Co w tym związku można uratować??!!! i jak, pomocy

24.01.06, 23:30
Jestem po lekturze wybranych wątków, zbliżonych nieco do tego co mnie boli,
ale wydaje mi się, że nie trafiłam na rozwiązania, dlatego, błagam o dobre
pomysły, może coś się da uratować (bardzo bym chciała)

Moja historia w skrócie: jestem w związku od 9 lat, z seksem różnie bywało,
na początku cudo miód, a z czasem coraz gorzej- oczywiście to moja ocena, mąż
zaklinał, że zadowolony, ja też nie rozgrzebywałam nadmiernie sprawy, ale z
czasem próbowałam: rozmawiać szczerze o jego/moich potrzebach, akceptować,
kusić i uwodzić, dawać powody do zachwytu i do zazdrości, no jednym słowem
stawałm na głowie i wyłaziłam ze skóry, a mąż (z siebie i na to) nic, były
wymówki, że zmęczony, że go drażnią czułości, że praca, że jestem erotycznie
rozbuchana, ale oczywiście wciąż dla niego atrakcyjna, itd. Kochaliśmy się
różnie 1-2 w miesiącu, i to mi musiało wystarczyć bo on nie miał ochoty/siły,
dawał też z siebie coraz mniej/bardziej byle jak. Od jakiegoś
czasu "przerzucił się" na tzw. www-sex i po każdym takim seansie onanizuje
się namiętnie - w co popadnie (koszulka, papiery, itp)- oczywiście w ukryciu
przede mną (jedno i drugie).
Nie jestem pruderyjna, nic nie mam przeciw różnym eksperymentom, stronom www,
a nawet onanizmowi o ile nie staje się to potajemne, jednostronne, bo to
jakieś chore, i według mnie rozwala związek. Próbowałam delikatnie rozmawiać,
znaleźć przyczynę, ale on stwierdził, że ze mną/naszy związkiem wszystko OK,
że musi się rozładować bo jest napięty, zmęczony, tyle - więcej ani słowa nie
byłam w stanie wydobyć od niego.

Stan ten trwa już jakiś czas i mam wrażenie że to ewoluuje, ostatnio
przejrzałam biling i wyszły sex telefony, boję się, to krok do zdrady. W
dodatku stał się niechlujny. Ręce mi opadają, nie zamierzam prać jego
usmarowanych koszulek, sama męcząc się z braku spełnienia, no przecież nie
będę się onanizowała po kątach, to już byłaby paranoja, a kocham go, nie chcę
szukać kogoś na boku. Jak mam rozmawiać z kimś kto nie chce rozmowy? Jak do
faceta dotrzeć? Czy to koniec naszego związku? On twierdzi, że mnie kocha,
żeby było lepiej teraz w drodze jest dziecko - co bardzo go cieszy (tracę
zaufanie do tego co mówi). Mówiłam że mnie to rani! Obiecywał, że skończył.

Właśnie znalazłam dowody, że nie i teraz co:
- udawać, że nie widzę/wiem dając czas (jak długo), może przejdzie mu/zwalczy
to;
- przeprowadzić kolejną rozmowę, co prawdopodobnie skończy się jak zwykle;
- no co mam zrobić?
Niechby w cholerę powiedział, że go nie interesuję miałabym jasność, a tak,
znowu cierpię smutno mi i rośnie obrzydzenie do niego. Może ktoś ma dobre
pomysły lub podobne doświadczenia, może komuś się udało w podobnej sytuacji,
proszę o pomoc!!!, zwłaszcza Was panowie jako, że może to lepiej rozumiecie,
ja jestem załamana.

    • wypasior Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 24.01.06, 23:49
      przestałaś na faceta działać jako obiekt seksualny; nie poszedł na kochanki ale
      wybrał kombinację niechlujstwo+seksinternet, więc nie wszystko stracone;
      zastosuj kombinację kija i marchewki... marchewka to ostre zadbanie o siebie
      (chyba że jesteś perfekt) a kij to awantura, lekki szantaż i zmuszenie do
      rozmowy; trzeba wywołać też wrażenie zmiany.. wspólne wczasy w ładnym zakątku,
      ty atrakcyjniejsza i miła.. chyba że wolisz postawić na totalną konfrontację i
      rozwałkę
      • marikana Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 00:36
        Atrakcyjności i zadbania mi nie brakuje (potwierdzenie mam z "zewnątrz" - na
        szczęście bo bym się załamała ;) ale i tak przyszło mi to do głowy, dlatego -
        dbałam (kuszące ubranka, "przypadkowe pozycje", byłam słodka i drapieżna i co
        tylko mogłam i NIC. Aż w końcu zapytałam wprost i jaka odpowiedź - że WSZYSTKO
        OK - byłam otwarta na szczerą rozmowę i trudną dla mnie prawdę, ale nie - on
        twierdzi że wszystko super, i więcej nie można wydusić z niego słowa. Zdaję
        sobie sprawę, że nawet marcepany mogą się przejeść, i wiem, że trzeba dolewać
        oliwy do ognia, no ale to musi być obustronne! no i rozmawiać trzeba szczerze.
        Czy znowu mam próbować rozmowy, czy udawać że jest dobrze i o niczym nie wiem,
        czy mam swój dysk zapełnić porno filmami - może to go ruszy? Dobrze, że go dziś
        nie ma bo cierpliwości mi już brak i najchętniej "postawiłabym na rozwałkę" ;)
        i za co go kocham , a jednak...
        • woman-in-love Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 06:34
          Facet w dodatku jest tchórzem.
          • witkacy1975 Teza, że mężczyźni są brakującym ogniwem pomiędzy 25.01.06, 06:37
            szympansami a kobietami da się udowodnić....
          • kajetanb52 Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 13:16
            Dlaczego tchórzem? Z jego punktu widzenia rzeczywiście jest ok. Może to być
            ciężkie dla autorki do przełknięcia ale po prostu jej partner woli walić konia
            od sexu z nią.
            • woman-in-love Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 14:17
              więc niech nie pieprzy, ze ja kocha, że powiem dosadnie. Gdyby kochał, wolałby
              seks z nią. Proste.
              • kajetanb52 Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 14:26
                Może ją kochać i walić konia. Faceci doskonale oddzielają sex od uczuć. Poza
                tym może onanizować się nie dlatego że woli taką formę sexu a dlatego że chce
                po prostu spuścić ciśnienie. Mówiąc brutalnie masturbacja może być dla niego
                czymś w rodzaju zrobienia kupy a nie czynnością sexualną.
                • woman-in-love Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 26.01.06, 17:18
                  to sie nie da pogodzic, kochac i walić konia na oczach kobiety. Facet który tak
                  robi to cham.
    • jasna02 Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 07:36
      Pomóż mu złapać parę wirusów komputerowych, jeśli sam jeszcze tego nie zrobił,
      odwiedzając tego typu stronki o których piszesz.
      Format komputera, a jednocześnie starcenie kilku potrzebnych plików może
      ostudzić jego chęć odwiedzania takich stron. (Oczywiście gadka umoralniająca po
      fakcie też potrzebna :D) Postraszyć policją obyczjową, która namierza
      najbardziej aktywnych odwiedzaczy.
      Życzę powodzenia...
      • albacor Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 08:15
        Nie doradzę Ci nic bo dziwię się tego rodzaju sytuacjom. I nie da tu nic strata
        plików, straszenie kimśtam. Po prostu marikano coś sie kończy, gasnie żar i
        żebyś robiła nie wiem co to ognia chyba nie rozniecisz. A dziwię się bo gdybym
        miał w domowych pieleszach chetną kobietę u której miałbym zrozumienie to
        robiłbym wszystko żeby zaspokoić ją i psychicznie i fizycznie, z wzajemnością
        myślę.
        • marikana Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 10:19
          Pomału dochodzę do tego co piszesz Albacor, nie wiem czemu się tak uparłam,
          może żeby nie przegrać (przed samą sobą, poczuć się zranioną jeszcze bardziej),
          a może jakoś mi tak żal, że tyle lat z gwizdkiem ma polecieć, a za parę lat
          powtórka z rozrywki? Chyba powinnam się udać na leczenie własnej głowy z uporu
          i miłości, może kiedyś dojrzeję do tego żeby rzucić to w diabły, bo ten
          człowiek ma chyba jakiś problem z sobą i chce się w nim taplać siebie/mnie
          oszukując (żeby było jasne, proponowałam wizytę u terapuety - nam, absolutna
          odmowa). Dziekuję Wszystkim za odpowiedzi, chociaż wciąż nie mam pojęcia co
          zrobić po kolejnym incydencie ;/- rozmawiać znowu (i jak uwierzyć w obietnice)
          czy dać sobie spokój i udawać, że nie ma problemu (ja się zamęczę bo dla mnie
          jest). No i c'est la vie!
      • marikana Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 10:03
        Tak, tak, przerabione - to stało się bez mojej pomocy i jest oczywiste, bo
        większość z tych stron podszyta jest trojanami, efekt - to ja musiałam zająć
        się naprawą, bo to ja znam /koledzy/ magików od komputerków ;) wściekłam się,
        postraszyłam wystawianiem się na śmieszność, podziałało na pewien czas, ale
        nauka nie poszła w las ;) skanuje programami any-wirusowymi i korzysta
        prawdopodobnie z płatnych (sms) nie zanieczyszczonych ;)
        • albacor Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 10:13
          Wydaje mi się, że twój M. jest zbyt wielkim tchórzem, żeby powiedziec Ci prosto
          w oczy że go nie interesujesz. Czy to co robi nie wystarcza do wyrobienia sobie
          zdania?. Albo zmykaj od niego i ratuj siebie albo kochanek - przecież, jak
          napisałaś, nie będziesz się onanizować po kątach.
    • marikana Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 10:23
      Albacor odpisałam w wątku powyżej, jakoś tak mi wyszło, ale raz jeszcze
      przyznaję Ci rację - Ja racjonalna, a Ja
      nieracjonalna /czyt. "nienormalna", "na głowę upadła"/ próbuję jeszcze szukać
      drogi.
    • kamao1 Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 10:33
      Piszesz, że od jakiegoś czasu mąż przerzucił się na sex w internecie. A czy to
      się zbiegło z twoim zajściem w ciąże? Dla niektórym mężczyzn kobieta w ciąży
      jest nieatrakcyjna seksualnie i nie ma to związku z jej wyglądem. Może warto
      ten okres jakoś przeczekać, może po ciązy się sytuacja poprawi? A tymczasem
      niech on się czymś zajmie, najwyraźniej ma za dużo czasu na siedzenie w
      internecie. Może jakiś sport, dodatkowe obowiązki...
      • marikana Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 11:01
        Niestety zaczęło się wcześniej, mam wrażenie że też czasami tak zaczynał tzw.
        normalne podejścia, czyli taka "rozgrzewka", w związku z tym jak kończył to ja
        byłam w połowie drogi. Na nic zdawały się delikatne sugestie, że może chociaż
        razem się "rozgrzejemy", że chętnie mu w tym potowarzyszę, szybko zamykał temat
        i miałam wrażenie, że się bardzo wstydzi. Tłumaczyłam delikatnie, że trudno mi
        dotrzymać kroku jak kończy po pary minutach, na co słyszałam, żartobliwe, że
        jestem wymagająca, rozerotyzowana, itp. Co do obecnego stanu, nadal twierdzi,
        że postrzega mnie jako atrakcyjną (zwłaszcza zachwycają go cycuszki, a są teraz
        faktycznie świetne), a co do czasu to wręcz jest zapracowany i z
        ostatnich "tłumaczeń" wywnioskowałam, że to właśnie dlatego taka szybka
        realizacja napięcia. Może to jakaś forma uzależnienia, wkręcająca jak każdy
        nałóg, alkoholik też często twierdzi, że nie upija się. To co rozmawiać czy
        udawać, że "nie ma sprawy" i czekać na rozwój sytuacji?
        • kamao1 Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 11:20
          A jakie były początki jego onanizowania się? Robił to jeszcze przed ślubem, z
          braku partnerki? Czy zaczął juz po ślubie z braku satysfakcjonujacego go seksu?
          Może z początku to ty byłas mało aktywna seksualnie i on znalazł sobie takie
          zastępstwo a teraz się przyzwyczaił? a moze on to lubi robić ostrzej, w
          nietypowych miejscach bez gry wstępnej? Poczatki jego onanizowania moga wiele
          wyjasnić.
      • niezapominajka333 Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 11:03
        Najprawdopodobniej wpada w uzależnienie od takich atrakcji. Zaczyna sobie i
        tobie tłumaczyc, że jest zapracowany, że to dla odprężenia... To tak, jak z
        codziennym drinkiem dla odreagowania stresu po ciężkim dniu - po pewnym czasie
        szklaneczkę zastępuje cała butelka, a alkoholik nadal "nie widzi problemu".

        A dlaczego nie jest szczery? Postaw sie na jego miejscu. Przecież trzeba
        powiedziec kobiecie, z którą jest związany od 9 lat, która oczekuje jego
        dziecka, z którą łączy go nie tylko miłośc, ale i wspólny dorobek, że seks z
        nią już mu się znudził, że ona już go tak nie pociąga, że woli szybkie
        rozładowanie przed komputerem.
        Przecież po takim oświadczeniu atmosfera w domu się zmieni, może trzeba będzie
        podjąc jakieś ostateczne decyzje kończące związek, może trzeba przejśc "kurację
        odwykową", tłumaczyc się przed żoną z tego co czuje, trzeba podjąc wysiłek
        ratowania związku. Wszystko to jest dalekie od w miarę wygodnej (dla niego)
        sytuacji, w której tkwi teraz. Dlatego nie chce dostrzec problemu, sam przed
        sobą udaje, że wszystko jest w porzadku, a jego postępowanie jest
        usprawiedliwione.
        Dopóki nie zda sobie sprawy z tego, że jest uzależniony, że w konsekwencji
        takiego postępowania naprawdę może stracic rodzinę, dopóty będzie uciekał przed
        szczerą rozmową i naprawą tego, co was łączy.
        A jak często spędza tak czas przed komputerem i o jakiej porze?
    • sagittka Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 11:11
      Egoista i leń, w dodatku uzależnia się od łatwego seksu (mocne bodźce i szybkie
      rozładowanie).
      Twoje potrzeby ma gdzieś, a dla niego wygodniejsza jest masturbacja przy porno.

      Będzie coraz gorzej bo taki seks uzależnia, chyba że coś nim wstrząśnie, czyli
      trzeba walnąć obuchem w łeb.
      Kiedys już pisaliśmy o tym, że na takie przypadki trzeba działać szybko i
      ostro. Nie gadac godzinami, tylko zastosować coś mocniejszego, ale na każdego
      działa coś innego. Postraszenie rozwodem, odcięcie od korzyści (pieniądze,
      wikt, opierunek) lub metoda lansowana przez woman-in-love "noga-dupa-drzwi i
      walizka".
      • kampai Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 11:22
        sagittka napisała:

        > Egoista i leń, w dodatku uzależnia się od łatwego seksu (mocne bodźce i
        szybkie
        >
        > rozładowanie).

        Co to za gadka. Każdy seks uzależnia. Seks z partnerem tez może uzależniać. Jak
        widać autorka tego postu jest od niego uzależniona, skoro nie może bez niego
        wytrzymać.

        > Twoje potrzeby ma gdzieś, a dla niego wygodniejsza jest masturbacja przy
        porno.

        "Łel", każdy ma swoje potrzeby jak widać. Czasem może należałoby przyzwyczaić
        się do tego faktu.

        > Będzie coraz gorzej bo taki seks uzależnia, chyba że coś nim wstrząśnie,
        czyli
        > trzeba walnąć obuchem w łeb.

        Obuchem w łeb to sie należy za rachunki telefoniczne. Bo to naraża rodzinę na
        długi. Sekstelefony są drogie.

        > Kiedys już pisaliśmy o tym, że na takie przypadki trzeba działać szybko i
        > ostro. Nie gadac godzinami, tylko zastosować coś mocniejszego, ale na każdego
        > działa coś innego. Postraszenie rozwodem, odcięcie od korzyści (pieniądze,
        > wikt, opierunek) lub metoda lansowana przez woman-in-love "noga-dupa-drzwi i
        > walizka".

        Jest to metoda. Każdy ma prawo do swojego szczęścia. Ale, jeśli ktoś się
        zdecydował na małżeństwo, to nie wygłaszał formuły "i będę cię zaspokajał aż do
        śmierci"...
    • bigos1970 Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 11:18
      Facet jest po prostu chory.Uzależnoiony od sekstelefonów i
      onanizmu.Prawdopodobnie jest szczery mówiąc,że nadal jesteś dla niego
      atrakcyjna,tyle tylko,że on już nie potrafi zaspokoić się inaczej.Zostaje
      wizyta u seksuologa i terapia.
      • marikana Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 12:50
        Po kolei, zainteresowania pojawiły się w trakcie trwania związku, po tzw.
        ślubie (zresztą nie ja się paliłam, ponad 2 lata byliśmy bez certyfikatu i to
        był najlepszy czas, ale wiadomo początki, nowości fascynacja)i sądze że zaczęło
        się jakieś 2 lata temu, w różnym nasileniu ale rosnąco. Metoda "noga-dupa-drzwi
        i walizka" ;) niezła, może kiedyś będzie konieczna, na razie pisałam szukam
        innej drogi. Odnośnie bycia z kimś w związku wydaje mi się (niezależnie od tzw.
        papierków ślubnych), że zobowiązuje do zachowania pewnych ustalonych kierunków,
        i nie wyobrażam sobie jak można tak nie przejmować się tym co się "pomiedzy"
        dzieje, ja nie chciałam być z kimś kto ma w planach taki rozwój erotyczny, więc
        mam chyba prawo czuć się nieco zawiedziona, a juz akceptacja na przyszłość nie
        wchodzi w rachubę nie tylko dlatego, że "jestem egoistyczna" bo mam potrzebę
        kochać się z kimś a nie sama, po prostu jestem nie z tego pudełka. Wydaje mi
        sie, że coś się zapętliło, poszło w niedobrą stronę i szukam rozwiązania
        (próbuję też zrozumieć), a w każdym razie mam na nie jeszcze nadzieję, jak je
        stracę to cóż może i metoda women-in-love wejdzie w grę. Na razie czuję, że
        chyba jednak porozmawiam, bez napadania (o ile się opanuję), z wyrozumiałością
        anioła, i może ostatni już raz.
        • albacor Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 13:10
          z wyrozumiałością
          > anioła, i może ostatni już raz.


          Raczej z wyrozumiałością żony pragnącej ratowac związek. Anioły są bezpłciowe a
          poza tym stronnicze w swoich poczynaniach. Nie zachowuj się tak :-).
    • gomory Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 13:44
      Trudno tak wyrokowac nie znajac blizej Waszej sytuacji, a przede wszystkim jak to wyglada z jego strony.
      Z tego co piszesz, to ja np. wyczytalem, ze facet wybral wariant "latwiejszy". Dawalas mu sygnaly, ze nie do konca sie sprawdzal w lozku, co podkopalo jego wiare w samcze mozliwosci. Skoro nie mogl sie na tym polu realizowac, a majac latwo dostepny wariant wygodnego rozladowywania napiecia onanizmem, zdecydowal sie wlasnie na niego.
      Oczywiscie moge sie mylic, ale wydaje mi sie, ze problem wystapil zaczal sie daaaawno temu. On nauczyl sie metod "partyzanckich", a szczera rozmowa z Toba podswiadomie kojarzy mu sie bardzo bolesnie. Grzebanie w tej tematyce to jak podtykanie mu pod nos, ze jest kiepskim kochankiem, i jest do kitu z jego meskoscia. Twoje naciski na rozmowe, wrecz moga prowadzic do psychicznej kastracji (a o czyms takim moglyby swiadczyc postepujace zaniedbania higieny). Jesli to Ty bylas katalizatorem takich zachowan, to przyznasz, ze ciezko bedzie z szczera rozmowa. Tym bardziej, ze on sam bedzie jakiekolwiek takie pomysly odrzucal i sie przed nimi bonil z wszystkich sil. W koncu kazdy facet chce byc meski. Eeee no w sumie to nie kazdy, ale wiekszosc ;).
      • your_and Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 14:12
        Po przeczytaniu całości mam bardzo podobne przeczucia co do tej sytuacji jak
        gomory. Wyraźnie dominująca osobowość kobieca potrafi skutecznie blokować
        seksualność mężczyzny, bo to jest niemęska sytuacja...
        • woman-in-love Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 14:24
          powinien popracowac nad swoim 'ego" czyli opanowac je nieco. Co to
          znaczy "niemęska sytuacj"? Kaleczy jego dumę??? Jest mięczakiem bez dwóch zdan
          a chciałby uchodzic za rycerza?
          • gomory To sie zdziwilem. 25.01.06, 14:27
            Sadzilem, ze racze dalabys mu rade, rzuc w cholere ta kobiete i poszukaj takiej ktora wzbudzi pozadanie ;).
          • your_and Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 14:43
            Jedni szukają właśnie dominujących kobiet (czytałem że popyt na prostytutki w
            skórach z pejczekiem w ręku stale wzrasta i jest typowy dla mężczyzn na wysokich
            kierowniczych stanowiskach) innych dominujaca (nawet psychicznie) kobieta
            paraliżuje w łóżku.
            A to że ktoś obrał taką drogę awaryjną nie świadczy oczywiście o nim najlepiej,
            ale sposób, nacisk w jaki partnerka chce mu pomóc, może przynieść odwrotny skutek...
      • aanka7 Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 14:30
        Mnie to wygląda na depresyjnego faceta ,który chce szybko rozładować swoje
        napięcie psychiczne.
        Powiedziałabym mu że wiem o tym że robi to nadal,boli mnie to bardzo ,jest mi
        przykro i nie wyobrażam sobie takiego dalszego życia.
        I niech to wszystko jeszcze raz przemyśli i jak będzie gotowy niech do mnie
        przyjdzie i pogada.
        I odwróciłabym się i wyszła z pokoju.
        • gomory Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 14:49
          Przeprosilby, i stwierdzil, ze wiecej nie bedzie. Po czym odkrylabys, ze kreci. I co dalej?
          • woman-in-love Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 14:53
            no jak to, Gomory - co dalej??? Mało razy stwierdzalśmy komisyjnie? N-D-S! (dla
            niewtajemniczonych: noga-dupa-schody)
            • gomory Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 15:02
              Czyli dla ratowania zwiazku, ten przykladowy facet powinien zejsc do konspiry wiekszej niz Hans Kloss ;).
    • kinusia3 Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 15:51
      Tak juz po prostu jest. Nie martw sie, przeciez sama nie mozesz o nic sie winic.
      starasz sie, dbasz i do tego masz zdrowe podejscie do sprawy. zajmij sie
      soba,swoimi sprawami, zainteresowaniami, pasjami. Powroc do problemu po czasie.
      Moze, chociaz nie mam pewnosci, on sam cos zrozumie, jesli starania i rozmowy
      nic nie pomogly. Pewnie dla niego serio nic nie jest zle, pewnie nie rozumie o
      co Ci chodzi. Niestety mezczyzni maja inne podejscie do zwiazku, rodziny i
      milosci. Rozmawiaj ale nie nalegaj i nie denerwuj sie.
      PozdraWIAM.
    • marikana Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 25.01.06, 15:58
      Gomory, Ty niestety możesz mieć rację, jestem pewną siebie osobą, czy
      dominującą, nie sądzę są obszary w których chętnie ustępuję ;) w każdym razie
      nie specjalnie czuję powody do kompleksów i to fakt.

      Zresztą wszystko zależy od kontekstu /czyt. faceta/ nawet generalnie wolę
      słodycz i kokieterie uroczo kobiece, no chyba, że trafiam na „szczególny
      przypadek” gdy ktoś narusza moją cierpliwość, wtedy potrafię pokazać rogi
      i „moc jest ze mną” ;) ale ten wizerunek rzadko ujawniam, to taki obronny, na
      wszelki wypadek. Nie mniej mogę onieśmielać mniej pewnych siebie facetów to
      wiem. Tylko, że tu chodzi o kogoś kto zna mnie od dawna, komu odsłoniłam moje
      czułe punkty, moje intencje, i to on uchodzi za dominującego. A więc drugie dno?

      W każdym razie wracam do punktu wyjścia, i dalej nie wiem co byłoby lepsze żeby
      nie popsuć, nie zranić (cholera ja się naprawdę cackam).

      Nie bez kozery były więc pytania o sposób i formę wyjaśnienia tej sprawy. Jeśli
      rozmowa może spowodować dalszy kolaps i zamknięcie się, to niedobrze, nie o to
      chodzi, nie chcę naciskać. Ale jak nie będzie rozmowy to jak rozwiązać problem,
      nikt nikomu w głowie nie siedzi i skąd będzie wiedział, że/jak mnie to uwiera,
      pomyśli wszystko cacy nic nie mówi to OK.

      Aanka7 to co piszesz o depresji też może być jakimś niezłym tropem, poobserwuję.

      A w ogóle to „dzięki”, przy lekturze niektórych postów humor mi się poprawia
      (Hans Kloss, N-D-S) ;)
      A serio, sprawę traktuję poważnie i wiem, że to delikatna materia. Stąd aż tu
      trafiłam (rzadko korzystam z tego typu pomocy, zwykle miałam jasność).
      • e.globtrotuar Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 26.01.06, 16:38
        Gomory i aanka7 sa na wlasciwym tropie. Twoja sytuacja przypomina bardzo moja
        sprzed osmiu lat (poczytaj sobie moje wypociny) i patrzac na wszystko z
        perspektywy czasu i doswiadczen stanowczo odradzam szczere rozmowy. Zeby nie
        wiem jak delikatnie i misternie konstuowane osiagaja jeden tylko rezultat:
        PANIKE, ze jest sie nieadekwatnym partnerem seksualnym. Wyrozumialosc i
        roztrzasanie roznic w potrzebach miazdza delikatne meskie ego. Oczekiwanie
        odwagi odkrycia wszystkich swoich kart jest propozycja beznadziejna, bo sama
        pomysl jak by to mialo wygladac. "Boje sie, ze nie jestem dla ciebie
        satysfakcjonujacym partnerem" - a Ty na to:"Alez kochanie, przeciez ja Cie tak
        kocham, ze wszystko zniose, tylko sie dalej staraj" No i widzisz juz tego
        demona seksu, ktory sie w nim budzi w tym poczuciu "bezpieczenstwa" ?

        Taka sama durna bylam. Teraz madra zona po szkodzie. Powiem Ci tylko co
        zrobilabym inaczej, gdyby sie dalo cofnac czas. Nie usilowalabym wydusic z
        biedaka przyznawania sie do rzeczy oczywistej, tylko pomagalabym mu bez jego
        wiedzy. Jestes w ciazy, wiec Twoje poczucie bycia atrakcyjna kobieta wystawione
        jest na podwojna probe. Ale jestes tez osoba silna, wiec jezeli Ci na
        malzenstwie zalezy, to sie sluchaj starszej :) Bedziesz niestety musiala byc
        odpowiedzialna za sprawy sypialniane (osobom atrakcyjnym taka rola wydaje sie
        niesprawiedliwa, bo przyzwyczajone do czegos innego) i to do konca Waszych dni.
        Nie spodziewaj sie, ze on sie w skutek czegos tam ocknie, i nastapi cudowne
        uzdrowienie sytuacji raz na zawsze. Roznica jest podobna do tej miedzy dieta
        cud, po ktorej sie jeszcze bardziej puchnie, a racjonalnym odzywianiem.
        Wracajac do Twojej odpowiedzialnosci: mezczyzna jest zwiezeciem doslownym,
        sugestie i owijanie w bawelne go plosza i zupelnie nie trafiaja do celu.
        Ogolniki w stylu "mamy inne potrzeby" takoz. Na Twoim miejscu unikalabym jak
        ognia rozmow na te tematy, natomiast komunikowalabym niejednoznacznie swoje
        potrzeby, tylko Boze bron nie "w ogole" tylko "w szczegole". Im wiecej
        szczegolow tym lepiej - tylko powolutku. Do dzisiaj pamietam moment, gdy bedac w
        zaawansowanej ciazy przytulilam sie do meza w potrzebie czulosci, a on odebral
        to jako zaczepke erotyczna i zlodowacial. Ja sie zjezylam spedzilam reszte ciazy
        i okres niemowlectwa syna w samotnosci i rozpaczy. A wystarczylo potraktowac
        wszystko lekko i powiedziec otwarcie "baranie przytul mnie na chwile, bo czuje
        sie paskudnie i zaraz dam Ci spokoj" zamiast sie nabzdyczac.
        Podobnie w innych sytuacjach : zamiast skupiania sie na tym co robi zle, trzeba
        sie koncentrowac na tym co robi dobrze, a sie chlopak rozluzni i rozochoci. Mnie
        sie wydawalo, ze jak mu wytlumacze co robi nie tak, to on sam z siebie bedzie
        robil na odwrot, czyli tak jak ja chce. HA! Trzeba bylo buzie w pierwszym
        wypadku zasznurowac, a w rozpuscic ozor na drugi temat. Nie zmienisz faktu, ze
        nie wytrzymuje dlugich dystansow, wiec pozostaje Ci nauczenie go (bez jego
        swiadomosci, ze jest uczony !) jak dawac Ci rozkosz. Nie wyobrazam sobie
        mezczyzny, ktory wolalby przed komputerem i w podkoszulek, niz z duma, ze kobite
        z krwi i kosci doprowadza do obledu.

        Wasza obecna sytuacja jest wynikiem lat frustracji i napewno nie bedzie latwo
        odwrocic kota ogonem. Twoj maz przejawia wszelkie oznaki depresji, ale nie licz
        na to, ze sie do tego przyzna i cos z tym zrobi. Wszysko niestety w Twoich
        delikatnych rekach. Rob co sie da (a na pewno sie da:)), a jak stwierdzisz, ze
        Ci taki uklad nie odpowiada, to zakoncz zwiazek w przyjazni (dziecko !) zanim
        zaczniesz nowy. Szukanie rozwiazan "na boku" w naszej sytuacji niczego nie
        rozwiazuje. Jezeli meza kochasz, to po doswiadczeniach z bardziej dopasowana do
        Ciebie osoba bedziesz miala jeszcze mniej cierpliwosci dla problemow meza i
        wpedzisz sie w poczucie winy.

        Chyba wiem w jakim jestes stanie ducha i bardzo mi Ci wspolczuje. Bardzo trudno
        w takiej sytuacji wyniesc sie ponad to co boli i dzialac nie z pozycji
        poszkodowanego, tylko z pozycji sily emocjonalnej. Ale tak jest i lepiej nie
        bedzie - bylo sie nie rodzic silnom kobitom - do roboty ! Tylko langzam !
        Sciskam i czekam na rezutaty nowej strategii.
        • e.globtrotuar Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 26.01.06, 17:50
          Acha, zapomnialam dodac, zebys sie nie przejmowala opiniami w stylu "przestalas
          go interesowac", bo to bzdury. Gdyby tak bylo, to skakalby w boki, a nie sleczal
          przed komputerem, ktory jest bardzo nie wymagajacym partnerem seksualnym. Po
          prostu go sploszylas, i teraz oswajanie sploszonego troche potrwa. Na Twoim
          miejscu postawilabym na bliskosc fizyczna niedwuznacznie wyzuta z erotycznych
          podtekstow. Musi sie bidulek przyzwyczic do faktu, ze moze Cie dotykac nie
          wzbudzajac w Tobie dzikich zadzy, ktorych nie potrafi zaspokoic. Popros o masaz
          plecow i nie okazuj rozczarowania, ze nie doprowadzil do dalszych karesow.
          Odblokowywanie takiego egzemplarza moze troche potrwac, wiec sie uzbroj w
          cierpliwosc. Jego obecny nalog potraktuj jako objaw chorobowy, a nie jako
          osobisty afront. Calkiem mozliwe, ze on tez bardzo sie meczy, a moze nawet
          bardziej, bo pewnie czuje sie wszystkiemu winny. Agresywne "kuszenie" poteguje
          ploszenie, wiec jeszcze raz doradzam cierpliwosc i wyrozumialosc.
          • marikana Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 26.01.06, 19:43
            E.globtrotuar dziękuję, że dzielisz się swoimi doświadczeniami. Niełatwą
            proponujesz drogę ;) bo wymaga ogromnej cierpliwości i pokory (a tu mi natura
            poskąpiła) i to co gorsza na dłuższą metę. Jeszcze nie rozmawiałam (kiepski
            czas do weekendu, i problem decyzyjny jak/kiedy to „ugryźć”, żeby nie popsuć),
            jeszcze przerzucam różne pomysły. Boję się to zostawić tak zupełnie bez
            rozmowy, bo męczy mnie myśl, że wyewoluuje w jeszcze gorszym kierunku, a ja
            będąc nadal ranioną nie zapanuję nad sobą i rozpętam kataklizm. Tym bardziej,
            że nie wyobrażam sobie akceptacji takiego stanu rzeczy, bo to byłaby akceptacja
            rozkładu.
            A jednocześnie może faktycznie na jakiś czas dać spokój, poobserwować,
            skorzystać z proponowanej przez Ciebie taktyki, a ewentualnie po
            kolejnej „okazji” poruszyć sprawę? Hmm...
            • e.globtrotuar Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 26.01.06, 20:50
              Dziewczyno droga, bylam w Twojej sytuacji i wiem jak Ci ciezko. Tez do
              pokornych nie naleze i nie bylo mnie stac na to co Tobie sugeruje. Moje rady
              jestem w stanie dawac po wieeeelu latach szamotaniny, a i nie przypuszczam,
              zebym byla otwarta na nie wtedy, gdy bylam w skrajnej rozpaczy. Tez chcialam
              rozmow rozstrzygajacych sprawe raz na zawsze, albo w lewo albo w prawo, albo
              kochasz albo nie - stawianie sprawy na ostrzu noza nie rozwiaze nic. Z rozmowy
              sie dowiesz , ze Cie kocha, ale jest jaki jest i jak Ci to nie odpowiada, to on
              nic na to nie poradzi - a to juz wiesz. Nie chce sie powtarzac, ale uwierz mi,
              ze rozmowy o tym sa SLEPYM ZAULKIEM. W sumie zastanow sie o co Ci chodzi.
              Czy o to, zeby powiedzial, ze nie moze bez Ciebie zyc i po dwoch dniach wrocil
              do swojej rutyny ? Czy, zeby wbrew sobie wydukal , ze nie kocha, zeby sie
              uwolnic od koszmaru rozmow ? Zareczam Ci, ze mezczyzni w typie naszych mezow
              wola byc obdarci ze skory i polani kwasem solnym, niz "szczerze rozmawiac" na
              tematy seksu. Piszesz, ze boisz sie to zostawic bez rozmowy, a to oznacza, ze
              zrzucasz troche odpowiedzialnosc za decyzje odejscia na niego. Nie zycze Ci,
              zeby samo zycie udowodnilo Ci, ze mam racje w kwestii wyboru strategii, bo to
              dluga i bolesna lekcja. Droga nielatwa - fakt - mnie nie bylo na nia stac -
              ale niestety jedyna. Jezeli Ciebie rowniez na nia nie stac, to musisz miec
              odwage spojrzec prawdzie w oczy i nie torturowac dluzej i chlopa i siebie.
              Strasznie ciezko sie wyciszyc z takiego rozzalenia, a na dodatek jeszcze hormon
              w glowie maci. Zdystansowanie sie do sprawy w Twojej sytuacji bedzie wymagalo
              nieludzkiego wysilku, ale alternatywa jest nieciekawa: lata frustracji i
              hustawek. Dziecko skomplikuje sprawe do n-tej potegi, bo jak sie maz w dziecku
              nieprzytomnie zakocha (tak jak stalo sie u mnie), to bedziesz miala jeszcze
              wieksze skrupuly, zeby go zostawic, i tak utkniesz na dlugie lata.
              Tak tu sobie truje, a Ty i tak zrobisz jak bedziesz musiala. Pamietaj w tym
              wszyskim o jednym : co by sie nie dzialo, to wszystko minie Augustynie... Skup
              sie na ciazy, bo o to mam do siebie najwiekszy zal, ze sama sie okradlam z tego
              unikalnego okresu (wtedy oczywiscie to byla tylko i wylacznie "jego wina" ).
              Badz dla siebie dobra.
              • maheda Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 26.01.06, 23:11
                Wielkie brawa!
                Popieram w całej rozciągłości, E.Glob.
                Przeszłam przez coś podobnego z tym, że mi się udało w pewnym momencie
                zatrzymać i przemyśleć własne postępowanie - i co więcej, zmienić je, chociaż
                na początku nie do końca.
                Zaowocowało to wszystko - i myślę, że w wypadku autorki wątku też powinno to
                przynieść efekty... i ŻADNYCH rozmów - bo już widzę, że dziewczyna kombinuje,
                że trochę poczeka, poobserwuje... i wtedy rozmowa!
                Dziewczyno, to tak, jakbyś kogoś przestała walić kamieniem w łeb, zaczęła być
                łagodna i akceptująca, a potem z zaskoczenia przywaliła - osiągniesz efekt
                jeszcze gorszy od sytuacji obecnej, bo facet nie da się już więcej "złapać" na
                okresy przeczekiwania... Zapomnij o wszelkich rozmowach.
                Wiem, co mówię - uwierz mi.
                Za nami też i takie okresy - więcej to przynosiło złego, niż dobrego.
                Znajdowałam się po takich rozmowach (następujących po dłuższych okresach
                spokoju) w punkcie ujemnym w stosunku do punktu, z którego startowałam.
                Nie opłaca się.
                • e.globtrotuar Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 26.01.06, 23:32
                  ALLELUJA !!!!
                  • e.globtrotuar Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 27.01.06, 12:19
                    Marikano, czy dziecko bylo planowane ?
                    • marikana Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 27.01.06, 12:45
                      Było planowane, chęci zadeklarowane obustronnie, no właśnie, to też mi nie
                      ułatwia zrozumienia sprawy. A tak, w ogóle możecie mieć rację co do tych
                      rozmów, ale nie wiem czy wytrzymam, mam ten język przyszyć do wątroby? Poza tym
                      jestem po pobieżnej lekturze niezłej publikacji, która tylko potwierdza moje
                      obawy co do możliwych dalszych następstw, niestety nie dotyczy terapii, więc
                      nie wiem co się powinno robić. Generalnie problem może być o wiele głębszy i
                      trudny do usunięcia i jest możliwe, że oczy otworzyły mi się za późno. A propos
                      nie wszczynania rozmów, to wydaje mi się, że może to pomóc albo i nie, tj. może
                      stanowić sytuację sprzyjającą (nikt się nie czepia). Może prowadzić też dalej
                      tj. do szukania tzw. "akceptacji" szybkiej, niezobowiązującej, nawet odpłatnej,
                      kiedy ta forma stanie się za mało pobudzająca (a oferta szeroka). Przedmiotowe
                      traktowanie i zamiana płaszczyzny z od-do (wzajemność), na nad (zachowanie
                      kontroli, dominacja), to nie wiem czy tu się coś uda zrobić, bo zmian trzeba
                      chcieć, nie można ich narzucić. Smutne. Miałam jeszcze pomysł na taki
                      wstrząsik, żeby zabawić się w lustro, tj. zasugerować, że robię niby to samo
                      (taka gra). Może to wzbudziłoby niepewność i zażenowanie, a może to jakieś
                      niskie? Nie mam jasności, a może się czepiam i przesadzam , tracę wyczucie.
                      • e.globtrotuar Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 27.01.06, 14:18
                        Marikano, zajrzyj do watku Halszki. Naskrobalam tam cos do Was obydwu.
                        Wiem , ze masz ogromna potrzebe romawiania, bo tez ja mialam. Niestety bylam w
                        sytacji, w ktorej nie mialam z kim. Taka rozpacz rozmnaza sie w samotnosci jak
                        bakterie beztlenowce. "Wietrzenie" pomaga :). Daj znac, czy masz ochote na
                        walkowanie tematu droga e-maliowana.
                        • e.globtrotuar Re: Co w tym związku można uratować??!!! i jak, p 27.01.06, 14:56
                          Domyslam sie oczywiscie, ze rozmawiasz z bliskimi Ci osobami, ale to nie to samo
                          co rozmowa z kims spoza kregu wtajemniczonych. Tlumaczenie obcym, bez komfortu
                          uzywania skrotow myslowych zmusza czlowieka do klarownego formulowania mysli i
                          dziala troche jak tlumaczenie samemu sobie. Bardzo mnie poruszyla Twoja
                          historia, bo przez podobienstwo do mojej wydaje mi sie, ze wiem w jakim jestes
                          piekle. Zapraszam serdecznie do anonimowych, ale bardzej prywatnych kontaktow.
                          Jezeli nie skorzystasz z zaproszenia, to bede tu zagladac :).Tez jestem bardzo
                          swiezym forumowiczem i pewnie dlatego tyle gadam :)))
Inne wątki na temat:
Pełna wersja