Dodaj do ulubionych

Zgrzytanie zębami i szczękościsk

20.10.17, 10:37
Witam!
Zwracam się do Was z prośbą o wypowiedź w wyżej wymienionym temacie. Mój problem z nocnym zgrzytaniem zębami pojawił się około dwóch miesięcy temu i około miesiąca ze szczękościskiem. Łapię się w ciągu dnia na nieświadomym zaciskaniu żuchwy. Przyczyn szukam w lekach oraz czynnikach stresogennych. Z nowych leków zażywam Absenor (od około dwóch, trzech miesięcy) w ilości 500 mg. Jeśli chodzi o czynniki stresogenne to wiążę to z powrotem po długotrwałym L4 do pracy. Faktem jest, że ostatnie, blisko trzy tygodnie byłem na urlopie, choć sam urlop też mógł być przyczyną stresu. Ponoć nocne zgrzytanie coś tam na urlopie ustało, natomiast szczękościsk nie odpuszcza.
Proszę o wypowiedź czy macie jakieś doświadczenia w tym temacie oraz czy ktoś zażywała Absenor i jakie ma z tym lekiem doświadczenia. Pozdrawiam.
Obserwuj wątek
    • dzedlajga Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 26.10.17, 00:41
      Tak mi się wydaje (po sobie), że zaciśnięte zęby to niewypowiedziana złość. Ja czasem mam tak, że nie dostrzegam tego że jestem zła (takie wyparcie złości). Jestem na etapie uczenia się, że bolesny kark i zaciśnięte pięści to oznaka złości, której nie czuję. Wtedy szukam co może mnie aż tak złościć, że wszystko się napina. Na koniec zostaje pozbyć się stresora lub w jakiś sposób się przed nim obronić.

      Ostatnio właśnie miałam tak, że miałam przyjaciółkę, którą bardzo lubiłam, choć miała sporo zachowań, które mnie drażniły. Ale ponieważ ją bardzo lubiłam, to stwierdziłam, że zignoruję te zachowania, bo w sumie myślałam, że mi się to jakoś wyrówna. Nie tłumiłam złości, tylko naprawdę ignorowałam różne rzeczy, mam taki przycisk na wyłączenie złości, zamontowano mi w dzieciństwie big_grin
      Przez jakiś czas jakoś to działało, ale objawy zaczęły się nasilać, dołączyły kłopoty z zasypianiem a ja ciągle nie miałam pojęcia o co kaman. W ostatnim czasie coraz mniej miałam korzyści z tej przyjaźni, w zasadzie korzyści się skończyły jakiś czas temu a zostały tylko te drażniące zachowania, których było coraz więcej i coraz bardziej nasilone. Jakiekolwiek próby rozmowy były bagatelizowane i ostatecznie wycofałam się ze znajomości i poza poczuciem psychicznej ulgi zmniejszyły się również objawy fizyczne. Choć nie powiem, że od razu wszystko minęło jak ręką odjął. To wszystko trwało tak długo, że rehabilitacja pewnie trochę potrwa, ale jest dużo lepiej.

      Poszukałabym co konkretnie Cię w tej pracy stresuje i pokombinowała czy coś z tym można zrobić. Ew. w dłuższym okresie poszukać innej.

      Doraźnie: poszukaj ćwiczeń na rozluźnienie żuchwy, albo sam porozciągaj szczękę i poszukaj takich ćwiczeń, które przyniosą ulgę. Masaż, ciepła kąpiel. Jakieś techniki relaksacyjne, uważne oddychanie. Wszystko co pomoże zminimalizować stres.
      Ale trzeba znaleźć przyczynę a ta - o ile nie wynika z leków - to prawie na pewno wynika z emocji. W moim przypadku to stłumiona złość ale może u Ciebie to może być coś innego, np strach. Musisz poszukać odpowiedzi w sobie. Jeśli na przykład są takie momenty, że ból się nasila to pomyśl co takiego właśnie się stało. Bo coś tą reakcję wywołało, tylko Twoja świadomość tego nie zauważyła. Ale ciało jest znacznie trudniej oszukać. Jak ostatnio gdzieś przeczytałam - ono zawsze gra z nami w jednej drużynie i zawsze jest po naszej stronie
      • biala_malpa Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 26.10.17, 05:31
        Hejka Dzedlajga!
        Jak dobrze Cię poczytać smile no i jak zwykle to z Tobą bywa sporo celnych uwag. Wszystko sprowadza mnie do pracy. Nie chodzi chyba o samą pracę, ale o szeroko pojęte stosunki międzyludzkie. Myślałem, że problemy z moją szczęką wzieły się od nowego leku, ale po ostatniej sesji nie mam już raczej wątpliwości. Mam spory problem z wyrażaniem złości. Wydaje mi się, że ją kumuluję, a później ze mnie wpływa, czy raczej niewinnie się sączy no i jej reszta idzie w żuchwę wink
        Co do Twojej relacji przyjacielskiej, mam taką podobną w pracy, przyjacielsko-pracowniczą, i mam wrażenie, że tu jest sporo nieszczerości, a co za tym idzie ukryta złość uncertain
        Tak czy siak, jest nad czym pracować.
        Pozdrawiam Cię serdecznie, dzięki za wpis i miłego dnia smile
        • dzedlajga Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 26.10.17, 14:58

          Cieszę się, że pomaga Ci to, co piszę.

          Dodam jeszcze coś o wyrażaniu złości ze swojej perspektywy. Zawsze miałam problem z tym, żeby powiedzieć, ze coś mi się nie podoba. Nie tylko dlatego, że przestaną mnie lubić, ale nawet bardziej dlatego, że zrobię komuś przykrość a dopiero konsekwencją tego będzie, ze przestaną mnie lubić. Dla mnie ta niechęć do wyrządzenia przykrości była podstawową motywacją do nie mówienia o tym, co czuję.

          Skąd mi się to wzięło. Bardzo dawno temu zauważyłam, że ludzie, którzy naruszają moje granice są bardzo wrażliwi, gdy okazuje się, że wyrządzają tym przykrość, nie mówiąc już o tym, że ich zachowanie mnie wkurza. Tak sobie myślę, że może to trochę wynikać z tego, że ktoś wobec nich tak się zachowywał i oni np. uwierzyli, że to tylko żarty i ma się nauczyć sam z siebie śmiać. Efekt jest taki, że nauczył się śmiać z innych i bardzo źle reaguje, gdy ktoś mówi, że takie zachowanie go rani. Oczywiście już dawno zapomniał skąd mu się te dziwne żarty wzięły.
          To oczywiście tylko przykład, ale ogólnie chodzi o taki schemat
          - coś mi się nie podoba
          - ktoś (np rodzice) przekonuje mnie, że takie zachowanie jest ok
          - przyjmuję to do wiadomości ale jednocześnie włączam to zachowanie do swojego repertuaru i jestem gotów oddać życie za obronę przekonania, że nie ma nic złego w tym, co robię

          Ale bez względu na intencje, fakt jest taki, że dane zachowanie MNIE wkurza. I to na sobie trzeba się w tym momencie skupić. Nie zastanawiać się nad tym, ze komuś zrobię przykrość powiedzieć, że coś nas wkurza i że ma przestać. Albo w jakiś inny sposób zareagować. Np głośnym przestań. Ja już sobie przećwiczyłam to przestań, bo to nie może być ani prośba, ani agresja. To musi być stanowcze ale grzeczne. Trzeba na głos poćwiczyć i znaleźć taki ton i taką siłę głosu, które będą na tyle silne, żeby komunikat został usłyszany, ale na tyle grzeczny, żeby nie był krzykiem i nie mógł być uznany za agresję.

          Oczywiście mimo to jest spora szansa, że ten ktoś uzna, że go krzywdzę. Ale w tym momencie już mało mnie to obchodzi, bo "to on zaczął" a ja się tylko bronię. Problem polega na tym, żeby bronić się w kulturalny, żeby nie powiedzieć asertywny sposób, a nie odpowiadać podobną złośliwością.

          No ale najpierw trzeba dać sobie prawo do tego, ze mogę się bronić. Że nie muszę tego przyjmować, nie muszę tego tłumić w sobie. Nawet jeśli kosztem tego będzie zepsucie relacji.

          Konkretnej rady Ci nie dam, bo co innego zerwać kontakt ze z koleżanką a co innego popsuć relację w pracy od której nie możemy uciec. Ale musisz poszukać takiego sposobu powiedzenia, że coś Ci nie pasuje, który będzie uprzejmy acz stanowczy. I nie przejmować się, że ktoś się obrazi. Często bywa tak, że ludzie nie obrażają się tak bardzo jakby mogło nam się wydawać, że się obrażą.

          Za to jest spora szansa, że się zdziwi, że nagle się zmieniłeś. Może spytać, ale co nagle Ci się stało, o co chodzi. Jeśli ktoś wie, że jesteś chory może nawet zasugerować, że Ci się pogorszyło i powinieneś iść do lekarza. Dlatego dobrze się i na taką ewentualność przygotować
        • dzedlajga Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 26.10.17, 15:50
          I jeszcze jedno. Nigdy, przenigdy nie mów, że jest Ci przykro. Pewnie już zresztą wiesz o tym. Wtedy jesteś nadwrażliwy, dziwny i w ogóle lepiej wrzuć na luz. Raczej, że Cię to wkurza i złości. Jeśli w ogóle zdecydujesz się mówić o emocjach.

          Bo w sumie jak o tym tak sobie ostatnio myślę, to nie ma takiej emocji jak przykrość. Przykrość to jest coś co czujemy, gdy chowamy głęboko złość i postanawiamy się nie bronić. I mało kogo to obchodzi, że nam jest przykro. Ze złością prędzej ludzie będą się liczyć.

          Czasem też warto pamiętać, że nie wszystko możemy zmienić.

          Boże, daj mi pogodę ducha, abym godził się z tym, czego zmienić nie mogę,
          odwagę, abym zmieniał to, co zmienić mogę,
          i mądrość, abym zawsze potrafił odróżnić jedno od drugiego.

          Kiedy postanawiam coś zaakceptować, to mówię sobie w duchu albo i na głos: nie zmienisz świata, on jest głupi i nic na to nie poradzisz, nie możesz się denerwować czymś takim. Świat nie jest taki jakbym chciała i nic na to nie poradzę. Coś w tym stylu.

          Tylko trzeba mieć świadomość ile jesteś w stanie naprawdę przyjąć i ew. mieć sposoby na odreagowanie. I pilnować tego odreagowania.

          Może głupi przykład, ale mój pies ma problem z agresją i zawsze mnie wkurzało, gdy inne psy "chciały się tylko przywitać", bo on się wtedy denerwuje. Już nie chodzi o to, czy ugryzie, bo do tego nie dopuszczam, ale chodzi mi o jego nerwy. Długo walczyłam ze światem ale jednocześnie szukałam sposobu jak sobie z całą sytuacją poradzić. W końcu poszukałam w psychologii dziecięcej i znalazłam sposób na agresywne dziecko: przytrzymać, żeby nie mogło zrobić krzywdy ani sobie ani innym.

          Kluczem jest słowo: przytrzymać. Rękami, ciałem, nie smyczą. To ogromna różnica, bo wtedy pies czuje wsparcie. Ja jestem wtedy spokojna, bo wiem, że tamten nic nie zrobi, a na mojego nie umiem się złościć, bo dobrze wiem z czego jego problem wynika i chcę mu pomóc. Więc ja go trzymam, on się wywarczy i wyszczeka a potem obowiązkowo odreagowanie. Czyli ścigamy się. Bo trzeba wyrzucić tę energię, która nie znalazła ujścia.

          Dziś była taka sytuacja, że tylko trochę się zdenerwował i wydawało mi się, że nie trzeba odreagowywać. I po paru metrach on sam zaczął biegać jak szalony. Jestem pewna, że to właśnie było jego odreagowanie. Może on już się uczy, że nie trzeba się rzucać do psa, że wystarczy trochę powarczeć i on w końcu odejdzie a potem wyrzucić tę energię. Bo takie było założenie, żeby zrozumiał, że nie trzeba zagryźć, żeby oddalić zagrożenie, że można to zrobić inaczej. Nie zakładałam, że on nadal będzie musiał tę energię wyrzucać, nawet jeśli zewnętrzne objawy złości będą maleć. Ale to nie złość maleje, tylko sposób jej okazywania. A złości trzeba się w miarę na bieżąco pozbywać.

          Ideałem do którego dążę, jest taka sytuacja, że nie będą go denerwować psy, które nie znają psich manier. Bo one wcale nie podchodzą jakby się chciały przywitać, najczęściej raczej jakby go chciały właśnie sprowokować. Ale w sumie są niegroźne. I wierzę, że kiedyś zrozumie, że one są właśnie źle wychowane - czy używając innego języka nie zsocjalizowane prawidłowo - acz nieszkodliwe i nauczy się je po prostu ignorować.

          Człowiek może sobie pomyśleć, że odreaguje po pracy, ale pies to musi zrobić natychmiast. Dla nas już sama myśl o odreagowaniu może dać jakąś ulgę, ale to nie może być zamiast. Bo złość to ogromna energia i trzeba ją wyrzucić. Tłumienie złości bardzo nas też osłabia fizycznie. Bo bardzo dużo swojej normalnej, życiowej energii musimy włożyć w stłumienie złości. I potem nam jej brakuje na inne rzeczy. Zauważyłam, że im lepiej radzę sobie ze złością tym mniejsza jest moja senność i mam więcej energii na przykład na sprzątanie.

          Powiem Ci jeszcze co zrobiłam z przyjaciółką zanim zakończyłam znajomość. Nawtykałam jej wszystko co niej myślę, wyśmiałam ją, poryczałam się. Oczywiście ona pojęcia bladego o tym nie ma, ale mnie to przyniosło ulgę. I potem mogłam o wiele spokojniej zakończyć całą sytuację.
          • biala_malpa Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 27.10.17, 21:27
            Hejka!
            Dzedlajga, odniosę się do Twoich wpisów pewnie w weekend, bo w tygodniu, choć je przeczytałem, nie znalazłem czasu sad Po prostu wymagają poświęcenia im trochę więcej czasu.
            A póki co to dobranoc Wszystkim. Właśnie dziś doszła przesyłka z wkładką na zęby big_grin czuję się jakbym miał spać ze smoczkiem. No cóż, kolejny powrót do dzieciństwa wink
          • biala_malpa Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 29.10.17, 13:16
            Hejka Dzedlajga!
            Jak obiecałem tak też biorę się za pracę smile

            "I jeszcze jedno. Nigdy, przenigdy nie mów, że jest Ci przykro"
            Piszesz o przykrości, ale rozumiem, że masz na myśli sytuację, gdy ktoś Cię rozzłościł i zrobił Tobie przykrość. Nie przyznanie się do przykrości, to tłumienie emocji. Nawet nie mówiąc o tym, ktoś obdarzony odrobiną empatii, a mało sympatyczne osoby myślę, że również ją posiadają (celowo grają innym na nerwach), zobaczy, że jest Ci przykro i perfidnie to wykorzysta, by jeszcze bardziej upokorzyć. Na pewno mówienie o tym jest mało przyjemne, zwłaszcza w społeczeństwie, w którym trzeba być mocnym, sprawnym, agresywnie stąpającym po drabinie kariery w tej czy innej korporacji. Najbardziej przykro mi było, jeśli chodzi o pracę, w sytuacji, gdy mocno się starałem, a druga strona nie potrafiła tego docenić. Mało tego miała jeszcze pretensje. Smutek się lał i łzy stawały w oczach, wiedząc, że zrobiłeś wszystko najlepiej i wybrnąłeś z problemu najlepiej jak potrafiłeś, a ktoś cię, za przeproszeniem, zjeb... jak psa. Teraz staram się bardziej bronić, nie wycofywać, tylko walczyć o swoje. To wszystko jest możliwe, ale tylko w chwili, gdy nie walczę z deprechą. Wtedy czuję się bezbronny i mam ochotę przeprosić cały świat za to, że jestem i że zabieram innym ludziom powietrze.

            "I mało kogo to obchodzi, że nam jest przykro."
            To już zależy na kogo się trafi, ale bardziej mnie interesuje strona, co Ty zrobisz, gdy widzisz, że ktoś się zamartwia i jest pogrążony w smutku. Można to olać, udając, że nic się nie widzi, ale można również powiedzieć, że jest Ci przykro, widząc jak cierpi i czy można mu jakoś pomóc. To dużo pomaga, wystarczy tylko wesprzeć i zatrzymać się na chwilę z tą osobą. Takie jest moje zdanie.

            "Ze złością prędzej ludzie będą się liczyć"
            Zapewne tak jest, bo to agresja, która może być skierowana przeciwko nam. Tak samo działa to w drugą stronę, na nas. Co czujesz, gdy widzisz kogoś smutnego, żebrzącego, przemokniętego, a co się pojawia gdy widzisz kogoś pijanego, agresywnego, zaczepiającego ludzi na ulicy. Na pewno ta druga osoba przykuję Twoją większą uwagę, bo świadomie, czy podświadomie będziesz czuła zagrożenie .

            "Bo złość to ogromna energia i trzeba ją wyrzucić. Tłumienie złości bardzo nas też osłabia fizycznie."
            Zgadzam się, zresztą słyszę to ciągle, jak mantrę, od mojej psychoterapeutki. Daje mi do zrozumienia, że się jej boję, że jej nie wyrażam, że ją wypieram, a ona jednak cały czas jest. Ciężko mi na nią spojrzeć jako na coś budującego, motywującego, zmuszającego do działania. Podobnie jest z tym moim kolegą z pracy. BTW on ma nerwicę, a ja problem z depresyjnymi stanami umysłu. I tak jeden i drugi ma problem z wyrażaniem złości. Ja ją w sobie kumuluję, a on momentami jest dla mnie mocno irytujący. Nie chodzi mi o to, że kieruje tą agresję przeciwko mnie, ale przeciwko innym, niewinnym ludziom. Irytuje mnie to, nie chcę z nim o tym rozmawiać, bo boję się, że to źle odbierze, a wiem, że strasznie jest przewrażliwiony na punkcie swojej osoby. Póki co z zaleceń mojej psychoterapeutki mam nic z tym nie robić, tylko obserwować siebie, co we mnie się pojawia. Piszesz też o odreagowaniu. Można, ale nie wiem czy to jest na dłuższą metę możliwe. To jest chyba taki schemat: coś mnie denerwuje, daje upust złości, poprzez bieganie, siłownię, płacz, samookaleczenie, ale niestety schemat się powtórzy z tą czy inną osobą i znowu jesteśmy w punkcie wyjścia. Mam takiego drugiego kolegę w pracy i zauważyłem, że jego zachowanie jest strasznie podobne do postępowania mojego ojca. Często nie mówi wprost, tylko przytyka lekko złośliwe uwagi. Takie igiełki, dokładnie takie same jakie wsadzał i złościł mnie nimi ojciec. Co z tym zrobię? Nie wiem. Może po prostu powiem mu, co czuję, ale póki co, nie jest to, aż tak doskwierający problem. Podsumowując myślę, że trzeba szukać źródła tej naszej złości, a nie tylko ją odreagowywać. Odreagować jak najbardziej, co by nie zwariować, ale jednocześnie szukać trochę głębiej.

            "Powiem Ci jeszcze co zrobiłam z przyjaciółką zanim zakończyłam znajomość. Nawtykałam jej wszystko co niej myślę, wyśmiałam ją, poryczałam się. Oczywiście ona pojęcia bladego o tym nie ma, ale mnie to przyniosło ulgę. I potem mogłam o wiele spokojniej zakończyć całą sytuację."
            Dobrze rozumiem, że nawtykałaś jej przed lustrem w domu, a później spokojnie zakończyłaś znajomość? Nie wiem, nie mnie oceniać, czy to dobry sposób. Jedyne co mi się przysuwa na myśl to moje problemy z postrzeganiem świata zero/jedynkowo, tzn albo jest coś fajne, albo nie; albo w coś się angażuję na 100% albo wcale. To samo dotyczy się mojej relacji w pracy. Wbrew pozorom dużo zawdzięczam temu koledze, ale jednocześnie wiem, że momentami mnie wykorzystywał/wykorzystuje i nie zachowuje się fair. Znowu wrócę do psychoterapii i ciągłego mi uświadamiania, że ta osoba nie jest tylko zła, ani tylko dobra. Teraz widzę więcej jej wad i mam sporo niechęci do kontynuowania tej znajomości, aż w tak dużej zażyłości. Paradoksalnie, jeszcze pół roku temu byłbym gotów za nią w ogień skoczyć. Pocieszające jest to, że dostrzegam to, no i mam nad czym pracować. Zerwanie znajomości to niewyrażona złość. Miałem tak z matką, siostrą i z kilkoma znajomymi z przeszłości. W stanach manii za wszelką cenę chciałem te relacje odbudowywać, często wprowadzając ludzi w zdziwienie i niezrozumienie sytuacji. Byłem gotów jechać 250 km do znajomego, tylko po to, by porozmawiać z nim o tym, co wydarzyło się w 8 klasie podstawówki, czyli wtedy gdy go odwiedziłem to było jakieś 12 lat wcześniej. Chodziło oczywiście o jakąś pierdołę, o której on zupełnie nie pamiętał, a która gdzieś tam mnie zabolała. Sytuacja dotyczyła mojego zachowania, w którym nie potrafiłem być twardym, silnym i zdecydowanym, po prostu skompromitowałem się, choć nie wydarzyło się nic, aż tak wielce strasznego. Teraz żadna siła, by mnie nie ruszyła, by to wyjaśniać. Po prostu nie widzę takiej potrzeby, a momentów w których się skompromitowałem, znalazłbym zapewne tuziny. To nie był żaden istotny problem, ale ludzie nadwrażliwi potrafią zbudować zdecydowanie szybciej i większej wielkości mur, który później z oczywistych względów jest im o wiele trudniej skruszyć.

            To koniec. Mam nadzieję, że się nie wymądrzałem zbytnio i traktujesz to jako zwykłą dyskusję, a nie narzucające się moje mądrości. Pozdrawiam Cię serdecznie i udanej niedzieli życzę. U nas to słońce, to deszcz i cały czas mocno wieje smile
            3maj się i do napisania...
            • dzedlajga Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 30.10.17, 12:48
              Hej Biały Małpie,

              Mówisz: bardziej mnie interesuje strona, co Ty zrobisz, gdy widzisz, że ktoś się zamartwia i jest pogrążony w smutku. Można to olać, udając, że nic się nie widzi, ale można również powiedzieć, że jest Ci przykro, widząc jak cierpi i czy można mu jakoś pomóc. To dużo pomaga, wystarczy tylko wesprzeć i zatrzymać się na chwilę z tą osobą. Takie jest moje zdanie.

              Czy dobrze rozumiem, że takie jest Twoje oczekiwanie wobec innych ludzi?
              • biala_malpa Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 30.10.17, 13:55
                Chyba tak. Obawiam się, że również ja nie potrafię więcej dać drugiej osobie. Gdy było mi źle, najlepszą dla mnie formą pomocy była sama obecność bliskich (trójka) ludzi. Obecność nie koniecznie fizyczna, ale świadomość, że są. Szanowanie mojej decyzji, że przez trzy tygodnie nie odbierałem i nie oddzwaniałem na ich telefony. Z kolei ta blższa osoba pomagała mi, wyręczając mnie w codziennych czynnościach i nie wywoływała na mnie presji. Bardzo źle wspominam złote rady, podpowiedzi, wykazywania błędów w moim myśleniu, udawadniania braku logiki (mówiłem, że jest mi źle, a druga strona tłumaczyła, że wcale źle nie mam, że mam to czy sramto i nie jest tak jak myślę). Dlatego napisałem, że już sama obecność drugiego człowieka i jego pozorna bierność może być kojąca. Ewentualnie słuchać czego potrzebuje druga osoba, ale nie narzucać się z pomocą. Ratowali mnie, by wychodzić do ludzi na zewnątrz, ale ja nie chciałem i nie potrafiłem tego zrobić. Jeśli znowu zachoruje to też nie wyjdę i w dupsku mam, co na ten temat mówią mądre podręczniki i znawcy tematu. Na mnie to nie działało i paradoksalnie pogarszało mój stan. Każde spotkanie, wyjście, rozmowa były okupione olbrzymim stresem. Reasumując wybieram pomoc, bez narzucania się, bez ratowania za każdą cenę, po prostu szczere wsparcie bez doradzania, po prostu bycie.
                Hejka!
                • dzedlajga Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 30.10.17, 20:27
                  Zadam kolejne pytanie.

                  Jak ogólne jest to oczekiwanie? Czy oczekujesz takiej postawy tylko od najbliższych, czy ogólnie od ludzi, bez względu na sytuację.

                  I zmiana perspektywy. Czy uważasz, że to oczekiwanie jest na tyle uniwersalne, że można powiedzieć, że każdy od każdego i w każdej sytuacji takiej reakcji oczekuje gdy czuje się smutny? Zdenerwowany? Bądź ogólnie mówiąc źle?
                • dzedlajga Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 31.10.17, 03:05
                  I jeszcze coś mnie uderzyło. W którymś momencie powiedziałeś, że powiedzenie, że jest Ci przykro jest Twoim sposobem na wyrażenie złości. Przynajmniej tak to zrozumiałam.
                  Tak więc od złości przeszliśmy do przykrości i smutku. Mam wrażenie, jakbyś na jakimś bardzo głębokim poziomie blokował złość i w ogóle jej nie dopuszczał do głosu.
                  Spróbowałabym poszukać jakie przekonania stoją za tą blokadą. Wyobraź sobie, że ktoś zrobił Ci przykrość. Bądź wręcz Cię wkurzył. I wyobraź sobie, że robisz mu awanturę, wrzeszczysz na niego. I spróbuj poszukać myśli, jakie się wtedy pojawiają. Wyobraź sobie, że strzelasz klasycznego focha i co pojawia się wtedy.

                  Drabina złości

                  Możesz tę drabinę potraktować jako pomoc. Tu masz wszystkie szczebelki wyrażania złości. Nie chodzi o to, że masz je zacząć stosować tylko wyobrazić sobie, że robisz te rzeczy i obserwować jakie myśli Ci się pojawiają. A potem sam, lub z terapeutą przeanalizuj te myśli. Bo to właśnie mogą być te przekonania, które powstrzymują Cię przed wyrażaniem złości.

                  Bardzo nie spodobał Ci się mój sposób poradzenia sobie ze złością na przyjaciółkę. O stwierdzeniu, że widzę świat zero-jedynkowo w ogóle nie będę się wypowiadać, bo pojęcia nie mam jak z tego, co napisałam udało Ci się wysnuć taki wniosek wink

                  Ale ja uważam, że to bardzo fajny sposób na wyrzucenie złości. Nikt przy tym nie ucierpiał ani fizycznie ani psychicznie i nie zostały zniszczone żadne przedmioty, a to są główne zastrzeżenia stawiane przez terapeutów w kwestii wyrażania złości.

                  A mnie udało się POCZUĆ SIŁĘ MOJEJ ZŁOŚCI. Bo żeby dojść do ostatniego szczebelka, trzeba znać siłę swojej złości. Nie oznacza to wyżywania się na innych, ale właśnie odczuwanie złości. A nie da się jej poczuć w ciszy i skupieniu. W ciszy można ją tylko stłumić i wyprzeć.
                  A moja przygoda ze złością zaczęła się prawie dwa lata temu, kiedy w dość błahej sytuacji zmusiłam się do krzyku (oczywiście obiekt złości znów był nieobecny i mamy poprawną relację mimo, że nigdy o tym nie rozmawiałam z tą osobą i nawet nie zamierzam. Relacja na tyle luźna, że nie ma co się wdawać w jakiekolwiek rozmowy czy wyjaśnienia). To był taki wrzask, potem przyszły łzy. Najlepsze do tego są głośne miejsca w mieście (mosty, estakady) gdzie nie ma przechodniów, którzy będą się interesować tym, co robisz. Ja trochę sztucznie czasem wywołuję ekspresję swojej złości. Blokada jest na tyle silna, że czasem dociera do mnie, że powinnam się rozzłościć dopiero jak osoba znika z pola widzenia. Ma to swoje plusy, bo nie ranię ludzi ale daję sobie prawo do tego, żeby tę złość w końcu odczuwać i wyrzucać z siebie.
                  Od kiedy tak robię, naprawdę mam więcej siły, jestem mniej senna i w ogóle lepiej się czuję. Nawet udało mi się antydepa odstawić po raz pierwszy w życiu. Tzn od kiedy się leczę. Wcześniej nawet niewielkie zmniejszenie dawki szybko powodowało osuwanie się w przepaść. Teraz przez jakiś czas łykałam naprawdę bardzo symboliczną dawkę a w końcu odstawiłam zupełnie. Zobaczymy co będzie dalej, ale jestem dobrej myśli.
                  Bo tłumienie złości, nawet a może zwłaszcza nawykowe powoduje, że musimy ogromną ilość życiowej energii angażować właśnie do powstrzymania złości. W pewnym momencie robimy to już bezrefleksyjnie ale to wcale nie znaczy, że mniej energii na to zużywamy. A w dodatku robimy to bezustannie. Nie tylko w chwilach, kiedy akurat coś nas zdenerwowało. Jeśli ta energia nie została w jakiś sposób wyrzucona, to my ją przez lata trzymamy. Energia nie znika, to wiemy przecież z fizyki. A złość to ogromna energia. Cały dowcip polega na tym, żeby ją uwolnić i nikogo przy tym nie zabić. Ale jeśli jej nie uwolnisz to zabijasz sam siebie.
                  • biala_malpa Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 31.10.17, 07:16
                    Chapeau bas!
                    Kurcze, ale miazga :-o Strasznie lubię czytać Twoje posty i nie piszę tego tylko po to, by Ci się przypodobać wink Odpiszę więcej jak znajdę dłuższą wolną chwilę i zasiądę przed normalną klawiaturą. Widzę, że w kilku punktach się nie rozumiemy, tzn. nie wyraziłem się jasno i nie do końca napisałem to co chciałem przekazać. Tak czy siak nieźle "dorzuciłaś do pieca", więc wkrótce odpiszę big_grin pozdrawiam i miłego dnia Ci życzę, pa
                • dzedlajga Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 01.11.17, 00:02
                  Piszesz też o odreagowaniu. Można, ale nie wiem czy to jest na dłuższą metę możliwe. To jest chyba taki schemat: coś mnie denerwuje, daje upust złości, poprzez bieganie, siłownię, płacz, samookaleczenie, ale niestety schemat się powtórzy z tą czy inną osobą i znowu jesteśmy w punkcie wyjścia. Mam takiego drugiego kolegę w pracy i zauważyłem, że jego zachowanie jest strasznie podobne do postępowania mojego ojca. Często nie mówi wprost, tylko przytyka lekko złośliwe uwagi. Takie igiełki, dokładnie takie same jakie wsadzał i złościł mnie nimi ojciec. Co z tym zrobię? Nie wiem. Może po prostu powiem mu, co czuję, ale póki co, nie jest to, aż tak doskwierający problem. Podsumowując myślę, że trzeba szukać źródła tej naszej złości, a nie tylko ją odreagowywać. Odreagować jak najbardziej, co by nie zwariować, ale jednocześnie szukać trochę głębiej.


                  Źródło złości znasz - zachowanie kolegi podobne do zachowania Twojego ojca.
                  To co poza odreagowaniem trzeba zrobić to:
                  a) znaleźć sposób w jaki sposób powiedzieć koledze o tym, żeby przestał
                  b) nauczyć się ignorować jego zachowanie. Nie tłumić złości tylko np. uznać, że jest tak głupi w swoim zachowaniu, że aż żal nim sobie w ogóle głowę zawracać, Są techniki polegające na wyobrażeniu go sobie "na tronie", ew. w piżamce w misie lub nago. Trzeba go w jakimś sposób ośmieszyć lub umniejszyć w swojej głowie i wtedy jego zachowanie staje tak żałosne, że naprawdę nie ma sobie czym głowy zawracać.

                  Można też zrobić to, co ja zrobiłam w czasie naszej rozmowy. Uwaga!!!! Może być lekko nieprzyjemne ale to dobry przykład. Kiedy zarzuciłeś mi zero-jedynkowe patrzenie na przyjaciółkę w pierwszej chwili przygotowałam elaborat tłumaczący wszystkie zawiłości naszej relacji i próby rozwiązania konfliktu w inny sposób. Ale przed wysłaniem wzięłam głęboki oddech i postanowiłam odczekać. Po jakichś dwóch dniach nagle olśniło, że po tym co napisałam na serio nie miałeś żadnych podstaw, żeby takie wnioski wysnuć. Przynajmniej ja nie widzę takiej możliwości. Więc automatycznie Twój zarzut przestał być zarzutem a stał się jedynie Twoją opinią luźno powiązaną z tematem i trudno się złościć o to, że ktoś ma jakieś zdanie na dany temat. Nawet jeśli tym tematem jestem ja sama.

                  Takie wbijanie szpil (wracam do kolegi) może służyć utrzymaniu dystansu w relacjach. Oczywiście ludzie nie planują świadomie, że będę do ciebie pieszczotliwie mówić "ty mendo" (autentyk), żeby utrzymać dystans, ale jednak temu dokładnie to służy. I jeśli obojgu to pasuje to trudno oceniać, czy to jest ok czy nie.

                  Na pewno służy temu wbijanie szpil a nawet specyficzne poczucie humoru. A nawet używanie w stosunku do przyjaciół formy Anno, Krzysztofie. Znam też osobę, która nikomu (nawet żonie) nie pozwala zdrabniać swojego imienia. Nie wiem dlaczego tak robi, może mu się zdrobnienie nie podoba, ale patrząc na całokształt to akurat w tym przypadku jest jeden z elementów budowania dystansu, bo wiele robi, aby ten dystans utrzymać.

                  Gdy na wbijane szpile się oburzasz lub w jakikolwiek sposób próbujesz reagować na pewno usłyszysz coś w stylu, że nie znasz się na żartach albo wręcz powinieneś nauczyć się z siebie śmiać. Najlepsze jest to, że np ja świetnie potrafię się z siebie śmiać i nawet często to robię, oczywiście nie w każdym towarzystwie. Ale widzę też różnicę między śmianiem się z kogoś a z siebie. Są też osoby, które opowiadają dowcipy (sytuacyjne), które bawią wyłącznie ich samych. Co ciekawe oni nigdy nie widzą, że nikt poza nimi się nie śmieje. Cieszą się, że są zajebiści i mają super poczucie humoru.


                  Wracając do kolegi wbijającego szpile. Po tym co napisałam może już będzie Ci trochę łatwiej takie docinki ze strony kolegi znosić. Czyli zaczniesz akceptować to, czego zmienić nie możesz. Chyba, że wymyślisz sposób jak sobie z kolegą inaczej poradzić.

                  Metodę wymyśliłam w tej chwili, ale wiem, że mnóstwo ludzkich zachowań dzięki temu będzie po mnie spływać, bo wytłumaczyłam sobie, że oni nie tylko nie robią tego przeciwko mnie (to wiedziałam zawsze) a po prostu w ten sposób zapewniają sobie, że nie podejdę za blisko więc z ogromną przyjemnością będę się trzymać tak daleko jak to tylko możliwe.

                  Dowcip polega na tym, że to co jestem w stanie akceptować u postronnej osoby nie koniecznie będę akceptować u przyjaciół czy partnera. I po prostu należy ich tak sobie dobierać, żeby nie musieć znosić zachowań, które mnie na dłuższą metę jednak będą drażnić i budować pewien dystans w relacji. Nie ma co próbować przebijać ściany własną głową. Szkoda głowy i nerwów.

                  Oczywiście, że ideału pewnie nie znajdziemy, ale warto znać swoje granice i wiedzieć ile i jakich zachowań jestem w stanie zaakceptować. I na pewno te granice będą inaczej ustawione wobec przypadkowego kolegi z pracy a inaczej wobec przyjaciół.

                  Fajnie się rozwiązuje czyjeś problemy bo łatwiej złapać dystans. A w tym przypadku okazało się, że Twój problem jest również w pewnym sensie moim problemem. Nie wiem czy Tobie mój patent pomoże ale mnie na pewno.

                  Trzymaj się ciepło
                  • biala_malpa Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 01.11.17, 09:42
                    Dzień dobry!
                    Zasiadam za normalną klawiaturą, więc jest szansa, że sobie kilka rzeczy wyjaśnimy . Może być długaśnie, ale co tam, niech się słowa leją…

                    Może na razie nie będę odnosił się do fragmentów Twoich wypowiedzi, a napiszę co bardzo narzuciło mi się i dało do myślenia w ostatnich wpisach. Pisząc o „zero jedynkowości” nie miałem na myśli Twojej osoby, a siebie. Jeśli porównałem sytuację z Twoją koleżanką, to być może tak to skojarzyłem (tylko samą sytuację, bardzo ogólnie, że ktoś wybucha, widzi tylko swoją krzywdę nie zważając na drugą stronę, luźna moja interpretacja, nie odzwierciedlająca waszych rzeczywistych relacji, które myślę, że były zdecydowanie bardziej złożone. Jeśli wbiłem Ci tym szpile to przepraszam, choć dzięki temu mamy o czym pisać wink ). Nie mi oceniać jak to było, a poza tym było by to bez sensu. Poza tym regularnie czytam Twoje wypowiedzi i nawet po samych wypowiedziach widać, że daleko Ci od patrzenia tylko w jednym kierunku. Kilkakrotnie dałaś mi do zrozumienia w innych postach, że niewinnie atakuję kogoś, a prawda może być całkiem gdzie indziej. I nie mam tu na myśli tylko Twojego dawania wsparcia drugiej osobie, ale faktyczne, racjonalne zobaczenie sprawy z drugiej strony. Nie chcę szukać w którym to było wątku, ale chodziło o jakąś dziewczynę, która szukała wsparcia, a ja zobaczyłem w tym, że szuka tylko i wyłącznie wsparcia, litowania się nad jej losem, która nie chce zobaczyć tego swojego problemu. Ty natomiast napisałaś jak bardzo może być konieczne i pomocne właśnie tylko wirtualne wsparcie, bez zagłębiania się w problem i szukania wytłumaczenia (wbijania delikatnie szpilek). Jeśli chodzi o postrzeganie „zero jedynkowe” to chodziło mi o moje postępowanie. Mam tendencje do widzenia świata w czarnych albo kolorowych barwach. Ciężko mi zobaczyć szarość i kolory jednocześnie. Pocieszające jest, że mam tego świadomość, a co za tym idzie poletko do pracy. Miałem na myśli moje stosunki z kolegą z pracy, nie tym od „ojcowskich docinek” (o nim za chwilę), ale tym od bliskiej relacji przyjacielsko-pracowniczej. Złapałem się na tym, że postrzegam go albo jako samo dobro, albo jako zło wcielone. Zresztą nie tylko jego, ale to właśnie na nim to sobie uświadomiłem. A teraz, nim zabiorę się za Twoje wpisy wink dwa zdania na temat mojego „ojcowskiego” kumpla. W piątek, po kolejnym żarciku, w końcu powiedziałem mu, że zachowuje się jak mój ociec, a on stwierdził, że pewnie mnie to denerwuje. Gdy znowu widzieliśmy się po jakimś czasie, powiedział, że wrócił z żarcikiem jak mój ojciec. Oczywiście rzucił też jakiś żarcik na temat mojej odpowiedzi. Najfajniejsze jest to, że cała sytuacja była dość śmieszna i po raz pierwszy nawet te jego żarcik zaczął mnie bawić. Jest starszy ode mnie, więc mówię mu w żartach ojczulku nie „wkur…” i jakoś wszystko staje się zabawne. Dobrze, wystarczy i zabieram się po kolei za Twoje wpisy.

                    „Jak ogólne jest to oczekiwanie? Czy oczekujesz takiej postawy tylko od najbliższych, czy ogólnie od ludzi, bez względu na sytuację.
                    I zmiana perspektywy. Czy uważasz, że to oczekiwanie jest na tyle uniwersalne, że można powiedzieć, że każdy od każdego i w każdej sytuacji takiej reakcji oczekuje gdy czuje się smutny? Zdenerwowany? Bądź ogólnie mówiąc źle?”

                    W sumie to się wiąże z tym co napisałaś powyżej. Nie ma „zero jedynkowości”. Nie ma jednej słusznej metody wsparcia, czy zareagowania gdy widzisz kogoś pogrążonego w smutku. Gdy jest mi źle zdecydowanie dopuszczam do siebie tylko najbliższych, lub też izoluję się całkowicie od otoczenia. Może to nie jest poprawne, ale tak reaguję. Może to się zmienia, bo po kolejnym dużym kryzysie poszedłem jednak do psychiatry, poszedłem w końcu do psychologa i w końcu zacząłem się leczyć. Z drugiej strony, to moja żona wytargała mnie tam niemal za uszy i nie wiem czy będąc sam zwrócił bym się o pomoc. Pamiętam jak na jednej z rozmów popłakałem się, a przebieg tej rozmowy był mniej więcej taki. Ja mówię, że jest mi ciężko, rozmawiamy, a ja sobie powoli uświadamiam, że chciałbym stąd wyjść, że nie chcę tutaj być, ale nie mam też gdzie pójść i nie widzę innego rozwiązania. Zaczynają łzy cisnąć mi się do oczu. Nie mam sił nic w]powiedzieć, bąkam przez nos tylko „ciężko”, a terapeuta pyta „ciężko, ciężko poprosić o pomoc?” No i szach mat.

                    „I jeszcze coś mnie uderzyło. W którymś momencie powiedziałeś, że powiedzenie, że jest Ci przykro jest Twoim sposobem na wyrażenie złości. Przynajmniej tak to zrozumiałam.
                    Tak więc od złości przeszliśmy do przykrości i smutku. Mam wrażenie, jakbyś na jakimś bardzo głębokim poziomie blokował złość i w ogóle jej nie dopuszczał do głosu.
                    Spróbowałabym poszukać jakie przekonania stoją za tą blokadą. Wyobraź sobie, że ktoś zrobił Ci przykrość. Bądź wręcz Cię wkurzył. I wyobraź sobie, że robisz mu awanturę, wrzeszczysz na niego. I spróbuj poszukać myśli, jakie się wtedy pojawiają. Wyobraź sobie, że strzelasz klasycznego focha i co pojawia się wtedy”

                    Tutaj nie chodziło mi o mnie, przynajmniej już nie teraz. Miałem na myśli osobę, która w danej sytuacji mówi, że jest jej przykro. Mówi to w wyniku mojego „wbicia szpilki”. Nie złośliwego, ale dającego drugiej osobie do myślenia na temat swojego postępowania. To jej „przykro” to właśnie ukryta złość i klasyczny foch. Nie mówi do mnie, że ją zdenerwowałem, rozzłościłem, ale wzbudza we mnie wyrzuty sumienia, że to ja ją skrzywdziłem, że nic nie rozumiem, że to ja jestem winny jej smutkowi. Sam tak kiedyś robiłem i przyznaję, że mam i miałem problemy z wyrażaniem złości. Z perspektywy czasu widzę, że przejąłem ten schemat po mojej matce, która jest królową we wzbudzaniu poczucia winy. Był czas, że strasznie jej zachowanie mnie złościło, a jednocześnie nie wiedziałem co z tym zrobić (jak zachować się w stosunku do mojej matki). Teraz słucham, wspieram jeśli potrafię, ale nie daję się wciągać w spiralę poczucia winy i przesadnego angażowania się w problem. W dalszej części dotyczącej wyrażenia złości zgadzam się z Tobą, choć widzę, że jesteś kilka szczebli wyżej na drabinie wink Mam problem z wyrażaniem złości, raczej mowy nie ma żebym poszedł do lasu i wrzeszczał, choć może tu chodzi o jakieś poczucie wstydu. Wydaje mi się, że sporo złości, a może energii z nią związanej wychodzi ze mnie na koncertach i przy wysiłku fizycznym. Kiedyś musiałem regularnie ćwiczyć, a gdy zaprzestałem, zaczęła się moja równia pochyła w dół. Teraz już jest zdecydowanie lepiej, radzę sobie bez biegania i nie uważam, że zastąpiły mi to tylko antydepresanty. Zażywam je podobnie jak Ty w niewielkich dawkach i szykujemy się z moją panią psychiatrą do powolnego ich odstawiania. Daj Boże, że kiedyś uda mi się całkowicie z nich zejść, ale znając powagę problemu wiem, że nie będę robił nic na siłę.

                    „Źródło złości znasz - zachowanie kolegi podobne do zachowania Twojego ojca.
                    To co poza odreagowaniem trzeba zrobić to:
                    a) znaleźć sposób w jaki sposób powiedzieć koledze o tym, żeby przestał
                    b) nauczyć się ignorować jego zachowanie. Nie tłumić złości tylko np. uznać, że jest tak głupi w swoim zachowaniu, że aż żal nim sobie w ogóle głowę zawracać, Są techniki polegające na wyobrażeniu go sobie "na tronie", ew. w piżamce w misie lub nago. Trzeba go w jakimś sposób ośmieszyć lub umniejszyć w swojej głowie i wtedy jego zachowanie staje tak żałosne, że naprawdę nie ma sobie czym głowy zawracać.

                    Jak pisałem wcześniej postąpiłem nieco inaczej. Nie wiem czy to dobre zachowanie, ale to się okaże wkrótce. Cieszę się, że zareagowałem i powiedziałem co mi leży na sercu. Teraz są dwa rozwiązania. On będzie nadal żartował, a ja się będę odgryzał swoimi żartami, lecz tu rodzi się pewne niebezpieczeństwo, że te żarty nie będą nas bawić. Myślę jednak, że do tego nie dojdzie, bo to drugi (ostatni) bliski kolega i gdy będzie nadal mnie to boleć to mu o tym powiem. Szukam rozwiązania, które pozwoli mi zrozumieć i pogodzić się z tymi żarcikami. Jak w przypadku fochów i wyrzutów sumienia wzbudzanych we mnie przez moją matkę. Chciałbym nabrać do zachowania moje
                    • biala_malpa Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 01.11.17, 10:08
                      Chciałbym nabrać do zachowania mojego kolegi dystansu, by nie czuć się ofiarą (bolesne, żartobliwe szpileczki jego żarcików), lub też nie stać się katem (moje odpowiedzi, które mogą z kolei jego zaboleć). Tak czy siak z pierdół, które ktoś z zewnątrz uznałby za mało istotne, może zrodzić się duży konflikt. I taka analiza jest według mnie zbliżaniem się do źródła problemu. Wszystko wskazuje, że ukrywa się gdzieś we mnie delikatna powłoka, której bronię i nie chcę tam nikogo dopuścić, a z drugiej strony, ze strony mojego kolegi jest coś w nim, co zmusza go do wypowiadania tego typu żarcików. Może właśnie nie wyrażona złość, która niewinnie wypływa poprzez niewinne żarciki.
                      „Można też zrobić to, co ja zrobiłam w czasie naszej rozmowy. Uwaga!!!! Może być lekko nieprzyjemne ale to dobry przykład. Kiedy zarzuciłeś mi zero-jedynkowe patrzenie na przyjaciółkę w pierwszej chwili przygotowałam elaborat tłumaczący wszystkie zawiłości naszej relacji i próby rozwiązania konfliktu w inny sposób. Ale przed wysłaniem wzięłam głęboki oddech i postanowiłam odczekać. Po jakichś dwóch dniach nagle olśniło, że po tym co napisałam na serio nie miałeś żadnych podstaw, żeby takie wnioski wysnuć. Przynajmniej ja nie widzę takiej możliwości. Więc automatycznie Twój zarzut przestał być zarzutem a stał się jedynie Twoją opinią luźno powiązaną z tematem i trudno się złościć o to, że ktoś ma jakieś zdanie na dany temat. Nawet jeśli tym tematem jestem ja sama.”
                      No i widzisz, jesteśmy w sednie naszego „problemu”. Po przez niezrozumienie powstał kwas, który był by pewnie śmieszny dla kogoś oglądający to z zewnątrz. „Ten jej powiedział, że patrzy „zero jedynkowo”, a ta pisze na ten temat elaborat”. Wszystko wzięło się przez nieporozumienie i całe szczęście, że jednemu i drugiemu chce się temu przyglądnąć i pisać o swoich bolączkach. To też jest dla mnie rodzaj zbliżania się do źródła. Wyraźnie widać, że drażni Cię gdy ktoś zarzuca Ci patrzenie tylko z jednego punktu widzenia, bez szerszego poglądu na całą sytuację. To jest jak najbardziej słuszne (tzn. Twoja złość), bo przecież poświęcasz czas, angażujesz się w problemy innych ludzi, a tu ktoś zarzuca Ci bezpodstawnie „zero jedynkowość”. Słusznie się złościsz, ale sama doszłaś do wniosku, że w tym przypadku nie ma co się złościć, bo może to być zwykłe nieporozumienie. Jeśli chodzi o mnie, to miałem ochotę jak najszybciej odpowiedzieć i się wytłumaczyć. To też o czymś świadczy. Wydaje mi się, że chcę być postrzegany jako ten dobry, rozumujący, angażujący się w czyjeś problemy, momentami „przemądry” bez pozwalania sobie na błędy. I to jest moja zasraniutka „zero jedynkowość”. Widzę momentami tylko moją prawdę, moje mądrości, bez postrzegania drugiej strony. Myślę że się jednak zmieniam, choćby przez to, że nie odpisałem Ci tylko „Dzedlajga nie to miałem na myśli, chodziło mi tylko, że to ja spoglądam „zero jedynkowo” ”(co w sumie ma podobny sens jak dość przydługawa moja wypowiedź), ale chciałem spojrzeć również z Twojej strony i wyłapać, zbliżyć się do Twoich uwag i patrzenia na Świat.
                      Tak czy siak, obawiam się Twojego kolejnego wpisu. Jak mnie zaczniesz łapać za słówka, zdania, akapity… Odpisanie zajmie mi pewnie dłuższą chwilę, ale na pewno odpiszę big_grin
                      A poza tym, życzę Ci spokojnych refleksyjnych Świąt. Nie smutnych, ale refleksyjnych. Takich bez płaczu, ale co by Ci się łezka w oku zakręciła. Pozdrawiam serdecznie.
                      Małp wink
                      Ps. Nie wiem czy posiadasz konto na FB, ale jak nie to pewnie i w sieci coś znajdziesz. Nie zakładam nowych wątków na ten temat, bo i tak przejdą bez echa, ale…
                      pl-pl.facebook.com/fundacjawieloglosu/
                      twarzedepresji.pl/
                      Polecam. Myślę, że to całkiem wartościowe projekty. Pozdrawiam serdecznie. 3m się!
                      MB
                      • dzedlajga Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 01.11.17, 14:40
                        Rozumiem, ze to o wbijaniu szpil i łapaniu za słówka to był żart big_grin

                        Nie powiem, żebym nie potrafiła tego robić, zdarzyło mi się. W zasadzie chyba raz w stosunku do matki, bo już naprawdę przegięła. Poza tym parę razy miałam ochotę, ostatnio właśnie w stosunku do mojej przyjaciółki, bo zachowywała się poniżej poziomu, ale po pierwsze wtedy jeszcze nie byłam pewna czy się rozstaniemy a po drugie to jednak nie chciałabym tak kończyć znajomości. Bo jeśli ja bym wbiła szpilę to nie jest szpila tylko strzała zatruta kurarą. Po czymś takim naprawdę trudno by było się jej podnieść. Za bardzo się szanuję, żeby to zrobić.

                        Nasza rozmowa jest bardzo fajna i twórcza i w ogóle nie widzę powodu do złośliwości. Owszem, ta zero-jedynkowość lekko mnie wkurzyła ale wyszłam z tego zwycięsko. Dla mnie ta sytuacja ma znacznie większe, przełomowe znaczenie. Bo takich sytuacji w życiu jest więcej, że ktoś coś powiedział a ktoś to opacznie zrozumiał. I nie zawsze mam ochotę wnikać w to, jak było naprawdę. Czasem wystarczy przyjąć, że to tylko czyjaś opinia i iść dalej.

                        Te nasze elaboraty chyba właśnie wynikają z tego wpojonego nam poczucia winy. Coś powiedziałam, nie miałam nic złego na myśli i skoro ktoś uważa inaczej to koniecznie, natychmiast muszę wyjaśnić i oddalić od siebie to przeklęte poczucie winy. Przynajmniej ja to tak czuję.

                        Z tą moją zero-jedynkowością to nie tyle chodzi o to właśnie ale ogólnie o etykietki, przymiotniki. Moja mama, gdy jej o czymś opowiadam natychmiast kwituje to: o, to znaczy, że jesteś... I zazwyczaj to nie jest fajna, miła, dobra tylko niestety jakiś przymiotnik wyraźnie negatywnie zabarwiony.
                        Tzn. od lat jej o niczym takim nie opowiadałam, co by ją do takiego stwierdzenia uprawniało. Ale ostatnio mam wrażenie, jakbym budowała siebie na nowo. Tzn udało mi się pozrzucać wszystkie maski i po prostu jestem sobą. Ponieważ w końcu uporałam się z przeszłością to również z mamą zaczynam rozmawiać tak po prostu. I ona, razem z ojcem bardzo ładnie mi przypominają wszystkie te rzeczy, o których już dawno zapomniałam, a które spowodowały między innymi to, że bałam się ludzi. Zawsze mnie ludzi ciągnęło ale zawsze byłam sama.

                        Bo dziecko generalizuje. Jeśli mama tak się zachowuje i np. ocenia to oczywiście przestanę cokolwiek jej opowiadać. Ale skoro ona tak robi, to przecież wszyscy tak robią, więc już lepiej w ogóle się nie odzywać do nikogo, bo to jednak przyjemne nie jest usłyszeć coś takiego od osoby, której się ufa.

                        A przecież nie trzeba zamykać się przed wszystkimi. Wystarczy rozsądnie ustalić granice i ew. unikać tych (w miarę możliwości), którzy ranią a nie wnoszą niczego dobrego w moje życie. Ale, nie trzeba unikać wszystkich. I jeśli dziecko może rozmawiać z rodzicem/rodzicami to oni mu to powiedzą, bo te przykre rzeczy spotkają je po raz pierwszy poza domem. A jeśli te przykre rzeczy spotykają nas w domu to już nie ma do kogo się zwrócić po pomoc i można jedynie otoczyć się murem. A potem mamy nieśmiałe dzieci i nieśmiałych dorosłych. Z dużym prawdopodobieństwem ta nieśmiałość właśnie z tego się bierze. A na pewno może to być jeden z powodów.

                        Najgorsze jest to, że sama do pewnego stopnia taka jestem, czy może raczej byłam. Tzn nie używam do tego przymiotników, ale też oceniam. Właśnie niedawno zdałam sobie z tego sprawę. Tyle, że ja czasem wtedy staram się też pokazać w jaki sposób czyjeś zachowanie może wpływać na innych. Np koleżanka opowiada mi o jakiejś historii ze swoim dzieckiem i ja na to rzucam: szantaż emocjonalny. Ale potem wyjaśniam w jaki sposób jej zachowanie może wpłynąć na to, że dziecko będzie miało problemy z tym, żeby odmawiać. Bo jeśli nie wykonanie obowiązku sprawia mamie przykrość, więc wtedy obowiązek jest bardziej prośbą a nie obowiązkiem. Bo za niewykonanie obowiązku (np nie chodzenie do pracy), mamy bardzo konkretne konsekwencje (zwolnienie z pracy) i żaden szef nie będzie nam tłumaczył, że mu przykro.
                        Oczywiście na koniec jest awantura i dziecko jednak ten pokój musi posprzątać, więc w taki pokrętny sposób uczy się, że prośby innych trzeba spełniać. Bo komuś będzie przykro. Albo wręcz będzie wojna. Trudno powiedzieć co konkretnie taki dzieciak sobie ułoży w głowie, ale na pewno nic dobrego. Wiadomo, że to tylko jedna sytuacja, ale jeśli wszystkie obowiązki są egzekwowane w ten sposób to robi się w głowie niezły miszmasz. Zwłaszcza, że mały jest bardzo wrażliwy.

                        "Trochę bardzo" odbiegłam od tematu.

                        Podoba mi się jak rozwiązałeś sprawę z kolegą od żarcików. Zauważ, że wcześniej to były docinki i szpile, dopiero teraz to żarciki. To tak na marginesie.

                        Terapeuta od "ciężko poprosić o pomoc" to moim zdaniem porażka. Bo rzeczywiście robi szach mat i jesteś w pułapce bez wyjścia. Tzn zakładam, że potem pomógł jakoś się z tej pułapki wydostać. Coś takiego można powiedzieć, gdy się rozmawia o problemie a nie w sytuacji, gdy problem właśnie jest. Ale to tylko moje zdanie. Jeśli mimo to pomógł to ok.

                        Chociaż mam wątpliwości. Wrócę znowu do Twojego oczekiwania, że inni pochylą się nad Tobą, gdy Ci smutno. To powinno działać tak, że jeśli Ci smutno to po prostu mówisz o tym, np, żonie. Jeśli ona nie słucha tak jak tego potrzebujesz to możesz tez powiedzieć co by Ci pomogło w takiej sytuacji (tylko najpierw sam musisz to wiedzieć). To działa. Ostatnio zmusiłam mamę do powiedzenia słowa: rozumiem. Bo opowiadałam o czymś i ona znowu, jak kiedyś zaczęła mi tłumaczyć dlaczego powinnam zrozumieć tego kogoś, kto mi coś tam powiedział. Dowcip polega na tym, że ja tamtą osobę doskonale rozumiem. Tylko w tym momencie sama potrzebowałam wsparcia. Oczywiście na koniec okazało się, że ona rozumie co ja czuję tylko zamiast powiedzieć to, tłumaczy, że mam zrozumieć kogoś innego. Ona chce dobrze, ale to zamiast pomagać złości. Kolejny powód dla którego jej się przestałam zwierzać a o którym wcale nie pamiętałam. I znowu: nie pamiętałam, może oznaczać, że pocieszając kogoś będę tłumaczyć, że ktoś nie chciał źle zamiast powiedzieć: rozumiem.

                        U Ciebie też mogło być tak, że prośba o pomoc spotykała się z reakcją, która w założeniu miała pomóc a w praktyce np. wywoływała złość, poczucie niezrozumienia czy coś w tym stylu. I teraz masz silną blokadę przed poproszeniem o pomoc, wsparcie. Bo w środku boisz się, że znów usłyszysz to, co kiedyś, choć już pewnie nie pamiętasz co wtedy słyszałeś. A ta niepamięć niestety utrudnia poradzenie sobie z problemem. Przynajmniej mnie pomaga jak znam przyczyny. A bardzo dużo rzeczy pamiętam. A teraz właśnie jest tak, że rodzice mi przypominają dlaczego się tak dokładnie pozamykałam przed światem. To są wyzwalające doświadczenia. Bo nie mam już do nich o nic żalu. Również dlatego, że sama w pewnym stopniu powielam ich błędy. Bo jeśli nie pamiętam, że sama np. przestałam się zwierzać, bo byłam oceniana, to sama oceniam. Tylko ja mam jeszcze coś. Ja widzę co robię, nawet jeśli rozmówca nie da po sobie poznać, że go zraniłam. Naprawiam błąd i wyciągam wnioski. Może nie zawsze naprawiam błąd, ale wnioski wyciągam zawsze (przynajmniej tak mi się wydaje)

                        To taki mój cień. Nie miałam go, póki żyłam w izolacji od ludzi. Fajnie mieć takie poczucie, że jestem idealna. Skrzywdzona przez złych ludzi, ale sama bez skazy. Odkrycie swojego cienia jest przykre. Niektórzy od zawsze wiedzą, że nie są idealni ale uważają, że inni mają to zaakceptować a oni będą spokojnie ich dalej ranić, bo tacy już są. Spoko. Ich sprawa. Trzeba umieć sobie z nimi radzić, bo nie zawsze można odwrócić się na pięcie i odejść. Ale są też tacy, którzy są w stanie przeprosić i coś w sobie zmienić. Najbardziej przerąbane mają ci, którzy czują się winni nawet jak nikt ich nie oskarża. Tak trochę na zapas.

                        Odezwę się jeszcze później, bo jednemu z panów ze stopki coś się ode mnie należy póki jeszcze jest widno smile
    • dzedlajga Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 22.07.18, 00:32
      Cześć Biały Małpie smile

      Co tam u Ciebie?

      Wróciłam do tego wątku, bo złapało i mnie. Nawet dobrze wiem co wywołało ten ból szczęki ale jest.

      tu znajdziesz sposoby jak poradzić sobie z bolącą szczęką

      Są też inne filmy w necie ale ja widzę jak na mnie działa Lowen i tego się trzymam.
      Na razie masuję wszędzie, gdzie mnie boli i robię karpika. Jest poprawa. Chętnie bym sobie pokrzyczała, ale na razie nie mam gdzie...
      • biala_malpa Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 03.09.18, 21:33
        Dzień dobry,
        I jak tu zacząć? To może w nawiązaniu do tematu wątku: "zgrzytam sobie dalej". Rzadziej, ale zdarza się. Szczęka na co dzień nie boli, ale powroty do rzeczywistości, po nocnym zapomnieniu strapień wszelakich potrafią zaboleć i przypomnieć, że taką część ciała posiadam.
        Ale to wszystko nie ważne. Nie byłem na forum... długo. Kiedyś pytałem jak to się dzieje, że gdy ktoś poczuje się lepiej to często z forum znika. No i miałem pretensje, a sam tak postąpiłem. Czuję się lepiej, a tylko z powodu braku czasu (choć on ponoć nie istnieje) z forum zniknąłem.
        Cieszę się, że pierwszą Ciebie czytam, po powrocie do wirtualnej chałupy i wierz mi, że sporą radość wpisem tym mi uczyniłaś smile
        Cieszę się, że Cię czytam i choć to wirtualny świat, to przyznaję, że tęskniło mi się, by coś z Tobą w nim upisać. Pozdrawiam.
        Małp
        • dzedlajga Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 25.06.20, 08:29
          Witaj Biały Małpie.

          Ja też zniknęłam na długo, zajrzałam w innej sprawie na inną grupę o stwierdziłam, że jak już odpaliłam gazetę, to zajrzę i tutaj ze starego sentymentu. I mam nowy pomysł na te Twoje zęby. Trzeba zacisnąć je mocno, wytrzymać chwilę i puścić. Jeśli na koniec uda Ci się westchnąć to już poezja. Ulga i rozluźnienie. Ja tak rozluźniam sobie całą głowę, gdy czuję napięcie albo zmęczenie w oczach i całej głowie. Mam tzw zmęczoną głowę. Kto ma to samo to wie o czym mówię. Zaciskam wtedy mocno oczy, zęby, kark, podciągam ramiona do uszu i puszczam z westchnieniem ulgi. Myślę, że 2-3 powtórzenia wystarczą, ale jeśli czujesz, że potrzebujesz więcej, albo powtórzyć kilka razy w ciągu dnia, to na to na szczęście recepty nie potrzeba i niepożądanych skutków ubocznych jak dotąd nikt nie zgłaszał.

          Gdybyś miał ochotę, albo ktokolwiek tutaj trochę się sobą z czułością i delikatnością pozajmować to z serca polecam nowy cykl mojej terapeutki na YouTube, Marzeny Barszcz.

          youtu.be/S9u6E-O2Wz4

          Tu masz link do rozmowy, którą zrobiła dwa dni temu.

          Jeśli chodzi konkretnie o głowę, to możesz zacząć tutaj youtu.be/sztrgXMCESo


          A w tym filmiku youtu.be/pHDxDVv0ats od 53:40 masz automasaż twarzy i głowy.

          Wiem, że niektórych może wkurzać sposób w jaki ona mówi, ale jeśli uda Ci się to zignorować i po prostu wykonać ćwiczenia to przekonasz się, że to naprawdę działa.

          Jeśli będzie Cię bardzo drażnić, to możesz zrobić tylko zaciskanie i masaż, bez dłuższej praktyki o puszczaniu głowy.

          Jest tam też Grzegorz Byczek, też z nim pracowałam na zajęciach i może on bardziej Ci podpasować, bo jest bardziej szorstki.

          Po prostu sprawdź jak Ci z tym będzie. Dla mnie rewelacja
    • 02kanola Re: Zgrzytanie zębami i szczękościsk 03.07.20, 17:32
      Ja mam ten problem od roku. Używałam początkowo olejku konopna-farmacja.com/pl/p/Olej-konopny-7-CBD-10ml-Landracer/52 bo miał mnie uspokoić i chyba trochę odstresować ale tak naprawdę dopiero kuracja botoxem w szczękę uwolniła mnie od tego problemu. W nakładkach niestety nie dam rady spa bo mam silny odruch wymiotny.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka