bezsenniak
09.02.09, 22:29
Witajcie,
Czytając to forum mam pewność, iż nie jestem odosobniona w problemach
małżeńskich i wiele podobnych było już tutaj po wielokroć opisywanych.
Niemniej jednak postanowiłam napisać, ponieważ muszę się 'wyspowiadać', a tak
trudno znaleźć mi odpowiednią i obiektywną osobę w moim otoczeniu...
Może to będzie długa opowieść, być może nie każdy będzie chciał ją przeczytać
lub zrozumieć moją sytuację, ale chcę spróbować opisać tutaj, co się stało z
moim małżeństwem...
Poznaliśmy się 10 lat temu. To był dla mnie ciężki czas. Umierał mój ojciec,
długo i boleśnie, równocześnie rozpadało się jego małżeństwo z moją mamą. To
było dla mnie niezrozumiałe, jak można śmiertelnie chorując myśleć jeszcze o
wyprowadzce z domu i rozwodzie... No ale cóż...śmierć przekreśliła plany
rozwodowe moich rodziców, którzy bardziej zwierzali się mi, a nie było ich
stać na szczerą rozmowę w cztery oczy. W tym samym czasie zakochałam się w
żonatym mężczyźnie. Była to moja pierwsza i chyba największa miłość. Nie
wiedziałam wtedy, jak bardzo sama siebie tą miłością ranię. Zupełnie nie
miałam świadomości, jak wielką krzywdę mogę wyrządzić sobie i innym. Był dla
mnie całym światem! To chyba były dwie główne przyczyny moich problemów ze
zdrowiem. Zaczęłam tracić na wadze. W rok schudłam ponad 20 kg, nie jadłam,
nie spałam, traciłam kontakt ze światem. Naiwnie wymyśliłam sobie, że
wolałabym umrzeć niż mieć takie popaprane życie jakie wówczas miałam. Pewnego
dnia stało się - mój ojciec zmarł, zostałyśmy z mamą same, z nierozwiązanymi
problemami, jego kochanką, moją anoreksją i tysiącami innych problemów...
Miesiąc po tym wydarzeniu mój m. umówił się ze mną na naszą pierwszą randkę.
Było pięknie, rozmowa do 4 nad ranem, spokój w duszy, cisza. Zachciało mi się
żyć. Zaczęliśmy się spotykać. Nasz związek opierał się bardziej na więzi
psychicznej, emocjonalnej, seks był tylko dodatkiem, pomniejszym rekwizytem...
Może też i dlatego, że ja w pamięci miałam pocałunki i pieszczoty tamtego
mężczyzny? po nim nic już nie smakowało tak jak powinno... Dwa razy
dochodziłam w związku z m. do punktu, w którym to wzajemne zrozumienie,
spędzanie czasu itp. przestawało mi wystarczać, czułam, że coś należy zrobić,
jakiś krok naprzód, aby nie trwać w tym samym miejscu. Coś mi w tym związku
mocno przeszkadzało, wkradała się jakaś stagnacja, pasywność obu stron.
Przestawał mnie napędzać do życia, inspirować, dawać nadzieję... Dwa razy
chciałam od niego odejść, zacząć od nowa. Byłam przecież młoda, chciałam
poznać świat, zrobić coś dla siebie. Potem jednak robiło mi się żal
przeszłości, nie chciałam też gonić za czymś, czego być może wcale nie ma, a
on jeszcze prosił, abym nie odchodziła, mówił, że bardzo kocha. Więc
zostawałam z nim. Zostałam też jego żoną. Na początku było wspaniale. Tyle
nowych wspólnych planów, tyle energii i możliwości, by dobrze żyć. I żyło się
dobrze przez jakieś 2 lata. Na tyle starczyło nam entuzjazmu. Budowaliśmy dom.
Pomagałam jak mogłam, wspierałam... A teraz jesteśmy jak dwa balony, z których
uszło powietrze. Chciałam urodzić dziecko. Był odpowiedni moment, kiedy część
domu była już zrobiona, nie było przeszkód, żeby nie mógł się pojawić nowy
domownik. On wtedy stwierdził, że jestem niedojrzała na dziecko i teraz go nie
chce (miałam wtedy 26 lat). W zeszłym roku znów próbowałam go namówić,
powiedział, że to nie pora na to... Teraz już nie namawiam, sama już nie
jestem pewna, czy kiedyś przyjdzie odpowiedni czas i czy ja chcę mieć dziecko
z tym mężczyzną, który tak często sam zachowuje się jak chłopiec.
Od zimy zeszłego roku zaczyna się psuć nasze małżeństwo bardzo dramatycznie. W
tzw. nagrodę za trudy budowy kupił sobie m. konsolę do gier. I gra... Potrafi
grać nieustannie, od momentu jak wróci z pracy do późnego wieczora, całe
weekendy. Jeśli nie gra to pracuje przy komputerze. Mamy duży dom, więc każde
z nas potrafi zniknąć w nim na cały wieczór nie widując tej drugiej osoby...
Jak już mówiłam, seks nigdy nie był na pierwszym miejscu, ale to nie oznacza,
że ja go nie chcę...mój m. zawsze był bardzo powściągliwy w okazywaniu
namiętności, nie wiem, czy bał się mnie dotykać czy nie czuł takiej potrzeby?
W każdym razie współżycie ograniczało się zawsze do kilkuminutowych pompek
nade mną, mojego bólu, suchości itp. Próbowałam wielu sztuczek, aby nasze
życie łóżkowe urozmaicić, ale on zachowywał się jakby nie wiedział, o co
chodzi albo jakby w ogóle nie był tym zainteresowany... Stopniowo kochaliśmy
się coraz rzadziej. Teraz mamy przerwę od listopada... Ponad tydzień temu
zaproponował, żebym przeniosła się do drugiego pokoju (ze względu na moje
przeziębienie on się nie wysypia...) Czekam i zastanawiam się, czy jak
przeziębienie minie to zaprosi mnie do naszej sypialni?
Pewnie nigdy bym Wam tego nie opisała gdyby nie to, że czuję się wrakiem
człowieka, trupem emocjonalnym. Nie jestem kochanką i żoną dla mojego męża.
Raczej kucharką, sprzątaczką, po części matką i siostrą. Kiedyś o mnie dbał,
był siłą napędową, najlepszym przyjacielem, za którego dałabym wszystko i bez
którego nie wyobrażałam sobie życia. Dziś on jest tak bardzo obojętny,
pasywny, emocjonuje się tylko przy swoich grach komputerowych. A ja czuję, że
moja miłość do niego minęła, bo nie można kochać za dwoje. Pożądanie zupełnie
się wypaliło we mnie. Czuję pustkę.
Uświadomiłam sobie, że potrzebuję mężczyzny. Potrzebuję kogoś kochać...Co ja
mam zrobić? Mam 29 lat i w perspektywie pusty dom i puste życie.
Wiem, że tu gdzieś leży moja wina, gdzieś pewnie sama się zgubiłam w tym
wszystkim.
Proszę, powiedzcie, jak sądzicie - czy jest tu jeszcze o co walczyć? Bo to
jakaś ogromna góra problemów, z którymi ja już sobie nie radzę.
Pewnie parę osób powie, że sama jestem sobie winna, bo sama takie życie
wybrałam, że trzeba było myśleć wychodząc za mąż itp... Oczywiście, że
myślałam, uważałam, że to najlepszy mężczyzna, jakiego poznałam w życiu. Dziś
mam wielkie wątpliwości... I nie umiem tak żyć.