ondina
07.07.08, 14:45
No właśnie, jak w tytule. Mam 26 lat, od wielu lat (prawie 10) jestem w
związku, całkiem udanym pod względem dobrania charakterów, wiadomo, w tak
długim okresie czasu ludzie uczą się siebie nawzajem. Problemem jest
oczywiście sfera cielesna, właściwie nie jestem do końca przekonana czy
problem jest w samej cielesności i jego skutkiem jest problem z seksem, czy
problem z seksem istnieje jako taki, w każdym razie niezaprzeczalnie istnieje
problem :( jeszcze jakiś rok temu byłam właściwie bardzo ładną, zgrabną
dziewczyną (teraz to widzę jak patrzę na zdjęcia, bo wtedy byłam zgoła innego
zdania i bynajmniej nie była to kokieteria). Właśnie mniej więcej rok temu, na
wiosnę, zaczęły się u mnie ogromne problemy hormonalne, początkowo brałam
leki, przez jakiś czas przybywało mi na wadze, ale nie jakoś drastycznie,
potem połączyłam ten fakt z braniem leków i odstawiłam je. No i wtedy zaczęło
się już na prawdę - w zastraszającym tempie utyłam ponad 30 kilo! zupełnie nie
dało się nad tym zapanować, ja przeżyłam ogromne załamanie nerwowe, przestałam
jeść w ogóle, tylko piłam, oczywiście waga nadal szła do góry. W końcu po
wielu perypetiach i niewłaściwych diagnozach trafiłam na lekarza któremu udało
się odkryć przyczynę i za pomocą leków udało się zatrzymać wzrost wagi.
Zatrzymać, nie zmniejszyć. Pomimo diet prowadzanych przez lekarza, leków, waga
1-2 kilo i koniec. czyli tyle co woda w organizmie. Największa ironia w tym
wszystkim to fakt że jestem zupełnym niejadkiem, mogli by mi dawać pastylkę i
jedzenie może dla mnie nie istnieć. Najgorsze załamanie mam już za sobą,
powoli oswoiłam się z sytuacją. Niestety, skóra była w opłakanym stanie -
rozstępy, nierówno rozłożony tłuszcz, itd, nie muszę chyba opisywać, wiadomo
jak to wygląda :/ Ponieważ jednak waga stanęła, skóra powoli się normuje,
bardzo o nią dbam, właściwie pomijając rozmiar ewidentnie zbyt duży nie
wyglądam już teraz jakoś bardzo źle, bo cellulit mam tylko na udach i to też
niewielki, a tak to raczej jędrna skóra, rozstępy prawie już niewidoczne.
Skoro już wiadomo jak wyglądam, to teraz do rzeczy - czyli seksu którego nie
ma. Mój narzeczony był zawsze nieco przy kości. Bardzo przystojny z twarzy,
ale daleki od ideału jeśli chodzi o ciało, bardzo zresztą był o mnie z tego
powodu zazdrosny, miał kompleksy i czuł niedopasowanie. I teraz chciałabym
jakoś to dobrze wyjaśnić, bo to dość skomplikowane. Przez okres trwania
naszego związku uprawialiśmy seks raczej rzadko, z mojego powodu. To JA czułam
się źle w swojej skórze, mimo że relatywnie rzecz biorąc jak na to patrzę to
byłam naprawdę fajna. Wtedy moja samoocena była tak niska, że wstydziłam się
zwyczajnie swojego ciała, wstydziłam się tego jak wygląda pod różnym kątami,
że tu gdzieś coś nie jest idealne. I w rezultacie ten mój biedny narzeczony,
mimo że tak na dobrą sprawę to on mógł mieć większe prawo do jakiegoś
kompleksu, musiał uleczać moje dziwne zahamowania. mniej lub bardziej
skutecznie, w każdym razie problem był z rozpoczęciem bo miałam opory, potem,
kiedy już się trochę zapomniałam wszystko szło dobrze. Jego wygląd nigdy mi
nie przeszkadzał, traktowałam go jako część jego kochanej osoby. I stan na
dzień dzisiejszy - teraz, kiedy mam prawdziwy powód do kompleksów, to jakby
jest gdzieś z tyłu, nie zniknęło, ale powiem prosto - olewam to :)skoro nie
mogę tego w tej chwili zmienić, udało mi się przejść nad tym do porządku
dziennego. Natomiast, i to jest okropne, niesamowicie wprost przeszkadza mi
wygląd mojego partnera. Jest to zupełnie nieświadome, nie rozmyślam nad tym,
nie analizuję w głowie wad jego ciała, po prostu gdzieś w środku pojawia się
okropne uczucie skutecznie gaszące jakikolwiek popęd seksualny. A on przecież
się nie zmienił! a właściwie nawet wygląda trochę lepiej niż kiedyś... dla
dopełnienia obrazu dodam że on zupełnie nie przejmuje się zmianą w moim ciele,
początkowo myślałam że nie chce robić mi przykrości, ale nie, zdecydowanie
zapalają mu się w oczach iskierki jak mnie widzi nago, on inicjuje wszelkie
kontakty, podkreśla jak bardzo mu się podobam. Cóż z tego, kiedy wreszcie (w
tak dziwny i pokrętny sposób) udało mi się zaakceptować w dużym stopniu własne
ciało, pojawił się problem z postrzeganiem jego. Już chyba wolałam poprzednią
wersję... unikam seksu, czasem się zmuszam i muszę wtedy mocno pracować
wyobraźnią. Reaguję za to żywiołowo na innych mężczyzn ( o dziwo pomimo mojego
obecnego rozmiaru zwracają na mnie uwagę, być może ze względu na ładną buzię i
wesołe usposobienie), w każdym razie ironia losu w moim przypadku wprost nie
mieści mi się w głowie. Czuję się winna z powodu niechęci do ciała partnera,
próbuję na różne sposoby jakoś to naprawić, np staram się zwracać uwagę tylko
na konkretny ładny szczegół jego ciała, na chwilę to pomaga, ale potem obraz
całości z powrotem działa minusowo. Nie wiem, na prawdę kompletnie tego nie
rozumiem. Chciałabym żeby to jakoś się naprostowało, nie wiem czy problem
nadal leży we mnie, czy może teraz otworzyły mi się jakoś oczy na atrakcyjność
partnera, nie wiem, na prawdę. Faktycznie mój partner nie dba o siebie jakoś
wybitnie, stara się tylko raz na jakiś czas, zawsze tak było. Teraz zaczęło mi
to BARDZO przeszkadzać, nie chcę użyć jakiegoś mocnego słowa, ale czasem aż
odrzuca. Oczywiście dawałam to niejednokrotnie do zrozumienia, ale zawsze
wykręca się standardowym brakiem czasu. Nie wiem, może ktoś się w tym rozezna,
rozjaśni mi w głowie co się stało, dlaczego tak jest i co ja mam biedna z tym
wszystkim począć. Zależy mi na seksie, lubię seks sam w sobie, to wewnętrzne
opory nie dają za wygraną.