blue_laguna
03.09.07, 09:38
Witam wszystkich!
Chcę się komuś wyżalić, a że wiadomo, że na forum łatwiej, bo nikt mnie nie
zna, to proszę posłuchajcie co mam do powiedzenia.
Jestem mężatką z 15-letnim już prawie stażem, małż starszy o 2 lata ode mnie,
mamy jedno 6-letnie dziecko.
Od 3 tygodni przeprowadzamy jedynie rozmowy "służbowe", brak jest
jakiegokolwiek dotyku, przytulania, co za tym idzie i seksu.
Wszystko to na moje własne życzenie i w dodatku (z czego doskonale sobie zdaję
sprawę) zupełnie wszystko bez sensu.
Kto w małżeństwie był choć kilka lat - wie, że związek to ciągła sinusoida -
raz lepiej, raz gorzej.
Ale do rzeczy. Mąż, gdy ma jakieś problemy, gorszy humor, ewentualnie
pokłócimy się o coś - reaguje w ten sposób, że milknie. Absolutnie i totalnie
się nie odzywa (oprócz oczywiście rozmówek służbowych).
Niektórzy faceci podobno tak mają - jestem w stanie to zrozumieć. Dotychczas
było tak, że po kilku dniach ja już nie byłam w stanie znieść tego oschłego
milczenia, braku dotyku, przytulania, fizycznego kontaktu i nawiązywałam
kontakt, pytałam się, etc.
W końcu zawsze jakoś dochodziliśmy do porozumienia.
Przy czym jasno mu mówiłam, że taka sytuacja mnie stresuje, i że jeśli ma
swoją "fazę milczenia" - to niech mi o tym dosadnie powie, żebym się nie
musiałam przejmować. Przyznawał mi rację, ale przy następnej takie fazie -
znowu było to samo.
Patrząc teraz na to z perspektywy tylu lat razem zauważyłam u siebie
niepokojące zmiany.
Zaczynam reagować na trudności, konflikty w związku - dokładnie tak jak On.
Tzn. w tym przypadku, który opisuję teraz przestałam się odzywać, dotykać go,
przechodzę obok. Sprzeczka poszła o totalną głupotę - aż nie warto o tym
mówić. Ale ja zacięłam się w sobie i koniec! Wiem, że to głupie, że sama sobie
robię na złość...
Po 1 tygodniu przełamałam się, przytuliłam się do niego i co dostałam?
Oczywiście zero reakcji. Rozumiem to, ale nie mogę przełamać się, teraz, żeby
z nim pogadać - wiem, że jak coś powiem to puszczą mi nerwy i zamiast
spokojnej, konstruktywnej rozmowy - podniosę głos i w końcu zaplączę się sama
w swoich wyjaśnieniach i oczekiwaniach wobec niego. Beznadzieja po prostu.
Patrząc wstecz (obserwując "na zimno" swoje życie, zauważyłam, że przy takich
konfliktach z początku płakałam już po 2-3 dniach, później po ok tygodniu,
teraz już doszło do tego, że zaczął się 4 tydzień milczenia i przechodzenia
obok siebie, a ja jeszcze nie wylałam żadnej łzy. To jest straszne i jest mi z
tym źle.
Mam nadzieję, że ktoś zrozumie o co mi chodzi. Jak gdyby siedziały we mnie
dwie różne osoby: jedna w myślach przeprowadza "rozmowy pojednawcze" z małżem,
a druga podjudza: "a co będziesz z nim gadać..., jemu chyba taka sytuacja
odpowiada..., niech on pierwszy coś powie..., niech odczuje jak to jest..."etc.
Gdyby przeczytał to wszystko mój małż pewnie powiedziałby , że "durna jestem",
a ja jestem już tym wszystkim zmęczona.
Wiem, że mój "problem" jest niczym przy problemach wielu piszących na tym
forum osób - ale chciałam się wyżalić, wyrzucić to z siebie.
Przeczytam zaraz to wszystko na forum i może zobaczę to wszystko z innej
perspektywy i pewnie stwierdzę, że robię problem z niczego, że wystarczy
wyciągnąć rękę do niego. Przecież go kocham, jest dla mnie super facetem, nie
wiem co mi odbiło...
Tylko dlaczego tam mi ciężko to zrobić?
Ale boli mnie to, że on zupełnie nie reaguje. No może poza oczywistymi w tej
sytuacji przytykami i czasem podniesieniem głosu - nie mam o to do niego
pretensji, bo ja też to robię, nerwy puszczają i tyle. Ale nie zapytał mnie
słowem o co mi chodzi nie dotknie mnie, nie przytuli - DLACZEGO ???? To boli....
Dziękuję za uwagę i życzę wszystkim miłego dnia (idę się walnąć w łeb, może to
coś pomoże :-))
PS.
Uprzedzę ewentualne pytania: mąż pomaga mi w domu, nie... właściwie należy
powiedzieć, że o dziecko i dom dbamy wspólnie, dotychczas seks był dla mnie
bardzo udany (dla niego sądzę, że też), codziennie dużo czułości, kontaktu
fizycznego, który jest dla mnie bardzo ważny, normalne takie życie z
okazywaniem sobie miłości, oczywiście bez przesładzania, czasami sprzeczki,
normalka można powiedzieć)