zosiak05
29.03.09, 18:43
Mam 46 lat. 18 lat temu zdiagnozowano u mnie ChAD...zaczęło się od
silnych napadów panicznych lęków...myślałam wtedy że umieram, serce
mi waliło, wszystko mnie bolało, podłoga "uciekała" mi spod
nóg...nieopisana panika, wzywałam wtedy karetkę pogotowia bo byłam
przekonana,że umieram...w takich chwilach nie myśli się racjonalnie,
nic do mnie nie docierało...tylko jedna myśl- umieram...Lekarze
przepisywali mi zawsze coś na uspokojenie i stwierdzali że to
nerwica. Zaczęłam chodzic do różnych lekarzy, leczono mnie na serce,
na nerwicę...wreszcie trafiłam do psychiatry.Pierwszą receptę
podarłam - wstydziłam się że się lecze psychiatrycznie - "przecież
nie jestem wariatką" - myślałam sobie. Ale kiedy lęki i ogromny
smutek nasilały się...traciłam sens życia...siegnęłam po wszystkie
dostepne mi leki... i to była moja pierwsza próba
samobójcza...niestety nie ostatnia - było ich kilka na różne
sposoby, np. oprócz trucia, wieszałam sie, ale hak się urwał,
podcinałam sobie żyły...zawsze mnie odratowano.Po tej pierwszej
próbie samobójczej z toksykologii trafiłam do szpitala...tam
zrozumiałam, że jestem chora, ale też zobaczyłam,że nie jestem
sama...Zaczęłam regularne leczenie. Większości leków nie
tolerowałam, ale miałam wreszcie lekarstwo na lęki...Z cieżkiej
depresji wyszłam wreszcie i wpadłam w manię tzw.wyż - jeździłam po
Polsce samochodem, odwiedzałam starych i nowych znajomych,
poznawałam nowych ludzi...wyczyściłam wspólne z mężem konto -
narobiłam debetu...kupowałam mnóstwo niepotrzebnych rzeczy,
fundowałam koleżankom...mąż jeszcze wtedy nie znając u mnie tej
drugiej fazy choroby - podejrzewał mnie o romans - wyjeżdżałam na
kilka dni bez słowa tłumaczenia. Wreszcie mąż zorientował się jak
przyszedł rachunek za mój telefon, kóry wynosił prawie 3
tysiace...poradził się lekarza, zaczął czytac wszystko o ChAD i
zaczął działać, bo ja nadal szalałam....nawet oznajmiłam mężowi że
zaczynam nowe życie i odchodzę...juz nawet wynajęłam
mieszkanie...nagle pewnego dnia tak po prostu "spadłam w głęboką
czarną otchłań"...kolejna próba samobójcza...I tak na
zmianę...choruję już tyle lat. Dziś jestem w stanie dosć stabilnym,
mam wsparcie w rodzinie, w mężu i dzieciach (córka 24 lata i syn 23
lata).Mąż uregulował moje długi, pozapłacał rachunki, ale konta mamy
osobne, a swoje zabezpieczyłam tak, ze nie mogę wziąć debetu. Mąż
jest dla mnie ogromnym wsparciem...rozumie mnie i moją chorobę ,
jest czuły i opiekuńczy...nigdy mnie nie zawiódł, dawno już
wytłumaczył dzieciom co to za choroba,tak więc na nie też mogę
zawsze liczyć, mam też rodzeństwo, które mnie wspiera i także zawsze
mogę na nich liczyć. Jest tylko jedna sprawa z którą nie potrafię
się uporać...boję się wychodzić sama z domu...poruszam sie tylko z
mężem samochodem...i to tylko w miejsca, gdzie nie ma skupisk
ludzi...najlepiej wcale...Latem wychodze na ogród,ale jesienią i
zimą? Czasami dzieci zabierają mnie swoimi samochodami na spacer np.
do lasu...Często odwiedza mnie rodzeństwo...ale jednak każdy ma
swoje zajęcia - mąż prowadzi firmę, więc najczęściej nie ma Go w
domu a dzieci studiują i pracują...Tak więc bedąc sama w domu zdana
jestem na kontakt z ludźmi przez internet...wiem,że to nie to samo
co kontakt bezpośredni na żywo...ale lepsze to niż samotnosć...