Nie wiem jak było w Waszych szpitalach, ale...

18.12.05, 21:50
Przeczytałam w "Dziecku" artykuł o wcześniakach, o tym że powinno się je w
specjalny sposób nosić, przewijać itp. i że powinien młodej mamie pokazać
to personel szpitala. I zebrało mi się na wspomnienia.
Nie wiem jak było w szpitalach, w których rodziłyście, ale ja uśmiałam się z
autora, ale gorzki to był śmiech. Wojtusia urodziłam w 34tc. Mały był
hypotrofikiem,a chociaż w porównaniu z niektórymi waszymi pociechami może
wydawać się olbrzymem (1750g i 46cm) tak zupełnie zielonej mamie jak ja
wydawał się okruszynką. Nie chodziłam do szkoły rodzenie, bo prawie całą
ciążę przeleżałam z powodu komplikacji i żeby nie zapeszać wszystkie
poradniki doczytywałam do momentu narodzin dziecka, reszte zostawiając sobie
na ostatni m-c, a tu ostatni m-c nadszedł szybciej niż się ssię spodziewałam.
Jak tylko stanęłam na nogi po cesarce, przeniesiono mnie do izolatki na
oddział patologii noworodka, wtoczono synka w inkubatorze do sali i
usłyszałam: "To pani dziecko, proszę robić przy nim , to co trzeba".
Zostaliśmy sami. Poza porannym obchodem zdarzały się nawet takie dni, w ciągu
których nikt do nas nie zajrzał, bo przecież z małym nic się nie działo poza
tym, że nie trzymał ciepełka. Ja pielęgnacji mojego dziecka uczyłam się sama
metodą prób i błędów i to już w inkubatorze przez szybki. Pierwsza zmiana
pieluchy była koszmarem. Nie wiedziałam, jak się do niego dobrać przez tą
małą szybkę, żeby go nie uszkodzić. Próbowałam poprosić położną, żeby
pokazała mi jak układać małego na boczku, czy brzuszku w inkubatorze (szpital
nie stosował "gniazdek"), ale na moje pytanie jak to robić odpowiedziała
mi "Trochę wyobraźni proszę pani" i po prostu sobie poszła.
Wiem, że wydam wam się wyrodną matką, bo przecież tyle się nasłuchałam, że
matka instynktownie wie , jak pielęgnowć swoje niemowlę, ale mój instynkt
widocznie nie zdążył się narodzić, bo cały czas chlipałam nocami w poduszkę,
przekonana, że z braku doświadczenie zrobię maleństwu krzywdę. Dobrze, że
odwiedzała mnie moja mama, która pokazała mi co i jak, ale i ją przerażało
maleńkie niemal przezroczyste ciałko mojego synka.
Tak na prawdę pobyt w szpitalu był wiekim koszmarem. Mały strasznie ulewał po
jedzeniu, chlustał ustami i noskiem. Efekt był taki, że po 1,5-2 godzinach
był już głodny, więc zaczynał krzyczeć. Panie położne miały teorię, że
powinien jeść dokładnie co 3 godziny i zabraniały mi go karmić po 2. Mały
krzyczał jak opętany, a one kazały mi go jakoś uspokajać przez tą godzinkę.
Próbowałyście kieyś uspokić głodne dziecko w inkubatorze? Nie wiem, może
miały rację, ale dla mnie ta godzina to były tortury i wszystko we mnie się
sprzeciwiało. Idąc do łazienki widziałam na położnictwie inne mamy karmiące
piersią swoje maluchy, kiedy tylko zapłakały, a ja musiałam się tak znęcać
nad synkiem. A przecież czasem chodziło o głupie pół godziny.
Nie wiedziałam nic o hypotrofii więc spytałam panią doktor na obchodzie, czy
i kiedy moje dziecko dogoni rówieśników, a ona nawet na mnie nie patrząc
wypaliła: "Czy pani zdaniem jestem wróżką?"
Więc prawie się ucieszyłam, kiedy zręcznie się nas pozbyli po 10 dniach!!!.
Wojtuśko ważył wtedy zaledwie 1770 (chociaż wątpię że tyle, bo położna
wyjątkowo tego dnia zważyła go w pampersie) i z powodu żółtaczki przypominał
pomarańczę. Akurat trwał remont na oddziale i nie mieli co z nami zrobić.
Chciałam, by przeniesiono nas na położnictwo, ale usłyszałam, że nie możemy
sobie tak po prostu skakać po odziałach. Najpierw położne próbowały na mnie
wywrzeć presję, żebym wypisała się z dzieckiem sama, bo starasznie
śmierdziało farbą i to na pewno zaszkodzi dziecku, ale mąż ofuknął je i
powiedział, że nie zabierze sam dziecka, dopóki lekarze nie stwierdzą, że
niczym mu to nie grozi, i panie położne sobie poszły. W zamian przysłały
panią doktor, która od progu przywitała nas słowami: "Słyszałam, że się
Państwo bardzo upieracie, by dziś wyjść do domu". Myślałam, że mężą krew
zaleje. Pani dotor długo kiwała głową nad naszą dzidzią, która kilka dni
wcześniej opuściła inkubator, śmiała się głupio nie wiadomo z czego i mówiła
sama do siebie : " no nie wiem, nie wiem" A potem wypisała nas do domu.
Od tego czasu mój maluszek już kilka razy leżał w szpitalu z powodu różnych
dolegliwości: żółtaczki, ulewania i zachłystywania, niedokrwistości, ale już
nie w tym samym. Wprawdzie chodzę z nim do poradni neonatologicznej, ale tak
bardzo brak mi zaufania do przyjmujących tam lekarzy (to ci sami co na
oddziale), że nie konsultuję wszystko co zalecą). Znalazłam fantastycznego
pediatrę i jego opinii się trzymam. Ale trochę mi żal, że moje macierzyństwo
zaczęło sie właśnie w ten sposób.
    • mamaigora1 Re: Nie wiem jak było w Waszych szpitalach, ale.. 19.12.05, 08:13
      Ja osobiście nie miałam tak traumatycznych przejść, na OIOMie gdzie Igor leżał
      5 tygodni była rewelacyjna opieka pilęgniarska i Panie pielęgniarki pokazały mi
      i mężowi wszystko co i jak z takim Maleńswtem robić, kolejne 5 tygdoni na
      patologii (opiece ciagłej) były raczej takie sobie z zabarwieniem negatywnym...

      Cakowicie Cie rozumiem i jestem w stanie wyobrazić sobie takie własnie
      traktowanie - bo ono niezwykle pasuje do obrazu polskiej słuzby zdrowia ;-(((

      Ja równiez znalazłam sobie prywatnie pediatre i trzymnałam sie jego wytycznych -
      jednak przede wszystkim starałam sie sama wszystkiego wywiedzieć -
      najszczęściej w necie - i tak jakoś udało nam sie dokulać w dobrym zdrowiu do
      dnia dzisiejszego i mam nadzieje, że dalej tak będzie, czego i Wam zyczę.
    • beataklaudia Re: Nie wiem jak było w Waszych szpitalach, ale.. 19.12.05, 10:18
      Cześć,
      a ja miałam nadzieję, że taki obrazek służby zdrowia jak ten opisany przez
      Ciebie..to juz przeszłośc..
      Moja Klaudia trafiła na świetny oddział w Krakowie na Kopernika, miała świetną
      opiekę, bardzo miłe i sympatyczne pilęgniarki - chętne do pomocy, chętne aby
      pokazać co i jak...pierwszy raz przewijaliśmy Ją (właściwie to mąż przewijał
      pierwszy raz) jak już ważyła 1100 g , oczywiście pod okiem pielęgniarki , która
      wszystko pokazła i wytłumaczyła..podobnie z jedzeniem..pierwsze karmienia były
      trudne, bo trzeba było małą nauczyc ciągnąc ze smoczka..pielęgniarki pomagały
      jak sobie nie radziliśmy..i nie było tak, że dokłądnie co 3 godz...no bo jak
      mała nie zjadła wszystkiego ..to po godzince donosiły jedzonko, żeby spróbowac
      małej dać...jak awansowałysmy z inkubatorka juz na oddział otwary patologii
      noworodka, to tam też było ok...wszędzie pielęgniarki chętne do pomocy i
      lekarze , którzy zawsze znaleźli czas , żeby prozmawiać i wytłumaczyć...i to
      było ważne w tych trudnych chwilach..
      Pozdrawiam,
      Beata
    • ania.silenter u nas było zupełnie inaczej... 19.12.05, 10:39
      Ola leżała w IMiDz, w Klinice Patologii Noworodka u prof. Helwich. Cudowna
      opieka i stosunek do pacjentów i ich rodziców. Obserwując pielęgniarki
      nauczyłam się przewijać Olunię, karmić ją sondą a potem butelką. Rzeczowy
      sposób bycia lekarzy pomógł mi nie wpaść w zupełną histerię i zachować resztki
      zdrowego rozsądku.
      U Oli codziennie był obchód. Codziennie byłam informowana (albo przeczytałam
      sobie w karcie) o stanie zdrowia małej.

      pozdrawiam
      • hania.wiecewicz Re: u nas było zupełnie inaczej... 19.12.05, 11:39
        Witam,

        ja lezalam w IMiDz ale nie u prof. Helwich. Nie wspominam tego rozowo. Dziekuje za fachowa opieke pielegniarkom i lekarzowi. Wiem ze mimo to swoje ew. drugie dziecko tez tam urodze bo mam zaufanie do opeki nad dzieckiem.
        Niestety to co przezylam na poczatku bylo dla mnie straszne.
        Niedoinformowanie - trzeba bylo biegac za lekarzem zeby sie czegos dowiedziec.
        Rodzice dzieci niezbyt mile widziani przez niektore pielegniarki, ktore chcialy sobie poplotkowac. Niektore byly na prawde kochane i cieszylam sie ze maly zostaje np z nimi na noc. Ogolnie pielegniarki kochaly dzieci ale niektore nie lubily obecnosci rodzicow. Łaska wielka bylo to ze moge byc przy dziecku na poczatku. Po kilku dniach pielegniarki na szczescie poznały mnie lepiej i było juz całkiem dobrze.
        Raz byla taka sytuacja ze na intensywnej terapii przełożona krzyczała strasznie na pielęgniarki. Byłam wsciekla ze moje dziecko musi tego sluchac. Poszłam tam - nie powiedziałam nic ale stałam i wredna baba się uspokoiła.
        Nie chciałam nic mówic zeby nie zaszkodzić małemu - w końcu nie byłam przy nim cały czas. Oczywiście była poruszana sprawa obecności rodziców - zamierzano wprowadzić odwiedziny od 15 - 17 tej i tyle - ew. doniesc mleczko.
        Nieludzkie bylo sciaganie mleka na korytarzu. Kolerzance pielegniarki pozwoliły sciagac mleczko w zabiegowym ale przelozona sie dopatrzyla i oto byla straszna awantura.
        Nie było krzesełek do siedzenia przy inkubatorze - wiec po cc musialam godzinami stac przy malym, brakowalo foteli do karmienia.
        Tragedia.
        No i to co sobie przypomnialam to zachowanie lekarki ktora przyszla na obchod o 21 a ja jeszcze odbijalam malego po jedzeniu.
        Weszla i powiedziala dowidzenia odwiedziny skonczone - strasznym tonem.
        Bylam wsciekla ale co mialam zrobic. Maluch musial zostac sam kolejna noc bez mamy.
        No i o maly wlos nie doszlo do zakazenia. Zle wkluty wenfron powodowal ze leki nie szly do zyly tylko w bok. Bylam przerazona ze dojdzie do zakazenia.
        Przez przypadek wygadala sie pielegniarka i zadzwonilam wtedy do lekarza co sie dzieje.

        Pozdrawiam
        Hania

        pozdrawiam
        Hania
        • hania.wiecewicz Re: u nas było zupełnie inaczej... 19.12.05, 11:44
          sorry za błedy np. kolerzance!!!! nie przeczytalam dokladnie drugi raz a jak pisze na kompie to niekoniecznie widze ze cos jest nie tak
          wybaczcie - na codzien nie mam problemow z ortografia:0))))

          buziaki
          Hania
          • aga5521 Re: u nas było zupełnie inaczej... 19.12.05, 12:49
            jestem zszokowana tym co napisała titula999.To wszystko brzmi jak jakiś koszmar
            i szczerze Wam współczuję.Ja rodziłam w ICZMP w Łodzi.Lekarze też nie byli zbyt
            wylewni w udzielaniu informacji, ale zawsze odpowiadali spokojnie na wszystkie
            pytania -rzeczowo i konkretnie.Opieka położnych też była bardzo dobra.W każdej
            salce były krzesełka żeby usiąść przy inkubatorku a na korytarzu fotele do
            karmienia.Na pierwszym miejscu zawsze było dobro dziecka, bardzo przestrzegano
            zasad higieny.godziny odwiedzin były wyznaczone,ale z dzieckiem można było
            siedzieć nawet do 22.Ja mieszkałam w internacie więc czasem wychodziłam nawet
            kolo północy, a mleczko jeśli umówiłam się z położna z sali mojego synka
            mogłam donosić nawet w nocy.Wszystko co robiłam przy Piotrusiu bylo pod
            kontrolą polożnej.Mieliśmy też zajęcia z rehabilitantem pokazujące jak zajmować
            się dzidziusiami(przewijanie, noszenie, karmienie itp.)Oczywiście wszystko to
            czego się nauczyłam sprawdzila rehabilitantka,obserwując wykonywane przeze mnie
            czynności.Nie wiem może po prostu tak dobrze trafiłam, miałam szczęscie do
            ludzi którzy z sercem i fachowo opiekowali się Piotrusiem.Nie bylo też
            pospiechu z wypisem.Kiedy synek byl gotowy juz do wyjscia( ja jeszcze nie)
            poporosilam o to zebysmy jeszcze pobyli na oddziale 2 dni( zebym miala
            pewnosc,że juz naprawde wszystkie posilki zjada butla i ze w miare swoich
            mozliwosci bede umiala sie nim zając bez strachu ze zrobie krzywde) i tez nie
            bylo problemu.Jestem bardzo wdzięczna personelowi oddzialu intensywnej terapii
            noworodka w ICZMP w Łodzi za opieke nad synkiem.Dzięki nim jesteśmy teraz razem
            i mogę się cieszyć Piotrusiem każdego dnia.
    • tiya Re: Nie wiem jak było w Waszych szpitalach, ale.. 19.12.05, 13:23
      Titula, gdzie rodzilaś?

      U mnie bylo tak: Lekarze tlumaczyli, co trzeba, ja bywałam przy wizytach,.
      Wprawdzie nikt mnie specjalnie nie zapraszal, po prostu wchodzilam, sluchalam,
      przegladalam papiery bez pytania, a potem zameczalam pytaniami. Nikt mnie nie
      opieprzyl, az dziwne smile
      Ale też mieszkałam w pokoju z Natusią w inkubatorze. I powiem szczerze, to byl
      koszmar. Bo byly pielegniarki-kochane kobiety, ktore wszystko pokazały,
      poczekaly cierpliwie, nakarmily dziecko. Ale byly tez i takie, ze lepiej nie
      mowic. Wściekle, ze musza się wczesniakami zajmowac, a to tyle roboty. Najlepiej
      nie pojawialyby sie u nas wcale a mnie polecily realizowac zalecenia p. doktor,
      czyli karmić nietrawiace jeszcze dobrze dziecko sonda po palcu w inkubatorze.
      Postawilam się okoniem i cały personel, w tym lekarski wiedział, że mi taki
      sposob nie odpowiada i tego robić nie będę. Trudno- widzialam nie raz moje
      zachlystujace sie dziecko. Gdybym byla sama, co mialabym robic? ratować je, czy
      po pomoc leciec? W nocy zwlaszcza? Podobnie odmowilam karmienia kubeczkiem.
      Z przewijaniem i ukladaniem po kilku dniach dawalam sobie rade, fakt, siostry z
      tych kochanych pokazały mi wszystko.
      Nastepna kwestia-wyjący pulsoksymetr. Byl powodem mojej bezsenności i nerwicy.
      Alarm wlaczal się jakies 3 razy/godz i za kazdym razem w panice wolalam lekarza.
      Kiedy jedna p. doktor powiedziala: Przeciez widzi pani, że dziecko rózowe,
      odpysknęłam, że mnie nie uczyli ludzi leczyć i nie widze, czy ono jest szare,
      pomarańczowe, czy w zielone kwiatki. A kolory uczylam się rozrózniac na
      kredkach, a nie na ludziach.
      Bywalo,nie tak rzadko, że na wycie nikt się nie pojawiał. Wrzeszczalam wtedy na
      pol oddzialu w slowach nie przebierając(a glosu mi bozia nie poskąpiła). Doszlo
      do tego, że kiedy szlam do toalety, informowalam o tym lekarza dyzurnego i
      pielęgniarki oraz zalatwialam potrzebe przy uchylonych drzwiach. Bałam się, że
      stanie się z mala coś złego i nikt nie przyjdzie. Co innego, kiedy dyżurowaly
      moje ulubione pielegniarki-wtedy na moją prosbę jedna siedziala przy Natce smile
      Żebym mogla się bez stresu przespac 3 godziny, przyjeżdzał moj mąż. On czuwal
      nad małą, a ja spalam.
      Malo fajne bylo coś jeszcze-kiedy nocą odbywaly się czasami cesarki, pediatra
      (jeden na dyżurze) + 2 pielęgniarki szly na inne piętro. Zostawała jedna na cały
      oddział. Szczeście, że nic się wtedy nie wydarzyło z moim dzieckiem, nie wiem,
      co mialabym robic.
      Generalnie pobyt w szpitalu po porodzie wspominam jako koszmar. Uwazam, że
      wrzucenie inkubatora do pokoju matki to zbyt wielkie dla niej obciążenie, przede
      wszystkim psychiczne.
      Nie mamy obowiazku wiedziec, zwłaszcza w przypadku totalnie nieustabilizowanego
      dziecka, czy cos jest norma, czy patologią.
    • nika7 Re: Nie wiem jak było w Waszych szpitalach, ale.. 19.12.05, 17:53
      wasze relacje sa wstrzasajace. Scyzoryk w kieszeni sie otwiera...

      Musze przyznac, ze ja trafilam znacznie lepiej.
      Spedzilam w szpitalu z Olenką prawie 5 tygodni (30tc. 1390g i 39cm)
      Ola leżała w inkubatorze na odziale noworodkow a ja w dwuosobowej sali na
      polozniczym (na szczescie mialysmy do siebie niedaleko).
      Od poczatku asystowalam przy wszystkim - nawet w nocy. Kazde karmienie i
      przewijanie uwaznie sledzilam. Kiedy stan sie unormowal dr pozwolila mi
      przytulac Ole, potem zaczelam pomagac w karmieniu. Po pewnym czasie bylam na
      tyle zorientowana, ze sama odłączałam aparature i wyjmowałam Olę z inkubatora.
      Poniewaz szpital stawia duzy nacisk na karmienie piersia, Ola nie byla karmiona
      przez smoczek. Najpierw pozajelitowo, potem przez sonde, potem ze strzykawki po
      palcu, az nauczyla sie ssac z piersi.
      Pielęgniarki wypełniały tylko papiery. Oczywiście były cały czas w pobliżu,
      gotowe do pomocy.
      Nie wiem co by było gdybym trafiła gorzej...
      Samo to zdarzenie bardzo wpłynęło na moja psychikę - nie należe chyba do
      silnych osób. Nie wyobrazam sobie, gdybym jeszcze musiała sie użerać z
      pielęgniarkami i lekarzami...


      pozdrawiam,
      Monika
      • aja9 Re: Nie wiem jak było w Waszych szpitalach, ale.. 19.12.05, 19:17
        Takie relacje wstrzasające to sa dla nas rodziców ale nie dla personelu
        pielegniarskiego.
        Ja rodziła 5,5 roku temu w Szczecinie w SPSzK nr.1 przy Unii Lubelskiej.Doszło
        do tego,że bałam sie wychodzić do pokoju, który wynajmowałam. Panie pielegniarki
        zamykały sie w swojej "kanciapie" i nic juz je nie obchodziło.Oczywiście nie
        wszystkie. Ale dwie bardzo mi zapadły w pamieci. Były złe,że wogóle rodzice sie
        kręca bo na papierosa nie można wyjść, namiętnie włączały radio bardzo
        głośno,dziecko mogło płakać, saturacja mogła spadać one zawsza miały czas.

        A były takie z powodu niskich zarobków i kiepskich warunkaów pracy, bo to tylko
        praca,tylko kolejny wcześniak.

        Tak było w tym szpitalu natomiast personel pielegnirski i lekarski w Koszalinie
        na oddziale dzieci małych to cudowne Panie. Chciałaby bym aby wszędzie tak było.
        Zwłaszcza jedna z pielegniarek,do rany przyłożyć.Jej siostra też jest
        pielegniarką i właśnie na oddziale intensywnej terapii noworodka w Szczecinie w
        SPSzK nr.1 przy Unii Lubelskiej.
        Jakie było moje zdziwienie,że to ta jedna z tych dwóch ,które mi zapadły w
        pamięci. Dwie siostry a jak różne podejście do pracy.

        Kochane dziewczyny dla nich to tylko kolejne dzieci urodzone przedwcześnie, dla
        nas rodziców jedne jedyne.

        pozdrawiam Ania
        • hania.wiecewicz Re: Nie wiem jak było w Waszych szpitalach, ale.. 20.12.05, 09:10
          Uwazam ze praca pielegniarki na oddziale intensywnej terapii takze wczesniakow to jak powolanie. Nie wiem jak mozna nie kochac tych dzieci.
          Ja kochalam wszystkie.
          Kiedy plakalo nowo-narodzone dziecie w lozeczku bez mamy (mama pewnie po cc) to polulalam malucha w lozeczku (chcialam zeby jakas mama zrobila to mojemu synkowi gdyby mnie nie bylo - to straszne byc samemu po urodzeniu bez mamusi).
          pielegniarka podle powiedziala zebym zajela sie swoim (ktory lezal w inkubatorku i mial zapalenie pluc - balam sie reke wkladac nawet)! Dla mnie ogolnie kontakt z niektorymi pielegniarkami byl trudny. Pozostale p. Ania, Agnieszka i inne ktorych imion nie pamietam aniolki dla wczesniaczkow i widac ze je kochaly.
          pozdr

          buziaki
          Hania
        • magracka Re: Nie wiem jak było w Waszych szpitalach, ale.. 20.12.05, 09:23
          Witam , ja urodziłam 3 lata po Tobie i niewiele się zmieniło, były też cudowne
          siostry, ale generalnie sam pobyt małego przez 10 tygodni wspominam koszmarnie.
          Radio, dużo światła to była norma na oddziale, wypraszanie, zakaz oglądania
          kąpieli etc.... pozdrawiam serdecznie.
        • tiya Re: Nie wiem jak było w Waszych szpitalach, ale.. 20.12.05, 17:46
          > A były takie z powodu niskich zarobków i kiepskich warunkaów pracy, bo to tylko
          > praca,tylko kolejny wcześniak.

          Jesli sie nie podoba, pracę mozna zmienić. Takie jest moje zdanie. Nikt nikogo
          na sile nie trzyma. Można robić mnostwo rzeczy, nie wiem-ulice zamiatać? Lżej
          chyba i na papieroska wychodzic nie trzeba wink

          Moja corka przeszła przez 2 szpitale i 3 oddziały. I sluchajcie, nie uwierze, że
          zależy to od warunkow pracy i ch..owych zarobkow. Bo widzialam prace na oiomie.
          Tam nie mieli kiedy usiąść. To nie byla praca, to byla harowka. Nie zdarzyło
          się, żeby alarm dzwonil niezauwazony! Pielegniarki i lekarze mieli full
          obowiązkow. a jeszcze cierpliwie tlumaczyli wszystko niezorientowanym rodzicom.
          Tylko wiecie co? Tam na wakaty nie ma chetnych do pracy. Z prostej
          przyczyny-zeby tam pracowac, trzeba byc CZLOWIEKIEM. I sie nie polezy.
    • baszkas Re: Nie wiem jak było w Waszych szpitalach, ale.. 20.12.05, 09:23
      U nas tez poczatki byly kiepskie a warunki w szpitalu jeszcze bardziej
      kiepskie.
      Mimo, ze we Wroclawiu na Dyrekcyjnej posiadaja najlepszy sprzet do
      ratowania wczesniakow i personel tez jest nienajgorszy, to jednak
      milo nie wspominam czasu tam spedzonego. Sale 'erkowa' i 'po erkowa'
      malutkie, ze nie bylo miejsca gdzie usiasc nawet spokojnie z maluszkiem,
      czasem po prostu stalam godzinami, stad pierwsze dni po cc to raptem
      odwiedziny Ali co 2-3h po 15 minut maks. Po cesarce zaden z lekarzy
      neonatologow nawet sie nie pokwapil, zeby przyjsc i powiedziec cokolwiek
      o stanie zdrowia Ali. Po 5 dniach wolalam wyjsc do domu i dojezdzac codziennie
      niz zalapac jakas grzybcie czy inne paskudztwo w szpitalu. Na neonatologi mozna
      bylo w kazdej chwili odwiedzac dzieci, ale i tak reguly tych odwiedzin
      pozostawialy
      duzo do zyczenia. Nie moglismy razem z mezem rownoczesnie przebywac na sali, bo
      'za tloczno, zarazki i wogole niebezpiecznie dla dziecka'. No i to, czego
      nie zapomne i nie podaruje ordynatorce tego oddzialu to fakt, ze nam (mnie i
      mezowi)
      zabraniano wspolnie siedziec przy Ali, a w tym samym czasie do poludnia tlumy
      studentow
      przewijaly sie na zajeciach po tych salach i wyciagano nasze dzieciaczki
      z inkubatorow zeby je sobie kazdy mogl poogladac, podotykac. Jakze malo wtedy
      wiedzialam o prawach matki i dziecka w szpitalu. Natomiast pozniej, ostatnie
      dwa tygodnie
      na patologii noworodka to juz wogole koszmar - odwiedziny tylko po poludniu, do
      poludnia
      mozna bylo co najwyzej mleko tylko zostawic, polozne nie zyczyly sobie wizyt
      wczesniej, jak po 15.
      Mleka nie bylo gdzie oddciagac, stad wiecej czasu spedzalam w domu, oddciagajac
      mleko, wypazajac butelki,
      laktator niz z Ala, ale dzieki temu udalo mi sie utrzymac laktacje. Nikt nam
      nie powiedzial o kangurowaniu, zreszta nie dziwie sie, bo nawet
      nie bylo na to miejscasad Pierwszy raz mialam swoja coreczke na rekach po
      miesiacu - trafilismy wieczorem
      na kapiel i polozna (mloda, mila dziewczyna) zapytala sie, czy chce ja
      potrzymac! Potem
      dopiero moglam swobodnie brac Ale na rece, jak juz wyszla z inkubatora i lezala
      w zwyklym lozeczku.
      Przez caly ten czas nasz kontakt ograniczal sie do glaskania jej malego cialka
      przez otwory w
      inkubatorze. Natomiast calej pielegnacji uczylam sie sama w domu, w szpitalu na
      sam koniec polozna
      udzielila mi szybkich 'instrukcji' co i jak robic.
      Dziekuje Wszystkim, ktorzy z sercem zajmowali sie Ala w tym szpitalu, ale
      naprawde,
      jak na 21 wiek, to warunki tam panujace pozostawiaja naprawde wiele do zyczenia.
      Na szczescie od tamtego czasu juz wiecej nie musialysmy odwiedzac zadnych
      szpitali i oby tak
      juz zostalo na dluuuugo!
    • moniao1 prośba o opinię... 20.12.05, 22:10
      poczytałam sobie troszkę i ....
      po pierwsze : złapałam doła
      po drugie: wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłąsad

      Dwa lata temu urodziłam synka - wcześniaka z 28 tygodnia..
      Mateuszek nie dał sobie rady i odszedł po 6 dniach.
      Czas spędzony w tym czasie w szpitalu wspominam jako największą traumę w moim
      życiu..Między innymi mam na myśli postępowanie personelu - w szczególności
      pielęgniarek...Czułam się przy swoim maluszku jak piąte koło u wozusad
      Zupełnie nie miałam pojęcia o tym co mi wolno, a czego nie..już nie mówiąc o
      jakichkolwiek zabiegach pielęgnacyjnych, czy o tym jak ściągać pokarm do
      karmienia Matiego sondąsad

      Porażka przez największe P jakie tylko może mi przyjśc do głowy...

      A teraz: 27 tydzień drugiej ciąży, którą prowadzi mi ginka z wyżej wspomnianego
      szpitala..W Jej kompetencje i wiedzę nie wątpię...ale co będzie, jeśli nasze
      dziecko znowu przyjdzie na świat wcześniej??? i ponownie trafię na ten sam
      oddział , ten sam personel?? Nie wiem jak się przewija maluszka w inkubatorzesad
      Jakie mam prawa jako matka?? Czego mogę wymagać, a co jest dobrą wolą
      personelu??

      Nie chcę zmieniać ginki - prowadzenie ciąży u mnie nie jest wcale łatwe, a i
      statystycznie jest spore prawdopodobieństwo, że dzidzia przyjdzie na świat
      wcześniej...

      p.s: Moje obawy dotyczą szpitala Orłowskiego na Czerniakowskiej...
      Jak tam teraz jest na patologii noworodków??
      pozdrawiam ciepło
      • nika7 Re: prośba o opinię... 20.12.05, 23:46
        monia, daj spokój.
        nie możesz się teraz zadręczać.
        Pomyśl, że czasy trochę się jednak zmieniają.
        Wszystko będzie dobrze, i musisz w to uwierzyć.

        Trzymamy kciuki.
        Zyczę duzo słonka i zdrowego, silnego maleństwa.
        • marta_i_koty Re: prośba o opinię... 21.12.05, 03:16
          Moje dziecko ma co prawda juz 10 lat, ale urodzilo sie IMiDz, który juz wtedy
          był bardzo nowoczesnym szpitalem i kompetencji personelu nie zamierzam podważać...
          Natomiast zapami ałam niektóre pielegniarki i lekarzy i nie sa to przyjemne
          wspomnienia...
          Mój syn urodzil sie w 27 tygodniu, z waga 1200g i od razu własciwie zostal
          spisany na straty przez lekarz prowadzącego, dr. Wawryszuka, jako przyszłe
          "warzywo" (tak lekarz okreslił rokowania wobec mojego dziecka)... Szymek miał
          wylew do OUN III/IV stopnia, najrozleglejszy, jaki może wystapić i lekarz nie
          mial wątpliwości, ze "z dziecka i tak nic nie bedzie, załatwcie sobie jakąś
          placówke, w ktorej go bedzie mozna umiescic, bo to bedzie mordownia, a nie
          macierzyństwo"...
          W sumie podczas dwumiesięcznego pobytu na OIOM-ie nie usłyszałam nic dobrego o
          moim dziecku, ale w sumie sie nie dziwie, po co mieli roztrzasac sie nad
          przyszłym "warzywem"...
          Natomiast niektore pilęgniarki były wyraxnie niezadowolone z naszej obecności
          przy dziecku, bo ewidentnie im przeszkadzalismy (biedulki, musiały sciszać
          ryczace na cały regulator radio...)
          Mój syn nie jest warzywem... Chodzi do IV klasy, jest bardzo madrym dzieckim...
          Ma lekką postac mpdz, tak lekką, ze ci, ktorzy nie wiedzą, że cos mu dolega, w
          ogóle tego nie widzą...
          10 lat to długi czas... Myslałam, ze w szpitalach tez nastapił postęp,
          przynajmniej w relacjach pacjent-personel... Smutne, ze tak nie jest...
      • ania.silenter do Moni:) 21.12.05, 09:24
        Moja Olunia też urodziła się w Orłowskim. Po 4 dniach przewieziono ją do IMiDz.
        Nie pisałam o tych 4 dniach w Orłowskim, bo chciałabym o nich jak najszybciej
        zapomniećsad((. Znam jeszcze kilka osób, które bardzo traumatycznie wspominają
        pobyt swoich dzieci (wcześniaków) i swój w Orłowskim.
        Nie wiem jak tak teraz jest na patologii, ale radzę Ci z całego serca jeśli
        będziesz miała możliwość przewiezienia dzidzi do KPN w IMiDz, do prof. Helwich
        to zrób to! Wiem, że to nie zależy od nas rodziców, ale zawsze może o to
        poprosić. Oczywiście, życzę Ci z całego serca aby Twoje dziecko przyszło na
        świat w 40 tcsmile.
        Jeśli mogę coś poradzić - NIE daj się zbywać, jesteś matką, dla swojego dziecka
        najważniejszą osobą, jesteś POTRZEBNA i to bardzo!!!
        Powiedz, że nie dasz się zbyć byle czym to Twoje dziecko!
        Ja też wspominam tragicznie personel (pielęgniarki) na noworodkowym w Orłowskim:
        (((. Były nieuprzejme (żeby nie powiedzieć: chamskie), niemiłe, suche, bez
        serca i nieludzkiesad.
        Jak sobie przypominam to krew mie zalewa! W Orłowskim nawet nie mogłam patrzeć
        na Olę w inkubatorze, a w IMiDZ? Kangurowałam ją, przytulałam, karmiłam sondą a
        potem butlą, pilnowałam saturacji, przewijałam, czytałam bajki, byłam z nią po
        prostu!
        pozdrawiam
        • ania.silenter poprzedni post do Monio1 n/t 21.12.05, 09:26

        • ania.silenter i jeszcze... 21.12.05, 09:32
          w KPN IMiDz był zwyczaj, że rodzice mogli dzwonić tam o każdej porze dnia i
          nocy z pytaniem o zdrowie dziecka. Oczywiście nie nadużywaliśmy tego z mężem bo
          lekarze tam byli nie po to aby wisieć na słuchawce i odpowiadać na nasze
          pytania ale by leczyć nasze maluchysmile.
          pozdrawiam
    • monia23 Re: Nie wiem jak było w Waszych szpitalach, ale.. 21.12.05, 03:31
      HYm i mi zaczęło się przypominać...

      Ja co prawda rodziłam w Zielonej Górze czyli metropolia to żadna. Ale muszę
      przyznać że nie było źle. Nie spotkałam się z opryskliwością i takie tam.
      Wszyscy ( cały pesonel) dbali o maluszki. I jak to ludzie jedni lekarze byli
      bardziej wylewni i mozna było o wszytsko wypytać a inni to tacy skryci i
      rzucali tekstami typu "pani nie ma wykształcenia medycznego to co ja będe pani
      tłumaczyc?" ale żalu nie mam bo specjalistka z tej babki dobra, a o szczegóły
      wypytywałam inną lekarkę i tyle. Tak samo z pielęgniarkami z jedną można było o
      wszystkim porozmawiać a z inną lepiej na dystans. Ale ogólnie to starali się
      pomóc niezorientowanej młodej przerażonej mamie i wałkować coś po raz kolejny.

      Może dodam że ja też starałam się wypytywać non stop o wszystko, ale dzwonić na
      oddział można było 24/h, lekarz prowadzący też był w miarę możliwości do
      dyspozycji rodzica (trzeba było po prostu przyjść/zadzwonić w określonych
      godzinach). A na oddziale przy inkubatorze jak Kacpik był na sali mogłam
      siedzieć ile chciałam i mogłam. Tylko jak była wizyta lekarska to musiałam
      wyjść. A propos to gdy Kacper lerzał po operacji na Szpitalnej w Poznaniu to
      pomimo "klitek a nie sal" rodzice mogli być obecni na wizycie lekarskiej,
      pomimo ścisku jaki czasem panował, ale tylko rodzice.

      Nawiązując do artykułu w Dziecku - bez komentarza. Jeszcze nie czytałam
      artykułu w żadnej z gazet o wcześniaczkach który faktycznie by pasował do tego
      jak to naprawdę jest. Ok ma być optymistycznie? No ale sorry wypoweidzi mam w
      ty, przypadku ( z całym, szacunkiem do nich, chodzi mi o wybiórczość autorów)
      są czastkowe. Po jakimś czasie jest ok, ale poczatki?? Przecież niestety
      większość z nas zmaga się z masa niezrozumiałych rzeczy i tragedii. Większość
      histrorii dopiro grubo po czasie zaczyna przybierać prostą drogę. Poczatki to
      kręte i zawiłe ścieżki. A rodzice muszą stąpać często po omacku.

      Pełno jest artykułów o różowych zdrowych bobaskach (pierdu pierdu..) a o
      wcześniaczkach tyle że do wszystkiego dojdą poźniej, czasem mają z czymś tam
      problem i w końcu dogonią rówieśników - colera by to wzięła co ONI ( WSZYSCY
      ONI) uwzieli się na to doganianie??? Przecież dziecko urodzone o 3 m-ce
      wcześniej nie może być rówieśnikiem dla tego urodzonego tego samego dnia tyle
      że po 40 tc!!!! Chociażby dlatego że zostało poczęte dużo później skoro już mam
      się tak trzymać tych terminów. Debilizm normalnie.....sORY ALE SIĘ NABUZOWAŁAM.
      O co widać....caps lock.

      Oj lepiej skończę. Bo unosić się zaczełam.. Pappa.
Pełna wersja