soulowka
12.06.09, 08:33
Nie wypada się przyznać do niskiego libido. Niemal każdy z nas stara
się prezentować jako potencjalny partner seksualny w obecności
pożądanej płci. Na początku wiadomo, endorfinowa burza. Potem
dochodzimy czy wracamy do normalnego (= niskiego względem partnera)
poziomu swoich potrzeb i pojawiają się wymówki. Co gorsza, udajemy
sami przed sobą, że lubimy seks, tylko (niepotrzebne
skreślić): "trzeba umyć naczynia/samochód/podłogę", "ależ nie przy
dzieciach, Karolu!", "przecież wczoraj TO robiliśmy", "w kuchni?
zwariowałaś?!", "niech tylko skończę tę
grę/prasowanie/książkę/program telewizyjny", "a co jak sąsiedzi
usłyszą?".. I tak dalej, przykładów było aż nadto na tym forum.
Zamiast powiedzieć sobie: seks mnie AŻ TAK nie interesuje, ciągniemy
tę fikcję okłamując siebie i partnera/kę. A potem po endorfinowym
okresie "demo" się dziwimy, że związek nie wypalił. Przed ujrzeniem
prawdy blokuje nas dysonans poznawczy: konflikt seksownego wizerunku
z niskolibidową rzeczywistością.
Czemu, cholera, tego nie uczą w szkołach?
Soulówka
(deliberuję nad sygnaturką)