afka28
23.03.06, 12:07
Jestem w stałym związku od czterech lat (jeszcze nie małżeństwo). Wszystko
układa się wspaniale z wyjątkiem seksu, który jak się okazuje stanowi bardzo,
bardzo ważną sferę wspólnego życia. Nam się jakoś od początku nie układało
pomyślnie w tych sprawach i głównie z mojego powodu. Najpierw był ogólny
strach, że to za wcześnie, potem bo studia dzienne, podyplomowe itd., bałam
się zajścia w ciążę. Antykoncepcja hormonalna odpadała ze względu na uciążliwe
skutki uboczne, natomiast prezerwatywom tak naprawdę nie ufałam i nie ufam
(mam coś z panikary). Prze 3 lata ograniczaliśmy się tylko do
pieszczot...wiedziałam, że on bardzo chce się ze mną kochać (zresztą ja też
tego pragnęłam, ale jak coś zaczynało się „dziać” blokowałam się i
jednocześnie bałam). Później gdy wreszcie poczułam, że możemy się kochać, i że
będzie cudownie okazało się, że to wcale nie jest takie proste (ale cóż
początki nie zawsze są udane), odczuwałam ból itp. teraz gdy zaczynamy się
kochać, jest naprawdę ciężko, wszystkie wyobrażenia jakie narosły we mnie po
tych oczekiwaniach jak na razie się nie sprawdzają. Wydaje mi się, że seks
jest wspaniały ale nie dla mnie...nie umiem czerpać z niego radości...a i
teraz po takim czasie, kiedy coś nam nie wychodzi zaraz czuję frustrację i
odechciewa mi się wszystkiego. Wiele razy się kłóciliśmy z tego powodu, bo
wiem, że nawet najbardziej tolerancyjny facet w końcu może nie wytrzymywać: (
Zastanawiam się, czy te smutne doświadczenia mogą spowodować, że nigdy nie
będzie nam dobrze razem w łóżku..., może za dużo było tych nadziei, starań i
rozczarowań, żebyśmy mogli się taraz cieszyć seksem. Po tym wszystkim, mogę
szczerze przyznać, że żałuję iż tak długo z tym zwlekałam, że się blokowałam i
bałam nie wiadomo czego...przecież seks jest wspaniały...tylko, że mi już go
nie chce...: (