madryidiota
02.10.07, 13:26
Witam,
Pisze tego post'a nie po to aby dostac od Was porade jak cos
naprawic, ale czy sie jeszcze da...
Historia szablonowa jak w 100 tematach na tym forum - opisze
skrótowo:
1) poznali się i zakochali się po uszy
2) po kilku miesiacach zareczyny
3) po kolejnych 2 - ciaza
4) miesiac pozniej slub
5) szczescie, radosc, urządzanie rodzinnego gniazdka
6) poród, wielkie emocje, radość, szczęście
7) pierwsze pół roku życia dziecka - dalej jest wspaniale
..........
potem się zaczyna psuć; zaczyna się jak zwykle od seksu (z
codziennych i wspaniałych zbliżeń inicjowanych prze obie strony
schodzimy na 3 razy w miesiącu - od razu zaznaczę że nie z mojej
inicjatywy) - na początku rozumiem, bo przecież dziecko, poród,
połóg, zmęczenie. Potem wraca na 2 miesiące do normy sprzed porodu,
a potem znowu się zaczyna psuć.
Dziś już wiem że źle do tego podszedłem - patrzyłem przez pryzmat
własnych oczekiwań i potrzeb. Można potraktować to jako
poradnik "jak czegoś nie robić"
Tak więc:
1) na początku pytania: co się stało? odpowiedz była: nic, po prostu
mi się zmieniło, nie potrzebuję tak często, już jesteśmy rok ze soba
i pierwsze zauroczenie i fascynacja minęła
2) po usłyszeniu tego potworne rozczarowanie z mojej strony:
poczułem się jak wykorzystany reproduktor, jak zmanipulowany
konsument - pierwszy rok gratis, a teraz koniec promocji
3) Na początku prosiłem, mówiłem o swoich potrzebach, kupowałem
kwiaty, prezenty, kolacje ze świecami, romantyczne wyjazdy, nawet
znosiłem 4 godziny latania po sklepach z ciuchami ;)... nie pomogło.
4) Potem odrzucony wyrzucałem z siebie emocje - wyżywałem się na
żonie - że mnie oszukała, że mnie już nie kocha, że chciała tylko
dziecko
5) Następny etap: podejrzewałem że kogoś ma - no bo jak się kiedyś
chciała non-stop kochać a teraz nie - to pewnie robi to z kimś innym
6) Zacząłem grozić że odejdę, że ten związek nie ma sensu - raz
nawet się spakowałem. Nie odszedłem bo dalej ją kocham i nie mogłem
się zdecydować
nudno już się robi więc przejdę do finału.
W końcu coś w niej pękło - po 2 latach awantur wreszcie doczekałem
się reakcji - powiedziała mi że nie wie czy jest w stanie to dalej
znosić, że życie stało się piekłem, że boi się wracać do domu i
widzieć moją wykrzywioną gębę - że nie wie czy chce do dalej ciągnąć.
To było 3 miesiące temu...
Rozmawialiśmy, że spróbujemy, że ja się zmienię, że będzie dobrze,
że nie będę jej zadręczał, że ona potrzebuje czasu żeby dojść do
siebie - w teorii wszystko super
ale
nie widzę żadnego progresu w jej zachowaniu - brak czułości,
potrzeby bliskości (o seksie to już zapomniałem), zero kontaktu w
ciągu dnia (telefon, sms, mail), ucieczka w pracę wieczorem w domu,
rozmowy o "pośladkach Maryni" - jak w pracy? Ok, a u Ciebie? Też,
Aha....to dobrze.
Próbowałem kilka razy ją zapytać czy idzie ku lepszemu, ale
wsciekała się że rozmowy tylko wszystko psują i że każda rozmowa ją
oddala ode mnie - więc przestałem.
Wiem że 3 miesiące odbudowy Vs 2 lata niszczenia to mało, ale czy
jest jeszcze szansa że może być międy nami dobrze?
pozdrawiam
madryidiota (nick bierze się z kontrastu między potencjałem a
zachowaniem :))
PS: traktowałem post'a też jako katharsis - proszę o zrozumienie i
wybaczenie