a wiec mam chad

15.07.09, 11:41
Poraz kolejny sprobowalam.Odstawilam leki.Po 0k 2 tyg "wzielo"
mnie.Znalazlam nowego lekarza.Podszedl do mnie ludzko.Nie mogl
nadziwic,ze tyle w zyciu przeszlam...historia na miano ksiazki-
powiedzial.Mam bez watpienia CHAD.Leki do konca zycia.Jakby co to
biegiem do niego.
Nie to mnie jednak zmartwilo.Wiedzialam,ze mam to paskudztwo skoro
poczulam je w sobie kiedy odstawilam leki.Potrzebowalam tylko
potwierdzenia.Zmartwilo mnie to ze kiedy go zapytalam-p dok czy ja
moge zyc w szczesliwym zwiazku? odp. jesli partner zgodzi sie na to
ze od czasu do czasu bedzie pani znikala na kilka dni,a potem wroci i
rzuci mu sie pani na szyje to tak.Jesli wczesniej nie powstrzymala
pani wiez do swoich dzieci (a nie ma silniejszej wiezi)to jak ten
chlopina ma pania powstrzymac.
Mialam zamiar poprosic partnera do gabinetu,myslalam,ze lekarz go
podtrzyma na duchu udzieli praktycznych rad...ale po tym nie bylo
mowy.
Co to znaczy?
Czy pomimo branych lekow bedzie mi tak odbijac?
Czy ja juz nigdy nie bede miala normalnego domu?
Prosze napiszcie jak Wy to widzicie.
    • 36.a Re: a wiec mam chad 15.07.09, 12:13
      Hm myślę o tym co napisałaś. Nie wiem, w jakim związku jesteś. U mnie zaczyna się coś dziać i mój pan (określenie w tym momencie trochę na wyrost) wie, że mam za sobą homoseksualny epizod, a na urlopie czuję się na tyle beztrosko, że trochę aż przygodowo (od przygoda). Na urlop lecę bez niego. I otrzymałam prikaz rozsądnego prowadzenia się. Wiem, że zdrada będzie oznaczać koniec czegokolwiek.
      I mam też w sobie ogromną potrzebę bycia pilnowaną. Mała dziewczynka, która czasem ma dostac klapsa, gdy pójdzie za daleko od domu. Ale pułap mojego zaburzenia to hipomania, jeszcze do skontrolowania. I za ChRL nie wiem, co może mi przyjść do zwariowanego łepka, gdy poczuję się z kimś juz naprawdę błogo i bezpiecznie. A nuż zachce mi się eksplorować teren poza domem...

      I pocieszam. Leki MOGĄ w dużej mierze wyhamować zbyt duży apetyt na seks i skierować aktywność na zwyczajne tematy. No i ludzka miłość, która każe wspierać partnera, NIE RANIĆ GO, nie robić niczego, czego sama od niego nie chciałabyś wziąć.

      Hm, tak - to tak jak można oddać partnerowi karty kredytowe, kasę w depozyt, tak samo poprosić, aby "trzymał Cię w garści" i pilnował...
      Na ile nie będziesz się czuc w roli niegrzecznego dziecka. I czy ten ktos będzie chciał wejść w sytuacjach skrajnych w taką rolę. Nie wiem.
      • majagor Re: a wiec mam chad 15.07.09, 13:27
        Mój każdy jeden facet miał "misję" pilnowania mnie. Bycia aniołem, bycia
        podporą. Jeśli chciał ze mną coś stworzyć musiał mnie najpierw ogarnąć, utrzymać
        mnie w miejscu na dłużej.
        Opowiem o swoich ostatnich dwóch facetach.
        1. Pan Piękny - do teraz tak go nazywam, dzielnie mnie "pilnował". Był zawsze
        tam gdzie być powinien. Był moją podporą, moją ostoją, był piekielnie oddany mi
        i walce z moją chorobą. Dzielnie odwiedzał mnie w szpitalu, dzielnie "walczył"
        ze mną, gdy miałam ataki na ulicy. Przy tym był czuły, opiekuńczy. Ale to całe
        pomaganie, ta cała walka o mnie, walka z moimi problemami spowodowała, że
        zabrakło czasu na miłość. Ciągłe dbanie o mnie, ciągła troska o mnie,
        spowodowała, że zapomnieliśmy o nim, o jego życiu, i o NAS jako para. Teraz jest
        moim największym przyjacielem.

        2. Pan aktualny, ten z którym się rozstaje. Chciałam, aby traktował mnie
        normalnie, bez taryfy ulgowej. Bałam się, że znowu związek z facetem będzie
        polegał na pomaganiu mi, a nie na wspólnym życiu. Więc świadomie powiedziałam mu
        na samym początku, iż jestem normalną osobą, którą traktuje się jak resztę
        świata. Wiedział o mojej chorobie, ale poprosiłam go, by wielce się nad tym nie
        rozczulał. Początkowo nawet się to udawało, ale tylko na początku. Pewnych
        rzeczy nie da się ukryć, o pewnych rzeczach nie da się zapomnieć, pewnych moich
        cech, zachowań nie da się schować do kieszeni. One po prostu są i zapewne będą.
        Mam za sobą takie a nie inne życie, walczę z taką, a nie inną chorobą - więc
        pewne rzeczy są u mnie, a u innych ich nie ma. I wtedy pojawiał się problem. Bo
        znowu nasze życie polegało na pomaganiu mi, na trzymaniu mnie w ryzach i znowu
        druga strona tego układu schodziła na boczny tor. I on się poddał. Szkoda mu
        zapewne życia na takie poświęcenia. I ja nawet to rozumiem.

        Moja mama też ma CHAD. I znam sytuację mego ojca - czyli partnera, który musi
        dbać o swoją chorą żonę. I czasami zastanawiam się, dlaczego on od niej nie
        uciekł. Miałby dużo łatwiejsze/przyjemniejsze życie. Miałby piękny dom, miałby
        spokój, miałby "normalność". Gdy ich znajomi jeździli na wakacje mój ojciec
        pilnował by mama leki brała, gdy znajomi szli na imprezę, ojciec szukał swej
        żony w lesie [często nam uciekała]. Gdy ich znajomi jedli w spokoju niedzielny
        obiad, ojciec był "na odwiedzinach" u mamy w psychiatryku. On sobie już czasami
        nie radził z tym wszystkim. Musiał pracować za dwóch, musiał sam wychowywać
        swoje dzieci. Zaczął pić, dużo pić..
        Teraz niby ma już spokój, ma normalność, ale doszedł do tego w wieku 55-60 lat.
        Troszkę długo czekać musiał no nie? Nie mam odwagi zapytać go czy tego żałuje
        czy też nie..

        Ja w tym momencie przestaję wierzyć w to, że kiedykolwiek uda mi się w 100%. Z
        zasady jestem osobą bardzo samodzielną, bardzo autonomiczną, a bycie w związku,
        mając CHAD do "trójkąta" w pewnym momencie prowadzi do poświęceń ze strony
        zdrowej osoby. Ona musi być odpowiedzialna za siebie, a czasami też i za mnie.
        Ona musi dbać o siebie, ale także o mnie. Ona musi mieć cierpliwości,
        wyrozumiałości za dwóch.
        I ja chyba już nie chcę nikomu marnować życia tylko dlatego, że coś tam we mnie
        siedzi. Dlaczego ktoś ma cierpieć z mego powodu, z powodu MOJEJ choroby? Dla
        mnie jest to w pewnym sensie nie do przejścia..
        • 36.a Re: a wiec mam chad 15.07.09, 14:30
          Super napisane.
          Widzisz, może całkiem naiwnie myślę sobie, że są strony osobowości? osobowości + zaburzenia, ale w tej jasnej stronie? samego zaburzenia? które sprawiają, że chce się być właśnie z NAMI. Że - tak, "jestem wspaniała". Wierzę, że hipomania w jej najlepszej postaci domieszana do życia daje mnóstwo barw. I gdzieś na początku nowego związku chcę wierzyć, że uczucie uskrzydla. Że uda się pójść dalej, rozwinąć potencjał.

          Złagodniałam, stępiłam swoje kanty, mówię mu "dzięki Tobie", słyszę "Nie, taka jesteś tylko bardzo się otworzyłaś". Coś pomiędzy nami miałoby uwznioślać? leczyć? Poprawnie i dość świadomie zbudowana relacja miałaby powodować rozwój dwojga? Górnolotnie. Może.

          Sama seksualność, o której pisze 38 może być, nie twierdzę że jest zawsze i u wszystkich z ChAD, otwarta, bezpruderyjna, naturalna. Dlaczego z niej mądrze nie korzystać?

          Twoje doświadczenia pokazują, że należy dążyć do złotego środka i hm... udzielać opieki także drugiej stronie. Nie jesteśmy w końcu non-stop w mackach zaburzenia.

          P.S. Ja swojego nowego pana nazywam "Pan Modny" big_grin

          I dostaję informacje zwrotne, że to on jest "motorem napędowym", że to jemu bardziej zależy. Nie wiem. Mało okazuję. Powoli mi to idzie. Poprzednie doświadczenia dały po głowie. Okazywało się uczucia, których nikt nie chciał wziąć. Przykra sprawa. Cały czas więc myślę o jakiejś zdrowej równowadze. Ty dbasz o mnie, ja o Ciebie, razem o to, co pomiędzy. Zakochana jestem, więc uderzam w wysokie C. Proszę o wybaczenie.
          No i... Ta osoba niby zdrowa, bo bez ChAD i powiedzmy, że bez grama zaburzeń też ma swoje pomijam ze potrzeby, ale "rany". To chyba tyle.
          • majagor Re: a wiec mam chad 15.07.09, 15:01
            Myślę, że nie ma w Twoim myśleniu żadnej naiwności. Z NAMI można być, NAS można
            kochać, z NAMI może być fajnie.
            Ale ja jestem odrobinę inna niż WY. Oprócz CHADu mam mnóstwo innych "dodatków",
            które czasami są trudniejsze do przejścia niż sama choroba.
            Nie każdy pochodzi z rodziny CHADowej mamy i ojca pijaka, nie każdy był
            zgwałcony, nie każdy jest osobą uzależnioną..itp

            To wszystko tworzy mnie, to wszystko we mnie jest i tyka jak mała bomba, która
            od czasu do czasu wybuchnąć potrafi.
            Moim problemem jest właśnie odnalezienie tego "złotego środka", gdzie dwoje
            osoby sobie pomagają, wzajemnie się wspierają. Boję się już tej pomocy, boję się
            nadmiernej pomocy. Nie chcę by ktoś poświęcał się dla mnie, nie chcę by ktoś coś
            tracił z powodu moich zaburzeń.. Wolę chyba udawać, że pomocy mi nie trzeba..

            A co do CHADowej seksualności. Świetnie potrafię z niej korzystać. Niestety nie
            zawsze w mądry sposób.. Dopiero z ostatnim Panem pokazałam, że grzeczną i wierną
            też być potrafię. Wcześniej zupełnie mi to nie wychodziło..

            • 36.a Re: a wiec mam chad 15.07.09, 15:20
              ojciec wykształcony alkoholik
              dziadek niezdiagnozowany, ale naprzemian smutny albo z błyszczącymi oczami
              drugi dziadek po próbie samobójczej zażywa na stałe kwetiapinę i ma się nieźle

              matka zdrowa, jej matka, której zabrakło miesiąc temu - takoż
              • 38takatam Re: a wiec mam chad 15.07.09, 20:15
                Wlasnie zeby samo CHAD...
                Zimny dom,ojciec z depresja endogenna,molestowanie sek przez wlasnego dziedka,smierc meza,oszustwo drugiego,moj alkoholizm,krzywdzenie dzieci swoja nieobecnoscia i nie spelnianiem swojej rodzicielskiej powinnosci...romanse...Ogolnie-nieudacznik.
                Obecnie na lekach nie mam prawie wcale popedu seksualnego.Troche mi przykro i czasem sie zmuszam dla partnera i robie to dla niego...co wtedy czuje? Lepiej nie pytajcie.Jestem wycofana seksualnie.Ale wiem,ze dla mnie powrot tego popedu...moze oznaczac koniec dla mnie.ON ZDRADY NIE WYBACZYLBY MI NIGDY-CHOC O CHOROBIE WIE,choc sam swiety nie jest...ech...
            • lolinka2 Re: a wiec mam chad 15.07.09, 23:12
              majagor, luzik, nie wpadaj w megalomanię...
              ojciec alkoholik samobójca, matka ChAD, babka ze strony matki ChAD, dziadek ze
              strony matki alkoholik, dziadkowie ze strony ojca z jakimiś zaburzeniami
              neurologicznymi i alkoholicy...
              molestowanie seksualne w dzieciństwie wystąpiło...
              i chwała Panu za to, że się nie uzależniłam od niczego, że się 3mam i pilnuję...
          • drugikoniecswiata Re: a wiec mam chad 15.07.09, 22:53
            dziewczyny, ja też dziękuję za ten wątek, dobrze powiedziane, rozsądnie,
            odpowiedzialnie. czuję, że zgadzam się z wami, choć na razie przeczytałam tylko
            po łebkach, bo mam zapałki w oczach.
            dobranoc smile
Pełna wersja