bladaada
24.01.09, 15:59
Mieszkamy razem 3 lata, oboje mamy po 30tce, pracujemy i jest
generalnie ok. Kocham mojego faceta, ale przestalam go lubic jako
osobe. I to sprawia, ze on mnie juz nie kreci w mojej glowie (bo dla
mnie sex zaczyna sie w mojej glowie).
Nie wiem czemu, ale moj facet oklapl kompletnie. Najlepiej go
okresla stwierdzenie "czlowiek bez wlasciwosci". Zanim zaczelismy
byc razem mial mase zainteresowan, hobby, jako osoba byl zywiolowy i
aktywny. Teraz nie ma zadnych, dokladnie ZADNYCH zainteresowan,
zadnego hobby. Nie mowie o zawodowym uprawianiu tenisa i takich tam.
Ten facet NIC nie robi w czasie wolnym. Nawet nie czyta gazet,
ksiazek, nie oglada telewizji. Nie podejmuje zadnych rozmow,
dyskusji "bo to bez sensu tak gadac". Nie ma ZADNYCH znajomych "bo
ludzie sa glupi". Nie wychodzi z domu, nie chodzi do kina, zupelnie
nic nie robi. Pracuje 6 godzin na dobe (praca na zmiany, powiedzmy
ze nie biurowa, wiec sie facet nie przemecza), wraca czesto jak ja
wychodze, itp. Spedzamy razem jeden weekend na 6. Tym bardziej wiec
ja zawsze staram sie cos fajnego zaplanowac zeby wykorzytac kazdy
moment bycia razem. Ale on to podsumowuje "a po co gdzies jechac,
bez sensu". Kiedy ja proponuje wypozyczyc na wieczor film i
pytam 'co bys chcial obejrzec' mowi ' jest mi wszystko jedno'. Ja
pracuje po 9 godzin dziennie jako export manager. Dobrze zarabiam i
to jest ok, bo moim marzeniem jest kiedys mieszkac razem z moim
facetem w malutkim domku z ogrodkiem. On mowi, ze to pomysl w
porzadku, ale to jedyne jego zdanie na ten temat. Zarabiam o polowe
wiecej od niego, ale po rowno placimy za wszystko, bo juz mi sie
znudzilo kupowac mu wszystko od skarpet po plaszcz, lacznie z
samochodem, podczas gdy on uwaza, ze pracy nie zmieni, bo "po co".
Na pytanie czy do konca zycia chce mieszkac w wynajetym mieszkaniu
nawet mi nie odpowiedzial.
Podsumowujac:
- facet kompletnie - jesli chodzi o zycie codzienne - nie podejmuje
zadnej inicjatywy. Dziwne, bo 3 lata temu byl inny.
- na wszystko odpowiada 'jest mi wszystko jedno' - dodam, ze nie
cierpi on na zadna depresje, zaburzenia, ani nic. Nie bierze lekow,
nie choruje, itp.
- jest cynikiem: uwaza ze nie warto chodzic do kina, knajpy, bo
ludzie to idioci i wszedzie robia smrod. W efekcie od 3 lat nie
wychodzimy NIGDZIE. On nie pali, nie pije, codzinnie rano robi sobie
mala gimnastyke, zeby nie byc tak sflaczaly 'jak inni'.
- kiedy on ma wrocic z pracy pozno, ja - nawet po 9-10 godzinach
pracy - zawsze przygotowuje mu cos dobrego do jedzenia, dbam o takie
rozne domowe rzeczy. Kiedy on ma wolne i cale dni siedzi w domu, a
ja wracam z pracy zmeczona, to nawet mi glupiego tosta nie zrobi.
Pomijam zachowania typu: wchodze do domu i mowie, ze chce mi sie
pic, a on nalewa wody do szklanki i sam ja wypija.
Czasem wstawi pralke, wyprasuje, sprzatnie lazienke. Generalnie dba
o dom. Ale nie o mnie.
- i chyba to co mnie najbardziej denerwuje: facet nie ma zadnych
ambicji. jest cholernie inteligentny, ale nie rozmawia ze mna na
zadne interesujace tematy. Jesli juz uda nam sie jakis film na dvd
obejrzec (chyba raz na pol roku, i to tylko dlatego ze ja ruszylam
tylek i cos wybralam), i potem ja chce o tym pogadac (taka zwykla
gadka szmatka po filmie jak to bywa zazwyczaj) - to jak do sciany.
On nic nie mowi. Czasem opowiadam mu o jakiejs ksiazce i on
mowi 'wyglada na to, ze to fajna ksiazka', ja w koncu zachwycona ze
moze cos w nim drgnelo, proponuje zeby on tez ja przeczytal, ale on
mowi: 'po co jak mi juz z grubsza powiedzialas o czym jest'.
Facet ma jedno zainteresowanie: sex. Ale tylko na zasadzie ze
chcialby pare razy dziennie. Natomiast zeby rozszerzyc wiedze na ten
temat, dodac troche 'magicznego' nastroju - nie.
Jako mezczyzna jest calkiem przystojny, zadbany, nic mu nie moge
zarzucic.
Mowi, ze kreci go ostry seks. Ja na to 'ok, nie ma sprawy'. Ale on
nie umie sie do tego zabrac kompletnie. Chce byc ostry, a jest
nieporadny, daje mi klapsa, ale jest w tym 'miekki'. Widze ze nie
jest stanowczy i dlatego nie przekonuje mnie ta jego chec do ostrego
seksu.
Przypuszczam, ze kiedy ja pracuje a on siedzi w domu to oglada filmy
i stronki z panienkami. Nie mam nic przeciwko temu zreszta. Ale
wydaje mi sie, ze on chcialby miec w domu taka panienke zamiast
mnie: ubierajaca sie w lateks i gorsety non stop, inicjujaca
wszystkie zabawy, korzystajaca ze wszystkich mozliwych gadzetow,
majaca na wszystko ochote i oczywiscie w pierwszej kolejnosci
zaspokajajaca jego wlasne zachcianki.
Teraz troche o mnie: Uwielbiam seks i mam duze potrzeby w tym
temacie. Lubie gadzety, zabawy, itp. Ale nie mysle o tym w kazdej
sekundzie, bo moje mysli zajmuja tez inne rzeczy, typowe dla zycia
codziennego. I przede wszystkim seks jest dla mnie uwienczeniem
jakiegos wszesniejszego procesu: rozmowy, wymiany gestow, pieszczot.
Mam tez silne poczucie, ze zeby uprawiac udany seks musze przede
wszystkim czuc sie bezpiecznie, a bezpieczenstwo (czyli dom,
oplacone rachunki i jedzenie na jutro) zapewniaja nam pieniadze.
Dlatego ciezko pracuje. I dlatego tez, ze mojemu facetowi
bezpieczenstwo owe kompletnie zwisa. Prawda jest taka, ze tylko
dzieki mnie wynajmujemy mieszkanie i mamy jakies zaplecze finansowe.
Ale ja przy nim nie czuje sie bezpiecznie i pewnie, bo ten facet
jest 'miekki' i wszystko mu jedno. Jak na faceta jest malo stanowczy
i to sprawia, ze mnie przestal krecic.
Efekt jest wiec taki, ze ja - wczesniej wulkan energii zyciowej i
seksualnej - usycham kompletnie. Na nic nie mam ochoty, a tym
bardzij na seks z nim. Bo przestalam lubic mojego faceta jako osobe,
z ktora zyje. On juz nie dziala po prostu na moj mozg. Jestem sucha
jak pustynia. Nie mam nawet fantazji seksualnych, snow erotycznych,
ale wiem, ze ochota na seks jest we mnie, bo znam siebie. Ale nie
lubie mojego faceta.
Kiedy probuje z nim rozmawiac, zeby mu zasugerowac "moze bys tak
zaczal byc w koncu mezczyzna" (robie to delikatnie, zeby jego
meskiej dumy nie naruszyc) to on natychmiast odbiera to jako atak,
mowi ze on jest w porzadku, tylko ze to ja mam zle w glowie, ze to
ja sie czepiam, ze szukam dziury w calym, ze cos jest ze mna nie tak
skoro ja nie chce z nim seksu. Mowi, ze mam jakis psychiczny problem
chyba, a wogole to nie da sie za mna rozmawiac. I tak od malej mojej
sugestii dotyczacej jego zachowanie on nagle dochodzi do wniosku, ze
ja jestem nienormalna i ze wogole jaki to on wspanialy ze jeszcze
moje chore gadki znosi.
W takiej sytuacji ja najczesciej, po prostu by sie bronic,
mowie: 'ok, skoro jestem nienormalna i tak przy mnie cierpisz to sie
rozstanmy'. Wtedy on zaczyna rzucac talerzami o sciane, potem
zaczyna plakac i mowi 'co ja takiego zrobilem ze chcesz mnie
zostawic?' Mowie, ze chce by po prostu zmienil troche swoje
zachowania, podejmowal czesciej inicjatywe a nie byl tylko takim
biernym pionkiem. Na co on odpowiada, ze to tylko moje urojenia, i
ze wina jest moja, bo ja zle postrzegam stan rzeczy.
Po tym nie rozmawiamy przez pare dni zazwyczaj, a potem bez slowa
sie godzimy, bo dalej chcemy byc razem. Laczy nas 3 lata zwiazku,
raty do splacenia, wspolne marzenia (przynajmniej tak mysle).
Jak tu odkrecic wszystko? I co, znowu zaczynac wszystko od nowa?
Ale fakt faktem, ze ja nie chce i nie lubie uprawiac z nim seksu. I
nie bede sie do tego zmuszac, bo to by bylo wbrew mnie.
I w koncu: kiedy on mi mowi, ze ten seksualny kryzys to moja wina,
to mysle 'moze cos w tym jest?' Ale nie rozumiem, w czym jest moja
wina. Ze staram sie nam zapewnic dom i bezpieczenstwo, ktore jemu
jest kompletnie obojetne?