...

03.10.11, 11:00
Dopadło mnie zapalenie oskrzeli. Dzieciaki się pochorowały, część już wróciła z powrotem, w tym dwoje na antybiotykach. Rodzice słowem nie pisnęli, młode się wygadały. Wzięłam zwolnienie lekarskie, lekarz naciskał. Atmosfera gęsta, bo brakuje obsługi.

Kiepsko się czuję. W terapii zastój, stanęłam w miejscu. Nie mam siły iść dalej. No nie mam. Boli jak diabli. Zamiast uchylać drzwi barykaduję je na wszelkie sposoby.
Ostatnio usłyszałam o pewnej osoby "jakie pani ma smutne oczy". Szminkuję (zasłyszane określenie) na ile się da. Zauważyłam, że potrafię płakać, mówić o "zwykłych" uczuciach, tym co się dzieje tu i teraz. O czymś głębszym... takim prawdziwym ja nie potrafię, autentycznie kwituję uśmiechem, bagatelizuję, upycham, przebieram żeby się nie obnażyć.
Nie wiem, czy coś z tego rozumiecie. Nie potrafię tego określić inaczej. Czuję, ale nie potrafię ubrać w słowa...Zaczynam skreślać ludzi, którzy są bardzo do mnie podobni wewnętrznie. Nie potrafię z nimi dalej utrzymywać kontaktu. Wstydzę się tego bo to jest niepoważne. A może tak naprawdę nie stoję w miejscu... Wiem, że ona (psychoterapeutka) wie dlaczego (oni zawsze wiedzą). Może łatwiej nie wiedzieć. Po ostatniej sesji cały tydzień chodziłam jak struta, obolała. Boję się następnej, tego że nie poradzę sobie. Jest mi tak strasznie wstyd...
    • lolinka2 Re: ... 03.10.11, 14:40
      Norma w terapii.
      Ja po niektórych sesjach prawie mdlałam (pociłam się obficie i śmierdząco, glikemia obniżona...).
      Po innych chodziłam jak błędny rycerz.
      Przez rok okrągły panikowałam tuż przed wejściem do gabinetu (wtajemniczeni wiedzą, jak to mnie trzeba było na telefonie doholować pod drzwi...).
      A jak miałam wrażenie, że krążę gdzieś wokół głębi a stoję w miejscu, to wrażenie to narastało a potem był przełom - jakieś niespodziewane BUM, które rozwalało mnie na dłużej, ale rozwalało jakąś barykadę we mnie... i "samo się" robiło. Należało tylko cierpliwie się zmagać z własną frustracją i takim poczuciem "twórczego niepokoju" oraz nie rezygnować z terapii. No właśnie - nie rezygnować. W ciągu 1.5 roku nie odwołałam żadnej sesji w ogóle, a odkąd mój terapeuta jest dostępny raz w tyg. 160 km ode mnie - tylko jedną (całodzienne szkolenie miałam).
      Inna rzecz - jak robiłam maskę, to mój terapeuta to nazywał... albo ja mu snułam "opowieść epicką" nt zdarzeń bieżących a on nazywał po kolei moje uczucia i cały klimat emocjonalny opowieści... tak trochę "czort swoje, pop swoje"... smile ale to było niegłupie. Tudzież potrafił wywlekać temat moich emocji z innych, pozornie niezwiązanych rzeczy - element ubioru, reakcja na ciszę na pocz. sesji etc. To była w dużym stopniu kwestia zaufania - a praca nad zaufaniem i czymś, co można już nazwać "więzią" zajęła niemal rok. Prawie cały rok takiego dreptania w kółko, rozmów niby o emocjach a jednak "ciągle na ganku albo w progu". Czyli rok mojego niedowierzania, że naprawdę ktoś jest w stanie unieść moje stany najrozmaitsze, moje fajności (łatwo) i niefajności (b. trudno). Rok testowania na różne sposoby wytrzymałości terapeuty, rok testowania granic (co mi wolno, a co będzie, jeśli - tu wstawić dowolne - i zastanawiając się, kiedy on mnie z tego gabinetu wreszcie wywali z hukiem), aż do momentu gdy poczułam się maksymalnie bezbronna i przywalona swoimi emocjami, ich niespodziewanym pojawieniem się i uzewnętrznieniem, a spotkałam się z reakcją... ludzką po prostu. Reakcją nie tyle "terapeutyczną" czy "psychologiczną", więc wyuczoną - co ludzką i naturalną. I to - choć po prawie roku dopiero - był tak naprawdę początek pracy...
      Takich przełomów Ci życzę.
      • kamyczek_02 Re: ... 03.10.11, 16:12
        Chciałam odpowiedzieć cytując, ale musiałabym wkleić wszystko od słów "A jak miałam wrażenie, że krążę ...". Opis samej siebie i terapeutki.
    • 36.a Re: ... 03.10.11, 14:57
      ja też "upycham", nie zwierzam się, bo wychodzę ze słusznego dla mnie samej założenia, że odpowiedź pozytywna na "chcesz pogadać?" kończy się źle. czuję się potem znacznie gorzej. bo pada np. odpowiedź "NIE WIEM, CO TOBIE POWIEDZIEĆ". jest mi obecnie trudno, ale to moja prywatna sprawa. rozłożyć na czynniki pierwsze mogę sie tam, gdzie chcę. mam skórę, swoje granice, zwodzone mosty. wpuszczę, gdy zechcę. o!

      życzę zdrowia. miej w dupie, że "brakuje obsługi" (o ile chodziło o Twoją pracę)
    • kamyczek_02 Re: ... 03.10.11, 16:22
      Gdybyś mnie znała w realu... Ostatnio w luźnej rozmowie powiedziałam jednej osobie do której mam zaufanie, że mam chad, chodzę na terapię. Oczy wielkie jak pięć złotych. Ja-siłaczka. Żart jakiś? Wszystko, co we mnie wylewam tutaj i na terapii. Poza tymi dwoma światami nikt nic nie wie. Silna, przebojowa, a w środku miętka jak plastelina. To tylko dowodzi, że nieźle się kamufluję i gram.
      • sapiencja Re: ... 03.10.11, 17:41
        kamyczek_02 napisała:

        " Silna, przebojowa, a w środku miętka jak plastelina. To tylko dowodzi, że nieźle się kamufluję i gram."

        Ja zapłaciłam wysoką cenę za kamuflowanie moich lęków.
        Kamuflowanie zaczęło się w ogólniaku.
        Wstydziłam się przyznać, że nie idę na koncert, znanego zespołu, ze strachu przed tłumem i wielką salą.
        Wstydziłam się, że się wstydzę, więc unikałam ludzi. I tak sobie te lęki wyrastały jeden z drugiego. Ale udawałam, że wszystko jest ok, ja niczego się nie boję. Taki Stefek Burczymucha w spódnicy.
        "Pękłam" na maturze. Nie dałam rady skupić się na dużej sali. Zemdlałam. Egzamin mi przesunęli. ( Za zgodą kuratorium ).
        Moja pierwsza terapeutka bardzo mi pomogła. Po pierwsze uspokoiła mnie, że na fobie, cierpi ponad 90% ludzkości. I, że fobie są do całkowitego uleczenia.
        Uświadomiła mi też, że nie warto grać silnej, będąc słabą. Co nie znaczy, że o swoich słabościach należy trąbić całemu światu. Nauczyłam się unikać, jak tylko to możliwe, sytuacji, które wywołują u mnie lęki. Nie zawsze mi się to udaje. Ale moje fobie nie są już takie straszne, jak kiedyś.
        Moich znajomych, którym powiedziałam o moich lękach, a oni pokpiwali ze mnie. "No co ty, ciemności się boisz?" "Ludzi się boisz" - skreśliłam z listy znajomych.
        Nie gram już siłaczki. A, o lękach i fobiach, mówię tylko tym osobom, które są w podobnej sytuacji, do mojej sytuacji.
        • lolinka2 Re: ... 03.10.11, 18:38
          Ja się jarnęłam na rok przed maturą, że ze strachu całkiem realnie mogę nie zdać. Całą IV klasę LO chodziłam do psycholog w PPP celem opanowania panicznego lęku przed egzaminem ustnym (bo tego się bałam).
Inne wątki na temat:
Pełna wersja