pospolity problem- dlaczego nie mam ochoty na sex?

20.09.07, 23:47
No wlasnie, problem jak w tytule. Na tutejszym forum przewalany juz tysiace
razy. Ale ja ciagle nie moge znalezc odpowiedzi dla siebie, a tym bardziej
jakiegos sensownego rozwiazania, albo sposobu zeby wreszcie chcialo mi sie
chciec. Dokladnie - mnie sie po prostu nie chce uprawiac sexu!!!
Ale po kolej: wydaje mi sie, ze ten problem istnial juz od wielu lat, ale
dopiero teraz (od kilku miesiecy) zaczal porzadnie mi dokuczac.
Bylo mniej wiecej tak: z kazdym nowym facetem sex byl po prostu nieziemski.
Zabawy do samego rana, urywanie sie z pracy na szybki numerek, gadzety, jednym
slowem wszelkie chwyty dozwolone. Inicjatorem sexu bylam ja, albo on. Byly
sytuacje kiedy tak miedzy nami iskrzylo, ze nie moglismy isc np do knajpki na
kolacje, jesli wczesniej sie nie "skonsumowalismy". No i potem przychodzil
"kolejny etap" zwiazku, jakies zaangazowanie emocjonalne, codzienne sprawy. I
wlasnie to we mnie mrozilo jakikolwiek poped, ktory schodzil do poziomu zera
absolutnego. Sex coraz rzadziej, on go inicjowal, bo mnie sie juz nie chcialo.
Owszem, byl satysfakcjonujacy za kazdym razem (nie mam zadnych problemow z
orgazmem, nie mam kompleksow na punkcie mojego ciala), ale gdyby nie wysilki
ze strony moich partnerow, wolalabym pewnie poczytac ksiazke, albo cos ugotowac.
W takich momentach zapalala mi wiec sie czerwona lampka i zwiewalam czym
predzej od faceta. Potem byl nastepny i schemat identyczny: 2-3 miesiace
superfajnego sexu, a potem zamienialam sie z Krolowa Sniegu. A potem byl
kolejny facet. I tak w kolko....
Do momentu, kiedy poznalam mojego meza: od razu "poplynelam" emocjonalnie - po
prostu zakochalam sie jak nastolatka. I w tym wypadku bylo to w odwrotnej
kolejnosci: najpierw uczucie, naprawde niesamowity odlot emocjonalny, a
dopiero po paru miesiacach znajomosci sex. Sex, ktory byl dla mnie spelnieniem
wszystkiego czego mozna dzieki niemu doswiadczyc. NIe moglismy od siebie sie
oderwac. W weekendy zamykalismy sie w sypialni i jedynym "spacerkiem" na
ktory sobie pozwalalismy byl ten do lodowki, aby "uzupelnic" zapasy. I tak
bylo przez pol roku, rok, poltora. Wtedy stwierdzilam, ze pewnie w przeszlosci
trafialam na nieodpowiednich facetow, ktorzy za szybko mi sie nudzili. Dla
mnie To bylo To!BYlo cudownie: zajebisty sex z facetem ktorego kocham!
Zaplanowalismy slub i juz wtedy zaczelo to wszytsko jakby wolniej sie krecic.
Ja mialam coraz mniejsza ochote, moj maz jak zwykle moglby 5 razy dziennie.
Poszly w obrot zabawki, filmiki, superseksowna bielizna. To wszystko troche
mnie jeszcze "dokrecalo". Ale teraz jest juz koszmarnie: NIC NIE DZIALA, A
MNIE SIE ZNOWU NIE CHCE!!!! Nie inicjuje sexu, zaslaniam sie tysiacem wymowek,
dluzej pracuje, zeby tylko nie isc do lozka!!! Jak, z rzadka, uda nam sie
teraz w nim znalezc, to po poczatkowej fazie niecheci jest naprawde super i
sex sam w sobie sprawia mi przyjemnosc. Tzn pod warunkiem, ze On zacznie, sila
zaciagnie mnie do lozka, albo najlepiej przeleci "gdzies w biegu". Nie mam
ochoty na te wszytskie ceregiele, gry wstepne.
Zastanawiam sie co ze mna jest nie tak?????
Ta sytuacja jest dla mnie duzym problemem. Kocham Jego, ale widze, ze to juz
zaczyna go troche meczyc - choc na razie zwala to na karb nadmiaru pracy,
dziwi sie gdzie zniknela ta "lwica" z poczatku naszego zwiazku.
A ja.....ja mam tylko ochote polozyc sie przy nim jak siostra i przytulic. I
NIC WIECEJ!
Zastanawiam sie setny raz o co w tym wszystkim chodzi: nie sa to wzgledy
estetyczne, obydwoje bardzo dbamy o sobie, jestesmy atrakcyjni, wiec tu nic
sie nie zmienilo. Nie sa to tez wzgledy emocjonalne, bardzo sie kochamy i tak
jak pisalam wczesniej w tym wypadku najpierw bylo uczucie, a potem sex. Wiec
nie mozna porownywyac tej sytuacji do moich ucieczek od poprzednich facetow.
Pod wzgledem intelektualnym tez sie nic nie zmienilo, potrafimy przegadac do
bialego rana. Nie mamy zadnym problemow, dobrze sie nam powodzi, nie ma
zadnych "odskokow", innych zainteresowan.
Jest tylko jeden problem: MNIE SIE NIE CHCE!!
Mam nadzieje, ze nie zanudzialam Was moim belkotem. Jesli ktos jest w stanie
cos mi podpowiedziec bede wdzieczna:)
    • wilk67 Re: pospolity problem- dlaczego nie mam ochoty na 21.09.07, 00:39
      masz poważny problem
      i nie ma sensu liczyć na to , że pomogą Ci
      pseudopsychologowie na tym forum

      trzeba iść do dobrego specjalisty (psychologa)

    • yoric Re: pospolity problem- dlaczego nie mam ochoty na 21.09.07, 00:45
      Nie wiem co Ci poradzić, ale mam nadzieję, że nie będziesz się replikować :)
      • druginudziarz Re: pospolity problem- dlaczego nie mam ochoty na 21.09.07, 08:25
        yoric napisał:

        > Nie wiem co Ci poradzić, ale mam nadzieję, że nie będziesz się replikować :)

        Rozumiem, że powyższe wynika z troski o np. swojego syna? ;)
    • nie_wiem Re: pospolity problem- dlaczego nie mam ochoty na 21.09.07, 08:05
      Prowokacja - ale udana.:)
      • druginudziarz Re: pospolity problem- dlaczego nie mam ochoty na 21.09.07, 08:28
        nie_wiem napisała:

        > Prowokacja - ale udana.:)

        Ale dlaczego prowokacja?
        Dawniej taki typ kobiety nazywana "latawica".
        • nie_wiem Re: pospolity problem- dlaczego nie mam ochoty na 21.09.07, 08:36
          Sądzisz, że latawica miałaby podobne dylematy? No i czy by
          wytrzymała chyba już ze dwa lata w jednym mężczyzną?
          Dawno by poleciała dalej podrapać swędzące miejsce!
    • glosatorr Czyżbyś była moją Ex? :-) 21.09.07, 12:58
      Chyba nie, bo ona już wie i odkryła, że jest uzalezniona od tego
      etapu flirtu - zdobywania, tej adrenalinki zdradzania i jak już
      zdobędzie, bzyknie się tak, że skacze pod sufit z radochy
      (adrenalina działa jak afrodyzjak), na początku szaleje w łóżku z
      każdym nowym kochankiem a jak już się zaspokoi, to rozgląda się za
      następnym "trutniem"... Tak, macie to samo :-) Dokładnie tak się
      zachowywała jak opisuje koleżanka. Facet już wybzykany, jest
      niepotrzebny i rozgląda się za nastepnym kochankiem, by znowu zacząć
      swoją grę. I tak w kółko... To taka moim zdaniem odmiana
      nimfomanii :-) Albo zachowania modliszki :-)

      Ja ten zespół nazywam zespołem "królowej roju"....


      Powiem Ci, że na Twoj problem jest tylko i wyłacznie ostra terapia.
      I nie zwlekaj, jeśli Cię to męczy. Ale chyba Cię nie męczy, prawda?

      Tu Ci nikt nie pomoże.
      • regesamba Re: Czyżbyś była moją Ex? :-) 21.09.07, 13:42
        no to ladnie mi dolozyliscie. W sumie nie uslyszalam nic konstruktywnego, tylko
        same epitety.
        Dla scislosci
        1. Latawica??? dlaczego kobiete nazywa sie od razu latawica, a facet, to po
        prostu "musi sie wyszumiec". Czyzby przemowil przez Was meski szowinizm?
        2. Nic mnie nie swedzi i nie szukam juz kolejnego obiektu, kocham mojego meza,
        tylko nie niepokoi mnie fakt, ze niestety on nie "nakreca mnie" tak jak na poczatku
        3. Adrenalinka zdradzania???? Nidgy nie zdradzilam zadnego mezczyzny. Po prostu
        od nich odchodzilam jak przestawali mnie interesowac.
        Thats all
        • vegalew Re: Czyżbyś była moją Ex? :-) 21.09.07, 14:24
          nie wszyscy Cię obrzucą jadem. Ja Cię nie potępiam. Wiem co czujesz
          bo chyba mam tak samo. Jakis czas tem pisałam w wątku o sobie że nie
          śpimy z moim bo jest leniem. Ogólnie mi sie nie podobało i wcale mi
          sie nie chciało. Ale jak sie zastanowiłam, przy pomocy
          forumowiczów ;-) to się okazało że to chyba rutyna i tyle. Bo jak mi
          się zachciało nagle i sie przełamałam to mój facet zrobił sie nie do
          poznania w kilka dni! Zupełnie inny człowiek!

          A moje doświadczenia są podobne do Twoich. Miałam kilku partnerów i
          zawsze wydawało mi się że "ten" to jest już na pewno" ten". A po
          kilku numrkach okazywało sie że jest nudny jak flaki z olejem ;-) No
          to zmieniałam na następnego który oczywiście był ideałem. I jakims
          dziwnym trafem zawsze okazywął sie niewiele wartym "towarkiem na
          raz" ;-) [nooo, na kilka razy ale co jeden to gorszy].

          Potem poznałam mojego obecnego partnera i nie chcę go zamienić na
          innego bo łączy nas cos super. Ale seks spowszedniał jak cholera.
          Poza tym jesteśmy razem siódmy rok i to podobno rok kryzysu więc
          postanowiłam przymrużyć oko, obrócic to w żart i poczekać. Ósmy rok
          będzie super. Już nad tym pracujemy.
        • glamourous Re: Czyżbyś była moją Ex? :-) 21.09.07, 14:42

          Sluchaj, to ze on juz Cie "tak nie nakreca" jest poniekad normalne.
          W zadnym zwiazku nie da sie latami utrzymac "adrenalinki" na ciagle
          tym samym, maksymalnym poziomie. Takie sa prawa chemii i biologii.
          Tyle ze nie sama chemia i biologia czlowiek zyje.

          No bo ilez mozna tak skakac z kwiatka na kwiatek? Owszem, mozesz
          teraz odejsc z powodu niespelnienia i kontynuowac granie swojej roli
          kobiety fatalnej zaliczajac kolejnych facetow, wyciskajac ich jak
          cytrynki (sorry za dwuznaczna metafore ale tak mi sie jakos
          skojarzylo ;-)) i systematycznie rzucajac juz wyeksploatowanych
          nieszczesnikow. Poki jestes mloda i piekna nie bedzie problemu. Ale
          co pozniej? Przebudzisz sie kiedys jako starzejaca sie kobieta, bez
          rodziny, za to z reka gleboko w nocniku.

          To, na co cierpisz to jakis rodzaj uzaleznienia od
          neurotransmeterow, odpowiedzialnych za te stany adrenaliny,
          podniecenia i erotyczneo haju, do ktorych tak tesknisz. Syndrom
          modliszki w calej okazalosci. Konsumpcja partnera, zwlaszcza
          psychiczna (Twoja wzmianka o spadku pozadania poczawszy od rozmow o
          slubie) powoduje utrate zainteresowania tym facetem, chocby nawet
          najwartosciowszym. Masz zdecydowanie problemy w budowaniu stalych
          relacji.
          Coz Ci poradzic? Na pewno wizyte u dobrego psychologa, bo chyba
          konieczna bedzie terapia.

          Pozdrawiam :-)
          • pracka1 Re: Czyżbyś była moją Ex? :-) 21.09.07, 15:24
            ja mam podobny problem...ale podejrzewam, ze u mnie jest konkretna
            przyczyna....kilka punktów rozczarowań moim facetem...to nie ten sam
            zakochany człowiek...stał się kompletnym nudziarzem, którego nic nie
            interesuje poza telewizją i jedzeniem...tudzież pracą czasami
            • regesamba Re: Czyżbyś była moją Ex? :-) 21.09.07, 15:58
              Dzieki:) Ciesze sie, ze znalazlo sie pare osob, ktore od razu nie wrzucily mnie
              do rynsztoka:):)
              Nidgy nie uwazalam sie ze Femme Fatale, dla mnie po prostu byly to normalne
              reakcje: po co sie meczyc z kims, komu juz nic nie mozna zaoferowac i kto staje
              sie coraz mniej atrakcyjny. Nigdy nie wchodzilam w "pokretne" uklady, nie
              mowilam o milosci, tam gdzie jej nie bylo. Nie bylo dla mnie celem samym w sobie
              "pozarcie" faceta i wyrzucenie go na smietnik. Zawsze mowilam to co mysle
              otwarcie. Moze dlatego, ci mezczyzni z ktorymi bylam nie znienawidzili mnie do
              konca:)
              NIe wiem tez czy moj problem tkwi w zaburzeniu budowania blizszej wiezi. Wydaje
              mi sie, ze z moim mezem tworzymy fajny uklad i oprocz lozka jest tysiac rzeczy,
              ktore uwielbiamy ze soba robic. Po prostu lubimy ze soba byc - na spacerze, w
              teatrze, w kolejce do kasy. NIe mam zadnych watpliwosci co do tego co do siebie
              czujemy. I wlasnie z tego powodu, tak mnie boli fakt, ze nie potrafie odnalezc
              radosci w sexie. Albo raczej radosci inicjowania go. W tej chwili sex moglby dla
              mnie nie istniec. I wcale nie mam ochoty szukac kolejnej zdobyczy, bo nigdzie
              nie znajde drugiego, tak fenomenalnego faceta, ani do nikogo nie poczuje tego co
              czuje do niego!
              Czytajac Wasze posty troche sie rozczarowalam. Myslalam, ze ktos "poda mi na
              talerzu" gotowa odpowiedz, sposob, co zrobic, zeby "podgrzac" ta sytuacje. A tu
              wszyscy jak jeden maz wysylaja mnie do "specjalisty".
              Cholender, nie przypuszczalam, ze to co napisze zabrzmi tak fatalnie.
              • glamourous Re: Czyżbyś była moją Ex? :-) 21.09.07, 16:28
                regesamba napisała:

                > Nidgy nie uwazalam sie ze Femme Fatale, dla mnie po prostu byly to
                normalne> reakcje: po co sie meczyc z kims, komu juz nic nie mozna
                zaoferowac i kto staje
                > sie coraz mniej atrakcyjny. Nigdy nie wchodzilam w "pokretne"
                uklady, nie
                > mowilam o milosci, tam gdzie jej nie bylo. Nie bylo dla mnie celem
                samym w sobi
                > e
                > "pozarcie" faceta i wyrzucenie go na smietnik


                To, ze sie nie uwazasz za kobiete fatalna nie znaczy ze nie mozesz
                nia byc. To nie jest nasze wyobrazenie o nas samych, tylko pewien
                typ osobowosci. To samo odnosnie pozarcia faceta, syndromu
                modliszki, casanovy, krolowej roju i innch jak zwal tak zwal. Chodzi
                o to ze kazdy z nas powiela czasem jakies nieuswiadomione schematy,
                kreci sie w jakims nieuswiadomionym psychologicznym kieracie, o
                ktorym nawet czesto sam nie ma najmniejszego pojecia. Ja sama kiedys
                myslalam o sobie, ze niezle sie juz "rozgryzlam", zanalizowalam, ze
                znam siebie na wylot i ze nic mnie juz nie zaskoczy - tymczasem
                niedawno zupelnie nieoczekiwanie trafilam do psychologa i wyszlo mi
                pare nowych, bardzo ciekawych rzeczy ;-))

                Dlaczego tak sie "boisz" kontaktu z psychologiem? Taka wizyta,
                chocby jedna, pozwala lepiej poznac siebie, dla mnie na przyklad
                jest to super sprawa. Bo przeciez podejrzewasz chyba ze nie jest do
                konca normalne to ze odrzucasz seksualnie faceta swojego zycia.
                Jestes pewna, ze nie masz jakichs podswiadomych blokad, ze to nie
                jakis rodzaj syndromu "sacrum i profanum" - i kto jesli nie
                psycholog bedzie potrafil to najlepiej rozgryzc? I byc moze poprawic
                Wasza sytuacje?

                Powiem Ci jedno. Dwa lata temu, kiedy zawitalam tu na forum po raz
                pierwszy, tez okropnie denerwowaly mnie te kubly zimnej wody
                wylewane tu na glowy forumowiczow, oraz rady typu "polecam wizyte u
                psychologa" Potem jednak przestalo mnie to irytowac, bo zrozumialam
                ze czasami "sad but true" to jest faktycznie najkrotsza droga do
                uswiadomienia sobie calej sytuacji, a wizyta u psychologa to czesto
                jedyna mozliwosc zrozumienia gdzie jest pies pogrzebany.
    • sagittka Re: pospolity problem- dlaczego nie mam ochoty na 21.09.07, 16:02
      Może to co napiszę wyda ci się dziwne, ale uważam, ze mimo wielu
      doświadczeń nie potrafisz prowadzić udanego pożycia intymnego z
      mężczyzną.
      Lubisz seks, gdy związek cechuje silna namiętność, ale w każdym
      związku namiętność spada, bo taka jest jej wewnętrzna logika.
      Namiętność jest ważnym czynnikiem w pierwszych etapach procesu
      miłości, z czasem ustępuje intymności, bliskości. Jej spadek jest
      nieunikniony!
      I w tym miejscu zaczyna się twój problem. Jeśli namiętnosć do
      partnera wygasła, a jest miłość, zaangażowanie w trwanie związku, to
      moze istnieć głęboka intymność. Umożliwia ona podtrzymywanie
      pożądania (ale juz nie tak silnego, jak wtedy gdy działała
      namiętność) i uprawianie satysfakcjonującego, więziotwórczego,
      rozładowującego napięcie seksu. Tego się trzeba nauczyć. Przede
      wszystkim jednak, przyjąć do wiadomości, że stan euforii związanej z
      fascynacją, zakochaniem i silną namiętnością przemija. Można cieszyć
      się z innych aspektów stałego zwiazku albo zrezygnować z niego na
      rzecz romansów, które dostarczą tej euforii.
    • avide Re: pospolity problem- dlaczego nie mam ochoty na 21.09.07, 16:34
      W sumie Sagitatka i Glam napisały ci sedno. Dorzucę jeszcze swoje trzy grosze.

      Z tego co piszesz wygląda na to że twoje związki wyglądały tak:
      Poznanie, fascynacja, namiętność, eskalacja namiętności i pożądania do punku
      ekstremalnego, po czym gdy go przekroczyłaś a zawsze się go przekracza tyle że
      jedni złapią "szczyt" po miesiącu inni po dwóch latach, następowało "zejście". I
      tutaj się zaczynałaś się gubić. Popatrz z mężem szczyt wygląda na to, że
      osiągnęłaś go po 1,5 roku.
      To że teraz jest jak jest, jest jak najbardziej normalne.

      Nienormalne zaś jest Twoje podejście. Oczekujesz ciągle tego samego poziomu
      ekscytacji. Musisz się nauczyć żyć z człowiekiem bez ciągłych motylków. Musisz
      sie nauczyć intymności o której pisała Sagitatka. Piszę "nauczyć" bo faktycznie
      tego sie można nauczyć. Każdy z nas sie tego uczył, z tym że jak np. z językami
      jednym przyszło to naturalnie innym całe życie będzie pod górkę.

      Psychologa i ja Ci poradzę. To na początek. A do tego cierpliwość. Masz teraz
      świetną okazję niejako uszlachetnić wasz związek. Nauczyć się patrzeć na swojego
      faceta nowym spojrzeniem. Spojrzeniem pełnym miłości, zrozumienia, albo znowu
      zwiejesz. Facet odpowiedni, sama to przyznałaś. Problem jest w Tobie.

      Życie to nie motylki, a Tobie właśnie się tak teraz wydaje. To że z facetem jest
      ok mówi sam fakt że jak już dojdzie do zbliżenia między wami jest wszystko ok.
      Satysfakcjonuje cię.
      Tobie szwankuje głowa, twoja mentalność, twój sposób myślenia, gdzieś tam
      zaszufladkowałaś sobie, że jak już nie ma tej początkowej ekscytacji to nie ma
      po co się starać i ci sie nie chce. Piszesz tutaj dlatego że masz wyrzuty
      sumienia "bo to przecież taki dobry człowiek". Prawda ???

      Chwała Ci za to że zauważyłaś problem, dzięki temu możesz coś z tym zrobić. Co
      ??? Zmienić sposób myślenia o swoim mężczyźnie, o wyglądzie związku między
      ludźmi (to nie tylko motyle, czasami, albo raczej często to wiele rutyny,
      poświęcenia dla drugiego człowieka), o Twojej roli w związku.

      Do tej pory tylko brałaś. Było Ci dobrze, było ok. Zacznij dawać z siebie, przy
      czym to dawanie z siebie musi sprawiać Ci przyjemność, musi płynąć z Ciebie
      dopiero wdesy będzie to miało sens. Żeby tak było musisz nauczyć się inaczej
      myśleć. czyli wracamy do punktu wyjścia. Jeśli nie będzie równowagi między
      braniem i dawaniem, długo tak nie pociągniecie.

      Powodzenia.
      Avide
      • sagittka avide - prywata 21.09.07, 17:01
        przepraszam że tu, ale to już kolejny wątek, w którym cytujac mnie
        znikształcasz mój nick, więc zwracam uwagę, że sagittka, a nie
        sagitatka,
        przy okazji pozdrawiam :)
        • avide Nie prywata tylko gafa :)))))) i tak od roku :)))) 24.09.07, 13:37
          sagittka napisała:

          > przepraszam że tu, ale to już kolejny wątek, w którym cytujac mnie
          > znikształcasz mój nick, więc zwracam uwagę, że sagittka, a nie
          > sagitatka,
          > przy okazji pozdrawiam :)


          Kruca bomba ale gafa :((((((((((((((
          Wiesz co, dopiero jak mi to napisałaś przeliterowałem Twój nick literka po
          literce i .... spłonąłem kolorem purpury. Bywam tutaj od dłuższego czasu i jak
          pamiętam nie raz się odnosiłem do Twoich słów. Zawsze mi tłukli profesorowie do
          głowy, że jak cytować to albo wiernie albo wcale.

          Widzisz nasz umysł często płata nam różne figle. Często słyszymy to co chcemy
          usłyszeć albo co wydaje nam sie, że słyszeliśmy. Podobnie z czytaniem.
          Przeczytałem to co było dla mojego umysłu wygodne do przeczytanie i tak
          zakodowałem a nie jak faktycznie było napisane. Nie znałem tego słowa wcześniej,
          nie mam pojęcia co oznacza i skąd teki nick wyczarowałaś, dlatego taka była
          reakcja mojego umysłu, nie pierwszy raz zresztą. Taki psikus :))),
          Przepraszam zatem za tą nieścisłość :))))) Sagittko.
          Gafa że hej :)).

          Pozdrawiam
          Avide
    • notsogoodgirl Re: pospolity problem- dlaczego nie mam ochoty na 21.09.07, 17:29
      Mysle ze niektore z nas maja nature mysliwych-zdobywcow,zupelnie tak
      samo jak wielu mezczyzn.Jesli w mlodym wieku "wiele" sie polowalo a
      wiekszosc z tych polowan zakonczona byla sukcesem i satysfakcja to
      wchodzi w krew, stale ja podgrzewa.A potem(w malzenstwie,stalym
      zwiazku)kiedy juz nie trzeba sie starac bo zwierzyna oprawiona
      siedzi w drugim pokoju przed telewizorem,z nostalgia wyciagamy z
      szafy dubeltowke i wspominamy dobre dni:)...i czegos nam w duszy
      brak,krew wystyga...a natury lowcy nie mozna sie pozbyc tak jak
      natury czlowieka nie da sie zmienic ...
    • asienka95 TO W KOŃCU JAK TO JEST? 22.09.07, 21:43
      Korzystam z konta kumpeli...
      Chyba niewiele mam do dodania do poprzednich postów.
      Czy myślicie, że można być szczęśliwym prowadząc takie życie?
      To znaczy: wielki szał ciał przez jakiś czas, koniec. I kolejny płomienny romans
      i tak w kółko. Jednym słowem; ciągła adrenalina.
      Widać, że osoby, które tak żyją często (?) chcą się od tego uwolnić. Chcą czegoś
      stałego.

      Z drugiej strony wiele osób w stałym związku narzeka, że po latach to już nie
      to. Wkradają się zdrady lub choćby myślenie o motylkach... ;-)
      I tak źle, i tak niedobrze?

      • anais_nin666 Re: TO W KOŃCU JAK TO JEST? 23.09.07, 19:10
        Z drugiej strony wiele osób w stałym związku narzeka, że po latach to już nie
        > to. Wkradają się zdrady lub choćby myślenie o motylkach... ;-)

        Jeśli człowiek miał czas "poszumieć", to potrafi docenić stabilizację erotyczną.
        W głębokiej intymności, znajomości ciał jest wiele piekna i namiętności. Nie ma
        motylków, nie ma szaleństw, ale seks potrafi być naprawdę fantastyczny.
        Jeżeli od seksu oczekuje sie tylko doznań skrajnie mocnych, to na stały związek
        szans nie ma. Pozostastaje seryjna monogamia. Nowy partner co 2-4 lata;) Bardzo
        popularna ostatnimi czasy. Niemniej dośc smutna forma życia, będąca wynikiem
        sporej niedojrzałości i dużej dawki egoizmu. Nastawienie na JA, na branie, na
        zaspakajanie tylko własnych potrzeb, a związek to także dawanie. DZIELENIE SIĘ.
Pełna wersja