feelek
20.08.09, 08:11
Było przed wojną pod Warszawą miasteczko Falenica. Było jak innych wtedy
wiele: Otwock, Góra Kalwaria, Rembertów żeby wspomnieć te najbliższe a
nazywało się je właśnie sztetl. Mieszkali w nich głównie Polacy - Żydzi –
drobni handlarze, rzemieślnicy - typy licznie reprezentowane na łamach
narodowych powieści już to jako Jankiel, Szmul czy Szymszyl. Na podwórku
bawiła się tam 10 - letnia Salcia z urwisem Josele.
Była Falenica letniskiem - z jej licznymi sanatoriami, domami
wypoczynkowymi gdzie za stosunkowo niewielkie pieniądze całe familie
przenosiły się na upalne lato, była też zapleczem zaopatrzeniowym dla
okolicznych Miedzeszyna, Michalina, Józefowa . Centralnym jej miejscem,
wypełnionym do ostatniego skrawka ludzką aktywnością była ulica Handlowa
(zastąpiona obecnie mniej romantyczną nazwą ulicy Walcowniczej).
Doświadczała Falenica w swojej krótkiej niewiele ponad stuletniej historii
różnej formy władzy: podlegała caratowi, komunizmowi, 2 x rządziliśmy się tam
my, Polacy w sposób niezależny. Przyszedł jednak na krótko, na kilka zaledwie
lat taki czas, że uczestnicy pewnego politycznego systemu, mieniący się
przecież , jak i my, ludźmi stwierdzili, że mieszkańcy Falenicy przeszkadzają
im do tego stopnia, że nie mają prawa aby żyć...
To powyżej jest tu i teraz tak nieprawdopodobne, tak absurdalne, że... że
już dawno na to zobojętnieliśmy - każde dziecko w Polsce wie, że była
okupacja, że to zrobili Niemcy. Wielu z nas przeszkadza ten historyczny
balast, chcemy przestać żyć na cmentarzu: gdzie co krok, co chwila jakaś
rocznica. W końcu też nie bardzo wiadomo jak je obchodzić aby nie popadać w
patos. Co z tymi datami robić na co dzień? Jak zainteresować pokolenia, które
nastaną po nas, tą i innymi tragicznymi okolicznościami?
Bo przecież nie możemy, tak zwyczajnie - jako ludzie zapomnieć, że w
gettach Falenicy i Otwocka, w jednym czasie: 19 i 20 sierpnia 1942 roku
zdarzyła się ta tragiczna historia, która doprowadziła do śmierci kilkunastu
tysięcy naszych sąsiadów – przedwojennych mieszkańców wszystkich okolicznych
miejscowości, praktycznie je unicestwiając.
Myśląc o tym grupka naszych sąsiadów, ludzie tacy jak my, postanowiła to
kultywować, obchodzić - nie zapomnieć. Problem powstał gdy tej szlachetnej
idei nadawali realny kształt – możliwości mieli ograniczone, a nie chcieli
aby przerodziło się to w jeszcze jeden nudny rytuał z udziałem notabli,
przemówień, bicia w werble etc.
Rozwija się im to skromnie: zatrzymując się 20 sierpnia, o 18.00 pod
pomnikiem naprzeciwko stacji falenickiej, starsi mieszkańcy snują
wspomnienia, są tam spontaniczne recytacje, pojawiają się kwiaty, zapalane
znicze. Obecnych jest kilkanaście, kilkadziesiąt osób, które starają się
pamiętać.
Organizatorzy, mocno zaambarasowani tą skromnością muszą się czasem
tłumaczyć, że nie reprezentują oficjalnej władzy, a jedynie samych siebie, że
to z potrzeby serca, że tak rozumieją swoje człowieczeństwo. Swego czasu
musieli się bronić przed strażnikami miejskimi, gdy ci zarzucili im ...
zaśmiecanie - reagując na plakaty informujące o rocznicy. Przywykli do
rozmaitych trudności już brali się do wyjaśnień, gdy wokół pojawiła się grupa
faleniczan, która stanęła w ich obronie mówiąc, że to nie żadne zaśmiecanie a
kawał dobrej roboty. Panowie strażnicy poznawszy szczególy natychmiast
dystkretnie się wycofali.
Po cichu marzy się organizatorom koncert kapeli klezmerskiej na
zaniedbanej, falenickiej stacyjce. Zapytani czy warto to wszystko robić
wspominają jedną z rocznic, gdy do 80- letniej Żydówki podeszła starsza pani i
mocno ją uścisnąwszy powiedziała: „My wam wtedy bardzo, bardzo współczuliśmy,
Żydzi, ale – tu rozłożyła bezradnie ręce - nic nie mogliśmy zrobić, baliśmy się.”
Dla scenki jak ta, organizatorzy mówią, że warto podjąć ten wysiłek.