magic_122
02.06.08, 18:30
Najpierw jak w każdym małżeństwie była sielanka. Kochaliśmy się z
moja żoną kilka razy w tygodniu. Czerpaliśmy z tego wielką
przyjemność. Po jakiś 8 latach chęci mojej żony obniżyły się do 3 -
4 razy w miesiącu. Cóż, może dla kogoś innego to by wystarczyło ale
nie mi. Moje potrzeby w tym zakresie raczej wzrosły i to bardzo.
Jakies dwa lata zajęły mi kłótnie ze ślubną. Oczywiście nic to nie
dało. Inne zabiegi typu romatyczna kolacja czy kwiaty też. Po
prostu, jak to kiedyś powiedziała woli książkę i TV od seksu. Cóż
było robić. Dla ratowania zwiazku trzeba było działać. Znalazłem
sobie pierwszą kochankę. Szukałem ostrożnie, tak by niczego się
ślubna nie domysliła. Znalażłem kobietę dojrzałą, zaniedbywaną przez
męża. Nasz zwiazek trwał 2 lata i dał nam dużo ciepła i
przyjemności. A moja sytuacja w domu została rozwiązana. Nie katuję
już żony seksem. Kochamy się wtedy gdy ma na to ochotę. Jesteśmy
wzorowym małżeństwem, bez kłótni, sporów. Ona zaspokojona, otoczona
opieką. Ja wyluzowany, szczęśliwy, kocham się tyle ile chcę.
Od tego czasu mam już którąś z kolei kochankę, każda z pań jest
zadowolona, rozstajemy się w przyjaźni i zrozumieniu szukając nowych
wrażeń, z częścią z nich utrzymuje do dzisiaj przyjacielskie
kontakty. W domu spokój i harmonia. Dla informacji podam, że ja i
moja żona mamy po około 40 lat
Zapewne ktoś powie "zdrada !!!". Tak. Ale miałem do wyboru to lub
rozwód. Uważam że wybrałem dobrze. Nie było możliwości by inaczej
pogodzić kobietę która po jedny zbliżeniu potrzebuje tygodniowego
odpoczynku (moja żona) z facetem (ja) który jest w stanie bez
problemu kochać się 6-7 razu jednej nocy.