Czy to była miłość?

23.10.07, 13:42
To takie trudne. Odrzucenie, rozpacz, strach. 15 lat małżeństwa i
nagle...koniec. Panu się odwidziało. Ot, tak po prostu. Nie kocha,
seks to tragedia- po prostu tylko seks bez miłości-takie odczucia.
Czy można kogoś kochać przez wiele lat i nagle...przestać?. Zwiazek
przechodzi różne fazy i różne kryzysy. Ale czy można kochać i nagle
przestać. Zupełnie tak bez powodu. Czy to wogóle była miłość?. Czy
miłością do dzieci jest przychodzenie do domu tylko z obowiązku i
powtarzanie na każdym kroku, że to obowiązek.
    • zelm71 Re: Czy to była miłość? 23.10.07, 13:54
      Pewnie że to trudne i przykre. Czy miłości nie było od początku i
      czy wasz sex był zawsze z obowiązku? Kto popełnił błąd. Może on na
      ciebie nie zasługiwał. Może to zwykły palant.
      • felixs Re: Czy to była miłość? 23.10.07, 15:38
        Proponowałbym nie szafować słowami.
        Prawda zazwyczaj leży po środku a nic co ma takie znaczenie nie dzieje się z
        dnia na dzień. Autorka prawdopodobnie mówi jedynie o skutkach ale przyczyn się
        domyśla, lecz to za bardzo boli aby o tym powiedzieć tu i teraz.
        • zelm71 Re: Czy to była miłość? 23.10.07, 15:41
          Zapewne masz rację. Zgadzam się.
        • zara.beauty Re: Czy to była miłość? 23.10.07, 16:06
          Dobre słowo- domyśla się.....dobra praca, wysokie wynagrodzenie,
          kariera, imprezy w hotelach, restauracjach, tłumy ludzi,wyjazdy
          zagraniczne-sponsorowane, koleżanki, alkohol. Kiedyś..biedny student
          na moim utrzymaniu. W domu - brak restauracyjnych, wyrafinowanych
          dań-schabowy,kurczak,gołąbki-to prostackie. 3 dzieci, hałas, ciągle
          ktoś coś chce. Podwożenie do szkoły, odrabianie lekcji-raz na jakiś
          czas. Seks przez całe życie z jedną, gdy wkoło tyle wolnych,
          młodych, ktore nie mają czasu na inne znajomości, bo zbyt długo i
          dużo pracują. Dom- obowiązki. Praca- przyjemności. Myślę, że gdyby
          to była prawdziwa miłość dalibyśmy radę to przetrwać.
          • sunflower30 Re: Czy to była miłość? 23.10.07, 16:24
            wiesz zara, masz dużo racji w tym, co piszesz. W dzisiejszych
            czasach słowo rodzina trochę się zdewaluowało, a wartość rodziny
            chyba przewartościowała. Rodzina jest nudna, przyziemna,
            przewidywalna. To praca jest ciekawa i to, co sie z pracą wiąże.
            Paradoksalnie negatywny wpływ na rodzine mogą mieć pieniądze, nie
            ich brak, bo wtedy właśnie ludzie maja cel, żeby te pieniądze zdobyć
            i poświecaja sie temu, ale ich nadmiar. Nadmiar, który powoduje chęć
            oderwania się od tego, co zwyczajne, np. rodziny. Pytasz, czy można
            przestać kochać po iluś tam latach. Pewnie, że można, może nie z
            dnia na dzień, ale można. Wtedy też należy pozbyć się złudzeń, że
            wszystko wróci do normy. Nie wróci, jak już ktoś zasmakował innego,
            ciekawszego świata, zaniedbując rodzinę, to nie ma siły, żeby ta
            rodzina go znów przyciągnęła.
          • your_and Re: Czy to była miłość? 23.10.07, 16:24
            Miłość nie należy do przyrody nieożywionej.
            Zagłodzona nawet najprawdziwsza z czasem zdycha zanim zdaży się
            zestarzeć.
            Dlaczego zdechła - w zasadzie sama to napisałaś. Zagłodziłaś ją.
            • glamourous Re: Czy to była miłość? 23.10.07, 16:31
              Your_, wytlumacz mi prosze, JAK ona Twoim zdaniem "zaglodzila" te
              milosc. Urodzila mu trojke dzieci. Gotowala obiadki. Nie jest
              nigdzie powiedziane, ze byla nudna i marudna czy ze seks byl zly.

              No to CO ona takiego zrobila, Twoim zdaniem - poza tym, ze nie
              zapewniala mu szalenstw i urozmaicen na miare kobiety nie uwiazanej
              w domu przy dzieciach?
              • your_and Re: Czy to była miłość? 23.10.07, 17:03
                > Kiedyś..biedny student
                > na moim utrzymaniu. W domu - brak restauracyjnych, wyrafinowanych
                > dań-schabowy,kurczak,gołąbki-to prostackie. 3 dzieci, hałas,
                ciągle
                > ktoś coś chce.(...) Dom- obowiązki. Praca- przyjemności.

                Sama napisała. Jadna strona rozwija się, a druga stoi w miejscu,
                przebrzmiewa tu nawet cierpiętnictwo. Nie trzeba być prorokiem żeby
                wiedzieć że ich drogi sie rozejdą. Dzieci nie uwiązuja tak że jak
                oboje CHCĄ to nie można mieć ich zostawić i RAZEM przeżywać imprezy,
                restauracje, wbic w wieczorową suknie i różne
                wspólne "urozmaicenia". I starać sie być ATRAKCYJNYM dla partnera.
                Rozwijać sie razem.

                Myślisz że jak facet ma ograniczone horyzonty i jego świat kończy
                sie na kanapie piwie, tv i przynoszeniu pensji budżetówki, a jego
                żona idzie w świat robi karierę , wpada w garsonki, managery to
                takie zwiazki nie rozpadają się natychmiast? Czy któś go wtedy
                pożałuje że na poczatku to on wszysko ciągnął?

                • glamourous Re: Czy to była miłość? 24.10.07, 12:05
                  your_and napisał:


                  Dzieci nie uwiązuja tak że jak
                  > oboje CHCĄ to nie można mieć ich zostawić i RAZEM przeżywać
                  imprezy,
                  > restauracje, wbic w wieczorową suknie i różne
                  > wspólne "urozmaicenia". I starać sie być ATRAKCYJNYM dla partnera.


                  Tu moze nie do konca chodzi o te restauracje i wychodzenie z domu.
                  Mysle ze tego im nie brakuje, na finanse przeciez nie narzekaja,
                  opiekunka do dziecka w takich warunkach to zaden porblem. IMHO tu
                  chodzi raczej o to, ze zona nie nalezy do tego atrakcyjnego swiata,
                  ze mu nie imponuje, nie dotrzymuje kroku. Nietorzy mezczyzni
                  potrzebuja silnych, realizujacych sie zawodowo kobiet
                  reprezentujacych w ich pojeciu jakas tam wladze. Tu klania sie
                  moja "teoria półki" - i zona jawi mu sie teraz jako kobieta "z
                  nizszej półki" i nie wytrzymuje konkurencji z paniami z wielkiego
                  swiata i z calym tym golden lajfem. I czy bedzie chodzila z nim na
                  te rauty w wieczorowej sukni i szpilkach, czy tez nie - on ja bedzie
                  postrzegal tak samo. Facet po prostu wskoczyl na wyzsza półke, ona
                  zas zostala na starej, nizszej. I to go odpycha.

                  I uwazam, ze rozpad pozycia to zdecydowanie wina jego, nie jej. Ona
                  nie zaglodzila tej milosci. Przeciwnie, dala co ma najlepszego,
                  urodzila dzieci, pielegnuje rodzine, dba o dom. To maz jest
                  ograniczony i nie potrafi docenic prawdziwych wartosci - milosci,
                  domu, rodziny, oddanej zony. On wsiakl w tej swoj "lepszy swiat"
                  zachlysnal sie nim i pogubil gdzies swoje ludzkie uczucia.
                  Syndrom "wody sodowej". Klasyczne zamienienie "byc" na "miec,
                  ocenianie ludzi przez pryzmat ich poziomu zycia, osiagniec
                  zawodowych, pogarda dla "nizszej półki". A obok cierpia odrzuceni
                  bliscy.
                  • kacprzak0 Re: Czy to była miłość? 25.10.07, 15:59
                    Nie zgadzam się żeby zrzucac wszystko zawsze na facetow. Wina lezy ZAWSZE po obydwu stronach
                  • kacprzak0 Re: Czy to była miłość? 25.10.07, 15:59
                    Hehe, Kurt Cobain tak mowil… wiesz jak skonczyl ? :)
                • kici10 Re: Czy to była miłość? 25.10.07, 23:49
                  Your, przecież na wszystkie integracyjne imprezy zawodowe nie są
                  zapraszani małżonkowie, a wręcz są tam zbędni.
                  Myślę, że to sodówka uderzyła do głowy i chęć rekompensaty
                  wszystkich lat chudych. Zgodnie z zasadą, że "pierwsza żona pracuje
                  na karierę męża, kariera męża pracuje na drugą żonę".
                  Imrezowanie też się kiedyś nudzi. Kto nie imprezował za młodu, ten
                  potem goni stracony czas.
            • woman-in-love Re: Czy to była miłość? 23.10.07, 17:05
              Your co miałeś na myśli? Przecież to małżonek zagłodził miłość. Zaniedbał
              rodzinę wg relacji zony. Zajął sie wszystkim poza domem, a w domu - bierny
              konsument. Tak zrozumiałam
              • your_and Re: Czy to była miłość? 23.10.07, 17:48
                woman-in-love napisała:
                > Your co miałeś na myśli? Przecież to małżonek zagłodził miłość.
                Zaniedbał
                > rodzinę wg relacji zony.

                Każdy może wyczytać miedzy wierszami co innego, trafnie lub nie.
                Opierając sie na różnych zawartych detalach i emocjach.
                Małzonek też pewno miał swój udział w zagłodzeniu ale nie on sie tu
                skarży i nie jemu odpisujemy.
                Mnie opis relacji tak włąśnie wygląda na - zagłodzoną, zaniedbaną
                relację. A w kontekscie przedstawionych pokus to poważny grzech
                zaniedbania. Skąd pewność (choć wszyscy to pewnie założyli) że to
                nie ona zajęła sie domem, dziećmi i obiadkami, zadowolona że może
                realizować się po swojemu, swobodnie wydajac wspólna kasę, bez
                angażowania sie w relację i umacniania jej, czerpiąc bliskość z
                relacji z dziećmi (co mężczyznom rzadko wychodzi) a po 15 latach
                nagle (?) ocknęła sie z ręka w nocniku? Przekonana że skoro
                ślubował, to reszta należy sie jak psu buda? Mało coś o tych
                relacjach, tylko o obowiązkach.
          • zelm71 Re: Czy to była miłość? 23.10.07, 16:27
            Chyba dobrze mówisz. Raczej to nie była miłość.
            Natrafiłaśna "niebieskiego ptaka".
            Ja poznałem swoją obecną żonę gdy byłem w I klasie technikum i od
            tego czasu jesteśmy razem i strasznie się kochamy. A obecnie mam 36
            lat a ona 37. Było różnie bo mamy trudne charaktery ale zawsze
            umieliśmy się dogadać. Raz ona mi ustępowała a innym razem ja jej.
            Zawsze ostatecznie ja podejmuję decyzję ale po wysłuchaniu rady
            żony, choć nie zawsze te rady uwzględniam przy podejmowaniu decyzji.
            Mimo może trochę trudnego charakteru zawsze dzieliliśmy się
            obowiązkami. Oboje pracujemy. Ona młodszego syna zawozi do szkoły a
            ja odbieram. Ona wraca później z pracy dlatego ja gotuję obiady i
            gdy wraca obiadek czeka na stole a dzieci już nakarmione. Ja
            skończyłem studia dawno temu a teraz ona studiuje zaocznie więc ja
            mam na głowie dzieci, obiady itd.
            I na wspólne kąpiele w wannie przy świecach, i na super sex zawsze
            mamy ochotę i czas.
            I wcale nie jestem jakimś pantoflem wręcz przeciwnie. Ale kochamy
            się i musimy ten nasz wózek wspólnie ciągnąć.
            Czy bez miłości byłoby to możliwe? Nie sądzę
    • glamourous Re: Czy to była miłość? 23.10.07, 16:54
      Sytuacje znam z autopsji. Sama bylam kiedys w takim zwiazku, w
      ktorym moj mezczyzna doslownie z dnia na dzien zrobil spektakularna
      kariere. Praca, pieniadze, znajomosci na wysokim szczeblu, kobiety
      na stanowiskach. A w domu ja - mlodziutka studentka bez dochodow.
      Nie bardzo moglam na tamtym etapie cokolwiek zaoferowac, poza
      wlasnymi uczuciami. Jego zdaniem "zostalam w tyle" (konczylam studia
      dzienne wiec nie moglam tak od zaraz poszukac jakiejs super pracy,
      ktora wzbudzilaby jego uznanie) zas on "ewoluowal".

      Seks byl udany, zwiazek fajny - ale nagle sie okazalo, ze po co ma
      byc wierny jednej kobiecie, skoro naokolo kreca sie zwabione
      pieniedzmi i stanowiskiem "bossa" rozniste laseczki. I tak sie
      posypalo - facet, ktory wczesniej swiata poza mna nie widzial, nagle
      stwierdzil juz nie kocha, bo za malo mu imponuje : tak bez
      stanowiska, bez kariery. Poczekac zas az rozwine skrzydla nie mial
      ochoty ;-)))

      Tak to juz jest niestety - zawrotna kariera i spore pieniadze -
      zwlaszcza dla dosc jeszcze mlodego, niezbyt dojrzalego czlowieka -
      to jest jak bagno, strasznie wciaga. Jak w tej bajce o kwiecie
      paproci, pamietacie?;-))czlowiek zmienia sie nie do poznania, odbija
      mu zwyczajnie. Moze kiedys tam i kochal, ale w konfrontacji z nowym
      kolorowym zyciem stare wartosci z lekka bledna, czlowiek otacza sie
      tym blichtrem i wszystko co znane i nudne - zwyczajnie odpada. Nie
      wytrzymuje konkurencji.
      • zdzichu-nr1 Re: 23.10.07, 17:43
        Nadmiar kasy i blichtru w życiu jednej ze stron jest PRAWIE ZAWSZE zabójczy dla
        związku. Jeśli facet jest stroną, która idzie pionowo do góry, jest narażony na
        tzw. "kolorowy zawrót głowy", związany z dosyć silnie odczuwaną wolnością, jaką
        dają duże pieniądze oraz z ulotnym światem pieniącego się szampana, który się
        wokół owych pieniędzy kręci. Każdy facet ma pewne senne marzenia odnośnie
        smukłych lasek z magazynów u boku, życia w stylu globalnego freelancera, tudzież
        osobistego "rozwijania się" w kierunku jachtów i ekskluzywnych klubów dla singli
        na Jamajce. Gdy to wszystko przestaje być mitem, a staje się czymś będącym w
        zasięgu ręki, pryskają wszelkie konwenanse i zobowiązania wobec rodziny.
        Zwłaszcza gdy Jego stać na kupno nowego domu dla byłej żony i wysokie alimenty.
        Sam znam kilka takich przypadków i nie są one optymistyczne dla pierwotnych
        partnerek. Panowie poszli w długą, ochoczo popłacili finansowe rachunki przy
        rozwodzie i ćwiczą teraz high life z nowymi modelami. Zasadniczo pokornieją
        dopiero wtedy gdy im zdrowie wysiądzie lub młoda żona zacznie fikać i robić
        grube numery na kasie lub hurtowo walić w rogi. Wydaje mi się, że są to
        generalnie sytuacje bez wyjścia...
        • woman-in-love przerobiłam 23.10.07, 18:45
          byłam zona artysty, w siermiężnych latach 70-tych. Ten rozziew pomiędzy domem
          (kolejki, chore dzieci, kartki na wszystko) a światowym zyciem - objechał prawie
          cały świat pare razy - ale kiedy wracał, wcale nie brał mnie czule w ramiona,
          choć starałam się ze wszystkich sił - a więc ten rozziew był dla mnie wyrokiem.
          Wyrokiem na rodzinę, nieszczęściem dla dzieci. Panu nie wystarczyło wyobrazni, a
          miłości nie wspomnę. I co - czy ja zagłodziłam związek? Czy może hedonizm
          drugiej strony??? No - Your, co bys powiedział???
          • kawitator Re: przerobiłam 24.10.07, 09:13
            Wil
            dawno temu za siedmioma górami ......
            czyli jak byłem młodym i zaczynałem karierę w tak zwanym obecnie biznesie mój pierwszy poważny zagraniczny kontrahent powiedział przy kolacji:
            Wiesz stary nie znoszę ludzi którym pierwsze zarobione 5 milionów baksów rozdyma rozum jak balonik Wtedy nie rozumiałem go bowiem mówił o kwotach które w siermiężnej rzeczywistości były zupełnie abstrakcyjne. Teraz rozumiem i wiem ze wiele osób czy to kobitek czy facetów nawet niewielkie stosunkowo pieniądze czy władza potrafi pozbawić rozumu. Taka choroba tylko nie wiem czy da się ją leczyć ;-(( Sytuacji w życiu jest wiele i na pewno część z nich nie jest zawiniona przez osobę poszkodowaną Tak jak opisujesz swoja sytuację to potwierdzam Bycie artysta nie przeszkadza byciem jednocześnie palantem Takich jednoznacznych sytuacji jak twoja jest jednak nie tak dużo W większości przypadków jednak „zagłodzenie” jak to określił Your jest wspólnym dziełem obu stron. Taka podstawą w związku dwojga ludzi pozostaje pytanie: ile cukru w cukrze masła w maśle i ile w związku w związku czyli obszaru MY w stosunku do naszych obszarów JA
            Z opowieści snutych tu przez kobitki wynika, że ich tendencjA jest całkowite wejście w MY bez zostawienia sobie swojego własnego JA To się mści Wystarczy poczytać Cóż może być ciekawego ? Co za niespodzianka może nasz czekać od kobitki która nie ma własnego ja i w całości utopiła sie w MY
            Czasami kobitka na swoje i jego też szczęście się budzi Tu głęboki ukłon w stronę cierpienie_nie_jest_w_cenie Zaczyna cenić swoje ja zamiast cierpienia. To jest bardzo fajne i dobrze rokuje przede wszystkim jej :-))
            Faceci odwrotnie uciekają z tego MY w stronę JA. Jak nie ma MY to oczy tu mówić jestem wolny jak ptak a te mizerne resztki MY co sie ciągną za nami , dom dzieci i takie inne pierdoły jak kobitka która to wszytko trzyma w kupie są zupełnie nieważne
            Kiedy może być lepiej Wtedy kiedy facet pilnuje kobitki aby się nie utopiła w związku a ona pilnuje faceta aby miał w MY swoja sporą i ważną część Czy zadziała ? U mnie tak :-))))))
            • kici10 Re: przerobiłam 26.10.07, 00:17
              A nie zauważyłeś Kawi, że jak kobitka zaczyna zmierzać w stronę JA,
              to automatycznie, dla równowagi facet kieruje się w stronę MY? I na
              odwrót. Naczynia połączone?
        • triss_merigold6 Re: 23.10.07, 18:50
          Bezwstydnie się podliżę i napisze że bardzo lubię Cię czytać.;)
          100% racji. Znam na przykładach ludzi z pokolenia moich rodziców,
          panom po 60-tce się odmieniało i zaczynali życie z partnerkami ze 20
          lat młodszymi, spłacając jako tak byłe niepracujące zazwyczaj żony.
          Shit happens, panna powinna zadbać o alimenty i maksymalne
          dociążenie ojca obowiązkami dziecięcymi. Bez fochów, bez unoszenia
          się ambicją czy ograniczania kontaktów z dziećmi: jest ojcem więc
          niech nim pozostanie również po rozwodzie.
          Nuda domowa, zwykła nuda, pisk, hałas, bałagan, gadanina o
          organizacyjno dziecięcych sprawach etc. to mniej atrakcyjne niż
          działajaca na ambicję i kieszeń praca.
        • glamourous Re: 24.10.07, 12:19
          He, w moim przypadku akurat to ja w tamtych czasach tez bylam taka
          mloda, smukla laska, wiec nie w tym rzecz byla zeby zamienic mnie
          na "nowy model", tym bardziej ze on sam byl wtedy jeszcze sporo
          przed trzydziestka ;-).

          On chcial po prostu kobiety z "wyzszej półki", moze nawet mniej
          smuklej, moze starszej, brzydszej, ale za to z namiastka wladzy,
          takiej w typie "dynamiczna bizneswoman po trupach" ;-). To go
          krecilo, to go pociagalo - nie eteryczna studentka kujaca do
          egzaminow.

          Notabene blyskawicznie po naszym rozstaniu zamienil mnie na starszy
          model ;-)))

    • glosatorr Prawda boli najbardziej... 24.10.07, 12:57
      zara.beauty napisała:

      > To takie trudne. Odrzucenie, rozpacz, strach.

      Witaj

      Na początku każda nowość, nawet zaskakująco bolesna - jest trudna.
      Oswojenie się z prawdą wymaga czasu, rany wymagają zagojenia. Na
      poczatku wszystko boli. Najbardziej zaś boli dostrzeżenie prawdy,
      jakiej się nie dostrzegało wcześniej...

      > 15 lat małżeństwa i
      > nagle...koniec. Panu się odwidziało. Ot, tak po prostu. Nie kocha,
      > seks to tragedia- po prostu tylko seks bez miłości-takie odczucia.
      > Czy można kogoś kochać przez wiele lat i nagle...przestać?.

      Nie można. Zaskoczona? Nie można. Z tego co napisałaś w następnym
      mailu widać, że symptomy mogły być dostrzezone wcześniej. Ale jak
      zauważyli inni odpowiadając na Twój list - Ty widziałaś tę wspólną
      sferę zapominając, że nawet jak się jest osobno będąc w parze - to
      jednak nie należy zapominać, iż poza związkiem tez się toczy zycie,
      trafiają się pokusy... którym niektórzy ludzie ulegają.
      Miłość nigdy nie kończy się nagle. Tak samo zresztą, jak nagle się
      nie zaczyna. Nagle pojawia się tęskonta, fascynacja, ale Miłość
      pojawia się dosyć późno. To samo jest ze śmiercią uczucia. Na
      poczatku jest stan chorobowy związku. Czasami np. ludzie uważają, że
      związek jest cudowny i mówią: "Jak my się doskonale rozumiemy,
      wogóle się nie kłócimy". I zaczynają wierzyć, że uzyskali stan
      doskonały związku. A czasami brak kłotni, sporów, tego docierania
      się, które wbrew pozorm zbliża - jest oznaką
      zobojętnienia. "Wszystko mi jedno" myslą współmałzonkowie ustępując
      sobie - ponieważ te "ustępstwa" nie mają znaczenia tak jak nie ma
      znaczenia cąły związek. "No jest..." - mówią zdradzający mężowie czy
      żony o swoich partnerach w ramionach innych osób na ich pytanie,
      czemu są nadal w związkach. Miłośc zaczyna umierac w chwili, kiedy
      wszystkim stronom związku wszystko zaczyna być codzienne, normalne,
      zwyczajne. Kiedy nawet seks staje się formą spełniania obowiązku "bo
      tak wypada... bo tak należy". Nawet okazywanie uczuć, jest
      automatyczne i powiedzenie "Kocham Cię" staje się rodzajem wymówki.
      Nagle - to się wydarza jedna rzecz - spotkanie z prawdą o
      rzeczywistości związku. Nagle - dochodzi do nas prawda, której nie
      dostrzegalismy, nie chcieliśmy dostrzec albo którą odpychaliśmy
      wieloma wymówkami, by nie dopuścić myśli, że te np. wyjazdy,
      przeciagające sie kontrakty, wyjazdy, spotkania - to taki mus, to
      taki wymóg pracy, obowiązek i trzeba do tego przywyknąć.
      A często te życie po pracy to taka forma ucieczki - zaangażowanie w
      pracę, to swoiste dobre alibi. Te przeciągające się wyjazdy, ich
      zwiększająca się częstotliwość bywa wymuszona przez stronę, która po
      prostu zaczyna smakowac w podójnym życiu. I powiedz Zaro - czy nie
      czułaś, że te wyjazdy męża, późne powroty - to coś nienormalnego?
      Ktoś, kto czuje się dobrze w domu, kto kocha naprawdę, nawet jak ma
      dużo obowiązków, szczególnie w biznesie - nie zaniedbuje związku. Ja
      na kolacje biznesowe czasami zabierałem moją partnerkę. Było to
      nawet czasami mile widziane. Jeśli musiałem już jechać gdzieś sam -
      dzwoniłem, chociaz to były koszty. Robiłem zdjęcia by później
      ukochanej pokazać, gdzie byłem a nawet zabierałem ją później sam -
      we dwoje, by z nią przeżyć miłe chwile. Można naprawdę pokazać, że
      coś robimy z musu - dając coś innego w zamian. Czy ta adekwatność
      poświęcenia pracy i oddania Tobie tego czasu była? Obawiam się, że
      uwierzyłaś w wymówki - bo albo tak było Ci wygodnie, albo po prostu
      wolałaś tak to sobie tłumaczyć, zamiast zrozumiec, że przeciez
      mężczyzna może pogodzić nawet wielość biznesowych wyjazdów i spotkań
      z obecnością zony. A co za problem wziąźć ze sobą ukochaną, która na
      spotkaniu biznesowym nie musi wcale być - ale w międzyczasie może
      zwiedzac miasto, robić zakupy i cieszyć się kilkudniowym wypadem -
      by wieczorem wypoczeta towarzyszyć męzowi czy w kolacji z
      kontrachentem czy idąc na spacer z meżem?
      To działa oczywiście w obie strony - czasami prezent przywieziony z
      wyjazdu, pocztówka wysłana bądź symboliczne gesty dają
      współpartnerowi poczucie, że ktoś nas naprawdę kocha, nawet kiedy
      nie jest z nami.

      >Zwiazek
      > przechodzi różne fazy i różne kryzysy. Ale czy można kochać i
      nagle
      > przestać.

      Nie - nie może. Jesli tak się komuś wydaje, to znaczy, że albo był
      doskonale okłamywany, albo stracił kontrolę i zmysł obserwacji i
      pozwalał się okłamywać. Nie. Miłość, związek kończą się szybko - w
      jednej chwili, ale agonia trwa czasami latami, mięsiącami ale nigdy
      nie jest nagła. Miłośc mozna zagłodzić albo zabić. Sama nie umiera -
      trzeba jej w tym pomóc.

      > Zupełnie tak bez powodu.

      Nie ma czegoś takiego, jak śmierć związku i brak powodu. Wszystko ma
      swoją przyczynę - Ty jej nie widzisz, ja zaczynam ją na podstawie
      tego co piszesz dostrzegać. Obawiam się, że albo byłas bardzo
      naiwna, albo sama byłaś tak zajęta, że symptomów rozpadu nie miałaś
      czasu dostrzec.

      > Czy to wogóle była miłość?.

      Mogło jej nie być - to fakt. Czasami słowem Miłość nazywamy czysty
      pragmatyczny związek, albo nazwać nia mozna fascynację nowością -
      jeśli się tej prawdziwej miłości nie doświadczyło nigdy. Tak - można
      się pomylic i miłością nazwać coś co nią może być, ale nie jest.

      > Czy
      > miłością do dzieci jest przychodzenie do domu tylko z obowiązku i
      > powtarzanie na każdym kroku, że to obowiązek.

      Nie - to napewno nie jest Miłość. Bo miłość to także radość i
      przyjemność. Spełnianie obowiązku jest formą zmuszania się.
    • misssaigon podpucha 24.10.07, 18:09
      zwykla i wredna twojego malzonka
      powtarzajac rzewny refren o "obowiazku" spodziewa sie, ze apewne uniesiesz sie
      honorem i powiesz "alez idz kochany, zostane tu sobie sama z trojka dzieci i
      alimentami co łaska, zeby ci drogi do szczescia nie blokowac...niech chociaz
      jedno z nas bedzie szczesliwe"
      mam nadzieje, ze nie dasz sie nabrac
      • woman-in-love Re: podpucha 24.10.07, 20:01
        Popieram Misssaigon. Ojciec dzieciom łaski nie robi. A co do żony, - to nie ma
        strachu, znajdzie lepszego. Co za pożytek z takiego trutnia?
    • yoric Re: Czy to była miłość? 26.10.07, 00:29
      > Czy to była miłość?

      Trzeba by Roxette spytać.
      Albo Piotra Rubika.

      Pozdrawiam
Pełna wersja