facet_1976
10.11.05, 13:31
Witajcie.
Piszę tych parę zdań pewnie po to, aby usystematyzować sobie w głowie obraz
mojej własnej sytuacji małżeńskiej. Wartość tego opisu dla forum, czyli dla
Was jest pewnie znikoma, bo takich relacji jest tu już bardzo wiele...
Jesteśmy parą od 8 lat, a od 3 lat małżeństwem. Mieszkamy we własnym
mieszkaniu, oboje mamy pracę, ale raczej mało stresującą, z kasą też nie ma
wielkich problemów. Nie posiadamy dzieci.
Mimo tego, że moja żona od początku nie mogła osiągnąć całkowitego orgazmu
(sprawy anatomiczne, jak twierdził ginekolog, brak akceptacji własnego ciała -
jak twierdził psycholog) - seks sprawiał jej dużą frajdę, choć w
umiarkowanej ilości. Działał zapewne efekt pierwszych kilku lat wulkanu
miłości, który potrafi stopić każdą górę lodową... Niestety mniej więcej po
roku od ślubu robiliśmy to coraz rzadziej, aż do całkowitego nieomal zaniku.
Od prawie 2 lat seks ma miejsce raz na dwa miesiące lub rzadziej. Żona przez
te 2 lata osiągnęła coś, co się określa "awersją seksualną" - brzydzi ją
rozmowa o seksie, czy o ciele, brzydzi ją dotyk do miejsc intymnych, woli
całymi dniami oglądać TV, niż poświęcić czas na seks. Próby podjęcia
współżycia spotykają się z jej agresją, a potem smutkiem i frustracją.
Podkreślę tu, że nie miało miejsca między nami nic w stylu zdrada, przemoc,
zawód itp. Da się odczuć, że nadal oboje bardzo się kochamy i przeraża nas
spirala, na jakiej znalazł się związek. Ja - raczej jak typowy facet -
potrzebuję seksu jak powietrza. Mam już dosyć zaspokajania się "chałupniczymi
metodami" ;) - zaczynam rozglądać się na boki, czuję presję popędu i genów.
Popadam wiec w rozpacz, bo kocham swoją żonę i wcale nie mam ochoty burzyć
związku. Unikam myślenia o dzieciach, choć bym chciał - bo czy seks raz-na-2-
miesiące nie przerodzi się po urodzeniu w raz-na-kwartał? A o ile bardziej
się to wszystko skomplikuje przy posiadaniu dzieci...
Zastanawiam się na przyczyną (fizyczna, psychiczna?) powstawania takich
sytuacji... Bo to, co się dzieje obecnie jest już efektem wtórnym - po
kolejnym, którymś tam, rutynowym, codziennym odrzuceniu przez żonę, czuję
frustrację. Wolę siedzieć dłużej w pracy lub wyjechać w góry na parę dni
samotnie - co tylko pogłębia problem. To z kolei nastawia negatywnie moją
żonę i spirala się kręci. Bo jak może pojawić się choć cień nadziei na seks,
skoro ośmieliłem się iść ze znajomymi na piwo po pracy? A skoro nie ma cienia
nadziei, skoro wiem, że po raz kolejny będę odepchnięty, to czemu mam się
spieszyć do domu? itp itd...
Myślę nad zmotywowaniem siebie i żony do pójścia po poradę do seksuologa. Od
dawna narzeka, że seks kojarzy jej się również z bólem (anatomia) - ginekolog
zalecił conajwyżej sprawdzone pozycje i kropka. A może do psychiatry pójść?
Jak pogodzić miłość i wierność z brakiem seksu? Kiedy patrzę w jej oczy,
widzę w nich bezradność - ona rozumie co się ze mną dzieje, ale ze smutnym
wzrokiem odpowiada mi bez słów, że nie umie nic z tym zrobić. Czuję
bezsilność i toksyczne substancje, które się we mnie tworzą...
Nie potrafię wyzwolić w niej podniecenia, choć nie jestem zorientowany na
instrumentalne traktowanie seksu. Nie są mi obce budowanie ciepłego klimatu,
kwiaty, nieoczekiwane prezenty, okazywanie miłości, delikatność i
cierpliwość. Ale gdzie jest ta granica...
Czy ja muszę ją skrzywdzić? Jeśli będę musiał to zrobić, a potem o tym
powiedzieć, stanę sie w następstwie chyba najbardziej cynicznym człowiekiem
na świecie... :(