izzzzy
17.06.08, 16:18
A było tak pięknie...
Udany seks w związku to był nasz znak rozpoznawczy wsród znajomych.
Udany seks był chyba najmocniejszą stroną naszego związku.
Zawsze się super rozumieliśmy w łóżku i myślałam, że tak będzie
zawsze...
No i się pomyliłam.
Historia zaczyna się podobnie jak wiele innych: namiętny i bardzo
częsty seks przez kilka lat przed ślubem, z którego satysfakcję
czerpaliśmy w równym stopniu; jakiś czas później, ale jeszcze przed
ślubem namiętność może trochę przygasła, ale nadal kochaliśmy się
regularnie i ze satysfakcją, bo natura obdarzyła mnie łatwym
dochodzeniem do orgazmu i sporym temperamentem seksualnym. Jak mi
się wydawało.
Przełomem okazała się trudna ciąża i uroki wczesnego macierzyństwa.
Pół roku temu urodziłam nasze pierwsze, zaplanowane i wyczekiwane
dziecko. Jesteśmy szczęśliwymi rodzicami, ale niestety też coraz
bardziej sfrustrowanymi małżonkami.
Moje libido poleciało na łeb i szyję.
Nie mam już takich potrzeb jak kiedyś, co nie oznacza, że całkiem
straciłam ochotę na seks. Ja nadal lubię seks i nadal osiągam
orgazmy, ale nie mam ochoty uprawiać seksu codziennie. Niestety dla
mojego męża dzień bez seksu to dzień stracony.
Stało się to, co kiedyś uważałam za niemożliwe: kłócimy się o/przez
seks.
Dla świętego spokoju postanowiłam się od czasu do czasu "poświęcać",
czyli uprawiać seks tylko dla przyjemności mojego męża, ale szybko
zrozumiałam, że takie postępowanie tylko pogłębia moją frustrację,
sprawia, że czuję się przedmiotem, dmuchaną lalą z seks-shopu.
Dla mojego męża 2-3 razy w tygodniu to za mało. Dla mnie w sam raz.
Bywają weekendy, że kochamy się i dwa razy dziennie, ale potem jest
tylko gorzej, bo mój mąż myśli, że tak już zostanie. Ciągle wypomina
mi jak się poświęcał, gdy byłam w ciąży i przez ostatnie miesiące
nie mogliśmy współżyć. Oczywiście zaspokajałam go wtedy oralnie,
sama nie mogąc mieć orgazmów (ryzyko przedwczesnego porodu), ale
wedłu niego, to tylko on się poświęcał. Przykre...
Niedawno w jakiejś kłótni, mąż mi wykrzyczał, że seks jest dla niego
największą przyjemnością w życiu i nie po to się żenił, żeby sobie
teraz tę przyjemność ograniczać. Moje argumenty, o rzadszym, ale
satysfakcjonującym dla obu stron seksie, w ogóle do niego nie
trafiają. Twierdzi, że potrzebuje seksu codziennie, bo inaczej nie
może się skoncentrować w pracy, staje się nerwowy i spięty. Zdarzało
mu się mnie szantażować w stylu: "zgódź się na seks, bo nie będę się
mógł skupić w pracy". Moje potrzeby są mniej ważne.
Czy to ja mam problem z seksem, czy to mój mąż jest seksocholikiem i
na dodatek egoistą?