maz.27
09.04.09, 10:31
O problemach łóżkowych - a postaram się napisać obiektywnie, choć nie wiem czy
mi się uda.
Kilka dni temu zafundowałem żonie miły wieczór, film, pieszczoty, satysfakcja.
Przed wszystkim poprosiłem ją aby "po" pomogła mi nie pójść spać, ale
powtórzyć wszystko, z większą mocą. Więc zabawiliśmy się raz, i opadłem z sił,
starałem się móc dalej, zebrać się w sobie. Ale kiedy ja zacząłem robić się
senny, wyszedłem na dwór żeby ochłonąć, ona już zdążyła się obrazić. Położyła
się jak kłoda do łóżka i czekała na "zbawienie". Wieczorem płakała, że ją
oszukałem, ale nie dałem rady bez jej wsparcia, a raczej wobec jej "ąę"
nastawienia. Mijały kolejne dni, słałem sms'y zachęcające do wieczornych
igraszek, ale ona nic nie odpisywała, albo od razu zmieniała temat. Wczoraj
nastąpił finał, spróbowaliśmy rozmowy. Ja zacząłem jej tłumaczyć, że seks to
dla mnie Bliskość, Zaufanie, Akceptacja, Rozrywka w łóżku (oczywiście bez
zdrady dla podejrzliwych :P) i niekiedy rozładowanie (bo pisał tak jakiś mądry
amerykański psycholog). Stwierdziłem, że przydałoby się w tym łóżku trochę
fantazji, a nie schemat "pieszczoty + orgazm dla niej + moje kilka pchnięć w
pozycji misjonarskiej", ale ona stwierdziła, że dla niej seks to jest tylko
wtedy kiedy "jestem w niej" a cała reszta to tylko zabawa, na którą
niekoniecznie ma ochotę.
Powiedziałem jej, że ona nie podejmuje żadnej inicjatywy, nic nie próbuję, a
ja biorę wszystko na siebie. Sam próbuję i jestem odrzucany, sam proponuję
"inscenizacje" i różne fantazje, ale ona to odrzuca.
Wiele razy mnie prosiła, mówiła "że tak jak będę się zachowywał wobec niej
przez cały dzień, taki będzie wieczór", więc bardzo się zmieniłem. Byłem
wyrozumiały, ciepły, spokojny (a weźcie pod uwagę, że kiedyś byłem potwornym
cholerykiem). Podjąłem skuteczne działania w celu zmienienia siebie skoro ona
tego potrzebowała. Ale teraz, a konkretnie podczas tej rozmowy, stwierdziła
ponownie (mówiła to już kilka miesięcy wcześniej), że jak będę miły itd. to
może (!!!) ona kiedyś zacznie coś próbować, może (!!!) sama spróbuje się
zmienić żeby było lepiej, ale jak na razie nic w tym kierunku nie robi.
Oczywiście wynik kłótni był taki, że ona jest zestresowana pracą (ja jakoś
stresu z managerskiego stanowiska nie przynoszę do domu), zmęczona (pracuje od
7 do 15, ja wychodzę razem z nią, ale dzień pracy kończę kiedy kładę się do
łóżka wieczorem) - i nie narzekam, że nie mam siły, jestem zmęczony,
zestresowany, ktoś mnie zdenerwował :( Ponadto, pomimo moich zmian, starań i
propozycji wyszło na to że to ja jestem wszystkiemu winien a ona nie ma sobie
nic do zarzucenia....
A wiecie o co wszystko poszło ? O to, że rozmarzyłem się o francuzie
wieczorem, bo mąż raz do roku może wspomnieć żonie że ma ochotę na fr. z
finałem. Ale ona tutaj uznała, że nie lubi, nie smakuje...
Mnie osobiście nie przeszłoby przez gardło powiedzieć, że nie lubię jej smaków
- dla mnie to jeden z wyrazów jej seksualności, i albo akceptuję ją całą albo
w ogóle - przecież nie można być trochę martwym.
Dziś napisałem, ponieważ mam potworne poczucie winy :( Poradźcie....