przeinny
25.08.06, 09:10
Witam wszystkich,
nie będę pisał czegoś w stylu "moja historia". Chciałbym po prostu opisać
kilka powodów dlaczego nie mam ochoty kochać się z moją narzeczoną, być może
któraś z pań znajdzie w tych powodach odniesienie do własnej sytuacji i
popatrzy na swój związek z innej perpektywy. Ale przede wszystkim chciałbym
się tutaj zwyczajnie wygadać :)
Powody można podzielić na te związane z seksem i te pozostałe, moim zdaniem
ważniejsze.
Jeżeli chodzi sferę seksu to:
- od dwóch lat brak większej inicjatywy z jej strony, bierność w łóżku
- kiedy zaproponuję coś nowego, to z reguły jest to odrzucane, bo tak jak jest
jest dobrze
- trzy pozycje, w których ona oczywiście jest stroną bierną
- brak seksu oralnego z jej strony, jak już to robi to na tyle nieudolnie, że
mnie to skutecznie zniechęca, nie mam już ochoty jej tłumaczyć po raz n-ty co
jest źle
- zawsze w łóżku lub na kanapie, na łonie przyrody albo pod prysznicem jakoś
jej to nie bawi
- kiedy już zrobiłem jej dobrze, moje potrzeby nie były już zbyt ważne, brak
jakiegokolwiek "rewanżu" z jej strony (najlepiej potem poprzytulać się,
odwrócić plecami do mnie i zasnąć), okropnie wkurzające dla napalonego faceta
Kilka uwag do tych punktów: cieszy (cieszyło?) mnie to, że ma prawie za każdym
razem ze mną orgazm, cenię również to, że jeżeli jest inaczej to mówi o tym
bez ogródek. Seks oralny nie jest dla mnie jakoś bardzo ważny, jestem raczej
typem, który lubi się poprzytulać, całować, lubię kobietę czuć całym swoim
ciałem, ale niekiedy lubię inaczej, ostry seks dla odmiany. Bywało naprawdę
dobrze w łóżku, ale to sytuacje raczej wyjątkowe, chciałem jej dawać rozkosz,
zrobić wszystko, co tylko mogłem i potrafiłem. Ale teraz już nie mam na to
ochoty, po prostu nie chce mi się, czekałem na jej ruch, zachęcałem. Nic się
nie dzieje. Wczoraj spytała przed snem: "może bara bara"? A ja mówię, że
jestem zmęczony, odwróciłem się i usnąłem w minutę. Może bym się jeszcze
wysilił, ale już widziałem siebie po 30 minutach, wysoki puls jak u 100
metrowca, padam na poduszkę, a ona może lekka zadyszka, na boczek i śpi.
Pozostałe powody (chyba ważniejsze):
- nie potrafimy ze sobą rozmawiać, jeśli mam inne zdanie to przez nią
traktowane jest jako atak na nią bezpośrednio, wchodzi mi w zdanie
bezpardonowo, nie słucha, podnosi głos przy byle okazji
- udawała przez długi czas kogoś trochę innego, że niby typ intelektualistki
hehe, od roku nie usłyszałem od niej nic ciekawego, tylko te same teksty o
pracy, problemach rodzinnych, jak zdarta płyta, gdy słucham tego samego po raz
n-ty to zaczyna się we mnie gotować
- nie potrafi żyć codziennością, najlepiej jakbyśmy wyjeżdżali na wycieczki
zagraniczne co drugi miesiąc, chodzili po restauracjach, kupowali, przyjemnie
spędzali czas
- czeka, aż ktoś jej coś załatwi, lepszą pracę, lepsze to, lepsze tamto, nie
chce jej się kończyć studiów chociaż została tylko obrona dyplomu
Pewnie jeszcze mógłbym coś do tego dorzucić, ale chyba wystarczy. Czuję, że
moja miłość do niej wysycha z każdym dniem, pozostał ledwie widoczny strumyk,
a kiedyś to była rwąca rzeka wyrywająca głazy. Smutno mi i tyle. Szkoda tych
lat, tych zbudowanych wpólnie rzeczy. Czas chyba zacząć budować coś nowego od
"dymu z komina".