glamourous
01.02.07, 12:15
Opisywalam moj problem wielokrotnie tu na forum. W skrocie : za malo seksu.
Tzn relatywnie mam go sporo, bo tak srednio co drugi dzien. Ale temperament
mialam wiekszy niz maz i ciezko bylo mi naklonic go do seksu w innym czasie
niz gdy to JEMU sie chcialo. Czulam sie jak kobieta z haremu. Ma byc piekna,
zawsze wypindzona i gotowa, i czekajaca kiedy jasnie panu laskawie sie
zachce. A jezeli ja mialam ochote na seks, tak sama z siebie, to zeby w
sciane i siedziec cicho, bron Boze go nie napastowac, nie wywierac presji, bo
jego to BLOKUJE.
Ale najbardziej denerwowalo mnie stopniowe zanikanie pozadania u mojego meza.
Ze przestawaly na niego dzialac moje wdzieki i zakusy. Chcialam odzyskac jego
dawne, bezinteresowne pozadanie, chcialam zeby znowu miedzy nami iskrzylo.
No i po wielu przemysleniach wlasnych, po wielu strategicznych probach, wielu
rozmowach, wielu wyczytanych tu na forum radach odkrylam, wydawaloby sie
cudowna recepte na pobudzenie jego libido. Polegalo to na tym, zeby przestac
go kusic, przestac dawac sygnaly, grac kobiete niedostepna.
Ja, z natury kokietka, taka troche femme fatale przestalam go kompletnie
prowokowac. W kat poszly wszelkie formy seksualnego wabienia (bielizniane,
werbalne, extrawerbalne ;-) Nastaly czasy mojej kompletnej neutralnosci,
bawelnianych komplecikow i skarpetek do lozka. Gralam niedostepna, i
doigralam sie.
Wprawdzie na libido mojego meza takie moje zachowanie bardzo zadzialalo, i to
dlugofalowo, wiec bingo. Recepta okazala sie na tyle skuteczna, ze faktycznie
teraz malzonek o wieeeele czesciej chce seksu (kiedy trafilam na to forum
ponad rok temu, nasza czestotliwosc wynosila raz na 3 czy 4 dni i to z mojej
glownie inicjatywy. Teraz kochamy sie co drugi dzien, czasami codziennie i
wylacznie on zaczyna). Czyli jest OGROMNA poprawa. Wlasnie o to mi chodzilo,
zeby to ON mnie pragnal, zeby inicjowal. I tak jest. Mam co chcialam, tyle ze
sama przestalam miec ochote na seks. Zostalam pobita swoja wlasna bronia, bo
teraz zrozumialam ze prowokowanie i zmyslowosc bylo czescia mojej natury, w
ten sposob sama nakrecalam moje wlasne libido. Teraz, od kiedy zaczelam
wmawiac sobie mezowi ze seks juz mnie tak nie kreci jak dawnie, ze nie
potrzebuje go tak czesto, wylaczylam sobie chyba cos w podswiadomosci, albo
raczej sama uwierzylam w ta moja mala mistyfikacje - i koniec. To wygasalo we
mnie stopniowo do roku, ale od miesiaca czuje sie po prostu jak kobieta
oziebla, taka kompletnie off. Zero ochoty.
I coz z tego ze maz dobiera sie do mnie codziennie lub co drugi dzien z
wielkim apetytem? Mnie to srednio kreci, do seksu wlasciwie sie zmuszam.
Motylki w brzuchu gdzies sie ulotnily. Staram sie ze wszystkich sil zeby sie
nakrecic, kiedy on mnie piesci, ale nic z tego.
Odzyskane pozadanie meza juz nie cieszy. Kiedys bylabym tym zachwycona, teraz
mi to wrecz przeszkadza. Kiedy w ciagu dnia pomysle o wieczornym seksie, nie
czuje entuzjazmu, choc kiedys na taka mysl dostawalam mrowienia w
podbrzuszu ;-(
Powiedzialam mu ostatnio w klotni ze zabil we mnie goraca kobiete. Stwierdzil
ze to sama jestem sobie winna, bo sama sie negatywnie nakrecam, a on jest OK.
Nasz zwiazek nie jest tym zagrozony, bo nie robie z tego problemu
egzystencjalnego. Nie jestem histeryczka skupiona na wlasnych wymaiginowanych
problemach i sprowadzajaca je do rangi tragedii. Ale zastanawiam sie czy moje
z kolei libido mozna teraz jakos przywrocic? Moze juz zawsze bedziemy jak
zuraw i czapla, czyli jak on chce to ja nie chce i odwrotnie? Albo on mnie
pragnie, a ja jego nie, albo odwrotnie (co ostatnio jest rzadkoscia) .
Weszlismy w jakies bledne kolo. Ostatnio taki fajny seksik, kiedy oboje
bylismy bardzo podnieceni zdarzyl nam sie ze 3 miesiace temu.
Nie da sie tego jakos pogodzic, wypracowac jakas rownowage?
Co robic?