Dodaj do ulubionych

Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w GDAŃ

08.12.09, 22:59
Witam ponownie na forum. Dosyć długo nie pisałem gdyż obowiązki
życia codziennego ograniczyły do minimum mój kontakt z internetem.
Aleksander rośnie i bez przerwy zaskakuje nas ciekawymi reakcjami na
otaczający go Świat.

Często zdarza mi się, że rodzice nowo narodzonych Wcześniaczków
piszą do mnie lub dzwonią z prośbą o opinię na temat personelu
madycznego OITN na Klinicznej w Gdańsku. Bardzo chętnie odpisuję i
odpowiadam na te prośby gdyż uważam, że mam dozgonny dług
wdzięczności wobec tych ludzi a najlepszą rekomendacją będzie list,
który moja Mama napisała - i zamierzam go zacytować - opisujący
atmosferę panującą na oddziale.
Cytuję:

"Drodzy Państwo!

Od momentu kiedy mój wnuczek, Aleksander Koszczuk, trafił
05.06.2009 na OIOM oddz. neonatologii szpitala przy ul. Klinicznej w
Gdańsku nie ma dnia, abym nie myślała o ludziach tam pracujących.
Przez prawie 4 m-ce ze zdumieniem obserwowałam panie
pielęgniarki z uśmiechem na ustach wykonujące niesłychanie ciężką
pracę, z tkliwością traktujące malutkich pacjentów. Nie przeszkadzał
Im jednostajny szum respiratorów (ja już po 2 godz. miałam dosyć),
ciągła krzątanina połączona z ryzykiem ogromnej odpowiedzialności.
Obserwowałam jak z dnia na dzień przywiązują się do swoich
pacjentów, dzwoniąc w swoim wolnym czasie z domu (nawet podczas
urlopu), aby zapytać o ich stan.
Pamiętam rozpacz Pani Sylwi po śmierci malutkiej Nataszy, albo
łzy Pani Ilonki, gdy odeszła Hania "Kluseczka". Rozczulał mnie widok
Pani Zosi, która w każdej wolnej chwili nosiła na rękach Mateusza -
chłopczyka z wodogłowiem i cieszyła się z jego postępów. Panie
pielęgniarki przynosiły z domu zabawki i ubranka po swoich
dzieciach, a jedna z nich, chyba Pani Magda, bujane nosidełko -
leżaczek, dla Mateusza, który nie lubił leżeć w łóżeczku.
Bardzo dużo fachowej wiedzy przekazała mi z pasją i niezwykłym
zaangażowaniem Pani Sylwia. Słuchając Jej cieszyłam się, że pracują
na tym oddziale młodzi ludzie z prawdziwym powołaniem. Brakuje mi
ciekawych rozmów z Panią Ilonką, niezwykle dobrą i życiowo mądrą
osobą, która tak naprawdę ukrywała się za wizerunkiem, jaki
stworzyła na pokaz.
Nawet pani salowa, kiedy z zażenowaniem przeprosiłam Ją, że
nakruszyłam, z uśmiechem stwierdziła, że tu, na oddziale, są
ważniejsze sprawy.
Nad wszystkim nieustanną kontrolę sprawowała bardzo miła i
wyrozumiała pielęgniarka oddział., Pani Marzena Miller. Przyjaźnie i
serdecznie traktowała zarówno swój personel, jak i uciążliwych
nieraz opiekunów małych pacjentów.
Najbardziej zdumiewało mnie niezwykłe porozumienie pomiędzy
szpitalnym personelem. Wszystki polecenia wydawane były w rzeczowy i
kulturalny sposób.
Przyglądałam się ustawicznej kontroli lekarzy nad stanem zdrowia
dzieci. Tylko dzięki niebywałemu refleksowi dr. Thruna uratowano,
tak powiedziała Pani Ordynator, mojego wnuczka gdy zachorował na
posocznicę.
Dr Adam Thrun to cały osobny temat. Niby małomówny, ale za to
jaka wiedza. Przysłuchiwałam się kiedyś Jego wykładowi na temat
Bottala. Uwielbiałam to arcyinteligentne poczucie humoru. Jego
powiedzonka do dziś krążą w mojej rodzinie. A przy tym ile czułości
w stosunku do pacjentów. "Moja mała pchełka" - wypowiadane do
niespełna kilogramowej dziewczynki rozczulająco brzmiało w ustach
wielkiego i silnego mężczyzny.
Onieśmielała mnie swoją wiedzą, klasą i urodą dr n. med. Iwona
Jańczewska. Przy tym tak bezpośrednia, budująca i konkretna w
kontaktach z moimi dziećmi, rodzicami Aleksandra.
Urzekła mnie swoją skromnością i cudownym spokojem dr Anna
Kawińska. Rozmawiając z Nią - czułam, że Pani doktor wie, co jest w
życiu naprawdę ważne.
Nie potrafię, naprawdę, znaleźć słów, aby podziękować Pani
ordynator, doc.dr.n.med. Iwonie Domźalskiej-Popadiuk za atmosferę,
która panowała na całym oddziale. Za tę dyskretną kontrolę bez
kontroli, za fachowe i psychiczne wsparcie udzielone personelowi i
opiekunom małych pacjentów, za ten niewzruszony spokój, pewność w
działaniu, za to "uratowanie wielu światów", wg słów (nie pamiętam
kogo!), że ocalić jedno życie to jak ocalić cały świat.
Dzięki Pani i Pani Pracownikom usiądziemy w radosnym nastroju,
mimo śmierci jednego z moich wnuczków, do świątecznego stołu.
Najważniejsze, że uśmiechać się będzie do nas Aleksander, który waży
już ponad 4 kg, wspaniale się rozwija, jest bardzo pogodny i silny,
myślę, że już niedługo, przyjedzie do Państwa, aby podziękować
za "Dar Życia".
Dziękuję za to, że mogłam z nim być, nie odczuwając dyskomfortu
osoby, która przeszkadza i deorganizuje pracę an tak trudnym
Oddziale. Wręcz odwrotnie: byłam wspierana, uczona odpowiedniej
opieki nad maleństwem w inkubatorze, nawet "kangurowałam",
traktowana z ogromną życzliwością i sympatią. Za te wszystkie chwile
i wspomnienia bardzo dziękuję!
Jolanta Śmielska-Koszczuk
" - koniec cyt


Mimo że list jest bardzo osobisty zdecydowałem się go opublikować
aby wesprzeć na duchu wszystkich rodziców i ich rodziny, którzy już
mają lub będą mieć kontakt z Tym oddziałem w Gdańsku przy ulicy
Klinicznej.
Nie wiecie kochani nawet jak ludzie ci zmienili koszmar wynikający z
przedwczesnego porodu i wielkiej pustki po stracie Miłoszka we
wspaniałą atmosferę, która sprzyjała prawidłowemu rozwojowi
Aleksandra i przyspieszała jego leczenie - a my rodzice między
innymi dzięki nim mieliśmy siłę i odwagę aby codziennie spoglądać w
oczy Śmierci, która sumiennie sprawdzała na oddziale kogo ma do
siebie zaprosić.-

List ten mam zamiar osobiście dostarczyć do szpitala podczas mojej
najbliższej wizyty w 3-mieście.

Pozdrawiam
Michał Koszczuk
koszczuk@wp.pl
Obserwuj wątek
      • martha_sz2 Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 09.12.09, 11:59
        Zgadzam się z Tabaluga0.
        Dr Kawińska rzeczywiście kobieta ciepła, serdeczna i wspaniały fachowiec, ale jeśli chodzi o pielęgniarki to tylko kilka była takich prawdziwych z powołania, na OIOMie faktycznie większość super, choć trafiła się jedna "serdeczna", która opierdzielała mnie za umycie rąk nie w tym zlewie lub że przyszłam za szybko, a ona właśnie przyszła do pracy i ma nerwa na cały świat.
        Kolejny oddział noworodkowy obok OIOMu: trafiła się pielęgniarka, która wydarła się na mnie tylko za to, że moje dziecko podczas zmiany pieluchy posikało się, a ja nie zdążyłam zakryć go pieluszką.
        Natomiast oddział izolacji to już masakra totalna, wredna pielęgniarka laktacyjna, która krzyczała, że jestem wyrodna matka, bo nie karmię piersią, nie wiedząc nawet z jakiego powodu.

        Takich przykładów mogłabym podać setki, ale to nie o to chodzi, żeby kogoś krytykować, oni mają dobrze zajmować się naszymi dziećmi, a nie rozczulać się nad każdą mamusią.

        O rodzicach tak na prawdę nikt nie pamięta, o tym, co my przeżywamy. Powinni darować sobie głupie uwagi, bo my nie na co dzień mamy styczność z takim oddziałem i nie od razu wiemy jak się na nim zachować.

        Oczywiście jestem im bardzo wdzięczna za opiekę nad moim dzieckiem, za uratowanie go, ale to w końcu o to chodzi w pracy lekarza czy pielęgniarki prawda?!

        Mimo takich dziwnych właśnie doświadczeń na Klinicznej, kupuje im za każdym razem pieluchy tetrowe i flanelowe oraz oddałam rożki, ubranka po Jaśku itp.

        Zrobiłam to dla innych dzieci, a nie dla personelu.

        Ale jeśli chodzi o ten list to chwyta za serce i super,że trafiliście na samych życzliwych ludzi.
        --
        mama Jasia 16.04.2009 r.(31 tc) 1280 g,42 cm
        e-mail martha_sz2@tlen.pl
        gg 4528830
        fotoforum.gazeta.pl/5,2,martha_sz2.html
    • sirbal Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 09.12.09, 15:16
      Mieliście szczęście, że spotkaliście same kompetentne osoby. Nie
      wiem czy chodzi o tę samą panią Ilone (pielęgniarkę) ale jak my
      byliśmy w szpitalu w 2007, to potrafiła zakatarzona i kichająca
      przyjść do pracy i jeszcze była zdziwiona jak nasza lekarka
      prowadząca ją ochrzaniła, nie mówiąc już o jej sposobie na mycie
      dzieci, brrr. Mam nadzieję, że sie coś zmieniło.
    • milosz_aleksander Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 10.12.09, 17:26
      Trauma pozostała również w naszej pamięci, ale nie została ona
      spowodowana atmosferą na oddziale, lecz sytuacją która nas
      zaskoczyła. Nie możemy obwiniać całego świata za to co się stało a
      szpital nie należy do miejsc które odwiedza się w ramach rozrywki a
      trafia się tam czasamie wbrew własnej woli.
      Podziwiam wszystkie rodziny wcześniaczków za wytrwałość i
      zaangażowanie.
      Jak zresztą osoby wtajemniczone w ten oddział zdążyły zauważyć to w
      tym liście nie pojawiły się niektóre nazwiska - nie był to
      przypadek - niektórzy po prostu na to nie zasłużyli.
    • milosz_aleksander Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 11.12.09, 22:06
      Ludzie się zmieniają i myślę, że to co było dziewięć lat temu nijak
      sie ma do tego co jest dzisiaj. Nie ma żadnej wątpliwości, że tylko
      dzięki szybkiej reakcji dr Thruna moje dziecko żyje - a tylko to
      powinno się liczyć jeżeli jego CRP było przekroczone
      kilkusetkrotnie - a jeżeli chodzi o dr Jańczewską to sami prosiliśmy
      o zmianę lekarza na nią gdyż dr Kort... chciała poddawać nasze
      dziecko różnym eksperymentom jak m.in. otwarcie jamy brzusznej - na
      które się nie zgodziliśmy - i inne takie kwiatki.
      Poza tym każdy przypadek jest inny i nikt jeszcze nie wygrał z
      naturą i przeznaczeniem.
      • martha_sz2 Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 27.01.10, 14:54
        Każdy ma swoje odczucia jak już pisałam powyżej. Na pewno jest im miło i może niektóre pielęgniarki zastanowią się nad swoim zachowaniem właśnie dzięki takim listom.

        Jak raz się zapytałam, czy moja mama może wejść zobaczyć Janka to dostałam ochrzan,że straszne ryzyko, że tylko rodzice mogą przebywać na oddziale, a tu mam wrażenie, że ta babcia była tam cały czas, ech życie...

        Być może jak ktoś ma znajomości to inaczej to wszystko wygląda, i pielęgniarki milsze, i opieka lepsza.

        Pozdrawiam i obyśmy nie musieli tam wracać smile
        --
        mama Jasia 16.04.2009 r.(31 tc) 1280 g,42 cm
        e-mail martha_sz2@tlen.pl
        gg 4528830
        fotoforum.gazeta.pl/5,2,martha_sz2.html
        • milosz_aleksander Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 18.02.10, 18:33
          martha_sz2 napisała:

          > Każdy ma swoje odczucia jak już pisałam powyżej. Na pewno jest im
          miło i może n
          > iektóre pielęgniarki zastanowią się nad swoim zachowaniem właśnie
          dzięki takim
          > listom.
          >
          > Jak raz się zapytałam, czy moja mama może wejść zobaczyć Janka to
          dostałam ochr
          > zan,że straszne ryzyko, że tylko rodzice mogą przebywać na
          oddziale, a tu mam w
          > rażenie, że ta babcia była tam cały czas, ech życie...
          >
          > Być może jak ktoś ma znajomości to inaczej to wszystko wygląda, i
          pielęgniarki
          > milsze, i opieka lepsza.
          >
          > Pozdrawiam i obyśmy nie musieli tam wracać smile

          Uwierzcie mi lub nie ale nie mieliśmy tam żadnych znajomości.
          Przyjechaliśmy z Olsztyna na zabieg, w wyniku którego nastąpił poród.
          Odnośnie pobytu Babci na oddziale, to musieliśmy wyznaczyć tylko
          jedną dodatkową osobę, która będzie mogła tam przebywać. Lekarze
          zgodzili się tylko dlatego, że mieszkaliśmy w Olsztynie a nasze
          dziecko było w Gdańsku i chcieliśmy aby cały czas ktoś bliski przy
          nim był a my mając synka który pierwszy raz szedł do przedszkola,
          budowę domu na karku i inne obowiązki w mieście oddalonym o ok 200
          km nie zawsze mogliśmy przy nim być.

          Zatem sugeruję Pani zachowanie ostrożności w wydawaniu osądów na
          temat znajomości i "układów", których nie było.
          A spędziliśmy tam 4 miesiące.

          Proszę mi uwierzyć, że wręcz odmienne zdanie mam na temat innego
          oddziału w tym samym szpitalu, gdzie nie mogliśmy się doprosić
          wizyty lekarza do rodzącej żony przez 8 godzin a pielęgniarki na
          informację że ma ona bóle porodowe podawały jej relanium i mówiły,
          że przesadza (NAWET 15 MINUT PRZED CESARKĄ). Obłęd
          • martha_sz2 Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 18.02.10, 19:30
            Również dojeżdżałam do Gdańska codziennie ponad 60 km i czasem mnie nawet wyproszono z oddziału, bo na dyżurze akurat była jakaś wredna pielęgniarka. Raz gdy byłam z partnerem też powiedzieli, że może tam przebywać przy dziecku tylko jedna osoba i byliśmy u niego na zmianę itd itd itd
            Jak nie znajomości to nie wiem dlaczego akurat dla Was zmieniono przepisy, no ale może są równi i równiejsi.
            Zależy na kogo się trafiło. Było... minęło...

            --
            mama Jasia 16.04.2009 r.(31 tc) 1280 g,42 cm
            e-mail martha_sz2@tlen.pl
            gg 4528830
            fotoforum.gazeta.pl/5,2,martha_sz2.html
      • gruchotka Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 27.01.10, 15:50
        madasia napisała:

        > www.uck.gda.pl/content/view/1345/13/
        > i co Wy na to...

        Ciekawe czy, jak napisałabym swój list pt. Wyrazy NIE WDZIĘCZNOŚCI dla Pracowników Oddziału Intensywnej Opieki Medycznej Neonatologii, też zamieszczono by na stronie UCK uncertain .
        No, ale ja nie byłam babcią z doskoku, z innego miasta, tylko matką, która spędzała tam 12 godzin przez 5 miesięcy.
        Mam nadzieję, że przez 9 lat coś się zmieniło, chociaż nie wierzę, że ludzie tak diametralnie się zmieniają... Tak za nic.
    • misiekjasiek Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 18.02.10, 13:23
      To może i ja się wypowiem, moi chłopcy spędzili na Klinicznej 2
      miesiące (październik-grudzień 2009 r.) i też mam swoje odczucia.
      Mamy ogromny dług wdzięczności wobec naszej kochanej pani doktor
      Anny Kawińskiej-Kiliańczyk, która z ogromnym zaangażowaniem i sercem
      walczyła o naszych synków. Bardzo delikatnie przekazywała nam
      informacje o stanie ich zdrowia, jej wielki spokój i opanowanie były
      dla nas wsparciem. Nigdy nie dała nam odczuć, że nasze maluchy to
      tylko kolejni pacjenci, kolejny kliniczny przypadek. Jeździmy do
      niej na kontrole i za każdym razem jest zadowolona z ich rozwoju,
      dopinguje chłopcom z całego serca. To ona przyszła do mnie na salę
      pooperacyjną i przekazała smutne wieści o stanie krytycznym, ale
      zrobiła to tak delikatnie, tylko dzięki temu nie zwariowałam.
      Mamy ogromne szczęście, że w pierwszej dobie życia chłopców na
      oddziale dyżurował dr Zdzisław Janowiak, który pomimo swojej
      surowości (którą tylko na początku nam okazał) nie pozwolił naszym
      synkom umrzeć. W późniejszym czasie gdy ich stan był stabilny, cały
      czas interesował się ich losem i gdy wchodził na oddział, stałam na
      baczność. Konkretny facet, świetny fachowiec, człowiek o ogromnym
      sercu – chociaż tego nie okazuje. Jest gotowy na podjęcie ryzyka,
      nigdy nie uchyla się od odpowiedzialności. Darzymy go wielkim
      szacunkiem, chylimy czoła przed niesamowitą wiedzą i cieszymy się,
      że chłopcy byli pod jego opieką.
      Dr Thrun. Świetny lekarz z poczuciem humoru, tylko on potrafił
      rozładować napięcie, jego teksty suszyły mi łzy – serio  Co prawda
      parę razy był szczery i straszył mnie konsekwencjami wcześniactwa,
      ale nie oszukujmy się, to nie biuro podróży, to szpital. Lubiłam,
      gdy był na dyżurze razem z pielęgniarką Iloną (o niej za chwilę),
      fajnie żartowali i robili sobie docinki. Oczywiście wtedy, gdy można
      było to robić. Dr Thrun miał dyżur tej nocy, kiedy Jaś miał
      załamanie i musiał wrócić na respirator…
      Nie ma takiego lekarza, którego źle wspominam. Teraz piszę ogólnie,
      ale wszyscy przyczynili się do poprawy stanu zdrowia Jasia i
      Michałka.
      Pielęgniarki to osobny temat. W końcu to one znały nasze dzieci
      najlepiej, to one je pielęgnowały, karmiły, kłuły. Oj, jak długo
      byłam o to zazdrosna, że one mają większe prawa do moich synów!
      Takie uczucia ma każda matka. Czasami czułam się niepotrzebna… nie
      mogłam ich dotykać, przytulać i o tym decydowały właśnie
      pielęgniarki. Wtedy odbierałam to jako czystą złośliwość, ale
      przecież moi synowie walczyli tam o życie i nie było innej
      możliwości. W życiu jest tak, że z niektórymi ludźmi potrafisz się
      dogadać, z niektórymi nie. Na Klinicznej nie ma od tej reguły
      wyjątku, to normalne, że nie wszyscy muszą się lubić.
      Chyba każdy rodzic ma swoją ulubioną pielęgniarkę, której bez
      problemu powierza swoje dziecko, której ufa. Naszą „wybraną” była
      kochana pani Justyna, która ratowała Michasia i stała przy nim całą
      noc. Pomimo ciężkiego stanu pozwoliła mi go wziąć na ręce (dosłownie
      na sekundę, podczas zmiany pieluszki w inkubatorze) i jestem jej za
      to niesamowicie wdzięczna! Podjęła duże ryzyko, gdyby to któryś
      lekarz zobaczył… ale tylko matka jest w stanie zrozumieć i poczuć
      rozpacz innej matki.
      Pielęgniarka Sylwia: cudowna osoba, miłość do dzieci bije od niej na
      kilometr. Sylwia to bardzo ciepła, fantastyczna dziewczyna.
      Delikatna w sprawach pielęgnacyjnych, no po prostu kochana  Co tu
      dużo mówić!
      A teraz chyba najbardziej kontrowersyjny pracownik szpitala na
      Klinicznej – Ilona. Pamiętam moje pierwsze wrażenie, ja wychodziłam
      z oddziału, ona wchodziła na nocny dyżur (jeszcze mnie opieprzyła,
      że odwiedziny tylko do 20stej). Pomyślałam z rozpaczą „Boże, z kim
      ja zostawiam moje dzieci?” Oczywiście oceniłam ją po wyglądzie, bo
      tylko miałam taką możliwość. Kto widział Ilonkę, ten wie - ogromny
      dekolt, bardzo krótka spódnica, tona makijażu i super blond loczki.
      Na początku miałam z nią spięcia, potrafiła porządzić: „proszę
      wyjść! Mama już wychodzi, sio!”, ale z biegiem czasu poznałam ją od
      tej lepszej strony i z czystym sumieniem przyznaję, że to fajna
      babka. Tipsy budziły moje przerażenie, ale pielęgnacja nie sprawia
      jej problemu i nie krzywdzi maluchów. Wiele w życiu przeszła, jej
      wygląd to tylko przykrywka, jest tak jak w liście – chowa się za
      pozorami. Ale potrafi z siebie żartować i bardzo przywiązuje się do
      pacjentów. Świadczy o tym jej dalszy kontakt z rodzicami, przysyłają
      jej mmsy. Ja niestety nie mam do niej nr telefonu, później nie było
      na to czasu a bardzo chętnie wysłałabym jej fotki chłopaków.
      Dziękuję pielęgniarkom za to, że w każdym momencie odbierały od nas
      telefon (potrafiliśmy dzwonić 5-6 razy dziennie, również po każdym
      wyjściu z oddziału) i cierpliwie informowały nas, jak chłopcy się
      czują. Nie musiały tego robić, praca na oddziale jest specyficzna i
      nie zawsze jest czas i miejsce na rozmowy z rodzicami.
      Trochę się rozpisałam, czas kończyć.
      Prawda jest taka, że były w naszych kontaktach z personelem te
      lepsze i gorsze chwile, ale tych złych nie chcemy pamiętać. Jako
      rodzice wcześniaków jesteśmy wtłoczeni w sytuację, na którą się nie
      godziliśmy i musimy przechodzić cały proces leczenia w taki a nie
      inny sposób.
      Jeszcze chciałam wtrącić dwa słowa na temat samych rodziców. Ja się
      nie dziwię, że personel podchodzi do nas ostrożnie, często z wrogim
      nastawieniem. Na Polankach (gdzie trafiliśmy z Michasiem) spotkałam
      rodziców wcześniaków z Klinicznej i byłam zaskoczona i zasmucona ich
      podejściem. Narzekali na wszystko, przyznawali się do tego, że na
      oddziale byli może z 3-4 razy, podczas gdy ich dzieci leżały tam 3-4
      miesiące! Paranoja! Jak można zrzucać na szpital odpowiedzialność za
      własne dziecko? Jak można wymagać zaopatrzenia w kosmetyki,
      pieluchy, ubranka, inhalatory? I uważać, że to zasrany obowiązek
      szpitala? Nigdy nie zniosłabym świadomości, że moje maluchy leżały
      na szpitalnych pieluchach, bo mi się nie chciało kupić własnych. Oj,
      byli tacy rodzice i z chęcią przemówiłabym im „ręcznie” do rozsądku.
      I zero wdzięczności za uratowanie dziecka, teksty, że to praca
      lekarzy i dostają za to kasę… po prostu w głowie mi się to nie
      mieści. I nie dziwię się lekarzom, że nowego rodzica traktują jak
      potencjalnego wieśniaka z zerowym poczuciem odpowiedzialności.
      Gdy piszę te słowa, moi synkowie leżą sobie na macie i się bawią,
      śmieją się. Mają 4 miesiące i gonią swoich rówieśników w rozwoju.
      Mogę się nimi cieszyć i wiem, że to zasługa ludzi z Klinicznej – za
      to będę im wdzięczna do końca życia.
      Na koniec dodam, że my, rodzice, możemy sobie pisać i pisać. Tak
      naprawdę prawo do oceny lekarzy i pielęgniarek mają tylko i
      wyłącznie nasze dzieci. To one walczyły, znosiły ból i cierpienie.
      My możemy uczyć się od naszych skarbów radości życia, umiejętności
      prawdziwej walki i niesamowitej siły.
      Pozdrawiam wszystkich rodziców, których maluchy spędziły pierwsze
      miesiące życia na Klinicznej.

      PS. Tato Aleksandra mam pytanie – czy Wasz Aleksander to nie jest
      czasami ten osławiony „Kircio”?
      • misiekjasiek Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 18.02.10, 13:30
        Zapomniałabym:
        jest jeszcze jedna pielęgniarka, niestety nie znam jej imienia.
        Dyżuruje zawsze na zielonej sali, na wcześniakach. Nosi fryzurkę "na
        bombkę", ma taki bordowy odcień włosów.
        Ma zawsze mnóstwo porad, sypie nimi jak z rękawa. Fajna, życiowa
        babka, wali prosto z mostu co myśli i się nie szczypie.
      • milosz_aleksander Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 18.02.10, 18:51
        Witam Panią,
        Piękny list. Cieszę się, że nie jestem już sam w mojej ocenie tego
        oddziału.
        Widziałem, że napisała Pani do mnie maila, jednak z tego co
        zauważyłem mail wysyłany ze strony Gazety nie posiada adresu do
        zwrotu.
        Proszę jeszcze raz przesłać mi maila w takiej formie abym mógł na
        niego odpowiedzieć - z programu pocztowego lub z witryny poczty -
        pozdrawiam
        Michał
        • misiekjasiek Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 18.02.10, 19:51
          Wysłałam wiadomość smile
          Nawiązując jeszcze do tematu, padły gdzieś tutaj słowa o tym, że
          list został napisany przez babcię "z doskoku". Dziwi mnie taka
          opinia, bo np. im więcej spędzałam czasu na OITNie, tym bardziej
          moja ocena oddziału stawała się pozytywna. Gdybym spędzała tam 12
          godzin przez 5 miesięcy, personel byłby dla mnie jak rodzina. To
          właśnie początkowe krótkie wizyty (po porodzie miałam sepsę i
          trafiłam na dół, na izolację) wywoływały we mnie negatywne uczucia,
          potem było coraz lepiej.
          Ja również nie wymieniam kilku osób, które do dzisiaj nie przypadły
          mi do gustu, ale te kilka złych sytuacji nie może świadczyć o
          całości.
          Jeśli chodzi o odwiedziny, my trafiliśmy na sezon grypowy. Mój mąż
          spędził przy chłopcach najważniejsze pierwsze 2 tygodnie (i mógł
          nagrywać chłopców kamerą i przynosić mi nagranie do izolacji), ale
          już 2 listopada miał zakaz wejścia na oddział. Bardzo to
          przeżywaliśmy, ale ważniejsze było dla nas zdrowie chłopców i po
          prostu wiedzieliśmy, że zakaz jest spowodowany strachem przed
          przenoszeniem infekcji. Bolało nas tylko to, że studenci mogli
          wchodzić bez ograniczeń, oni też mogli być przecież "zagrypowani".
          19 listopada wszedł w życie całkowity zakaz odwiedzin, mogły
          wchodzić tylko matki karmiące - ja do nich nie należałam. Jednak
          rozmowa z panią ordynator pomogła, zgodziła się na przychodzenie
          matek, oczywiście bezwarunkowo zdrowych. Nie musiała się na to
          godzić, nie musiała łamać zasad, ale to zrobiła - bo jest wyjątkowym
          człowiekiem i jak nikt rozumie sytuację rodziców wcześniaków.
          Nie wszyscy rodzice są odpowiedzialni, ale ja powiem jedno - ci
          nieodpowiedzialni w ogóle nie odwiedzają swoich maluszków.
          Byłam świadkiem śmierci pewnej dziewczynki (celowo nie podaję
          imienia, być może jej rodzice sobie tego nie życzą) i widziałam
          zachowanie pielęgniarek, lekarzy. Wszyscy bez wyjątku płakali. Dr
          Janowiak przyszedł po mamę, która stała na korytarzu i czekała. Jej
          córeczka miała taki sam problem z płuckami, co mój Michaś - ale jej
          nie udało się uratować. Ja wiem, że lekarze robili wszystko. Cały
          dzień zbierali się przy jej inkubatorze i diagnozowali, dr Janowiak
          tego dnia był niesamowicie drażliwy, bo ciągle myślał o tej małej i
          nie mógł się z tym pogodzić - tak samo było, gdy nasz Michaś był w
          stanie krytycznym. Pielęgniarki starały się pocieszać jej mamę, ale
          robiły to delikatnie. Nie ma nic gorszego niż pielęgnowanie złudzeń,
          jeśli o to chodzi personel Klinicznej podchodzi do sprawy ostrożnie
          i zawsze realnie.
          Więc gdy czytam na necie o znieczulicy, szlag mnie trafia. To nie
          tak.
          • misiekjasiek Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 18.02.10, 20:12
            Jeszcze a propo tych "znajomości".
            My dojeżdżaliśmy do Gdańska 150 km. Codziennie. Potem mąż musiał
            wracać do pracy, więc przeszłam na autobus. Wychodziłam z domu o 6
            rano, jechałam 4 godziny z przesiadką, potem wsiadałam w tramwaj 8 i
            szybko na Kliniczną. Miałam tylko 3 godziny, bo musiałam wracać na
            jedyny autobus o 14:00, o 18:00 byłam w domu. Wstawiałam pranie
            brudnych pieluch, nastawiałam budzik na 3 i prasowałam. Potem szybka
            kawa i na 6 autobus - i tak cały czas. Na dodatek po posocznicy
            (którą chłopcy dostali ode mnie) nie goiła mi się rana, więc 2 razy
            dziennie ściągałam ropę i robiłam opatrunki, zastrzyki clexane w
            brzuch. Jazda w autobusie mi nie sprzyjała, ale co to jest wobec
            tego, co przeszły moje dzieci?
            Gdy nie mogłam do nich jechać (np. w niedzielę), bardzo to
            przeżywałam. Najgorszy dla nas okres to czas, kiedy Jaś wrócił do
            domu i Michaś przez 2 tygodnie leżał na Klinicznej sam. Leżał w
            łóżeczku, pod budką tlenową. Każde wyjęcie kończyło się sinicą i
            masakrycznym spadkiem saturacji, więc nie było za wesoło. Ale
            zachowałam pełnię władz umysłowych tylko dzięki ogromnemu zaufaniu
            do pielęgniarek.
            Po porodzie pielęgniarka cichaczem zgodziła się na wejście mojej
            mamy i siostry. Później, gdy przyjechałam kilka razy z siostrą, też
            mogła wejść. Zawsze słyszałam, żebyśmy przyjechały po południu, bo
            wtedy jest luźniej. Pielęgniarki też dostają ochrzan od lekarzy, tam
            panują ścisłe zasady i nie można ich łamać. Nie zapominajmy, że
            chodzi o zdrowie i życie maluchów. To nie jest zwyczajna złośliwość,
            ale strach przed konsekwencjami (w końcu są w pracy!), no i strach
            przed infekcją. To jest intensywna opieka a nie warzywniak.
            Są wyjątki od reguły, ale trzeba poprosić, porozmawiać. Wyjaśnić
            sytuację i wtedy można dojść do kompromisu. No ale to trzeba umieć,
            to ogromna sztuka...
            Jeśli chodzi o cały szpital, ja mam okropne wspomnienia z oddziału
            patologii ciąży. Mogę z całą pewnością stwierdzić, że zaniedbanie
            doprowadziło do przedwczesnego porodu, do zagrożenia życia moich
            synków, w końcu do zakażenia wewnątrzmacicznego. Później, gdy
            żądałam wyjaśnień usłyszałam od ordynator oddziału izolacyjnego
            takie słowa: "proszę pani, my tu prowadzimy taki hazard, albo się
            uda, albo nie. W pani przypadku cudem się udało" HAZARD, rozumiecie?
            I tylko lekarze neonatolodzy potrafili naprawić to, co
            spaprali "specjaliści" ginekolodzy.
            • huskus Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 18.02.10, 23:49
              Dołożę swoje pięć groszy...
              Na Klinicznej spędziliśmy 6 tygodni. Byliśmy tam codziennie z mężem
              po kilka godzin, więc mieliśmy okazję poznać cały personel.
              Przyznam, że nie spotkałam się z tym, żeby jacyś rodzice nie
              odwiedzali swojego dziecka regularnie, poza jednym wyjątkiem gdzie
              powodem było odległe miejsce zamieszkania i chyba ogólne
              niedoinformowanie, że można.

              Wcześniej leżałam dwa tygodnie na patologii i wspominam ten czas
              bardzo dobrze. To lekarze z patologii ratowali Hanię nagła cesarką i
              jestem im za to bardzo wdzięczna. Za to oddział położniczy to
              katastrofa. Jeden wielki chaos.

              Co do Neonatologii, mam mieszane uczucia, i dobre i złe. Na pewno
              złe wspomnienia zostałyby z czasem wyparte przez wdzięczność, że to
              wszystko już za nami, bo radość zakrywa wiele błedów, ale mojej
              córeczki nie udało się uratować.

              Dostrzegam wiele dobrej pracy i wielu wspaniałych ludzi, których tam
              spotkaliśmy. Naszą córeczkę prowadził dr Thrun. Nie mogę mu nic
              zarzucić. Kiedy dr Thrun miał dyżur byłam naprawdę spokojna o nasze
              maleństwo. Dla mnie to lekarz, który daje z siebie wszystko, który
              biegnie kiedy jest wezwany do alarmu, a nie idzie spokojnym krokiem
              przez korytarz, jak niektórzy. Naprawdę miałam do niego pełne
              zaufanie i jestem mu wdzięczna za całą pracę i serce jakie włożył w
              opiekę nad naszą córeczką. To właściwy człowiek we właściwym
              miejscu. Myślę, że ma nie tylko ogromną wiedzę i serce dla
              podopiecznych, ale i intuicję. Bardzo wiele mu zawdzięczamy.
              Pani ordynator, dr Domżalska - nie tylko fachowa, ale i bardzo
              dostępna. Obok dr Thruna, ona zrobiła na nas największe wrażenie.
              Bardzo ciepła osoba.
              Dr Kawulska - nie mieliśmy z nią zbyt dużej styczności. Ale to ona
              przyszła do mnie zaraz po cesarce i to ona trzymała mnie za rękę
              opowiadając o stanie zdrowia naszego dziecka. Wrażliwość anioła.
              Pozostali... dr Janowiak raził mnie swoją oschłością i wyniosłością.
              Przez te 6 tygodni się do niego nie przekonałam.
              Ale uczciwie przyznam, nie mogę powiedzieć, że któremuś z lekarzy
              nie zależało.

              Jeżeli chodzi o pielęgniarki, to pewnie będę po Was powtarzać: pani
              Ilona, Sylwia i Zosia - wspaniałe wspaniałe wspaniałe. Z panią
              Ilonka relacje zaczęłyśmy od spięcia, jak pewnie większość. Później
              jednak bardzo ją polubiłam. Na jej dyżurze nie musiałam bać się o
              Hanię. Kobieta obdarzona świetną intuicją i bardzo zaangażowana w
              to, co robi. Wykonuje naprawdę wspaniałą pracę na OIOMie. Pani
              Sylwia - niezwykle przystępna i chyba najbardziej pomocna rodzicom.
              Bardzo dużo się przy niej nauczyłam. Pani Sylwia też jako jedna z
              nielicznych traktowała rodziców jak partnerów, którzy mogą pomóc, a
              nie jedynie zawadzają przy inkubatorze. Na jej dyżurze czułam się
              najswobodniej, nie bałam się o nic pytać, prosić. Oczywiście miała
              też doskonałe wyczucie do dzieci. Pani Zosia - serce na dłoni.
              Czytała bajki, śpiewała.. Przekochana kobieta.
              Życzyłabym sobie naprawdę, żeby tylko takie pielęgniarki tam miały
              dyżur. Z nimi właśnie chętnie bym się spotkała choćby dzisiaj, żeby
              porozmawiać.
              Bardzo dobre podejście do dzieci miała też pani Kasia - brunetka,
              niestety nie często miała dyżur na OIOMie.

              Ogólnie - wiele zależało od dnia i nastroju pań. Niektóre
              pielęgniarki były czasami jak złoto, a z kolei na innym dyżurze
              niezbyt pomocne. Rozumiem, że każdy może mieć lepszy, czy gorszy
              dzień, byle te gorsze dni nie stały się regułą. Tym bardziej że to
              nie praca w sklepie spożywczym, ale walka o życie dzieci. I tej
              postawy - zaangażowania - czasami mi tam brakowało.

              Spędzałam przy inkubatorze po kilka godzin dziennie i czasami po
              prostu wiedziałam, że Hania zaraz zaliczy spadek bo ma już dość
              swojej pozycji i trzeba ją obrócić. Niestety niektóre pielęgniarki
              wolały podkręcić tlen niż otworzyć inkubator i pomóc, ewentualnie
              robiły to z wielką łaską. Cóż, niektóre były tam naprawdę z
              powołania, a niektóre się z tym powołaniem minęły. Niektóre
              przesiadywały w kantorku i generalnie poza porami karmienia mało
              było je widać na sali. A szkoda, bo wielu spadków można było
              uniknąć, gdyby tylko komuś zechciało się te dzieci obserwować. Nie
              do wszystkich miałam zaufanie i czasami z ciężkim sercem opuszczałam
              szpital widząc, kto zostaje na dyżurze. Nie podobało mi się też
              podejście "nie drażnić dziecka, nie dotykać", reprezentowane
              zazwyczaj przez te pielęgniarki, którym najbardziej zależało tylko i
              wyłącznie na świętym spokoju. One nie miały zaufania do nas
              rodziców, a my do nich, koło się zamyka. Tyle tylko, że odbywało się
              to kosztem mojego dziecka, czego wybaczyć nie mogę. Bo ja akurat nie
              mam już okazji zrekompensować Hani tego, że zabrakło jej mojego
              kojącego dotyku, kiedy tego potrzebowała, a kiedy dla świętego
              spokoju pielęgniarek trzymałam się z daleka. I bynajmniej nie chodzi
              mi o takie sytuacje, kiedy było oczywiste, że dziecko potrzebuje
              spokoju bardziej niż mnie.
              Widziałam też sporadyczne przypadki nie mycia rąk, itp. Bywało
              różnie.

              Praca personelu bezpośrednio przekładała się na parametry dzieci. Po
              świetnych dyżurach zawsze było stabilniej, spokojniej. Było widać
              owoce ciężkiej pracy. Jak to jest, że po dyżurach Słowików czy p.
              Ilonki gazometria "cudem" zawsze wychodziła lepiej. Po dyżurach
              osób, które mniej sie przykładały, wiadomo... Oczywiście rozumiem,
              że kiedy stan dziecka jest trudny, to żadna pielęgniarka cudu nie
              dokona, jednak jakość opieki naprawdę było widać za każdym razem.
              Doceniam każdą godzinę pracy tych osób, które naprawdę wkładały w to
              serce.

              Na moje nieszczęście, kiedy odchodziła Hania, nad ranem, dyżuru nie
              pełniła ani pani Ilonka, Sylwia, czy dr Thrun. Czy ktoś od razu
              zareagował na alarm, czy zignorował? Czy od razu pojawił się lekarz?
              Nie wiem. Żałuję jednak, że nie było tam wtedy ludzi, których
              darzyłam całkowitym zaufaniem. Dla mojego własnego spokoju sumienia.

              Michał, podziwiam Was za siłę, którą mieliście, żeby wrócić na
              oddział po śmierci Miłoszka. Dopiero teraz rozumiem jak musiało być
              Wam ciężko. Cieszę się, że Aleksander idzie do przodu. Twoja mama
              też była jednym z aniołów na oddziale.

              My po pół roku próbujemy odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Ciągle
              próbujemy. Dlatego dla nas Kliniczna to bolesne wspomnienie, mimo iż
              w wakacje była dla nas drugim domem.

              Zastanawiam się jak jest na Zaspie, tym bardziej, że kiedyś znowu
              możemy stanąć przed wyborem szpitala.

              Pozdrawiam,
              Aga
              • huskus Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 18.02.10, 23:54
                huskus napisała:

                > Dr Kawulska - nie mieliśmy z nią zbyt dużej styczności. Ale to ona
                > przyszła do mnie zaraz po cesarce i to ona trzymała mnie za rękę
                > opowiadając o stanie zdrowia naszego dziecka. Wrażliwość anioła.

                Chodziło mi oczywiście o dr Kawińska - blondynkę. Zawsze przekręcam
                jej nazwisko..
                • misiekjasiek Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 19.02.10, 09:58
                  Bardzo współczuję wam straty dzieci, nie potrafię sobie wyobrazić
                  waszego bólu i cierpienia.
                  Nam na szczęście dane było zabrać synków do domu i cieszyć się nimi,
                  chociaż strach zawsze towarzyszy...
                  huskus, jeśli chodzi o ocenę patologii ciąży - 2 tygodnie to
                  bardzo krótko. Ja leżałam tam dwukrotnie i za pierwszym razem
                  również byłam zadowolona (bo nie zdawałam sobie sprawy z tego, co mi
                  grozi), dlatego trafiłam na Kliniczną też drugi raz. I ten był
                  najgorszy, tygodnie samotnej walki o dzieci, każdy dzień "w ciąży"
                  był wyszarpany.
                  Mam ogromny żal do lekarzy o odstawienie antybiotyku, bo to
                  spowodowało przedwczesny poród. Do tego te obchody... traktowanie
                  pacjentek jak powietrza, na moje pytanie dlaczego odstawiono mi
                  antybiotyk, czuję się gorzej i wody płodowe zrobiły się krwawe i
                  mocniej lecą - Gościniak (albo Gościński) spojrzał na mnie jak na
                  idiotkę i wycedził przez zęby (ku ogólnej wesołości całej brygady i
                  studentów) "a w ogóle co ma antybiotyk do wód płodowych, jest pani
                  lekarzem?" Bez komentarza, przy przyjęciu stwierdził, że MUSZĄ mi
                  podać erytromecynę, bo to zatrzyma zakażenie. Eh, szkoda słów.
                  Ja miałam zatuszowaną sprawę, rodziłam całą sobotę i usłyszałam od
                  pielęgniarki, że "to nie są skurcze, pani nie rodzi, pani sobie to
                  psychicznie wywołuje". Nafaszerowali mnie fenoterolem i dopiero gdy
                  dostałam rzucawki zaczęli działać. Nie zapomnę słów ginekologa
                  Grzybowskiego "ja bym panią dał na naturalny poród ale szkoda mi
                  tego drugiego dziecka" SKANDAL!
                  Była tam taka jedna lekarka, azjatyckiej urody (ona robiła mi
                  cięcie). Pokuśtykałam do niej z wkładką z ciemnozielonym śluzem a
                  ona mnie odesłała bo nie miałam rozwarcia! Chłopców udało się cudem
                  uratować, ale skutki były jakie były - tylko dzięki niesamowitemu
                  refleksowi dr Janowiaka chłopcy żyją.
                  Co więcej, na moim wypisie nie ma ani słowa o sepsie, jest tylko
                  lakoniczne "infekcja rany pooperacyjnej". Śmiechu warte, nie chciało
                  mi się już o to walczyć. CRP mam wpisane 33 (wypisowe), o tym że
                  miałam 319 nie ma ani słowa. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność.
                  A pani Zosia, pielęgniarka oddziałowa, to totalna pomyłka. Wprowadza
                  taki zamęt, że szkoda gadać. Czasami miałam wrażenie, że ona sama
                  nie wiedziała, jak się nazywa. Wynikła pewna historia z podaniem
                  zastrzyku clexane (końska dawka 1,2) nie tej pacjentce, co trzeba.
                  Smaczku sprawie dodaje fakt, że dziewczyna szła do porodu. Sprawę
                  pani Zosia chciała zatuszować, ale przy obchodzie koleżanka z sali
                  nie wytrzymała i "naskarżyła" lekarzom. Jednak konsekwencji nie
                  wyciągnięto do dzisiaj.
                  Dużo można mówić o warunkach, łazienka woła o pomstę do nieba,
                  toalety są tragiczne. Przez 2 tygodnie kąpałyśmy się po ciemku, bo
                  żarówka się przepalila i nie było komu wymienić.
                  Na szczęście to przeszłość, obym nigdy nie musiała ponownie trafić
                  na patologię ciąży.
                  Nie chcę więcej przeżywać horroru USG wykonanego przez zezowatą
                  panią, która oznajmiła mi, że moje dzieci nie rosną. Przez 4 dni
                  chodziłam jak z krzyża zdjęta, wreszcie wyżebrałam u dr
                  Leszczyńskiej ponowne USG i okazało się, że wszystko jest w
                  porządku. Gdybym wtedy wiedziała to, co dzisiaj wiem, zezowata nie
                  wyszłaby z gabinetu w całości...
                  -----
                  Jeszcze kilka słów na temat wiedzy, jak funkcjonuje OITN. I tak
                  napisałam już elaborat, ale ta kwestia wydaje mi się bardzo ważna.
                  Skoro leżałam na patologii tygodniami i lekarze wiedzieli, że urodzę
                  przedwcześnie - dlaczego wtedy nikt nie przyszedł, nie opisał zasad
                  panujących na OITN? Dlaczego nikt nie powiedział, jak to wszystko
                  wygląda i czego mogę się spodziewać, jako matka wcześniaków?
                  O to powinna zadbać właśnie kadra patologii, przysłać jakiegoś
                  psychologa (a nie wszędobylskiego księdza, który sugerował, że moja
                  zagrożona ciąża to kara za brak ślubu kościelnego)
                  Gdybym miała chociaż teoretyczną wiedzę na temat tego, co może mnie
                  spotkać - byłoby zupełnie inaczej.
                  • martha_sz2 Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 19.02.10, 10:12
                    Leżałam na patologii na Klinicznej ponad miesiąc, mam podobne odczucia, że wszystko było metodą prób i błędów, albo się uda albo nie uda. Za jedno im dziękuję, że udało się przeciągnąć poród do 31 tc, a trafiłam w 25 tc. Badanie usg wyglądało tak, że miałam codziennie robione przez kogoś innego i codziennie słyszałam coś innego, jednego dnia, że super, a na drugi dzień, że tragicznie i tak w kółko.
                    Moje spostrzeżenia są takie, że im wyglądem młodszy lekarz tym gorszy człowiek!!! Brak podejścia do pacjenta, każda z nas miała swoją własną tragedię i była pozostawiona sama sobie.
                    A pan prof który niby taka "szycha" trójmiejska robił za klauna na każdym obchodzie żartując z pacjentek.
                    Byłam świadkiem śmierci dzieci pacjentek z tego oddziału, w ciszy, w brzuchu u mamy, pozostawione same sobie, szok!! I też każda była lekceważona, gdy się skarżyła na jakieś bóle lub brak ruchów.
                    Na koniec jeszcze jedna usłyszała, że ma nie płakać, bo jest młoda, a 23 tc to jest płód, a nie dziecko!!! Znieczulica totalna!!!
                    Warunki sanitarne też pozostawiają wiele do życzenia, kąpiąc się pod prysznicem miałam wrażenie, że jestem w reality show, można by wymieniać w nieskończoność...
                    Obyśmy nigdy nie musiały tam wracać.
                    --
                    mama Jasia 16.04.2009 r.(31 tc) 1280 g,42 cm
                    e-mail martha_sz2@tlen.pl
                    gg 4528830
                    fotoforum.gazeta.pl/5,2,martha_sz2.html
                    • misiekjasiek Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 19.02.10, 10:31
                      martha, podpisuję się pod Twoim postem, nic dodać nic ująć!
                      Ja przed całą historią ze szpitalem, w 20 tc pojechałam do profesora
                      prywatnie, na USG. Byłam bardzo zadowolona, ale prawdopodobnie
                      trafiliśmy na jego "dobry dzień". To, co wyprawiał na oddziale w
                      głowie się nie mieści. Dochodziło do tego, że przychodził sobie raz
                      w tygodniu w poniedziałek i podważał wszystkie diagnozy i ustalenia
                      z całego tygodnia. Wszystkie byłysmy czysto głupie.
                      W tym szpitalu raziło mnie jeszcze jedno, mianowicie zerowy przepływ
                      informacji. Miałam dosyć, gdy po raz kolejny na neonatologii
                      musiałam odpowiadać na pytanie "czy rodziła pani w naszym szpitalu?"
                      albo na izolacji "gdzie leżą pani dzieci?". Do tego gdyby ktokolwiek
                      na położniczym interesował się stanem klinicznym moich synów,
                      wcześniej wykryliby u mnie posocznicę. CRP i morfologię wykonano mi
                      dopiero wtedy, gdy skarżyłam się na duszności i gorączkę. I tak
                      cudem trafiłam na dr, która robiła mi cięcie. Ona zajarzyła, że od
                      zielonych wód mogłam coś złapać.
                      Ja rozumiem, że nie byłam tam jedyna pacjentką, ale na Boga - od
                      czego są karty informacyjne?
                      • milosz_aleksander Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 22.02.10, 10:59
                        Widzę, że mamy podobne zdnaie na temat Patologi Ciąży na Klinicznej.
                        Ja jako mąż i ojciec często czekałem na korytarzu w trakcie obchodów
                        i wprost nie mogłem uwierzyć w to, że dr Preis (kazał się tytułować
                        profesorem) wychodząc niczym gwiazda z brazylijskich telenoweli
                        informował swoje pacjentki NA KORYTARZU o tym, że muszą usunąć ciążę
                        lub informował je o ciężkim stanie ich dzieci bez mrugnięcia okiem i
                        bez żadnego wsparcia. Później pojawiała się pielęgniarka i próbowała
                        wytłumaczyć pacjentce o co tak naprawdę chodzi.
                        My również naszą rozmowę, w której Preis oznajmił nam, że musimy
                        poświęcić jedno dziecko aby ratować drugie przeprowadzaliśmy na
                        korytarzu gdzie pielęgniarki i pacjenci cały czas nam przeszkadzali.
                        Później już tylko było gorzej. Badania USG musieliśmy powtarzać
                        wielokrotnie gdyż każdy z lekarzy miał skrajnie odmienne zdanie na
                        temat stanu naszych dzieci. KOSZMAR. Dr Świątkowska unikała kontaktu
                        z nami i aby umówić się na rozmowę musieliśmy to robić przez
                        sekretariat. W dniu porodu spotkałem "panią doktor" na korytarzu i
                        mowiłem, że moja żona najprawdopodobniej rodzi -co zresztą okazało
                        się prawdą- nie uzyskałem żadnej odpowiedzi i żadnej pomocy, a miała
                        wtedy dyżur i wystarczyło zrobić dwa kroki do pokoju w którym leżała
                        moja żona. Czekaliśmy na lekarza ok 9 GODZIN. I pewnie nikt by się
                        nie pojawił, gdybym w złości nie przyprowadził za rękę lekarza z
                        innego oddziału, który stwierdził zaawansowany poród.

                        Konkluzja: Dr Preis i Dr Świątkowska jeżdżą po świecie aby zdobywać
                        wiedzę na temat nowoczesnych metod leczenia. Śmię twierdzić, że
                        również jednym z podstawowych elementów nowoczesnego i skutecznego
                        leczenia jest kontakt z pacjentem. Rozumiem, że mają dużo pracy
                        (szczególnie prywatnie) i nie mają czasu na rozmowę z pacjentem ale
                        muszą też pamiętać, że KAŻDY LEKARZ MA SWÓJ CMENTARZYK i wiem, że
                        przez zaniedbanie tej dwójki na ich cmentarzyk trafił Miłoszek.
                        Możny by ich straszyć prokuraturą ale przez tzw. "solidarność
                        lekarską" prokurator nic tutaj nie ździała. Zatem pozostaje nam
                        odwołać się do ich sumienia - czy zrobili wszystko aby do tego nie
                        doszło -
                        Rozpisałem się ale wciąż mam wiele pretensji do tej dwójki bo wiem,
                        że lekarz to nie códotwórca ale ja szybciej dojechałem z Olsztyna
                        niż dr Świątkowska przeszła piętro wyżej. TAK NIE POWINNO BYĆ.
                        • marynka07 Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 22.02.10, 12:01
                          Dr Świątkowska przeprowadzała zabieg rozdzielenia krążeń u moich dziewczynek i
                          też mogłabym się tu w tej kwestii wypowiedzieć ale jakoś nie mogę nie mam tyle
                          siły żeby o tym pisać i nawet myśleć,w trakcie zabiegu słyszałam coś co jest
                          przerażające dla mnie jako matki Koszmar naprawdę Koszmarsad ajj Michałku kiedyś
                          jak damy radę się spotkać to Wam opowiem pozdrowienia dla Gosi i
                          chłopaków.Jedyna miła jak dla mnie Pani dr.nie pamiętam jej nazwiska niska
                          szczupła ciemne włosy(wiem że krótko po moim urodzenia była w ciąży)trochę mi
                          pomogła, jeździłam do niej co 2tyg do Gdyni na usg państwowo do jakiejś przychodni.
                          --
                          fotoforum.gazeta.pl/5,2,marynka07.html
                          blog Martynki smyki.pl/domeny/dzidzi.pl/martynkazuzia/index.php?
                            • marynka07 Re: misiekjasiek 22.02.10, 14:13
                              tak tak to była Onasmile musiałam mieć robione usg dopplerowskie co 2tyg a u nas takie usg kosztowało sporo kasy i dr.Leszczyńska podpowiedziała mi że jeśli będę miała skierowanie to mogę przyjeżdżać do niej do Gdyni państwowo i tak też byłosmile usg robiła bardzo dokładnie.
                              --
                              fotoforum.gazeta.pl/5,2,marynka07.html
                              blog Martynki smyki.pl/domeny/dzidzi.pl/martynkazuzia/index.php?
                              • marynka07 Re: misiekjasiek 22.02.10, 14:13
                                ale ja niestety od niej dowiedziałam się że córeczka zmarłasad
                                --
                                fotoforum.gazeta.pl/5,2,marynka07.html
                                blog Martynki smyki.pl/domeny/dzidzi.pl/martynkazuzia/index.php?
                                • misiekjasiek Re: misiekjasiek 22.02.10, 19:16
                                  Współczuję śmierci Zuzi sad
                                  Martynka jest kochana, obejrzałam bloga. Przeszła bardzo podobną
                                  historię jak mój Misiek, tylko że on wrócił do domu szybciej (z
                                  tlenem).
                                  Czy wy jesteście z okolic Złotowa?
                                    • yadrall Re: misiekjasiek 05.03.10, 22:30
                                      Coz,ja dzieki Klinicznej mam synka,ale ...
                                      U mnie w 6 tc wyszlo,ze mam b.wysokie wyniki cukru (wczesniej mialam
                                      4 poronienia,wiec ciaza wysokiego ryzyka-padlo podejrzenie,ze to
                                      przez cukrzyce wlasnie). Po przeczytaniu wszystkiego co w necie
                                      pisze o Klinicznej pojechalam na Zaspe,bo musialam dostac insuline.
                                      Diabetolog z Zaspy stwierdzila,ze cukrzycy nie mam (mimo cukru na
                                      czczo 190,a po obciazeniu glukoza 198),a wyniki sa niemiarodajne,bo
                                      robione w Szpialu w Wejherowie,a nie na Zaspie...
                                      Zamiast podania insuliny dostalam zalecenie jedzenia duzych ilisci
                                      salaty i kontrole za 2 tyg. Mialam swiadomosc,ze jezeli cukrzyca
                                      zabija mi dzieci to za 2 tyg bedzie po wszystkim,wiec nawrzeszcalam
                                      na lekarke (coz,nerwy mnie poniosly) to pani doktor wyslala mnie
                                      do ... psychiatry. Szkoda slow...
                                      Wiec trafilam na Kliniczna.
                                      Tu mnie przyjeli na oddzial i przez kilka dni probowali ustawiac
                                      diete,ale ze sie nie udalo to wrescie sie ktos nade mna zlitowal i
                                      dal pena z insulina. Nie moglam nazekac-lekarze wiedzac,ze bardzo
                                      sie martwie o dziecko (akurat to byl ten czas co poprzednio ciaze
                                      obumieraly) robili mi co dwa dni krotkie USG tylko po to,zebym mogla
                                      zobaczyc,ze sedruszko bije.
                                      Potem na Klinicznej bylam jeszcze 2 razy w ciazy i ostatni raz przed
                                      porodem.
                                      Warunki sanitarne-pozal sie Boze... Jedzenie to tez pomylka-choc
                                      jako cukrzyk z insulina to dalo sie jakos zjesc to co serwowali.
                                      W czasie pobytu na odzdziale w 35tc wyszlo,ze maluch przez ponad
                                      3tyg (od ostatniego USG u gina) nie urosl-co dopieo zauwazylam przy
                                      wypisie. Wiec czla w nerwach polecialam do swojego lekarza na
                                      kontrole-okazalo,sie ze USG zostalo zle zrobione,a dziecko roslo
                                      prawidlowo.
                                      Dzieki Bogu zrobili mi CC i niczym nie zarazili ani mnie,ani
                                      dziecka.
                                      Ale ogolny brak jakiejkolwiek informacji-ja lezalam na sali
                                      pooperacyjnej i dopiero po 15h od porodu ktos przyszedl powiedziec
                                      mi co z moim synem (lezal na neoanatologi w inkubatorze i pod
                                      glukoza-mial olbrzymia hipoglikemie).
                                      Dodatkowo po CC podawano mi Clexane choc w karcie bylo zaznaczone,ze
                                      mam juz nie dostawac!!! Co ciekawe to wyszlo dopiero jak szlam do
                                      domu i chcialam dostac recepte na dalsze zastrzyki!!! Tyle,ze akurat
                                      ja te Clexane mialam dalej brac-co nie zmienia faktu,ze dostawalam
                                      lek,ktorego nie powinnam wg dokumentacji dostawac!
                                      No i nie mam pojecia jak oni to zrobili,ze synka po 2 dobach na
                                      neonantologi dostalam z okropnie odparzona pupa. Nie wiedzialam
                                      (nikt mnie nie poinformowal),ze moge sama pielegnowac synka,co
                                      wiecej nikt mi nic nie pokazal-jak go przewijac,jak go karmic
                                      (niestety maly jest na butli...),a jak po drugiej dobie przyszlam do
                                      synka to obok malego lezal smoczek od butelki wypchany pieluszka-
                                      robil za smoczek uspokajacz... Wpradzie mialam dostac dziecko
                                      dopiero wieczorem,ale jak to zobaczylam to powiedzialam,ze juz go
                                      zabieram,a na badania wieczorem przywioze (chodzenie po CC jeszcze
                                      sprawialo mi trudnosc,wiec pierwotnie mieli mi przywiesc malego).
                                      Dzieki Bogu zrobili malemu cala mase badan (wiec wiedzialam,ze
                                      zabieram zdrowe dziecko),a i karmiac butelka nie spotkalam sie z
                                      jakimis wyrzutami czy pretensjami,ze potrzebuje mleko-coz,karmienia
                                      piersia nikt mi nie pokazal,a sami z malym sobie nie poradzilismy...
                                      Tyle,ze w wypisie ze szpitala mam,ze karmienie naturalne-coz, maly
                                      nie wypil ani lyka mojego mleka...
                                      --
                                      https://lb1f.lilypie.com/QfiWp1.png
    • daily75 Re: Świąteczny list dla personelu na Klinicznej w 04.04.20, 21:06
      Dzień dobry, mój synek przyszedł przedwcześnie na świat w 30 tygodniu (2008 rok) w tym szpitalu. Znamy wszystkie wymienione przez Panią pielęgniarki. Na zawsze pozostaną w naszych sercach i wspomnieniach. Uwielbiałam Panią Sylwię...ogarniał mnie spokój (mimo, że moje dziecko umierało 2 razy podczas 2 miesięcznego pobytu na oiomie) kiedy miała dyżur zawsze wiedziałam, że jesteśmy pod super opieką Ilość ciepła, empatii i dobroci, której doświadczyłam w tamtym czasie jest niewyobrażalna. Uwielbiałam też panią Reginę, Kasię, Zosię. Pełen profesjonalizm, niebywałe oddanie, pasja, takt....mogłabym pisać i pisać. Pamiętam jak Pani Sylwia szyła w nocy opaskę dla mojego synka. Mam ją do dzisiaj. Jest taka malutka... Chociaż dziękowaliśmy wiele razy, chętnie zrobię to kolejny raz. DZIĘKUJEMy!!! Nasz Michał ma teraz prawie 12 lat i Pan doktor Adam Thrun nie pomylił się mierząc jego stopy w inkubatorze co kilka dni...tak jak Pan dr przewidział...chłop jak dąb smile* Na zawsze w naszych sercach i pamięci.

      mama MICHAŁA 30 tc (1270 g, 41 cm)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka