lost_not_found
16.07.09, 18:56
Przeczytałam post texas331 i zobaczyłam siebie samą. Z tym że ja…
jestem jak jego żona…
Nie chcę seksu z moim partnerem. Wczoraj wieczorem próbował, ja
odmawiałam, on znów próbował, ja znów odmawiałam. Widziałam jego
wzrok, ale nie mogłam… Mam pretensje do siebie, sama siebie za to
nienawidzę.
Wiem, czym skutkuje takie zachowania jak moje, wiem, że tak nie
można. Ale ja po prostu nie chcę się z nim kochać ;( Nie działa na
mnie fizycznie, nie podnieca mnie, nie jest mi z nim dobrze w łóżku.
Spotykamy się od roku i w zasadzie od początku tak było.
Mam już swoje lata. Mój ostatni związek był z mężczyzną, który nie
nadawał się do budowania czegoś trwałego. Przyszłości to nie miało
żadnej. Ale była taka chemia, fascynacja, seks … cholera boję się,
że do końca życia będę marzyła, żeby jeszcze coś takiego przeżyć.
Ale nie wyszło, związek się rozpadł.
Kiedy poznałam mojego obecnego faceta to nie było piorunu z jasnego
nieba. Ale był fajnie spędzony czas, ktoś kto dla odmiany zaczął o
mnie dbać, troszczyć się. Wiem, wiem jak to brzmi. Ale cholera
pomyślałam, że życie, miłość to nie tylko motyle w brzuchu i chemia.
Że tak naprawdę liczy się coś innego, że w życiu trzeba wybierać
dobrych ludzi.
Wychodzi na to, ze próbowałam sobie to wmówić i niewiele z tego
wyszło.
Bo go unieszczęśliwiam. Bo nie mogę dać mu tego, co w moim
poprzednim związku było dla mnie naturalne i do czego sama dążyłam.
I sama też nie jestem spełniona, seks z byłym śni mi się po nocach.
Cholera, czy to się jeszcze może zmienić? Nie wiem jak to zrobić. Bo
pomimo uczuć jakie do niego mam (bo mam) sfera seksu mogłaby dla
mnie z nim nie istnieć. A naprawdę zależy mi na stabilnym, trwałym
związku który mam z tym facetem.