Dodaj do ulubionych

O tym jak umarłam (nie samobójstwo)

13.04.10, 13:35
Muszem to z siebie wyrzucić, bo mi się w pewnej sytuacji wczoraj przypomniało
i jakoś muszę rozładować napięcie.

Nie, nie ma to nic wspólnego z próba samobójczą. Tamto akurat było partacko
zrobione i zagrożenia większego de facto nie niosło.

To się wydarzyło jakiś rok-półtora roku wcześniej. Dokładnie już nie pamiętam.
Jesień późna już była. Pół roku wcześniej przeszłam bardzo ciężko chorobę
wirusową i musieli odczekać. Odczekać przed prostym zabiegiem, bo tak teraz
durni lekarze nazywają każdą operację. Niedługo przeszczep płuco-serca będą
określali jako kosmetyczny zabieg.

Ale do rzeczy. Partolili już od samego początku. Za wcześnie podali mi
"głupiego jasia", więc jak trafiłam na stół to już nie działał. Bałam się
przeokropnie i ryczałam. Jakaś miła pani anestezjolog ocierała mi łzy i
pomagała wydmuchać nos, bo już przecie byłam przymocowana do tego
nieszczęsnego stołu.

W tym momencie tada (!) wchodzi wycieczka i słyszę: "A tutaj proszę państwa
mamy naszą najnowocześniejszą, odremontowaną salę. Ale może jednak pokażę ją
państwu później bo pacjentka się wydaje jakaś taka trochę
zdenerwowana."(!!!!!!) No żesz k*rwa zdenerwowałam to ja się dopiero w tym
momencie!

Ale ok, jedziemy dalej. Uśpili mnie i mnie nie ma. Taka nieobecność bez snów.
I nagle... znowu jestem! Ale nie tak jak bym chciała! Czuję, że się duszę!
Chcę krzyknąć, jęknąć, poruszyć którąś z kończyn ale nie mogę! Nie mogę nic,
ale to nic zrobić. Ktoś mi otwiera jedno oko i świeci światełkiem, potem
drugie. Mówią coś, ale co? A ja chcę, żeby mnie usłyszeli! Ten krzyk w
świadomości, że umieram, a wcale nie chce! (Bo wtedy jeszcze byłam normalna i
nie chciałam [taka dygresja mała]) Ale nic, absolutnie nic nie mogłam zrobić.
Moje ciało już nie było moje - nie chciało mnie słuchać. mogłam sobie krzyczeć
w myślach do upojenia, nikt mnie nie słyszał.

A potem znowu mnie nie było. I obudziłam się na sali pooperacyjnej.
Opowiedziałam o wszystkim mamie ale stwierdziła, że to tylko był zły sen.
Później, kiedy dostałam wypis i poszłam z nim do lekarza pierwszego kontaktu
okazało się, ze to wcale nie był sen. Że stanęłam, ale lekarze mnie
wyciągnęli. (Tak na marginesie zarazili mnie zapaleniem żyły przy okazji, ale
kto by się przejmował nie?).

Normalnie o tym nie myślę, bo to wspomnienie rodzi dyskomfort i lęk. Ale
czasem z rzadka mi się zdarza i kiedy połączy się gorszy stan psychiczny + to
wspomnienie to robi mi się z lekka nieprzyjemnie, tak jak teraz.

A nieprzyjemnie robi mi się dlatego, ze przestałam wierzyć w tzw. szybka i
bezbolesną śmierć. Bo przecież nawet jak wszystko się zatrzyma to mózg nie
+umiera w ciągu nanosekundy, jeszcze przez chwilę, przez kilka sekund, a nawet
minut (jak to czasem na szkoleniach mówią, że trza zacząć reanimację w ciągu
3(?) minut zanim mózg będzie na tyle niedotleniony, że się uszkodzi) mózg
funkcjonuje. I tak mi się wydaje, że świadomość często też funkcjonuje. I że
ten moment dopóki jej się nie straci, kiedy człowiek jest świadomy, że umiera,
to wierzcie mi, najdłuższy moment w życiu.

Właśnie to doświadczenie sprawia, że pomijając te jedną, partacką próbę, nigdy
więcej nie próbowałam się zabić. Bo kiedy przypominam sobie tamten moment,
tamten strach i bezsilność, kiedy wiadomo, że nic, ale to nic więcej nie da
się zrobić...
Obserwuj wątek
    • lolinka2 Re: O tym jak umarłam (nie samobójstwo) 13.04.10, 14:28
      1) zapaleniem nie można się zarazić. zapalenie jest odpowiedzią
      organizmu (twojego, nie iksinskiej) na czynnik drażniący

      2) jakim cudem nie wyczytałaś w wypisie czegoś co wyczytał
      lekarz pierwszego kontaktu????? przecież powikłania śródoperacyjne są
      naprawdę konkretnie opisywane. po polsku.

      3)wnioski z zajścia podobają mi się, nawet bardzo smile

      btw, miałam zapaść na stole operacyjnym. Ktoś przeszacował
      anestetyki. Tj to była operacja w trybie pilnym i z IP poszło info,
      że wiozą 15latkę smile, tyle że 15latka miała rozmiary 11latki....... i
      nikomu nie przyszło do głowy postawienie mnie na wadze.
      • kebli Re: O tym jak umarłam (nie samobójstwo) 13.04.10, 15:27
        ad 1) Napisałam zarazili, bo takiego sformułowania użył lekarz.
        ad 2) No szczerze mówiąc to tego wypisu nie zrozumiałam. Zanim zapytasz jak
        można nie zrozumieć to można - ja wtedy miałam bardzo mało doświadczenia z
        lekarzami i te wszystkie wypisy to mama czytała, a ja jak widziałam te wszystkie
        tabelki (bo na początku były tabelki) to już się poddawałam. Na dodatek oni to
        jakoś tak dziwnie sformułowali, a mama nie chciała tłumaczyć. Ot tyle,
        powiedziano mi, że wszystko przebiegło gładko to się nie interesowałam.
        Wierzyłam na słowo. Ja wtedy miałam jakieś 17 lat (bo urodziny mam w grudniu) i
        najbardziej na świecie interesował mnie mój ówczesny chłopak big_grin

        A pamiętasz coś z tego jak miałaś zapaść?
        • lolinka2 Re: O tym jak umarłam (nie samobójstwo) 13.04.10, 16:04
          wybudzanie kojarzę trochę, kilkakrotną próbę rozintubowania (w sensie
          bólu, który ja odbierałam najmocniej jako "brutalne zakłócanie mi
          snu"), bieganinę dookoła, zdecydowanie pamiętam brak możliwości
          wykonania jakiegokolwiek ruchu i wydania głosu przez następne
          kilkanaście godzin (leżałam strzelając oczami na prawo i lewo). Nast.
          dnia lekarz przyszedł, i mnie - 15latce - powiedział, że były
          problemy przy wybudzaniu bo im w zasadzie uciekłam i trochę się
          musieli napracować smile ze względu na moją b. niską masę ciała i
          atypowy metabolizm (true).
      • 38takatam Re: O tym jak umarłam (nie samobójstwo) 13.04.10, 15:46
        Mam żyć.Tak decyduje opatrzność,kiedy śmierć zagląda mi w oczy.A zaglądała już trzy razy.Raz na moje życzenie.Opiszę jeden z nich.
        Była niedziela.Szłam z rodziną do kościoła.Ni stąd,ni z zowąd podleciała pszczoła...użądliła mnie.Bolało jak cholerka,ale nie zrezygnowałam z kościoła.Niestety zrobiło mi się słabo.Wyszliśmy.To co działo się potem to istny horror.Zdecydowałam,że pójdziemy do rodziców,gdyż mój tata jest uczulony na jad owadów.Po drodze puchłam do tego stopnia,ze obrączkę i pierścionki szybko zdjęłam.Zaczęłam się dusić.Teraz wiem,że to był wstrząs anafilaktyczny.Spada ciśnienie,puchnie krtań i oskrzela.Najgorsze z tego wszystkiego jest strach,paniczny strach.I pewność,że każdy oddech jest ostatnim.W moment wyglądałam jak zombie.Na całym ciele miałam pęcherze,pokrzywkę,sine paznokcie.Twarz,dłonie i stopy powiększyły się o co najmniej dwa rozmiary.
        Tata nie miał żadnych lekówsad
        Trzech dorosłych ludzi nie potrafiło wezwać pogotowia.Widziałam siebie w trumnie.Wiedziałam w co mnie ubiorą.Ale było mi strasznie żal.Na tym etapie życia-chciałam żyć.Śmierć przez uduszenie jest straszna!!!
        Kiedy usłyszałam pogotowie na sygnale...pomyślałam-będę żyć.Pomyślałam,że już nigdy nie będę miała gęsiej skórki na ten dźwięk,to sygnał nadziei. Dostałam dawkę wstrząsową leku.Doktor powiedział,ze jeszcze chwila i byłoby po mnie.
        Zabrali mnie pod tlenem do szpitala.Zobaczyłam siebie po kilku godzinach i przeraziłam się...a opuchlizna już zeszłasad

        Dziś się odczulam.Minęło 10 lat.Nic mnie nie użądliło(tfu)od 10 lat.Mam przy sobie strzykawkę z adrenaliną non stop przy sobie.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka