36.a
22.06.09, 01:03
Uprzedzę na wstępie, że raczej nie potrzebuję współczucia, bardziej jakiegoś wyjaśnienia.
Moja babcia nie żyje od piątku rano. A w sobotę wieczorem już było po konsolacji. Tempo błyskawiczne.
Najmłodsza córka babci zarządziła generalne sprzątanie, gdy przyjechałyśmy z mamą do domu teraz już tylko dziadka. A było czysto... Zaczęła nawet coś skrobać. Dała sobie spokój z odmalowywaniem ścian odnawianych rok temu... Zapędziła mnie do roboty również. Trudno siedzieć z założonymi rękami, gdy ktoś cierpi na pewno stokroć bardziej niż ja. Bo to nie moja mama. Założyłam dresy, spoko, mogę grabić podwórko, ale wewnątrz bunt, spory.
Mój 7-letni kuzynek zbił z desek krzyż i postawił w ogrodzie. Mnie to rybka, myślę że tak dzieci mogą sobie próbować poradzić z trudną sytuacją, ale wiedziałam, że dorosłym się to bardzo nie podobało (taka mentalność, cóż zrobić; i - ja nie jestem po stronie dorosłych. bo nie chcę być). Namawiałam go do zaniechania, krzyż "rósł" w innym miejscu.
Potrafię płakać, ale bardziej wtedy, gdy widzę że rozpaczają osoby mi bliskie - mama szczególnie. Wzruszona byłam, bo tłum ludzi przybył do babci. Ale i jakiś spokój, bo przecież powiedziała mi w rozmowie jesienią, bardzo spokojnej - "Już czas".
Ale zostałam też zapytana przez dalekiego krewnego, czemu się uśmiecham "jak zawsze, pomimo pogrzebu". Nie wiem... Uśmiechałam się, gdy przyszło mi witać kolejno pojawiających się ludzi w domu babci i dziadka. Czuję żal, ale też i ulgę - przestała cierpieć. Spokój, bo jej sękate ręce juz zawsze będę mieć w pamięci. I jej nadgorliwą pracowitość. Że mówiła do mnie "Córko". Albo "Dzieciaku". Gdy raz zwierzyłam się jej z problemu sercowego, pocieszyła... Wlała nadzieję. Była mądra, a skończyła tylko 3 klasy. Że dała mi banknot z miesiąc temu.
Wydałam, bez poczucia winy. Był mi potrzebny.
To hipomaniakalne, że nie potrafiłam powstrzymać powagi, gdy kuzynek zaczął raczkować w tłumie ludzi ze zdaniem na ustach: - Gdzie jest mój klej?
Że trzymałam go nad wykopanym dołem, gdy Babcia już była złożona w ziemi, bo chciał sobie pochodzić po deskach ułozonych po obu stronach dołu. Pochodził w końcu. Wrzucił babci na pamiątkę do dołu pudełko po tic-takach. Jestem stuknięta, że nie uważam tego za cokolwiek złego?
Zapłakana twarz, ale też podobał mi się ten absurd. Tak, to chyba to słowo. Ale też w sposób naturalny tulił się przecież do trumny. Cieszyłam się, że trumna jasna, a babcia ubrana w jasne kolory, w jedwabnym szalu na głowie. Jak Maryja.
Woskowe, zimne paluszki, ale to przecież tylko truchełko. Dlaczego więc płakać? Coś ze mną nie halo?
[Sorry, ale potrzebowałam napisać ten list. Konkretnie skierowany, ale nie mam kontaktu z adresatem. Proszę, niech będzie tu. Dwóm osobom próbowałam coś przekazać - kompletne niezrozumienie...] I dzięki za przeczytanie.