kamyczek_02
03.10.11, 11:00
Dopadło mnie zapalenie oskrzeli. Dzieciaki się pochorowały, część już wróciła z powrotem, w tym dwoje na antybiotykach. Rodzice słowem nie pisnęli, młode się wygadały. Wzięłam zwolnienie lekarskie, lekarz naciskał. Atmosfera gęsta, bo brakuje obsługi.
Kiepsko się czuję. W terapii zastój, stanęłam w miejscu. Nie mam siły iść dalej. No nie mam. Boli jak diabli. Zamiast uchylać drzwi barykaduję je na wszelkie sposoby.
Ostatnio usłyszałam o pewnej osoby "jakie pani ma smutne oczy". Szminkuję (zasłyszane określenie) na ile się da. Zauważyłam, że potrafię płakać, mówić o "zwykłych" uczuciach, tym co się dzieje tu i teraz. O czymś głębszym... takim prawdziwym ja nie potrafię, autentycznie kwituję uśmiechem, bagatelizuję, upycham, przebieram żeby się nie obnażyć.
Nie wiem, czy coś z tego rozumiecie. Nie potrafię tego określić inaczej. Czuję, ale nie potrafię ubrać w słowa...Zaczynam skreślać ludzi, którzy są bardzo do mnie podobni wewnętrznie. Nie potrafię z nimi dalej utrzymywać kontaktu. Wstydzę się tego bo to jest niepoważne. A może tak naprawdę nie stoję w miejscu... Wiem, że ona (psychoterapeutka) wie dlaczego (oni zawsze wiedzą). Może łatwiej nie wiedzieć. Po ostatniej sesji cały tydzień chodziłam jak struta, obolała. Boję się następnej, tego że nie poradzę sobie. Jest mi tak strasznie wstyd...