35.a
07.11.08, 10:52
Moi nie. Właściwie myślę sobie dziś, że nie mam bliskich. Serio.
I strasznie mi z tym smutno. Kochana stara babcia, gdy u niej jestem
pyta czasem "czy wypiłam już swoje lekarstwo", dopiero od niedawna
wie, że to na "na głowę". Jedynie Ona.
Powiecie, że się użalam, ale wiem to, czuję, że jestem dla trzech
osób, z którymi jestem najbliżej fonetyczne zero. Gdy mam depresję.
Nie wiem, może pora to zaakceptować. Podnieść wysoko głowę i rzec sobie
"Czniam na to". Zastanawiałam się już nad tym, czy nie wpadam
w depresję po to, aby uprawomocnić jakiekolwiek roszczenia, doznać
opieki itp. Nie. Stan, który kocham ponad życie to wesoła hypomania,
gdy wystarczam sama sobie, gdy nikogo nie muszę prosić o jakąkolwiek
pomoc, gdy kocham świat, napęd jest strasznie duży. Wiecie, nie muszę
drobiazgowo opisywać.
Umieranie w depresji jest straszne. Wstaję tylko po to, aby zrobić siusiu.
Po nic więcej. Może warto w takim razie umrzeć, bo puste
miejsce to chyba zauważą, prawda?
K****, zależało mi na tych 3 osobach (mama, ojciec, siostra), ale
może trzeba sobie powiedzieć "to obcy". Obcy nie obchodzą. O obcych
się nie pamięta. Żaden z tych obcych (alienów?) nie przeczytał
żadnej książki nt. depresji, ChAD. Bo i po co. Ojciec przełączył
kanał, gdy mówię "Ty, zobacz, program o takich jak ja". Siostra
dalej twierdzi, że walę ściemy. Że jestem zdrowa. Właściwie to tak,
jakaś tam wrażliwość jest oznaką zdrowia psychicznego, więc tak,
pod tym względem jestem zdrowiutka...
Chciałam się "wypisać". Komentarzy w stylu "to norma" raczej nie
potrzebuję. Może ktoś podoba budujący przykład, gdy w depresji
ktoś przynajmniej potrzyma za rękę?
Mam sobie powiedzieć, że to mało ważne i że grupę odniesienia
ma się na zewnątrz? Kurczę blaszka, jakoś nie umiem jak Amerykanie
"odległość 1000 km, szkoda mi kasy, aby lecieć do Ciebie, bo właśnie
umarłeś"
Do ojca piszę smsy, jeśli chcę mu coś powiedzieć. Inaczej oglądam
jego plecy. Do siostry też.
(do diabła, ale swąd, spaliłam jajko, niecałkowicie, ale był huk,
gdy pękła skorupka