titula999
18.12.05, 21:50
Przeczytałam w "Dziecku" artykuł o wcześniakach, o tym że powinno się je w
specjalny sposób nosić, przewijać itp. i że powinien młodej mamie pokazać
to personel szpitala. I zebrało mi się na wspomnienia.
Nie wiem jak było w szpitalach, w których rodziłyście, ale ja uśmiałam się z
autora, ale gorzki to był śmiech. Wojtusia urodziłam w 34tc. Mały był
hypotrofikiem,a chociaż w porównaniu z niektórymi waszymi pociechami może
wydawać się olbrzymem (1750g i 46cm) tak zupełnie zielonej mamie jak ja
wydawał się okruszynką. Nie chodziłam do szkoły rodzenie, bo prawie całą
ciążę przeleżałam z powodu komplikacji i żeby nie zapeszać wszystkie
poradniki doczytywałam do momentu narodzin dziecka, reszte zostawiając sobie
na ostatni m-c, a tu ostatni m-c nadszedł szybciej niż się ssię spodziewałam.
Jak tylko stanęłam na nogi po cesarce, przeniesiono mnie do izolatki na
oddział patologii noworodka, wtoczono synka w inkubatorze do sali i
usłyszałam: "To pani dziecko, proszę robić przy nim , to co trzeba".
Zostaliśmy sami. Poza porannym obchodem zdarzały się nawet takie dni, w ciągu
których nikt do nas nie zajrzał, bo przecież z małym nic się nie działo poza
tym, że nie trzymał ciepełka. Ja pielęgnacji mojego dziecka uczyłam się sama
metodą prób i błędów i to już w inkubatorze przez szybki. Pierwsza zmiana
pieluchy była koszmarem. Nie wiedziałam, jak się do niego dobrać przez tą
małą szybkę, żeby go nie uszkodzić. Próbowałam poprosić położną, żeby
pokazała mi jak układać małego na boczku, czy brzuszku w inkubatorze (szpital
nie stosował "gniazdek"), ale na moje pytanie jak to robić odpowiedziała
mi "Trochę wyobraźni proszę pani" i po prostu sobie poszła.
Wiem, że wydam wam się wyrodną matką, bo przecież tyle się nasłuchałam, że
matka instynktownie wie , jak pielęgnowć swoje niemowlę, ale mój instynkt
widocznie nie zdążył się narodzić, bo cały czas chlipałam nocami w poduszkę,
przekonana, że z braku doświadczenie zrobię maleństwu krzywdę. Dobrze, że
odwiedzała mnie moja mama, która pokazała mi co i jak, ale i ją przerażało
maleńkie niemal przezroczyste ciałko mojego synka.
Tak na prawdę pobyt w szpitalu był wiekim koszmarem. Mały strasznie ulewał po
jedzeniu, chlustał ustami i noskiem. Efekt był taki, że po 1,5-2 godzinach
był już głodny, więc zaczynał krzyczeć. Panie położne miały teorię, że
powinien jeść dokładnie co 3 godziny i zabraniały mi go karmić po 2. Mały
krzyczał jak opętany, a one kazały mi go jakoś uspokajać przez tą godzinkę.
Próbowałyście kieyś uspokić głodne dziecko w inkubatorze? Nie wiem, może
miały rację, ale dla mnie ta godzina to były tortury i wszystko we mnie się
sprzeciwiało. Idąc do łazienki widziałam na położnictwie inne mamy karmiące
piersią swoje maluchy, kiedy tylko zapłakały, a ja musiałam się tak znęcać
nad synkiem. A przecież czasem chodziło o głupie pół godziny.
Nie wiedziałam nic o hypotrofii więc spytałam panią doktor na obchodzie, czy
i kiedy moje dziecko dogoni rówieśników, a ona nawet na mnie nie patrząc
wypaliła: "Czy pani zdaniem jestem wróżką?"
Więc prawie się ucieszyłam, kiedy zręcznie się nas pozbyli po 10 dniach!!!.
Wojtuśko ważył wtedy zaledwie 1770 (chociaż wątpię że tyle, bo położna
wyjątkowo tego dnia zważyła go w pampersie) i z powodu żółtaczki przypominał
pomarańczę. Akurat trwał remont na oddziale i nie mieli co z nami zrobić.
Chciałam, by przeniesiono nas na położnictwo, ale usłyszałam, że nie możemy
sobie tak po prostu skakać po odziałach. Najpierw położne próbowały na mnie
wywrzeć presję, żebym wypisała się z dzieckiem sama, bo starasznie
śmierdziało farbą i to na pewno zaszkodzi dziecku, ale mąż ofuknął je i
powiedział, że nie zabierze sam dziecka, dopóki lekarze nie stwierdzą, że
niczym mu to nie grozi, i panie położne sobie poszły. W zamian przysłały
panią doktor, która od progu przywitała nas słowami: "Słyszałam, że się
Państwo bardzo upieracie, by dziś wyjść do domu". Myślałam, że mężą krew
zaleje. Pani dotor długo kiwała głową nad naszą dzidzią, która kilka dni
wcześniej opuściła inkubator, śmiała się głupio nie wiadomo z czego i mówiła
sama do siebie : " no nie wiem, nie wiem" A potem wypisała nas do domu.
Od tego czasu mój maluszek już kilka razy leżał w szpitalu z powodu różnych
dolegliwości: żółtaczki, ulewania i zachłystywania, niedokrwistości, ale już
nie w tym samym. Wprawdzie chodzę z nim do poradni neonatologicznej, ale tak
bardzo brak mi zaufania do przyjmujących tam lekarzy (to ci sami co na
oddziale), że nie konsultuję wszystko co zalecą). Znalazłam fantastycznego
pediatrę i jego opinii się trzymam. Ale trochę mi żal, że moje macierzyństwo
zaczęło sie właśnie w ten sposób.