nie wiem, co robić...

09.02.09, 22:29
Witajcie,
Czytając to forum mam pewność, iż nie jestem odosobniona w problemach
małżeńskich i wiele podobnych było już tutaj po wielokroć opisywanych.
Niemniej jednak postanowiłam napisać, ponieważ muszę się 'wyspowiadać', a tak
trudno znaleźć mi odpowiednią i obiektywną osobę w moim otoczeniu...
Może to będzie długa opowieść, być może nie każdy będzie chciał ją przeczytać
lub zrozumieć moją sytuację, ale chcę spróbować opisać tutaj, co się stało z
moim małżeństwem...
Poznaliśmy się 10 lat temu. To był dla mnie ciężki czas. Umierał mój ojciec,
długo i boleśnie, równocześnie rozpadało się jego małżeństwo z moją mamą. To
było dla mnie niezrozumiałe, jak można śmiertelnie chorując myśleć jeszcze o
wyprowadzce z domu i rozwodzie... No ale cóż...śmierć przekreśliła plany
rozwodowe moich rodziców, którzy bardziej zwierzali się mi, a nie było ich
stać na szczerą rozmowę w cztery oczy. W tym samym czasie zakochałam się w
żonatym mężczyźnie. Była to moja pierwsza i chyba największa miłość. Nie
wiedziałam wtedy, jak bardzo sama siebie tą miłością ranię. Zupełnie nie
miałam świadomości, jak wielką krzywdę mogę wyrządzić sobie i innym. Był dla
mnie całym światem! To chyba były dwie główne przyczyny moich problemów ze
zdrowiem. Zaczęłam tracić na wadze. W rok schudłam ponad 20 kg, nie jadłam,
nie spałam, traciłam kontakt ze światem. Naiwnie wymyśliłam sobie, że
wolałabym umrzeć niż mieć takie popaprane życie jakie wówczas miałam. Pewnego
dnia stało się - mój ojciec zmarł, zostałyśmy z mamą same, z nierozwiązanymi
problemami, jego kochanką, moją anoreksją i tysiącami innych problemów...
Miesiąc po tym wydarzeniu mój m. umówił się ze mną na naszą pierwszą randkę.
Było pięknie, rozmowa do 4 nad ranem, spokój w duszy, cisza. Zachciało mi się
żyć. Zaczęliśmy się spotykać. Nasz związek opierał się bardziej na więzi
psychicznej, emocjonalnej, seks był tylko dodatkiem, pomniejszym rekwizytem...
Może też i dlatego, że ja w pamięci miałam pocałunki i pieszczoty tamtego
mężczyzny? po nim nic już nie smakowało tak jak powinno... Dwa razy
dochodziłam w związku z m. do punktu, w którym to wzajemne zrozumienie,
spędzanie czasu itp. przestawało mi wystarczać, czułam, że coś należy zrobić,
jakiś krok naprzód, aby nie trwać w tym samym miejscu. Coś mi w tym związku
mocno przeszkadzało, wkradała się jakaś stagnacja, pasywność obu stron.
Przestawał mnie napędzać do życia, inspirować, dawać nadzieję... Dwa razy
chciałam od niego odejść, zacząć od nowa. Byłam przecież młoda, chciałam
poznać świat, zrobić coś dla siebie. Potem jednak robiło mi się żal
przeszłości, nie chciałam też gonić za czymś, czego być może wcale nie ma, a
on jeszcze prosił, abym nie odchodziła, mówił, że bardzo kocha. Więc
zostawałam z nim. Zostałam też jego żoną. Na początku było wspaniale. Tyle
nowych wspólnych planów, tyle energii i możliwości, by dobrze żyć. I żyło się
dobrze przez jakieś 2 lata. Na tyle starczyło nam entuzjazmu. Budowaliśmy dom.
Pomagałam jak mogłam, wspierałam... A teraz jesteśmy jak dwa balony, z których
uszło powietrze. Chciałam urodzić dziecko. Był odpowiedni moment, kiedy część
domu była już zrobiona, nie było przeszkód, żeby nie mógł się pojawić nowy
domownik. On wtedy stwierdził, że jestem niedojrzała na dziecko i teraz go nie
chce (miałam wtedy 26 lat). W zeszłym roku znów próbowałam go namówić,
powiedział, że to nie pora na to... Teraz już nie namawiam, sama już nie
jestem pewna, czy kiedyś przyjdzie odpowiedni czas i czy ja chcę mieć dziecko
z tym mężczyzną, który tak często sam zachowuje się jak chłopiec.
Od zimy zeszłego roku zaczyna się psuć nasze małżeństwo bardzo dramatycznie. W
tzw. nagrodę za trudy budowy kupił sobie m. konsolę do gier. I gra... Potrafi
grać nieustannie, od momentu jak wróci z pracy do późnego wieczora, całe
weekendy. Jeśli nie gra to pracuje przy komputerze. Mamy duży dom, więc każde
z nas potrafi zniknąć w nim na cały wieczór nie widując tej drugiej osoby...
Jak już mówiłam, seks nigdy nie był na pierwszym miejscu, ale to nie oznacza,
że ja go nie chcę...mój m. zawsze był bardzo powściągliwy w okazywaniu
namiętności, nie wiem, czy bał się mnie dotykać czy nie czuł takiej potrzeby?
W każdym razie współżycie ograniczało się zawsze do kilkuminutowych pompek
nade mną, mojego bólu, suchości itp. Próbowałam wielu sztuczek, aby nasze
życie łóżkowe urozmaicić, ale on zachowywał się jakby nie wiedział, o co
chodzi albo jakby w ogóle nie był tym zainteresowany... Stopniowo kochaliśmy
się coraz rzadziej. Teraz mamy przerwę od listopada... Ponad tydzień temu
zaproponował, żebym przeniosła się do drugiego pokoju (ze względu na moje
przeziębienie on się nie wysypia...) Czekam i zastanawiam się, czy jak
przeziębienie minie to zaprosi mnie do naszej sypialni?
Pewnie nigdy bym Wam tego nie opisała gdyby nie to, że czuję się wrakiem
człowieka, trupem emocjonalnym. Nie jestem kochanką i żoną dla mojego męża.
Raczej kucharką, sprzątaczką, po części matką i siostrą. Kiedyś o mnie dbał,
był siłą napędową, najlepszym przyjacielem, za którego dałabym wszystko i bez
którego nie wyobrażałam sobie życia. Dziś on jest tak bardzo obojętny,
pasywny, emocjonuje się tylko przy swoich grach komputerowych. A ja czuję, że
moja miłość do niego minęła, bo nie można kochać za dwoje. Pożądanie zupełnie
się wypaliło we mnie. Czuję pustkę.
Uświadomiłam sobie, że potrzebuję mężczyzny. Potrzebuję kogoś kochać...Co ja
mam zrobić? Mam 29 lat i w perspektywie pusty dom i puste życie.
Wiem, że tu gdzieś leży moja wina, gdzieś pewnie sama się zgubiłam w tym
wszystkim.
Proszę, powiedzcie, jak sądzicie - czy jest tu jeszcze o co walczyć? Bo to
jakaś ogromna góra problemów, z którymi ja już sobie nie radzę.
Pewnie parę osób powie, że sama jestem sobie winna, bo sama takie życie
wybrałam, że trzeba było myśleć wychodząc za mąż itp... Oczywiście, że
myślałam, uważałam, że to najlepszy mężczyzna, jakiego poznałam w życiu. Dziś
mam wielkie wątpliwości... I nie umiem tak żyć.
    • kmoczar Re: nie wiem, co robić... 09.02.09, 22:45
      przy obecnej obyczajowości 29 lat to świetny wiek, żeby ułożyć sobie życie na
      nowo tylko musisz podjąć decyzję. wóz albo przewóz. przede wszystkim odpowiedz
      sobie na pytanie czy jest szans, że coś Cię jeszcze z mężem czeka dobrego i od
      tego uzależnij dalsze decyzje
    • gacusia1 Re: nie wiem, co robić... 10.02.09, 04:21
      Drugi taki watek napisz dla siebie i pisz w nim to,o czym
      marzysz,czego pragniesz i czy te marzenia sa mozliwe do spelnienia
      gdy bedziesz zona swojego M. Nie czuje(jesli w ogole czuc mozna
      wirtualnie) ani kszty pozytywnych Twoich uczuc do meza. Mysle,ze
      sama wiesz doskonale co zrobic tylko szukasz poparcia w NAS. Zycze
      Ci szczescia!
      • toy.a Re: nie wiem, co robić... 10.02.09, 08:10
        Napisz list do męża, co czujesz, czego Ci brakuje. Być może nigdy
        nie rozmawialiście o swoich uczuciach, może partner też ma powody,
        że czuje się źle w tym związku.
    • kachna79 Re: nie wiem, co robić... 10.02.09, 08:24
      Ja na początek sugeruję terapię własną. Nie napisałaś czy problemy z
      anoreksją i złe doświadczenia dotyczące małżeństwa rodziców zostały
      już przez Ciebie uporządkowane. Jeśli sama ze sobą dojdziesz do
      ładu, to łatwiej będzie Ci określić swoje oczekiwania w stosunku do
      męża. Wtedy będziesz mogła ocenić Wasze małżeństwo z
      pominięciem "krzywego zwierciadła" złej przeszłości.
      • bezsenniak Re: nie wiem, co robić... 10.02.09, 12:16
        Bardzo Wam dziękuję za Wasze opinie. To dla mnie bardzo cenne - usłyszeć, co
        mają do powiedzenia obiektywne osoby.
        Myślałam o tym, aby iść do specjalisty z moimi problemami. Niedługo będzie to
        już niezbędne, bo od tygodni śpię po 2-3 godziny i znów prawie nic nie jem.
        Problemy zaczynają zżerać mnie od środka.
        Bardzo chcę, ale też bardzo boję się rozmowy z moim M. Dla mnie to jak
        wstąpienie na równię pochyłą, gdzie czeka mnie tylko powolne spadanie w dół. No
        ale z drugiej strony my obydwoje chyba skutecznie spadamy nie mając się czego
        chwycić?
        • misiakowalska Re: nie wiem, co robić... 10.02.09, 13:34
          bardzo wiele kwestii jest nie dokładnie opisanych przez Ciebie.po pierwsze
          wszelkie problemy nie biora sie znikad.anoreksja to choroba,z która czlowiek
          sam sobie nie poradzi.niestety odbija sie na zyciu rodzinnym. napisalas, ze
          mialas watpliwosci, chcialas odejsc, on prosil zebys zostala.mam watpliwosci,
          dlaczego z nim zostalas - piszesz tak jabys chciala "czegos" wiecej, ale balas
          sie stracic przynajmniej namiastke czegos waznego.to bardzo egoistyczne.nie
          chcial dziecka, piszesz ze powiedzial ze jestes niedojrzala, moze rzeczywiscie
          tak czul i czuje.tak naprawde to nie napislas ze go kochalas czy kochasz, moze
          on to czul i czuje.wiec jak mozna decydowac sie na dziecko w takim momencie -
          niepewnosci. piszesz o wspolnym budowaniu domu, wiadomo to zbliza,ale to tylko
          namiastka czegos wspolnego.
          z Twojego listu mozna wyczytac, ze seks z "poprzednim" mezczyzna byl udany, a z
          mezem nigdy - maz jest oschly.albo maz ma problemy, albo sa one spowodowane
          waszymi wspolnymi relacjami.moze po prsotu boi sie byc gorszy.ale tylko rozmowa
          tu moze pomoc.
          gra to tylko ucieczka.gra go nigdy nie odraci.zawsze jest.grajac nawet jak
          przegra moze wrocic do poczatku i zaczac wszystko od nowa.
          na poczatku proponuje porozmawiac z mezem, powaznie, bez pospiechu.jezeli on
          powie, ze wszystko jest ok, to powiedz mu przynjhamniej czesciowo co Twoim
          zdaniem sie zepsulo.mysle, ze bez terapii sie nie obedzie.
          kiedys tyle Was laczylo, moze jakies wspolne zainteresowanie?moze czas zeby
          zaczac odbudowaywac Wasze relacje powoli.seks to takze zaufanie.
          probujac uratowac zwiazek, zacznij od Siebie, rob tak jak wszystko zalezalo od
          Ciebie.i miejmy nadzieje,ze maz sie dołączy.
          • bi_chetny Re: nie wiem, co robić... 10.02.09, 14:10
            mało napisałaś o tym żonatym mężczyźnie - a mam wrażenie że to nadal ważna dla
            ciebie osoba...
            • bezsenniak Re: nie wiem, co robić... 10.02.09, 15:30
              bi_chetny napisał:

              > mało napisałaś o tym żonatym mężczyźnie - a mam wrażenie że to nadal ważna dla
              > ciebie osoba...
              >

              Ważna, bo nigdy nie zniknął z mojego życia. Nie spotykam się z nim od bardzo
              wielu lat, nie jestem też jego kochanką. Ale tak, to on wprowadził mnie w
              intymny świat, który teraz gdzieś się za mną ciągnie jak cień i jak ten cień
              kładzie się na wszystkich moich erotycznych pragnieniach.
              Czuję się w tej znajomości zapętlona. Może będąc młodą dziewczyną stworzyłam
              sobie obraz mężczyzny idealnego na jego wzór. Jest dla mnie niedostępny i
              dlatego tak trudno mi teraz żyć, zorientować się w sobie.
              • bi_chetny Re: nie wiem, co robić... 10.02.09, 15:37
                to oczywiste, że kładzie cień. szczególnie że jest obok - kim jest teraz dla
                ciebie ?
                czy twój mąż o nim wie ?
                • bezsenniak Re: nie wiem, co robić... 10.02.09, 16:01
                  Nie wie i nie chcę, aby się kiedykolwiek dowiedział. Jeśli to bardzo istotne kim
                  dla mnie jest tamten mężczyzna, to mogę napisać w mailu, tu nie chcę.
                  • bi_chetny Re: nie wiem, co robić... 10.02.09, 16:16
                    napisz
                    dobrze że mąż nie wie, ale mimo to ten fakt istotnie wpływa na wasz związek.
          • bezsenniak Re: nie wiem, co robić... 10.02.09, 15:24
            Wiesz...ja mu nigdy nie opowiadałam o innych mężczyznach, starałam się nie
            okazywać rozczarowania sferą naszej intymności. Próbowałam na wiele sposobów nas
            rozpalić, ale jakoś mijaliśmy się w swoich oczekiwaniach. Myślę, że on doskonale
            zdaje sobie sprawę, jak bardzo schrzaniliśmy tę dziedzinę naszego życia, a z
            drugiej strony przygląda się temu jakby z boku. Mam wrażenie, że się poddał,
            zrezygnował. Traktuje mnie jak siostrę, ja go jak brata...
            Dziękuję Ci, że napisałaś, bo widzę naszą sytuację trochę klarowniej.
            Wiem, że nie napisałam, czy Go kocham. Jest mi z nim bezpiecznie. Jeszcze dwa
            lata temu (pamiętam tę granicę czasową dokładnie, bo zdarzyło się wtedy coś
            niedobrego) uświadomiłam sobie, że nie wyobrażam sobie bez Niego życia.
            Przestałabym istnieć gdyby Go nie było. Dzisiaj przeżywam jakąś atrofię
            wszelkich uczuć, tak okropnie się wypróżniłam emocjonalnie. Przepraszam za to,
            co powiem, ale nie potrafiąc określić tego, co mnie łączy z M. czuję się jak
            szmata. Nieco ekstremalnie, ale skoro zdobyłam się na odwagę pisania na tym
            forum, to decyduję się mówić prawdziwie.
            • misiakowalska Re: nie wiem, co robić... 10.02.09, 19:04
              nie mam zamiaru Ciebie oceniac,ale to ze nie mowilas Swojemu mezowi o innych mezczyznach, nie oznacza,ze On nie wyczuwa,ze jest gorszy od kogos...bylego.czasami wystarczy niepotrzebne slowo, gest...
              mysle, ze sfere intymna zawsze mozna przynajmniej sprobowac odbudowac,ale odbudowywanie intymnosci to koncowy etap ratowania zwiazku.uwazam,ze w Waszym zyciu trzeba popracowac nad zaufaniem, checia wspolnej rozmowy.to, ze nie potrafisz okreslic co do Niego czujesz, nie oznacza, ze Go nie kochasz.to po prostu moze oznaczac zagubienie.nie okreslilabym Twojej osoby jak "szmata",to zdecydowanie za mocne i niewlasciwe sformuowanie.
              seks, bliskosc,jest czyms tak cudownym w zwiazku dwoch koochajacych sie ludzi, ze nie mozna z niego zrezygnowac.trzeba walczyc, zeby bylo lepiej.nie ma nic piekniejszego od zasypiania i budzenia sie przy kims wyjatkowym.
              ps.najgorsza w takiej sytuacji jest bezczynnosc, brak reakcji,nic samo sie nie rozwiaze,wrecz przeciwnnie obojetnosc na pewno bedzie postepowac.nie wazne czy zaczniesz ratowac ten zwiazek czy go skonczysz - to tylko Twoja decyzja.kazdy dzien Twojej bierności - to dzień bezpowrotnie stracony.a trzeba zyc tak jakby dzien dzisiejszy dzien byl naszym ostatnim.
              duzo ciepla i cierpliwosci
        • elle1977 Re: nie wiem, co robić... 10.02.09, 19:18
          bezsenniak napisała:


          > Myślałam o tym, aby iść do specjalisty z moimi problemami.
          Niedługo będzie to
          > już niezbędne, bo od tygodni śpię po 2-3 godziny i znów prawie nic
          nie jem.

          Wybierz się tam i to jak najszybciej - bardzo prawdopodobne, że
          terapia pomoże Ci również zrozumieć, co i dlaczego dzieje się w
          Twoim związku.

          > Problemy zaczynają zżerać mnie od środka.
          > Bardzo chcę, ale też bardzo boję się rozmowy z moim M. Dla mnie to
          jak
          > wstąpienie na równię pochyłą, gdzie czeka mnie tylko powolne
          spadanie w dół.

          Bez rozmowy niczego nie załatwisz. Jak możecie rozwiązać swoje
          problemy, skoro o nich nie rozmawiacie, jasno nie komunikujecie? Wg
          mnie teraz Twoje domysły i emocje są sto razy gorsze niż nawet
          najbardziej trudna rozmowa z mężem. Myślę, że od tego powinnaś
          zacząć.

          No
          > ale z drugiej strony my obydwoje chyba skutecznie spadamy nie
          mając się czego
          > chwycić?

          Właśnie - sama sobie odpowiedziałaś. Trzymam kciuki.
          • bezsenniak Re: nie wiem, co robić... 10.02.09, 21:59
            Cieszę się, że podzieliłam się z Wami tym, co mnie gnębi. Spodziewałam się, że
            zostanę negatywnie oceniona albo ktoś powie, że jestem wariatką, która mnoży
            sobie problemy. Dziękuję za wsparcie. Wiem przynajmniej, w którym kierunku
            powinnam zacząć działać. Trochę chaos ustąpił w mojej głowie, choć pewnie wiele
            czasu minie zanim uda mi się cokolwiek poskładać.
            • romulus11 Re: nie wiem, co robić... 11.02.09, 00:02
              Musisz wziasc sie w garsc.To podstawa!Nie mozesz wpadac w
              anoreksje,musisz walczyc ze soba.Bardzo wazne jest poczucie wlasnej
              wartosci.Otworzenie sie na ludzi,towarzystwo,spedzenie inaczej
              czasu,sport,rekreacja,jezyki obce itp.Wazna jest pewnosc siebie.
              Wiem,nie jest to latwe,ale jedyna droga aby pokonac wlasne
              slabosci,byc rownorzedna partnerka dla meza.Rownorzednych partnerow
              sie szanuje,slabych poniza.Niestey,tak to funkcjonuje.
              No ale jak pokonac siebie?Dobre pytanie.Zycze Ci duzo sily.No i oby
              sie udalo.
            • claudel6 Re: nie wiem, co robić... 11.02.09, 23:46
              bezsenniak: piszesz bardzo klarownie, nie ma powodu brać Cię za wariatkę.
              Jedyne, co mi przychodzi do głowy to terapia zmierzająca do odzyskania miłości
              do siebie i radości z życia, samodzielnej radości.
              Z jakiegoś powodu straciłaś poczucie sensu tego związku i uczucia do męża i
              jakieś tam rozmowy, otwieranie się na partnera to są próby leczenia gangreny
              plasterkiem opatrunkowym. Mam wrażenie, że to co się w Tobie stało jest w jakiś
              sposób nieodwracalne, tylko bardzo ciężko Ci podjąć decyzję, która by
              przekreśliła ostatnie lata Twego życia.
              Nie potrafię z czystym sercem radzić rozstania, za mało o Twojej sytuacji wiem.
              Ale na pewno odzyskanie siebie w tym wszystkim, dotarcie do swoich emocji,
              również tych złych, odzyskanie kontaktu z dzieckiem w Tobie, a potem dorosłym.
              Nie będzie lekko i pewnie bez pomocy się nie obejdzie. Życzę Ci wszystkiego
              najlepszego.
              • bezsenniak Re: nie wiem, co robić... 12.02.09, 20:28
                claudel6 napisała:

                > bezsenniak: piszesz bardzo klarownie, nie ma powodu brać Cię za wariatkę.
                > Jedyne, co mi przychodzi do głowy to terapia zmierzająca do odzyskania miłości
                > do siebie i radości z życia, samodzielnej radości.
                > Z jakiegoś powodu straciłaś poczucie sensu tego związku i uczucia do męża i
                > jakieś tam rozmowy, otwieranie się na partnera to są próby leczenia gangreny
                > plasterkiem opatrunkowym. Mam wrażenie, że to co się w Tobie stało jest w jakiś
                > sposób nieodwracalne, tylko bardzo ciężko Ci podjąć decyzję, która by
                > przekreśliła ostatnie lata Twego życia.

                Chyba pierwszy raz spotkałam się z taką empatią. To dla mnie bardzo zaskakujące.
                Claudel6, patrzę w siebie i stwierdzam, ze kogoś takiego jak ja, nie ma. Jest
                ONO. Beż tożsamości, bez płci. Płeć szuka potwierdzenia dla samej siebie, choć
                wolałaby się nią stawać, stać się, niż zostać tylko nazwana. Może nigdy nie
                wyrosłam z małej dziewczynki? Może nie pozwoliłam sobie (jej) stać się dorosłą
                kobietą? Może byłam nią przez krótką chwilę, która minęła bezpowrotnie?
                Jedno jest pewne, ludzie tacy jak ja, nie powinni łączyć się w pary, w pojedynkę
                łatwiej znieść siebie, swoją inność. Przynajmniej nie trzeba tłumaczyć się z
                uczuć, których nie ma. Nie ma wyrzutów sumienia z powodu braku miłości do tych,
                którzy, być może, cały czas nas kochają.
                Nie będę teraz rozmawiać o tym z moim mężem. Nie wiem, co i jak mogłabym mu
                przekazać. Lepiej milczeć niż powiedzieć jedno słowo za wiele. Lepiej poszukać w
                sobie odpowiedzi niż stawiać mu pytania, którym prawdopodobnie nie mógłby stawić
                czoła...
                • claudel6 Re: nie wiem, co robić... 13.02.09, 18:04
                  sluchaj, ciesze sie, ze jakos tak trafilam w sedno.
                  Ale nie zgadzam sie, ze ‘pewni’ ludzie nie powinni laczyc sie w pary itd. Kazdy
                  ma prawo do bycia kochanym i do tego, zeby kochac. Tak jak napisalam –
                  potrzebujesz dotrzec do siebie i powinnas najblizszy czas poswiecic sobie.

                  Jest takie piekne pojecie w psychologii ‘zraniony uzdrowiciel’. Chodzi o to, ze
                  tylko ta osoba, ktora sama przejdzie sciezke docierania do swojego dna, swoich
                  lekow, boli, kompleksow i tylko ta, ktora sie uleczy, jest w stanie dac
                  cokolwiek innym ludziom.
                  Kazdy z nas jest zraniony. Ale zeby uzdrawiac (czyli: dawac, kochac, dzielic sie
                  soba) musimy najpierw sami sie uleczyc.

                  Tu na tym forum sa i ci, ktorzy dopiero sie ‘lecza’ i ci, ktorzy juz
                  ‘uzdrawiaja’. To nie sa (tylko) historie wzlotow i upadkow, porazek i sukcesow,
                  to sa przede wszystkim historie nieustannego rozwoju. Wszystko dobre jeszcze
                  jest przed Toba, uwierz mi. Trzymaj sie.
    • globerr Re: nie wiem, co robić... 13.02.09, 19:01
      Chyba jednak musisz zostawić go. Kiedy czytam twój tekst to odnoszę wrażenie,
      że mąż jest pasożytem, który cię toczy psychicznie, a to może mieć znaczenie dla
      Twojego zdrowia.
      Wiesz co go przekreśla moim zdaniem.... to, że nie chce mieć z Tobą dzieci. Z
      tego jak piszesz czuje się, że jesteś kobietą z bardzo dobrymi uczuciami,
      oczekiwaniami. I tylko Twoja sytuacja nie pozwala im się rozwinąć. Niech on
      sobie gra na konsoli, a Ty zbuduj prawdziwą rodzinę z kim innym, bo życie jest
      za krótkie by go marnować.
      Macierzyństwo to największe uczucie na tym swiecie, nie możesz dla kogoś, kto
      jest egoistą z tego zrezygnować.
      Powodzenia.
      • bezsenniak Re: nie wiem, co robić... 24.02.09, 21:37
        Umówiłam się na pierwszą wizytę terapii indywidualnej. Mam nadzieję, że mi
        pomoże, bo jestem już w totalnej rozsypce i chyba już tylko to może mnie
        uratować. Jeśli w trakcie dojdę do wniosku, że warto ten związek uzdrowić, to
        postaram się wyciągnąć męża na małżeńską. Dziś jednak uważam, że najlepsze
        byłoby odejście. W każdym razie dziękuję wszystkim, którzy się odezwali w mojej
        sprawie. Dziękuję za zrozumienie i słowa wsparcia.
Pełna wersja