kotomysza
20.11.08, 08:12
wczoraj miałam "cudowny dzień". najpierw afera na forum, a potem
mała afera w autobusie, który wiózł mnie z pracy do domu.
pracuję na drugim końcu miasta, latem i jak jest niewietrznie i
niedeszczowz jeżdżę do firmy rowerem, czasami jedziemy rodzinnie
autem i wracamy też, a czasami, jak mąż musi zostać dłuzej w pracy
wracam autobusem.
bardzo to lubię, bo się wyłączam. wsadzam nos w książkę i czytam. no
i wczoraj wsiadłam, uzbroiłam się w lekturę, pogadałam trochę z
PoetkąM. przystanek i do autobusu wchodzi monstrualnie gruba
kobieta. rozgląda się i (już wiedziałam) idzie w kierunku mojego
siedzenia. kobieta jest taka jak 2 x ja, a ja do maluszków nie
należę, prawie 180 cm wzrostu i postura byłej plywaczki.
kobieta mości się na siedzeniu, ale jest jej ciasno. patrzy na mnie,
raz, drugi. ja się niekoniecznie chcę odsunąć, bo z prawej strony
ściana, a poza tym dlaczego.
patrzy na moje torby, bo miałam dwie, normalną i z lapem. i nagle
wypala "niech pani schowa inaczej te torby, bo siedzieć nie ma jak".
torby leżały u mnie na kolanach, nie obok, tylko na kolanach. na
poparcie swoich argumentów trąca mnie łokciem.
mam dość sporą tzw. bańkę wokół siebie i nie znoszę trącania,
trykania, łapania za kończyny, dotykania w trakcie rozmowy. więc
wypalam - "tak w zasadzie to byśmy się bez problemu zmieściły, gdyby
pani schudła o około 40 kg, bo teraz pani zajmuje 1,5 miejsca i
jeszcze ma do mnie pretensje, a ja nie mam zamiaru pani ulegać".
kobieta coś mruczała pod nosem, ale przestała mnie spłaszczać.
fajnie to z zewnątrz musiał wyglądać.
nie chodzi mi wcale o tuszę tej pani, tylko o komizm sceny, że ktoś
zajmujący circa 1,5 miesjca oskarża zgniecionego współsiedziciela,
że się rozpycha. kabaret.
miłego dnia.