jutro_bedzie_futro
28.02.08, 07:49
Zazwyczaj z boku czytuje sobie to forum i z jednej strony zasmuca
mnie skala zjawiska bezseksia, a z drugiej troszke pociesza, ze nie
tylko mnie to dotyka. Ale to taka przewrotna pociecha... Ostatnio
to, co dzieje sie w moim zwiazku zmusilo mnie do glebokich
przemyslen i prob dociekan, dlaczego tak sie dzieje. Wielu z Was
pisalo tu, ze ochota na seks to niemal bezwolna funkcja biologiczna
organizmu, ktory instynktownie szuka bliskosci i akceptacji u osoby
kochanej, ale jednak wiele zaczyna sie i konczy w glowie. I czesto
brak ochoty na seks wywoluja odczucia pozalozkowe. U nas chyba
najwiekszych grzechem jaki zaciazyl na zwiazku byl grzech
zaniechania ... rozmow. A moze nawet takich szczerych rozmow nigdy
naprawde nie bylo. On uwazal, ze w dobrym zwiazku wszystko ulozy sie
samo, ze jesli jestesmy dobrani - to z mysli wyczytamy i odgadniemy
wzajemne potrzeby i intencje. Ja nie forsowalam tych szczerych
rozmow, bo do tej pory (tak mi sie zdawalo) ukladalo sie dobrze. A
tu nagle po paru latach zwiazku okazuje sie, ze w jego odczuciu
wcale sie nie ukladalo. Ale wczesniej zadnych sygnalow, zadnych
symptomow. A teraz przyszedl pierwszy kryzys w zwiazku i wyglada na
to, ze sie na nim wylozymy, bo nigdy nie nauczylismy sie szczerze
sygnalizowac, ze cos nie gra (on nie potrafil, ja to zaniedbalam).
Takie sa moje domysly, ale kto tam zgadnie, co sie dzieje w meskiej
glowie. Moze on to zupelnie inaczej widzi, ale tego sie zapewne nie
dowiem. A jak bylo u Was? Jak myslicie, od czego zaczela sie wasza
rownia pochyla?