otwockie opowieści dalszy ciąg

24.10.07, 23:50
1943-04-30
"Niemcy wypędzają do wagonów; autor, żona i Renia - stoją przy okienku jadą
linią Otwocką - Majdanek! szykują się do ucieczki - pociąg hamuje w Otwocku -
skaczą ze wszystkich wagonów - strzały - dla nich to niemożliwe - przecisnąć
się przez okienko - trzeba być szczupłym młodzieńcem ludzie mdleją, wołają o
wodę - Ukraińcy zbierają pieniądze i kosztowności, ale wody nie
przynoszą.Jakiś kolejarz przekrada się i przynosi parę flaszek wody za grube
pieniądze na podłodze, pod nogami leżą ludzie. Nikt nie wie, czy żyją, czy
nie o 7. rano dojeżdżają do Buska"

warszawa.getto.pl/index.php?mod=view_record&tid=zdarzenia&rid=29101998094730000565
    • kostka-rubika skąd się wziął dom dziecka Centosu? 25.10.07, 00:06

      "W październiku 1938r. nazisowski rząd wygnał z Niemiec 7000 Żydów pochodzących
      z Polski. Skoncentrowano ich w polskim,przygranicznym miasteczku Zbonszyn.
      Warunki do życia były tam bardzo trudne. Żydom tym przyszedł z pomocą Joint. Na
      czele akcji pomocniczej stanął wtedy Ringelblum Emanuel. Dziećmi i sierotami
      uciekinierów ze Zbonszyna zaopiekowała się centrala Centosu, która zorganizowała
      dla nich specjalny dom dziecka w Otwocku"

      warszawa.getto.pl/index.php?mod=view_record&rid=01061998000314000006&tid=zdarzenia
    • kostka-rubika a tu jeszcze piękna historia Dory Keilson 25.10.07, 00:13
      "(1) Siostra przełożona w szpitalu Bersonów i Baumanów - przepustka na aryjską -
      szykuje miejsca, pomaga; zabita przez Niemców

      (2) przełożona pielęgniarka szpitala Bersonów i Baumanów, nazywana bohaterską,
      bo przy każdym cięższym przypadku dyżurowała osobiście. Rzcuciła schronienie po
      aryjskiej stronie by pielęgnować swego dawno rozwiedzionego męża umierającego na
      gruźlicę. Zadenuncjonowana , zabrana na gestapo w Otwocku nie załamała się do
      końca. Roztrzelana tamże."

      warszawa.getto.pl/index.php?mod=view_record&rid=01011904001506000002&tid=osoby
      • kostka-rubika pięknie tu ktoś ją opisał 25.10.07, 00:18
        "piękna, władcza, uwodzicielska z kokiem miedzianych włosów"
        • kostka-rubika ocalały z otwockiego getta 25.10.07, 03:30

          Dawid (Jurek) Płoński
          Urodził się w Warszawie w 1926 r. w rodzinie z trójką dzieci. W jego wczesnym
          dzieciństwie rodzina przeprowadziła się do Otwocka pod Warszawę.
          Wraz z wybuchem wojny Jurek i jego siostry, które obydwie wyglądały na aryjki i
          mówiły biegle po polsku, przejęli finansową odpowiedzialność za rodzinę,
          handlując jedzeniem oraz innymi rzeczami na warszawskich bazarach.
          W 1940 r. z ustanowieniem getta w Warszawie Jurek stał się jedynym żywicielem
          rodziny, szmuglując do getta koszerne mięso, ogromnie ryzykując oraz będąc
          obrzucanym obelgami przez polską młodzież.
          W 1942r rozmiar getta był redukowany, częstotliwość akcji wzrosła, stopniowo
          życie stawało się co raz bardziej nie do zniesienia. Szmuglowanie było co raz
          bardziej trudne i niebezpieczne (możliwe tylko poprzez mur getta), ale Jurek
          kontynuował szmuglowanie towarów.
          18 sierpnia 1942r. Jurek wrócił do domu z „pracy”, zastając swoich rodziców przy
          pakowaniu.
          Powiedzieli mu, że mają być wysłani jednym z transportów. Matka zaczęła
          histerycznie krzyczeć, że on musi uciekać i wypchnęła go przez okno.
          Jurek uciekł ze swojego rodzinnego domu i nigdy nie powrócił.
          Następnego dnia Żydzi z Otwocka zostali zamordowani i Jurek nigdy więcej nie
          widział swojej rodziny.
          Jurek uciekł do Warszawy, gdzie spał na cmentarzu. Tam znalazł go Dr. Levy
          Wilwesky, który organizował podziemną grupę walczącą. Jurek został zrekrutowany
          jako goniec odpowiedzialny za zakup oraz szmuglowanie broni i amunicji a także
          za przekazywanie informacji.
          W kwietniu 1943r. w przeddzień Paschy, członkowie polskiego podziemia
          powiadomili grupę Wilweskyego, że niemieckie oddziały zbliżają się do getta w
          celu jego ostatecznej likwidacji. Podczas wkraczania do getta niemieckie siły
          były atakowane przez podziemnych wojowników żydowskich. Walka trwała kilka dni ,
          getto zostało zgładzone, a wielu Żydów zostało zamordowanych. Pozostali
          członkowie grupy Wilewskyego ukryli się w bunkrze.
          11 maja 1943r. sowiecka armia bombardowała Warszawę zmuszając Jurka oraz
          pozostałych członków grupy Wilweskyego do ucieczki do kanałów ściekowych.
          Wkrótce Jurek został wysłany na aryjską stronę miasta w poszukiwaniu
          schronienia, przy wsparciu polskiego podziemia.
          Wkrótce potem Jurek poznał dzieciaka, który sprzedawał papierosy i gazety na
          Placu Trzech Krzyży w Warszawie i dołączył do niego jako sprzedawca papierosów.
          Wraz z wybuchem polskiego powstania w sierpniu 1944 r. Jurek uciekł do Lublina
          na sfałszowanych, aryjskich papierach.
          Po wojnie przeprowadził się do Łodzi, przystąpił do ruchu Ha-Shomer ha-Tsa’ir i
          pomagał szukać żydowskie sieroty.
          W 1948r. Jurek dokonał aliyah (powrócił do Izraela), gdzie walczył w wojnie o
          niepodległość. Przystąpił do założycieli Kibbutz Megiddo i spotkał Aleksandrę,
          ocalałą z Holokaustu, wzięli ślub i mieli trójkę dzieci. Ich syn Eitan zginął w
          wojnie Yom Kippur.


          www1.yadvashem.org/about_yad/magazine/magazine_new/david.html
          • kostka-rubika Przystanek Otwock-Żydzi, którzy powrócili 05.11.07, 22:25
            Przystanek Otwock

            Z sentymentu i trochę z uporu

            - Naprawdę jestem ostatni? - Marek Oren uśmiecha się, siadając w fotelu. -
            Hmm... a to mi zaszczyt wielki!

            Spotykamy się w kilkuletnim drewnianym domku na otoczonej lasem działce, która
            przed wojną należała do Josefa Orensteina, sprzedawcy materiałów
            tapicersko-dekoracyjnych. Gdy 17 lat temu Oren przyjechał do Otwocka odzyskać
            własność ojca, stał tu obdrapany betonowy barak, a w nim sklep spółdzielni
            spożywców.

            Dziś w wyremontowanym, powiększonym budynku działają apteka i minimarket.
            Odzyskanie działki zajęło adwokatowi Orena cztery lata. Akt zwrotu podpisał
            starosta otwocki.

            - Z dużą radością to zrobiłem - 57-letni Jarosław Kozłowski mieszka wśród
            wysokich drzew, jak to w kurorcie. - Przecież nasze miasto zostało stworzone
            przez Żydów, ostatnich z nich jeszcze pamiętam. Miałem żydowskich kolegów w
            szkole, wyjechali z rodzicami dopiero w latach 60. Ucieszyłem się, że choć jeden
            wrócił.

            - Wszyscy tu się tak ucieszyli? - pytamy Orena.

            - Ja panom powiem: że jeden idiota napisze na murze "Żydzi do gazu", to jeszcze
            nie jest antysemityzm. Nie zamierzałem tu przylatywać, syn mnie namówił, bo
            chciał zobaczyć, jak ta niesławna, niestety, Polska wygląda. A teraz mam w
            komórce sto numerów polskich przyjaciół. I nie mam tu ani jednego wroga.

            - Nigdy nic złego?

            - No, może z raz jedzie pijany na rowerze facet i krzyczy mi koło bramy:
            "Żydowskie gówno!". I co z tego? Pewnie o swoich taki też ładnie nie powie.

            Przez ostatnie dziesięć lat Marek Oren zainwestował w odzyskany teren prawie pół
            miliona dolarów. Poza apteką, nowym sklepem i własnym domem, w którym spędza
            pięć miesięcy w roku, postawił na ogrodzonej parceli kamienicę - wisi na niej
            wielka plansza: lokale do wynajęcia.

            - Po co to panu? Przecież jest pan w Tel Awiwie bogaczem, tam cieplutko, szumi
            morze, palmy.

            - Z sentymentu. I trochę z uporu. Rodzice mieli sklep w Otwocku i ja mam sklep.

            Getto miejskie, środkowe i sanatoryjne

            Cichy przyjazd Marka Orena w 1990 roku można uznać za wznowienie historii, która
            zaczyna się około 1880 roku, gdy rabin Simcha Bunem z pobliskiej wioski Karczew
            wydzierżawia sobie kawałek gruntu w środku wielkiego lasu pełnego żywicznych
            sosen. Stawia dom modlitwy, zaczynają zjeżdżać się chasydzi. I tak powstaje
            jedyne w Polsce miasto z żydowskim szpitalem psychiatrycznym i mnóstwem innych
            instytucji wyłącznie dla starozakonnych, od centrum urody Zakład
            Dietetyczno-Higieniczny dla Izraelitów (bogatych) do Kuchni Zdrowia dla Żydów
            Chorych i Biednych.

            Zimą 1940/41 roku Otwock jest jedynym miastem w Europie, gdzie Niemcy otwierają
            aż trzy getta: miejskie dla ubogich chasydów, środkowe - dla bogatych
            właścicieli pensjonatów oraz sanatoryjne - dla najbogatszych kuracjuszy, których
            wojna zastaje w trakcie leczenia.

            Latem 1942 roku 50-letnia historia żydowskiego Otwocka gwałtownie się urywa.

            W upalne przedpołudnie 19 sierpnia 8 tysięcy ludzi mieści się w 50
            ponumerowanych kredą wagonach. Otwocki Judenrat - którego przewodniczący sam
            przyprowadza na rampę własnego ojca - musi jeszcze zapłacić niemieckiej kolei za
            podróż do Treblinki.

            O nic nie pytaj, idź za nią

            Kilkaset osób - dorosłych i dzieci - unika wywózki. Edmund Wierciński,
            przedwojenny aktor i reżyser teatralny, w 1942 roku mieszkaniec Otwocka, wspomni
            później: - W okolicznych lasach widywano kryjówki dziecięce. Małe dołki wykopane
            w ciepłym piasku i przykryte gałązkami akacji, od czasu do czasu wysuwały się z
            nich czarne główki i drobne, zalęknione twarze. Zdawało się wtedy, że wielkie
            żółwie wyciągają szyjki spod zielonych skorup.

            Większość ukrywających się zostanie wyłapana przez szmalcowników. 12-letniemu
            synowi Josefa Orensteina uda się przeżyć.

            - Kilka rzeczy się na moje ocalenie złożyło: miałem jasne włosy, dobrze mówiłem
            po polsku, ale najbardziej to plan mego ojca zadziałał - Marek Oren ciągnie swą
            opowieść żwawo, jakby opisywał jakąś wesołą historię. - Tato był trzymany poza
            Otwockiem, w obozie pracy, w Karczewie. Krótko przed likwidacją getta, kiedy
            zabrali mamę i obie siostry, przemycił mnie do siebie i ukrył w baraku. Aż
            jednego dnia, nie wiem skąd, przyprowadził młodą dziewczynę, Polkę. "O nic jej
            nie pytaj, idź i rób wszystko, co ona ci każe" - powiedział. Dostałem papiery na
            Mariana Raczkowskiego i pojechałem z nią ciuchcią do wsi Głoskowo. W klasztorze
            mnie zostawiła. Około 50 dzieci tam było. Sieroty, półsieroty. Uczyliśmy się
            niemieckiego i religii.

            - Księża wiedzieli, że pan jest dzieckiem żydowskim?

            - Chyba tylko jeden wiedział. Od tej dziewczyny dostałem nazwę wioski, w której
            co niedziela miałem się spotykać z tatą u jednej gospodyni.

            - Jaka to nazwa?

            Marek Oren chwilę się zastanawia.

            - Wolę nie podawać. Ze względu na to, co się potem działo.

            Ja bym w okupację Żyda nie przechował

            To, co się działo, spróbujemy opisać w największym skrócie.

            Ukryty w klasztorze chłopiec zdążył spotkać się z ojcem w trzy kolejne niedziele.

            - Trzy razy tata dawał mi pieniądze, którymi co tydzień płaciłem księdzu za
            przechowywanie. Za czwartym razem znalazłem w wiosce tylko świeżą mogiłę. Zakłuł
            tatę widłami sąsiad tej gospodyni, u której się spotykaliśmy. Niemcy pozwolili
            mu za to zabrać po ojcu buty i zegarek.

            - Skąd pan wie, jak było?

            - Kiedy przyjechałem do Polski, pojechałem tam, żeby tatę przenieść na cmentarz.
            Ludzie wskazali mi to miejsce. Powiedzieli, że tata był w żółtej kurtce. I
            faktycznie - był. Teraz leży w Warszawie, na Okopowej.

            - A pan, wtedy?

            - Nie było ojca, nie było pieniędzy. W klasztorze ksiądz mi powiedział, że za
            darmo się dalej uczyć nie mogę. Zapłakałem. Wychodzę przed klasztor: droga w
            prawo, droga w lewo, wybrałem w prawo. Był wrzesień 1943 roku - wyobraźcie sobie
            te ciągnące się milami sady w okolicach Grójca. Jadłem jabłka i szedłem: przez
            łąki, zaorane pola. Na noc doszedłem do wsi. Zapytałem, czy nie potrzebują
            parobka. Parsknęli śmiechem. Miałem 13 lat, byłem chudy. Ale w końcu mnie wzięli
            do pasania krów. Spałem ze zwierzętami w stajni, zimą krowa czy koń działa jak
            piec. Jadłem chleb pieczony na liściach chrzanu, piłem cienkie mleko, z dna, bo
            śmietana była dla córek gospodarzy.

            - Sielanka.

            - Poza tym, że byłem niewolnikiem - Oren nagle poważnieje. - Dla 30-kilowego
            chłopca bez porządnych butów wyciągnięcie z oblodzonej studni wiadra wody to
            jest wyczyn. A ja musiałem takich wiader wyciągnąć po kolei ze 20.

            - Nie pytali: "skąd jesteś"?

            - Mówiłem to samo co wcześniej w klasztorze: że rodzice poszli do Oświęcimia za
            politykę. Nie pytali zbyt dużo - przechowywanie Żyda to była kula w łeb, a tu
            parobek darmowy. W sumie jestem im wdzięczny. Powiem bez zbędnych komentarzy, bo
            mnie już o to pytali: gdybym miał rodzinę, tobym w okupację Żyda nie przechował.

            - Jak pan się znalazł w Izraelu?

            - Po wojnie w Otwocku nie było nikogo z naszych. W Warszawie znalazłem kuzynkę,
            która - cudem ocalona - właśnie pakowała się na stałe do Nowego Jorku. Granicę
            przeszliśmy w Cieszynie.

            W 1945 roku na moście dzielącym miasteczko wisiał spis nazwisk żydowskich
            dzieci, którym wolno przejść Olzę, by modlić się w synagodze na drugim brzegu.
            Za łapówkę lub po znajomości można się znaleźć na liście.

            I tak się dostałem w ręce religijnych Żydów w Pradze - Oren wznosi oczy do nieba
            i wzdycha. - Miałem stamtąd lecieć do Ameryki. Ale co to było, codzienne
            modlitwy, koszer, szabas ścisły, no luuudzie... Miałem 16 lat - uciekłem do
            chłopaków, syjonistów, po roku byłem już w Tel Awiwie.

            Jeszcze na okręcie Oren poznał żonę, która dziś pracuje na telawiwskiej giełdzie
            diamentowej. Mają syna, dwójkę wnuków i żadnych problemów finansowych. To
            właśnie syn, kontroler lotów na lotnisku Ben Guriona, namówił tatę na pierwszą
            wizytę w Polsce.

            - Jak teraz przyjeżdżam do Izraela, to jeszcze ciągle mnie pytają, czy w Polsce
            się morduje Żydów. Możecie się śmiać, ale 20 lat temu sam bym w to uwierz
            • kubek Witam Kostko-rubika, bo się chyba jeszcze nie zna 07.11.07, 23:54
              bo się chyba jeszcze nie znamy.

              Ostatni artykuł to by się źródło przydało?

              No i chyba się uciął ostatni kawałek i nie wiem jak to
              jest teraz w tej Polsce.
              • kubek Artykuł o Dawid (Jurek) Płoński 08.11.07, 00:02
                To już mocno mnie zainteresował, bo jest trochę niejasności!

                -Dr. Levy Wilwesky
                -11 maja 1943r. sowiecka armia bombardowała Warszawę
                Wiem, że Wielką Synagogę przy ulicy Tłomackie zniszczono 16 V 1943?

                • kostka-rubika przepraszam za to niedopatrzenie, 08.11.07, 19:14
                  ale chyba cały post mi się nie zmieścił-pewnie są jakieś ograniczenia :-(

                  tu jest linka do artykułu:

                  www.gazetawyborcza.pl/1,76842,4471324.html
                  a tu końcówka:

                  "- Jak teraz przyjeżdżam do Izraela, to jeszcze ciągle mnie pytają, czy w Polsce
                  się morduje Żydów. Możecie się śmiać, ale 20 lat temu sam bym w to uwierzył. A
                  teraz, gdyby nie to, że żona ma pracę, to może już byśmy oboje w Otwocku na
                  stałe mieszkali."
                • kostka-rubika Re: Artykuł o Dawid (Jurek) Płoński-kontrowersje 08.11.07, 19:20
                  Masz dobre oko Kubek,
                  też na to zwróciłam uwagę, ale się nie odzywałam
                  w nadziei, że ktoś jakoś rozsądnie to wytłumaczy.
                  Do nieścisłości, które wymieniłeś dodam jeszcze,
                  fakt, że Żydzi z getta w Otwocku zostali przetransportowani do obozu,
                  a nie jak napisał Jurek "Żydzi z Otwocka zostali zamordowani",
                  chyba, że chodzi o te masowe rozstrzelania po likwidacji getta,
                  ale to chyba było później?
Pełna wersja