" skończyła
studia. Zaczeliśmy wspólnie pracować. Zawsze mówiła, że rok po studiach
bedziemy mieli dziecko. Teraz słyszę, że Ona
niechciała tego dziecka tylko ja. W międzyczasie przytyłem (nigdy szczupły
nie byłem) zacząłem słyszeć że jestem gruby,
wyglądam jak wieprz. Ona zapisała się na aerobik, ja jakos nie miałem ochoty
na ćwiczenia. Zacząłem byc kurem domowym -
gotowałem obiady, jak wracala o 22 z aerobiku czekalem na nią. Wracała do
domu i najważniejsze było przywitać się ze
zwierzetami (pies i koty) ja byłem gdzies daleko w kolejce. Klócilismy się
zawsze, ale te awantury zaczeeły przybierac na
sile. Powodem była moja mama której poświecalem za duzo czasu (bardzo źle
zniosła śmierć Taty) ustepowałem jej. Zawsze
starałem się ustąpić, nawet jak nie bylo mojej winy to przepraszalem. W
końcu "Mojanoga" zaszla w ciążę. Wiem, że kobieta w
ciąży ma humory. Wiem, że jej dużo wolno. Nie reagowałem na non stop
opie..nie. Na ciągłe pretensje o wszystko (byłem
przyzwyczajony, ale strasznie ja kochałem, pozwalalem jej na wszystko).
Zatrudnilem asystentke w gabinecie,zeby jej ulżyć w
pracy. Zapisalem się na silownię żeby schudnąć. Mówilem, ze to dla dziecka,
żeby nie miało grubego ojca, nieprawda robilem to
dla Niej. Żeby nie miała tego wieprza w domu. Przestałem pić piwo, zeby jej
nie drażnić. I tak wszystko źle. Wziąłem
dziewczynę do sprzątania, zeby jej pomóc. I tak wszystko co zrobilem bylo
powodem do kolejnej awantury.W końcu któregos dnia
"mojanoga" niewytrzymała zrobila straszna awanture i zażądała, zebym ją
odwiózł do domu rodziców.Usłyszałem wiele gorzkich
słów na swój temat i to że jest ze mną nieszczęśliwa i że mnie nie kocha.
Najpierw prosiłem ja ze łzami w oczach zeby została,
potem pomyślałem ze może lepiej będzie jak odwioze ją.Juz musiala leżeć, a ja
dalej miałem duzo pracy. Tam miał przynajmniej
opiekę. Myślałem, ze uspokoi się troche odpocznie i będzie dobrze.
Odwiedzałem ją u rodziców a potem w szpitalu. W zamian
słyszałem, ze po co przyjechałem i żebym sp....Mimo to przyjeżdżałem nadal.
Dostawałem same gorzkie smsy z wyrzutami i
obelgami. Nie reagowałem. Starałem się, żeby miedzy nami było NORMALNIE.Ale
pewnego dnia po kolejnej kłótni na pytanie czy ja
ja kocham powiedziałem - niewiem. Załamałem się, gdy to do mnie dotarło.Bo
ile można kochac ciągłe wyrzuty, kogos kto uważa,
że jestem beznadziejny? Kogoś dla kogo istnieje tylko "JA".Kogos kto mówi, że
niechce tego bachora? Że wszystko co robie jest
złe? Od tego momentu bylo coraz gorzej.W końcu oswiadczyla mi ze zwraca mi
pierscionek zaręczynowy i że z dzieckiem które sie
nieurodzilo chce się wyprowadzić. Po porodzie starałem się pomóc bardzo.
Wracałem jak najwcześniej z pracy, gotowałem,
pomagałem robic pranie, kapałem małą.I tak dalej bylo źle.W końcu
oświadczyla, że chce wynająć mieszkanie i się
wyprowadzić.Bardzo kocham moja córeczkę i będe się starał dbac o nią. I nie
jest to kwestia odpowiedzialności tylko
uczucia.Dlaczego nie zatrzymywałem jej teraz? Bo widze jak na mnie reaguje. Z
jaka nienawiścia do mnie krzyczy. Boje sie tego,
żeby nie zamienic zycia mojej córki w piekło ciągle walczących ze soba
rodziców.Tak wyglada ta historia z mojej strony."

Gdybyśmy umieli powiedzieć sobie to wszystko wcześniej...



    • sprzedam Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 13.09.05, 12:19
      Acha...bo ty wcześniej o tym nie wiedziałaś? Czy nie chciałas wiedzieć?
      Rozpieszczona dziewczynka. Szkoda dziecka i faceta.
      • abdulian Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 13.09.05, 12:46
        Hmm... Po przeczytaniu całości chyba też skłonię się do tego co napisał sprzedam.

        Ale najważniejsze jest to, że nie zależnie od winy, co do której nie nam jest
        orzekać, ten post dowodzi, że ludzie przestają ze soba rozmawiać. I jest to
        cholernie smutne...
        • mojanoga Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 13.09.05, 14:41
          Szkoda dziecka?Owszem...Tylko dlaczego przez tyle lat nie wspomnial nawet
          slowem,że tyle moich zachowań go denerwuje.Jeżeli ktoś Cię rozpuszcza,jest na
          każde skinienie,robi wszystko "pod Ciebie" to przywykasz do takiego stanu
          rzeczy:(
          Ale nie o tym chcialam-ja sobie kompletnie nie zdawalam sprawy z tego co on
          myśli:(Jeżeli mnie coś bolalo,przeszkadzalo-mówilam o tym,a on milczal...Liczyl
          na to,że sama się domyślę...Nie powtarzajcie tego blędu.
    • mojanoga Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 13.09.05, 14:48
      Zaczęliśmy rozmwiać gdy bylo już za późno.Tysiąc razy wyrzucalam sobie,że nie
      pogadaliśmy wcześniej.Tymczasem nawet wizyty u psychologa nic już nie daly...
      Należy powtarzać do znudzenia :"ROZMAWIAJCIE!!!"
      • raqu46 Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 13.09.05, 14:53
        bo on oczekuje uznania a ona oczekuje zrozumienia.
    • zolza73 Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 13.09.05, 14:54
      Biedny facet,wspolczuje mu choc z reguly tepie ten gatunek za ich egoizm.
      Jak mozna miec pretensje ze sie nie wiedzialo co drazni faceta z ktorym jest sie
      7 lat?? Mozna miec watpliwosci co do stringow na srodku pokoju, malowaniu
      paznokci przy obiedzie czy dlubaniu w nosie przy gosciach ale co do
      wyzywania,ponizania (wieprz), opierdalania na kazdym kroku i wykorzystywania
      uczucia???????? No sorry,zapytam kogos: czy ktos by to akceptowal?? Ktos
      zdrowy??? a ty? zadowolona bys byla, rozumiem gdyby traktowal tak ciebie? Twoja
      milosc roslaby w potege??? Chyba dziecinnie myslisz jeszcze, udawajac "ze nie
      mialas pojecia co czuje" i dopiero ten list ci uswiadomil. Facet wytrwal
      wiele,za wiele.
      • mojanoga Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 13.09.05, 15:00
        Z tym wieprzem to przesadzil.Tu też się nie rozumieliśmy-chcialam żeby schudl
        bo balam się o jego zdrowie(choroba jego ojca też pośrednio byla związana z
        nadmierną wagą:(.
        Zresztą teraz to już nie ma znaczenia:(
        Wiem,że sobie na to wszystko zaslużylam,ale nie jestem jedyną ktora zawalila:(
        Ale jeszcze raz dodaję-nie o to mi chodzilo gdy zamieszczalam nasze wypowiedzi.
        Chcialam tylko pokazać jak bardzo dana sytuacja różni się gdy jest widziana
        oczami tej drugiej osoby.
        • sprzedam Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 13.09.05, 16:03
          Tak sobie myślę, że wszyscy patrzymy na waszą sytuację z niedowierzaniem.
          Większość z nas stwierdzi, że to jakaś patologiczna sytuacja, że w naszych
          związkach może nie jest najlepiej, ale przecież nie jest aż tak źle. Pocieszamy
          się, że nas to niby nie dotyczy, bo przecież u nas nie o to chodzi.
          Jestem pewien, że podobnie jak ty, wszyscy na tym forum nie widzą u swoich
          partnerów symptomów, które dla człowieka z zewnątrz byłyby widoczne, jasne i
          klarowne.
          Czesem od życia dobrze jest dostać z "liścia" w twarz.
    • ewolwenta Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 13.09.05, 15:51
      Co z tego że wiemy o potrzebie rozmawiania, jak nie idzie to w parze z
      umiejętnością rpomawiania. Pewnie że trzeba rozmawiać, ale trzeba też umieć
      rozmawiać.
      I tu tkwi problem. Co właśnie chciała pokazać "Mojanoga"
      • kawitator Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 13.09.05, 17:11
        Co z tego że wiemy o potrzebie rozmawiania, jak nie idzie to w parze z
        > umiejętnością rpomawiania.
        Niby łatwe. Niby proste Wbrew pozorom wymaga dużej dojrzałości od stron
        chcących pogadać. Nie przypadkiem w wielu poradnikach podkreślają, że rozmowa
        między kobietą a facetem to prawie rozmowa między gatunkowa. Trzeba dużo pracy
        aby zrozumieć i przetłumaczyć na swoje to co mówi partner. Mojanoga przedstawiła
        podręcznikowy wręcz przykład jak wypowiedzi obu stron spotykały się z zupełnym
        nie zrozumieniem Jako PMHSzŚ potwierdzam, że pełne zrozumienie kobiety która
        jak Mojanoga w całości trzyma się swojego widzenia świata może spowodować lekki
        atak schizofrenii. Jestem pełen podziwu dla jej byłego partnera. Święty ci On
        jest niewątpliwie
        • ewolwenta Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 13.09.05, 18:02

          >jak Mojanoga w całości trzyma się swojego widzenia świata może spowodować lekki
          > atak schizofrenii. Jestem pełen podziwu dla jej byłego partnera.

          Wierz mi to niestety działa tak samo i w drugą stronę.
          • kawitator Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 13.09.05, 21:56
            Wierz mi to niestety działa tak samo i w drugą stronę.
            Niedokladnie W drugą stronę bardziej prawdopodobna jest paranoja :-PPP
    • mjkmjk Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 13.09.05, 18:35
      Jakoś bardziej przekonuje mnie post tego gościa. Powtórze tylko to co mój św.
      pamięci dziadek kiedyś powiedział: tobie się dziewczyno w d.... przewróciło.
      Ja sam jestem po części w podobnej sytuacji. Dużo pracuję, ciągle mnie w domu
      nie ma bo mam dużo wyjazdów służbowych. Moje Słońce kochane często zgrzyta
      zębami, bo brakuje mi czasu na nasze "wspólne" zajęcia. Ale chyba rozumie, że
      to po to, aby kupić własne mieszkanie, aby kiedyś i nam, i naszym dzieciom
      niczego nie brakowało itd, itp. Jasne, trzeba wyważyć, w końcu pieniądze nie są
      najważniejsze w życiu. Ale ich brak potrafi najpiękniejszą miłość zrujnować.
      Dlatego ja się staram "wyważyć", a Ona stara się być wyrozumiała. Wychodzi nam
      to od wielu lat, mimo, że zawsze ciężko nam się rozmawia. Też mam pare
      kilogramów nadwagi, ale Ona znajduje dla mnie zdecydowanie
      cieplejsze "przezwiska" niż "wieprzu".
      • mojanoga Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 13.09.05, 21:00
        To prawda,że to święty facet.
        Tak naprawdę zaczęliśmy rozmawiać na psychoterapii.Zaciągnęlam go do
        psychologa,bo on mi nic nie chcial powiedzieć.Pomyślalam(slusznie zresztą),że
        ktoś trzeci "wyciągnie" z niego co tak naprawdę myśli.
        Bardzo chcialam i chcę się zmienić,ale to potrwa latami."Liść w twarz" to dobre
        określenie-gdyby mną nie wstrząsnąl pewnie nadal żylabym jak "księżniczka na
        ziarnku grochu".
        Nie umialam mu dać do zrozumienia,że mi na nim zależy i dlatego nie chcę żeby
        tak dużo pracowal(4 etaty),że chcę z nim spędzać czas dlatego,że go kocham,że
        martwię się o jego zdrowie...Teraz już za późno.
        • mjkmjk Może jednak nie jest za późno? 13.09.05, 22:28
          Może jednak nie jest za późno? Dlaczego już nie możecie być razem? Ludzie
          umieją sobie wiele wybaczać, szczególnie gdy jest o co walczyć.
        • margarita17 Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 13.09.05, 22:40
          A ja cię rozumiem, MojaNogo, rozumiem cię dlatego że jestem w bardzo podobnej
          sytuacji, tylko o pare kroków wprzód.
          Jesteśmy 4 lata małzeństwem, znamy sie długo, mamy synka i moj maż nagle się
          ode mnie odsunął. Co ja czuję to wiem - ból, szok, rozbicie, roczarowanie. Co
          on czuje to nie wiem, bo twierdzi że jestem za słaba psychicznie żeby to mi o
          tym opowiedzieć. W strzepkach 4 rozmów, które odbyliśmy w przeciągu pół roku (z
          czego do 3 to ja go bardzo namawiałam) dowiedziałąm się że już mnie nie kocha,
          ze pobraliśmy się z rozpędu, bo ja tego chciałam, że odkąd pamięta nigdy go nie
          rozumiałam i już nie zrozumiem, że oczekiwał że będę inna. Czyli położył krechę
          na naszym małzeństwie. Ja zdaję sobie sprawe ze oboje popełniliśmy bład bo ZA
          MAŁO ROZMAWIALISMY SZCZERZE właśnie. O tym jak zmieniają sie nam priorytety, co
          jest ważne itd. Praca, dziecko, zabawa z dzieckiem, kapanie, praca, padanie z
          nóg , brak siy na seks, dziecko pare razy w nocy się budzi itp.
          Duzó bym dala, gdyby tak szczerze napisał jak ty to zacytowałaś. I też nie
          jestem w stanie nic wyciągnąć. To pewnie natura facetów, że rozwiązują swoje
          problemy sami, ale to jest tak trudne do pojęcia dlaczego nie mówią, jak coś
          nie jest tak, dlaczego czekają az sytuacja się tak zaogni. A kobiety czasem są
          ślepię, widzą wysztko inaczej, tyko ze swojego punktu widzenia i nie potrafią
          byc jasnowidzami, zaganiane między praca, domem, dzieckiem a ich facet buduje
          sobie w międzyczasie własny świat, kobieta spostrzega się po czasie, ale ten
          świat jest już ogrodzony wysokim i grubym murem ....
        • mjkmjk Aha,i jeszcze jedno. 13.09.05, 22:41
          Aha,i jeszcze jedno. Ty mu nie dawaj do zrozumienia, ty mu po prostu powiedz.
          Faceci często są prości i pewne rzeczy lubią mieć powiedziane jasno i wyraźnie.
          Nie umiesz powiedzieć gościowi, który zapracowuje się na 4 etatach, żeby
          zapewnić Wam dostatnie zycie, jak bardzo Ci na nim zależy? Nie rozśmieszaj
          mnie. Jak go kochasz, chcesz z nim być (ale tak na pewno) to największy wstyd,
          opory i inne przeszkody dasz radę przezwyciężyć. Należy mu się to jak
          przysłowiowemu psu buda. Siądźcie razem i pogadajcie. Może jak już będzie
          wiedział ile dla niego znaczysz, to znajdziecie rozwiązanie, które pozwoli Wam
          zrezygnować z części jego dochodu, a on będzie miał jeden etat mniej i częściej
          będzie bywał w domu. Musi jednak wiedzieć nie tylko, że ma dla kogo pracować,
          ale też czuć, że po pracy ktoś na niego w domu czeka. Wtedy chętniej do tego
          domu będzie wracał. Rzuć mu się czasem na szyję w drzwiach, zadzwoń lub wyślij
          SMSa bez okazji i napisz mu że go kochasz. Wyślij temu "staremu koniowi" kartkę
          na walentynki. Rusz głową czasem i pomyśl, jak możesz mu sprawić przyjemność i
          pokazać, że jest dla ciebie ważny w każdej z męskich ról - jako partner,
          ojciec, kolega, kochanek, współpracownik itd. Miłość ma to do siebie, że
          przychodzi sama. Odchodzi też sama i to od nas samych zależy czy będziemy ją
          umieli zatrzymać i pielęgnować. Walcz! Samo się na pewno nie zrobi.
    • mjkmjk Teraz wiem dlaczego się wyprowadziłaś 13.09.05, 23:51
      Przeczytałem pare Twoich innych postów i teraz wiem dlaczego się wyprowdziłaś i
      czego Ci tak naprawdę było trzeba. Chyba jednak sobie zamknęłas drogę. Spalony
      most. Teraz tym bardziej nie dasz rady do niego wrócić, nawet gdyby on Cię
      znowu chciał. Szkoda.
      • mojanoga Re: Teraz wiem dlaczego się wyprowadziłaś 14.09.05, 08:32
        Bylam w depresji,na progu psychozy(diagnoza psychiatry).Nie moglam sobie
        pozwolić na zalamanie czy "przerwę w życiu" ze względu na dziecko.Żyjąc z nim
        mialabym caly czas nadzieję,a to mnie powoli zabijalo.Codziennie próbowalam do
        niego dotrzeć,zaniedbywalam Naszą córkeczkę,bywaly dni,że nie mialam sily się
        nią zajmować.
        Teraz biorę leki,placzę tylko wieczorami i zajmuję się z córką.
        Co do pracy to on ma potrzebę życia na bardzo wysokiej stopie życiowej,mnie
        wystarcza minimum.Nie umialam mu wytlumaczyć,że lepiej być niż mieć.
        Nie potrafi przestać nawet dla ukochanego dziecka:(
        • asiagdansk Re: Teraz wiem dlaczego się wyprowadziłaś 14.09.05, 09:12
          Po przeczytaniu twojej historii musze coś napisać na ten temat.Nie chcem cie
          osądzać bo wiem że nie powinno się tego robić.Ale po prostu nie moge.Dziewczyno
          weż się w garść i staraj się go odzyskać.Dlaczego? Bo ja byłam taka sama jak ty
          ciągle wrzeszczałam na mojego narzeczonego robiłam wyrzuty ale gdy nadszedł
          moment w którym się ocknełam ze moge go stracić zrobiłam obrót o 360 stopni i
          nie powiem nadal mnie troche irytuje jego zachowanie w jakiś sytuacjach ale
          zamiast znow wrzeszczec to siadamy razem i rozmawiamy spokojnie:):)
          Głowa do góry:):)Pozdrawiam
          • mojanoga Za późno... 14.09.05, 09:44
            Taka rada bylaby na miejscu jeszcze kilka miesięcy temu.Zrozum,że on mnie nie
            chce!Zmienilam się,ale bylo już za późno.Powiedzial,że tego związku już nie ma
            i nic tego nie zmieni,a moje zachowanie jest sztuczne.
            Poza tym widujemy się w przelocie,kilka minut,bo on nie ma czasu.
            To już koniec.
            • asiagdansk Re: Za późno... 15.09.05, 09:10
              Nigdy na nic nie jest za póżno:) Nawet jeśli Cię już nie kocha< w co nie wierze
              bo napewno gdzieś w sercu nadal Ciebie nosi> to zrób wszystko żeby Cię
              pokochał:)Ale musisz być pewna nie na 100 ale na 1000% ze go chcesz odzyskać:)
              a wtedy zobaczysz rezultaty.Rada: może zaproś go na romantyczną kolacje przy
              świecach do siebie.A jak na to za wcześnie.To bądz tam gdzie on tak
              przypadkowo.Może razem pracujcie?Jest mnóstwo pomysłow wystarczy troche
              uruchomić wyobrażnie:):)
              Życze owocnych rezultatów:):)
              Powodzenia
              • anula36 Re: Za późno... 15.09.05, 09:12
                amnie sie wydaje ze jednak kazdy zwiazek ma taka bariere spoza ktorej juz sie
                zwyczajnie nie da wrocic. Lepiej zaczac nowe zycie - kazde z nowym partnerem.
                • mojanoga Re: Za późno... 15.09.05, 10:09
                  anula niestety ma rację:(
                  Poza tym jestem bardzo ograniczona(przecież nie zostawię malego dziecka i nie
                  pójdę do niego do pracy!!!!).On pracuje w kilku miejscach i jest to praca w
                  terenie.
                  Brak mi już sil...
                  • awork Re: Za późno... 15.09.05, 11:37
                    Powinien ja dawno rzucic,a nie dziecko fundowac.
    • marek351 Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 15.09.05, 14:22
      Twoja historia jest bardzo ciekawa. Dla mnie o tyle, że mam to samo z moją żoną.
      Różnica jednak polega na tym, że ja komunikuję (a raczej komunikowałem jeszcze
      do niedawna) żonie wprost, jasno i wyraźnie, gdzie i czym mnie rani, a ona
      wszystkie moje komunikaty odrzucała. Tzn. twierdziła, że wcale tak nie
      postępuje (zaprzeczała faktom) i dziwiła się, że mogę poczuć się źle, kiedy np.
      w szerszym towarzystwie mówi, że jestem głupi (to najlżejszy z epitetów
      używanych przez moją żonę). Takich przykładów mam więcej i nie chodzi tylko o
      to jak mnie nazywa, ale też jak postępuje w stosunku do mnie. Ona po
      prostu "nie wczytuje" niczego, co jej komunikuję. Sama dla siebie jest
      autorytetem i nie uznaje zdania innych. Nie liczy się z moimi odczuciami i
      nigdy nawet nie próbowała postawić się na moim miejscu w wielu sytuacjach
      (przez 3/4 małżeństwa byłem jedynym żywicielem rodziny). Jesteśmy małżeństwem
      13 lat, a taka jednostronna komunikacja trwa już co najmniej 4 lata. Moje
      postępowanie i odczucia są bardzo podobne do tych, które prezentował
      mąż "mojejnogi". Ja również popełniłem błąd (o ile to błąd) "zbytniego
      zakochania" i dawania z siebie 100% zaangażowania nie oczekując nic w zamian.
      Moje dawanie żonie uczucia, zainteresowania, zrozumienia, pomocy, współczucia,
      etc. etc... tak bardzo mnie pochłonęło, że zapomniałem, że ja również
      potrzebuję tego samego. Otrzeźwienie przyszło jakieś 3 lata temu, niestety nie
      spotkało się ze zrozumieniem żony. Podobnie jak "mojanoga" moja żona jest
      przypadkiem "księżniczki na ziarnku grochu". Obecnie emocjonalnie stała się dla
      mnie obcą osobą. Mamy dwoje dzieci ,które bardzo kocham, ale miłość do dzieci,
      choć ogromna i odwzajemniona nie zastąpi, w moim przekonaniu, prawdziwej
      odwzajemnionej miłości kobiety.
      Pozew rozwodowy już złożyłem. Pierwsza rozprawa za 2 miesiące.
      Nie chcę umrzeć niekochany. Może w drugiej połowie życia mi się uda. :-)

      Marek
      • mojanoga Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 15.09.05, 14:29
        Tak Marku.Dopiero teraz rozumien jaką kretynką bylam:(Dopiero teraz dotarlo do
        mnie jak go ranilam,okazywalam brak szacunku...
        Oddalabym prawie wszystko żeby ta sytuacja nigdy sie nie zdarzyla.Codziennie
        myślę o tym jak wiele razy moglam zawrócić bieg wypadków,wyciągnąć do niego
        rękę i pokazać mu jak bardzo go (mimo mojego beznadziejnego zachowania)
        kochalam.
        • marek351 Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 15.09.05, 14:35
          Można to powtarzać do znudzenia (jak ewolwenta - z całym dla niej szacunkiem),
          ale takie sytuacje są niestety pochodną braku komunikacji lub zamknięcia się na
          komunikację oraz ogromnego egoizmu. Skutki tego są niestety zazwyczaj
          tragiczne, a refleksja przychodzi zbyt późno. Mojej żonie jeszcze nie przyszła.
          Prawdopodobnie moje małżeństwo powtórzy Twój przykry schemat.
          Na razie wszystko jest na takiej właśnie drodze.

          Marek
          • mojanoga Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 15.09.05, 14:39
            Wiem,że gdybyśmy poszli wcześniej do psychologa -zrozumialabym to wszystko
            szybciej.Gdy jednak poprosilam go o wizyty,poszedl i powiedzial,że nie widzi
            już sensu:(
            Dlaczego latwiej się dogadać przy pomocy trzeciej osoby???Dlaczego dwoje
            kochających się ludzi nie potrafi powiedzieć tego co czuje,dlaczego dopuszczamy
            do takich sytuacji???
            • marek351 Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 15.09.05, 14:46
              mojanoga napisała:

              > Dlaczego latwiej się dogadać przy pomocy trzeciej osoby???Dlaczego dwoje
              > kochających się ludzi nie potrafi powiedzieć tego co czuje,dlaczego
              dopuszczamy do takich sytuacji???

              Bo trzecia osoba jest niezaangażowana po żadnej ze stron a przez to obiektywna
              (że nie wspomnę o profesjonalnym przygotowaniu w temacie). Znam z przypadki
              znajomych, kiedy w sytuacjach bardzo konfliktowych udawało się stronom dojść do
              porozumienia przy pomocy mediatora w postaci przyjaciela. Nie trzeba było wtedy
              wydawać pieniędzy na terapeutę. Ale do tego potrzeba chcieć podzielić się
              problemem z otoczeniem, a nie "pielęgnować" go w sobie.

              Czemu nie potrafią powiedzieć sobie co czują? Może za bardzo liczą na swój
              instynkt, że się partnerzy domyślą, etc. a to błąd niestety, który dodatkowo
              jest początkiem reakcji łańcuchowej prowadzącej w wielu wypadkach (jak nasze)
              do rozpadu związku.

              Marek
        • marek351 Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 15.09.05, 14:38
          Mam nadzieję, że z naszych negatywnych przykładów inni wyciągną pozytywne dla
          siebie wnioski i parę związków się uratuje. :-)

          Marek
          • mojanoga Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 15.09.05, 14:42
            Dlatego o tym pisalam.Boże...Gdyby czlowiek byl mądry przed szkodą...
            • marek351 Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 15.09.05, 14:48
              "Mądrość w tabletkach".... to byłby hit!! ;-)
              • tomek_abc Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 15.09.05, 15:08
                Nie odnosząc sie do tej konkretnej sytuacji (dlaczego? kto winien?...)
                przychodzi mi na myśl taka refleksją...o zgubnym wpływie pracy na związek.
                Sam się czasem na tym łapię, że oczekuję orderów i bicia pokłonów za to, że
                zarabiam kilka razy wiecej niż żona, a w sumie przecież jak spojrzę na to
                uczciwie, to wolę pracować niż sprzątać w domu, czy też zajmowac się dzieckiem.
                To po pierwsze.
                Po drugie, argument...."ja pracuję po do nocy , po 12-14 godzin, abyś wszytsko
                miała, aby dzieci miały itp...." jest taki sobie....
                Tym co jest najcenniejsze...to czas...czas poświęcony innemu człowiekowi.
                Rozumiem, że jesli ktoś zarabia 1000 zł musi brać 2 etat, nadgodziny itp aby
                utrzymać rodzinę, ale często ta praca po godzinach jest po to aby....kupić nowy
                samochód (a stary ma 2 lata), zamienić mieszkanie na większe o 10 m2, albo
                pojechac na wakacje tam gdzie znajomi jeżdzą....bez sensu.....
                tyramy , tyramy.....a młodość mija....dzieci rosną i nigdy juz nie będą takie
                małe i urocze a współmałżonkowie tęsknią.....
                Precz z pracoholizmem !!!!!!!!!!!!!!
                • mojanoga Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 15.09.05, 15:17
                  Podobne slowa uslyszalam od umierającego Taty mojego ukochanego:(
                  Nie jeździl na wakacje,zarywal noce,nie mial czasu.Cięgle sobie powtarzal,że na
                  emeryturze to wszystko nadrobi...
                  Gdy go odwiedzalam w szpitalu,mówil że boi się żeby jego syn nie popelnil
                  podobnego blędu:(
                  Niestety do syna te argumenty nie przemawiają:(
                  • tomek_abc Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 15.09.05, 15:27
                    niestety lekarze, prawnicy i "biznesmeni" tak mają czesto....
                    wpadają w wir pracy....i już sie nie potrafią wydostać....

                    na szczescie wypłynąłem i nie poszedłem na dno;), a zycie poza pracą jest
                    super...
                    może czasami warto sobie uswiadomić, że nie jestesmy niezastapieni, że
                    teraz nas doceniają, a za rok możemy dostać kopa w ...
                    jak tak pomyslimy....to łatwiej przestać być pracoholikiem

                • marek351 Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 15.09.05, 15:22
                  Właściwie masz rację. Najcenniejszy jest czas poświęcony drugiemu człowiekowi.
                  Tyle tylko, że czym innym jest zrezygnowanie np. z przeczytania gazety w domu
                  na rzecz rozmowy z żoną czy pobawienia się z dzieckiem, a czym innym rezygnacja
                  z pracy (czy zaniedbywanie obowiązków), kiedy jest się jedynym żywicielem
                  rodziny, po to tylko żeby partner miał lepsze samopoczucie.
                  Obecnie o pracę przecież nie jest łatwo i nie ma przecież ludzi niezastąpionych
                  (co nierzadko słyszę z ust przełożonych).

                  Marek
                  • mojanoga Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 15.09.05, 15:25
                    W Twojej sytuacji praca byla koniecznością,ale u mnie bylo inaczej.
                  • tomek_abc Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 15.09.05, 15:27
                    marek
                    nikt nie mowi o reyzgancji z pracy, ale branie dodatkowych dyżuru, aby....
                    np kupić sobie kino domow, albo inną równie niezbędną rzecz jest bez sensu
                    zona i dzieci mogą sie obejść bez kina domowego, nowej komórki, złotej karty
                    kredytowej, ale bez taty i meża jakoś trudniej
                    • marek351 Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 15.09.05, 15:33
                      w 100% się z Tobą zgadzam. Są rzeczy bez których można przeżyć. Natomiast bez
                      uczuć przeżyć jest trudniej.
                      Jednakże w mojej sytuacji 100% ciężaru utrzymania rodziny leżało na moich
                      barkach, więc nie mogłem pozwolić sobie na "luźne traktowanie" pracy, a że
                      zajmuję stanowisko kierownicze, więc mam nienormowany czas pracy, co przełożeni
                      chętnie wykorzystują.

                      Marek
                      • tomek_abc Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 15.09.05, 15:42
                        nie wnikam jak jest w twojej sytacji, ale musisz przyznać, że wielu jest takich
                        facetów, marudzących, że cieżko pracują, że utrzymanie rodziny, że stres, że
                        tratatata....a w sumie lubią siedzieć ( a moze nie lubia, ale nie umieją juz
                        inaczej) siedzieć po 12- 14 godz w pracy.
                        • marek351 Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 15.09.05, 15:46
                          Racja. Takich, co wiecznie narzekają jest cała masa. Wystarczy popatrzeć ilu
                          ludzi na ulicy się uśmiecha.
                          Ja, podobnie jak Ty, na szczęście wyleczyłem się z pracoholizmu i potwierdzam
                          Twoją opinię: życie poza pracą jest super! :-)

                          Marek
                          • woman-in-love Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 17.09.05, 14:12
                            Co do tego rozmawiania: moje "trzy grosze" - nie kazdy dialog jest rozmową.
                            Mówimy dużo - ale czy faktycznie rozmawiamy? Czy słuchamy tego drugiego, czy
                            tylko czekamy aż skończy mówić? Czy bierzemy pod uwagę argumenty drugiej
                            strony? Czy dążymy do zbliżenia stanowisk, czy tylko "wygrania sporu" ?
                            Wątek "piętra związku" został zaduszony własnie poprzez wymianę zdań, ale nie
                            była to wartościowa rozmowa; raczej wroga polemika (moja z Petarem2). Często
                            żerujemy na poczuciu winy drugiej strony, żeby manipulować i dominować. Czy
                            umiemy wczuć się w przeżycia drugiej osobyt? I gdzie się podziali terapeuci???
                • anais_nin666 Re: Jak trudno być obiektywnym...Dlugie! 18.09.05, 22:17
                  Tomek mnie ubiegł w tym co chcialam napisać. Dodam jeszcze do tego, iż często
                  mijamy sie - facet i kobieta - w oczekiwaniach i spojrzeniu na związek.
                  Facet daje byt, pracuje ponad miarę, by kobieta miała wszystko (wszystko =
                  pieniądze) i często wydaje mu sie, że to wystarczy. Pieniądze ułatwiaja zycie,
                  ale szczęscia dać niestety nie potrafią. Zatem rodzina, w której jedno z
                  malzonkow poswieca sie tylko pracy, by to drugie mialo co wydawac, jest skazana
                  na porażkę, bo w efekcie tracimy drugiego czlowieka, oduczamy sie siebie,
                  zapominamy o sobie. Naturalnie nie piszę tu o parach dla których priorytetem
                  jest bogacenie sie li tylko.
                  Kobiecie nie jest potrzebny nowszy samochod, lepszy telewizor itd.,płci pieknej
                  potrzebny jest kontakt z drugim czlowiekiem, potrzebna jest więź. I tej wiezi
                  nie stworzy kolejny tysiac dolcow na koncie, a dotyk, czulosc, szczera rozmowa
                  (rozmowa, a nie wyrzucanie komunikatow), wspolne spedzanie czasu.
                  Bycie rodzina to nie zdobywanie kolejnych zaszczytow i donoszenie forsy do domu,
                  to BYCIE RAZEM, tego zadne pieniadze nie zastapią. I tego partner autorki wątku
                  nie dostrzegł. Chcial, by ona zrozumiala charakter jego pracy oraz cel tej orki
                  (na lepsze zycie dla nich, lepsze = bardziej dostatnie), a on - lekarz - nie
                  zauwazyl, ze kobieta w ciazy potrzebuje byc z ojcem swego dziecka w kontakcie,
                  chce miec go u boku, potrzebuje bliskosci i bezpieczenstwa.
                  Niezrozumienie w tej sytuacji bylo po obu stronach...
                  Brak normalnych rozmów (może zbraku czasu?) o tym co boli spowodował lawinę
                  domysłów, oskarżeń, nieporozumień (facet sądził, że kobieta uważa go za wieprza,
                  chciała by chudł, bo nie jest dla niej atrakcyjny, tymczasem ona owszem -
                  chciala tego, ale dla jego zdrowia; totalny brak porozumienia..., bardzo smutne...).
Inne wątki na temat:
Pełna wersja