mirabilandia
08.06.06, 12:53
Mam 22 lata. Meza poznalam 3 lata temu, a od niecalego roku jestesmy po
slubie cywilnym. Jestesmy dwojgiem zupelnie innych ludzmi - on szalony,
czasem wybuchowy, ciagle wyluzowany, z poczuciem humoru, nerwowy i
nieprzewidywalny, ja - spokojna, cicha, czasami zamknieta, rozsadna, wesola,
ale takze z wieloma kompleksami i czesto wybuchowa. Jestem typem romantyczki
i zakochalam sie w nim praktycznie od razu. Myslalam ze to chlopak nie da
mnie - dusza towarzystwa, ktory nigdy nie zwroci na mnie uwagi. Stalo sie
inaczej. On kocha mnie ponad wszystko, zawsze tak bylo i jest do dnia
dzisiejszego. Nasze poczatki nie byly latwe, przez pierwszy rok mieszkalismy
od siebie 350 km i dojezdzalismy na spotkania. Wiele osob krecilo glowami i
mowilo ze to nie moze sie udac. Jednak udalo sie, po roku wyjechalam do jego
miejscowosci i zaczelam tam studia. Nie musialam, nigdy nie myslalam ze
kiedys zrobie cos tak szalonego, ze zostawie dom i rodzine i wyjade -
zrobilam to dla niego. Pozniej bylo super, kochalismy sie bardzo, nie bylo
dnia zebysmy sie nie spotkali. Okazywalismy sobie czulosc, milosc. Ja
poznawalam jego przyjaciol, zwyczaje, nie wszystko mi sie podobalo, dlatego
klotnie tez sie zdarzaly. Zaczelismy sie kochac bardzo wczesniej -
praktycznie po kilku dniach znajomosci. Teraz troche zaluje ze tak sie stalo,
ale tego juz nie mozna zmienic. On nie byl moim pierwszym mezczyzna a ja nie
bylam jego pierwsza kobieta. Odpowiadalo nam to. Ja wczesniej mialam
kilka "wakacyjnych" znajomosci, a on 2 stale partnerki. Jedna z nich
skrzywidzila go bardzo i pozniej przez rok nie byl z nikim. Nasz sex juz na
poczatku nie byl udany. Okazalo sie, ze po rocznej abstynencji on zaczal miec
problemy z erekcja. Po prostu nie utrzymywala ona sie zbyt dlugo i czasem
stosunek byl wcale niemozliwy. Po czasie i staraniach to sie zmienilo. Nasz
sex byl udany, mysle ze przede wszystkim dlatego bo bylo w nim wiele milosci
i czulosci. Czasami jednak wracaly problemy, mysle ze dlatego ze mielismy
problem z antykoncepcja, ja nie moge brac zadnych srodkow hormonalnych a
gumek po prostu nie znosimy. Czesto kochalismy sie bez zabezpieczenia, ale
strach przed nieporzadana i nieplanowana ciazą czasem byl blokadą nie do
pokonania. No i stalo sie, w maju w tamtym roku zaszlam w ciaze. To byla
typowa wpadka. Kochalismy sie i mimo iz na poczatku bylismy przerazeni to nie
byl to dla nas jakis wielki problem. Zaczelismy sie cieszyc z tego dziecka i
wyczekiwalismy je razem. W sierpniu wzielismy slub cywilny, a od wrzesnia
zamieszkalismy razem. Jednak od tamtego czasu kompletnie zaprzestalismy
wspolzycia. Najpierw to on mial opory (zeby nie skrzywidzic dziecka), a
pozniej ja zaczelam mu odmawiac. Tak jest do dzis. Urodzilam dziecko 4
miesiace temu, a przez 10 miesiecy kochalismy sie moze 3 razy. Ja po prostu
przestalam czuc taka potrzebe. On czesto mi zarzuca to ze go odpycham, ze
nawet sie do niego nie przytulam. Oczywiscie miedzy nami pojawily sie
narastajace zale i pretensje, prowadzace niezadko do klotni. Mysle ze on ma
racje. Kocham go bardzo, ale stalam sie drazliwa i nie czuje zupelnie
potrzeby wspolzycia. Malo tego - raz probowalismy juz zrobic to po porodzie
(mialam cc wiec myslalam ze nie bedzie z tym klopotow) ale to sprawilo mi
tylko bol. Nie wiem co mam robic. Maz wrocil do papierosow, mimo iz wie ze ja
tego nie akceptuje.Przedwczoraj po bardzo ostrej klotni, w ktorej nawet
zagrozilam rozwodem - wybuchnelam. Rozplakalam sie strasznie, dostalam
okropnych drgawek, polozylam sie na ziemi i zaczelam krzyczec. Nigdy
wczesniej nic takiego mi sie nie zdarzalo. Wystraszylam sie samej siebie. On
przytulil mnie, calowal i plakal razem ze mna. Od dwoch dni wcale sie nie
klocimy, ale tez nie kochamy sie. Wstydze sie zainicjowac wspolzycie po tym
co sie ostatnio stalo. I ciagle nie mam takiej potrzeby.... Co mam robic?
Wiem ze to moja wina, ale nie wiem czemu tak sie ze mna dzieje :(( Po ciazy
zostalo mi kilka kilogramow i wstydze sie wlasnego ciala, mysle ze to tez
jest przyczyna tego iz ciagle mu odmawiam. W lipcu wezmiemy slub koscielny, a
ja powiedzialam mu ze moze lepiej zebysmy rozstali sie teraz, bo bedzie mniej
bolalo... Oczywiscie to nie prawda, nie umialabym juz zyc bez niego.. Moze
niektorzy wezma to za kaprysy niedoswiadczonej małolaty, ale moze znajdzie
sie choc jedna osoba ktora zechcialaby mi pomoc...