Dodaj do ulubionych

Ktoś z Was też żaluje??

IP: 195.116.125.* 13.12.06, 18:34
Wiem, że w trkacie robienia kursu każdy ma jakieś kryzysy i chwile zwątpienia
ale ja już powoli zaczynam czuć, że to cale robienie prawka bylo jednym
wielkim błędem. Nic mi nie wychodzi, mój insruktor nie szczędzi mi narzekań,
jak pomyśle o kolejnej jeżdzie to zamiast się cieszyć po prostu chce mi się
płakac. Czuję, że nie robię postepó i chyba tylko jeszzcze świadomość tego, że
to kosztowalo sporo forsy chroni mnie przed tym, żeby po prostu nie rzucić
tego w diabły. Nie wiem ile jeszcze zniosę utyskiwania mojego instruktora, na
samą myśl o jeżdzie i jego komentarzach (zaznaczam, że on wcale nie jest zlym
instruktorem) cała się spinam w sobie i robię na prawdę głupie błędy. Nie wiem
czyja to wina- czy moja czy tego, że nie mogę się dogadać z instruktorem, czy
nas obojga czy po prostu tak jest na początku ale cuje że już dłużej tego nie
zniosę. Zrezygnowal ktoś z was kiedyś i żałowala potem?? Bo ja już nie
znajduje w sobie sily na dalszą walkę.:(:(:(
Obserwuj wątek
    • patrycja.ros Re: Ktoś z Was też żaluje?? 13.12.06, 21:39
      Parę lat temu rozpoczęłam kurs i już po pierwszych godzinach żałowałam,że
      wybrałam ten ośrodek, który wybrałam.Instruktor krzyczał do mnie zadawał głupie
      pytania typu" no i co pani zrobiła?" - a ja baraniałam, nie wspomnę o
      notorycznym przeklinaniu. Koniec był taki,że do przerwania kursu przyczyniła się
      poważna choroba, ale było to dla mnie wtedy jak wybawienie. Po latach żałuję ,że
      wtedy zabrakło mi determinacji.Dziś jestem już po kursie i po trzech niezdanych
      egzaminach - niestety trafiłam na 2 chamów i czepialskich. Więcej samozaparcia
      i jeżeli instruktor jest do dupy to może warto zastanowić się nad zmianą
      instruktora. Powodzenia.
      • Gość: sylwia Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.12.06, 21:48
        ja też żałuję...ale tego,że robienie prawka już za mną....!to była jedna z
        fajniejszych rzeczy w życiu jakie miałam okazje robić...jazdy z instruktorem to
        była bajka...ciągle się śmialiśmy i nawet jak robiłam błędy to było
        wesoło...potem jeździłam z innym instruktorem i na te jazdy leciałam jak na
        skrzydłach!a na egzaminie trafiłam na baaardzo miłego egzaminatora i w ogóle
        nie miałam stracha..teraz jak widzę na mieście "L" to zazdroszczę tym, co
        jeżdżą, bo ja już tę przygodę zakończyłam...w piątek odbieram prawko..i życzę
        wszystkim takich wspomnień jakie ja mam:)
        • Gość: :( Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: 195.116.125.* 13.12.06, 22:06
          Ja też zazdrościłam eLką jeszcze niedawno, jeszcze w trakcie teorii po prostu
          nie mogłam się doczekać momentu gdy to ja będę za kierownicą. Nawet nie masz
          pojęcia, jak Ci zazdroszczę tego luzu w samochodzie za kierownica, ja nestety na
          wesołą atmosferę liczyć nie mogę, właściwie już sama myśl o kolejnej jeździe i
          spotkaniu z moim instruktorem napawa mnie strachem. Wiem, że z takim
          nastawieniem i stresem popełniam więcej błędów i nie panuje nad tym, co robię
          ale nie potrafię opanować tych nerwów a instruktor mi w tym nie pomaga. Wiem, że
          w takich sytuacjach zmiana instruktora byłaby najlepsza ale z róznych względów
          po prostu nie mogę tego zrobić, dlatego czuje się trochę jak w pułapce - chce
          się nauczyć jeździć a jednocześnie żaluje, że w ogóle kiedykolwiek spróbowałam
          wsiąść za kierownicę.Pozdrawiam
          • Gość: TERE Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: *.walbrzych.sdi.tpnet.pl 22.12.06, 14:45
            ALE JAK JEDZIESZ Z KIMS INNYM TO CI SIE PODOBA? OCZYWISCIE JESLI KIERUJESZ,...
            MOJ INSTRUKTOR TEZ SIE DARL,ALE TYLKO JAK MIAL POWOD.CZASEM KAZAL JECHAC MI
            KILKA RAZY W KOLKO,BO ZROBILAM BLAD TYLKO NIGDY NIE MOWIL JAKI... ALE JA TEZ
            KILKA RAZY SIE NA NIEGO DARLAM,BO ZASPAL...I ZA POZNO MI MOWIL O SKRECIE.JA
            LUBILAM JEZDZIC I ZRZEDZENIE INSTRUKTORA WCALE TEGO NIE ZMIENILO,ALE ON JEDNAK
            WE MNIE WIERZYL;.)mYSLALAM O TYM JAK SAMA BEDE SOBIE JEZDZILA I NIKT NIE BEDZIE
            MI PATRZYL NA RECE I NOGI...
    • Gość: Beata Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: *.petrus.com.pl 13.12.06, 23:04
      Musisz myśleć pozytywnie ja to przerabiałam i doskonale rozumię co czujesz.Idąc
      na jazdę miałam takiego stresa ,że chwilami chciałam poprostu zawrócić do
      domu.Mój instruktor wręcz mi mówił że ze mnie kierowcy nie będzie ,ale dobrnełam
      do końca ,egzamin zdałam za drugim razem .Narazie jeżdże z mężem aby nabrać
      pewności siebie,także głowa do góry i nie daj.Napisz za jakiś czas jak ci idzie.
      • Gość: Uci Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: 83.168.106.* 13.12.06, 23:32
        Zmiana instruktora,badz osrodka nauki bylaby w tym momencie najlepsza,ale czemu
        nie mozesz tak zrobic?

        Ja nie mialam stresow przed jazda,troche jak jezdzilam,ale instruktora mialam
        wspanialego :o) Przemily,rozmowny,zabawny-ja zaluje ze juz jezdze bez niego...

        Dzis odebralam wlasnie prawko :o)

        Stres powinien Ci minac,ale musisz uwierzyc w siebie-musisz chciec nauczyc sie
        jezdzic i chciec byc wogole kierowca.Zycze powodzenia,wiecej pewnosci-a napewno
        sie uda!

        Pozdrawiam
        • wiola22 Re: Ktoś z Was też żaluje?? 13.12.06, 23:48
          Koniecznie zmień instruktora. Na pewno w tej szkole są inni a masz prawo do
          zmiany instruktora jeśli ten Ci nie odpowiada. Ja też jestem w trakcie jazd i
          stres mam przed każdą godzina jazdy mimo że mój instruktor nie jest tyranem.
          Czasami się unosi jak zrobię coś głupiego ale nie przejmuję się tym. Nie ja
          pierwsza i nie ostatnia popełniam błędy. W końcu to jest nauka jazdy a nie pokaz
          jak trzeba jeździć. Zapłaciłaś za to żeby Cię uczył a nie stresował. Może
          spróbuj mu powiedzieć że nie chcesz żeby robił Ci głupie uwagi a jak nie to
          zmień koniecznie instruktora. To on jest dla Ciebie a nie Ty dla niego. Na
          pewno nie rezygnuj, na 100% będziesz żałowała. Pozdrawiam i powodzenia.
    • Gość: zizu Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: *.piotrkow.net.pl 14.12.06, 08:42
      Ja żałowałam po ukończeniu kursu ostatnie jazdy były fatalne i jeszcze na
      egzamin trzeba było czekać 29 dni bez jazd i wynik jest taki ze kasa topnieje ja
      prawka nie mam 3 podejscie w styczniu już ostatnie ... i tylko kasy żal i
      instruktora bo naprawde świetny człowiek .... ale nie stety moje umiejetności i
      jego fantastyczny sposób nauczania jakoś nie idzie w parze z wymogami i
      widzimisiami egzaminatorów....
      • Gość: jaaaaa Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.12.06, 12:28
        Głowa do góry!!! ja przezywalam to samo, z każdą godzina jezdziło mi sie coraz
        gorzej, mój instruktor nie pochwalił mnie nigdy potrafił tylko krytykować a
        miał bardzo dziwny sposób zwracania uwagi nie krzyczał, ale potrafił mnie tak
        zdołować że z każdą godziną czułam, że nie potrafie nic i do samego końca
        mówiłam że nie zdam zreszta on mnie nie wyprowadzał z błędu. Ale jakoś los
        chciał że zdałam za pierwszym razem i d 2 tygodni mam prawko i troszkę sie
        podbudowałam psychicznie że skoro zdałam to jezdzić chyba potrafie ;-).Także
        nie martw się zniesiesz to jeszcze nie jedna przykra rzecz cię czeka w życiu
        musisz być silna i pokaż wszystkim a w szczególności sobie że potrafisz.
        Pozdrawiam ;-)
        • Gość: Karolka Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.12.06, 13:57
          Też tak miałam, ale na 10 albo 12 godzinie pękłam od tego stresu, powiedziałam
          że tak dalej nie będzie - zrobiła się z tego wielka awantura. Oboje troche
          pokrzyczeliśmy, potem poprosiłam żeby zaczął się zachowywać inaczej i ...
          okazało się, że to oczyściło atmosferę. Ja przestałam się bać i zaczęłam robić
          postępy. Zdałam za pierwszym razem. I chociaż wiele osób bliskich trzymało za
          mnie kciuki tego dnia - najpierw zadzwoniłam do niego. Uwierz mi naprawdę na
          początku było koszmarnie, a na koniec super;)
          Musisz wyjaśnić, że taka forma zdobywania wiedzy Ci nie pasuje i instruktor
          powinien to mocno wziąć pod uwagę - PONIEWAŻ TO TY MU PŁACISZ. A jeśli nie-
          zmień instruktora - masz do tego prawo. I NAJWAŻNIEJSZE - NIE REZYGNUJ!! NIGDY
          W ŻYCIU!!!!
          PS. A "mojego" Krzysia - jeśli to czyta - pozdrawiam:)
        • Gość: :( Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: 195.116.125.* 14.12.06, 15:41
          Gość portalu: jaaaaa napisał(a):
          mój instruktor nie pochwalił mnie nigdy potrafił tylko krytykować a
          > miał bardzo dziwny sposób zwracania uwagi nie krzyczał, ale potrafił mnie tak
          > zdołować że z każdą godziną czułam, że nie potrafie nic i do samego końca

          No właśnie mam to samo- żadnego krzyku czy obelżywych wyzwisk, po prostu jedna
          wielka irytacja w głosie i dawanie do zrozumienia, że nie potrafię zrobić żadnej
          rzeczy dobrze (sama już też zaczynam w to wierzyć niestety) nawet
          najdrobniejszej, wytykanie błędów, ktorych powiedzmy sobie szczerze nie jestem w
          stanie nie popelniac zaczynając się UCZYć jeździć. Zero zrozumienia, nie wiem
          dlaczego instruktorzy nie pamiętają jak się sami uczyli, chyba że twierdzą, że
          umieli wszysko zanim jeszcze wsiedli za kierownicę.

          <Też tak miałam, ale na 10 albo 12 godzinie pękłam od tego stresu, powiedziałam
          <że tak dalej nie będzie - zrobiła się z tego wielka awantura. Oboje troche
          <pokrzyczeliśmy, potem poprosiłam żeby zaczął się zachowywać inaczej i ...
          <okazało się, że to oczyściło atmosferę. Ja przestałam się bać i zaczęłam robić
          <postępy. Zdałam za pierwszym razem. I chociaż wiele osób bliskich trzymało za
          <mnie kciuki tego dnia - najpierw zadzwoniłam do niego. Uwierz mi naprawdę na
          <początku było koszmarnie, a na koniec super;)

          Też czuję, że to się stanie niedługo, że ja nie wytrzymam tej dawki stresu (a na
          prawdę w normalnych warunkach nie jest mnie latwo zdenerwować czy wyprowadzić z
          równowagi) i albo któregoś dnia wysiąde na skrzyżowaniu albo mu wygarne- co
          pewnie jest, że skońćzy się potężną awanturą, nie wiem tylko czy wyjdzie to na
          dobre czy nie będzie jeszcze gorzej. Wcale nie chce rezygnowac, ale czuje
          potworną bezsilność
          • Gość: jaaaaaa Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.12.06, 15:55
            widzisz, nie jestes z tym sama wiele osób to przezywało, moim zdaniem powiedz
            temu instruktorowi co ci lezy na sercu (ja swojemu powiedziałam,gdy sie mnie
            zapytał "dlaczego tak na mnie narzekałaś?" może za pózno bo tyle nerwów co mi
            zjadł to aż sie sama dziwie że miałam tyle cierpliwości żeby nie przerwać tego
            wszystkiego wcześniej, no ale cóż... teraz mówie było minęło. Naprawde zycze ci
            z całego serca wytrwałości i pokaż mu na co cie stać. ;-)
          • Gość: jaaaaaaa Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.12.06, 16:02
            zapomniałam jescze dodac że jak szłam na egzamin to od samego początku mówiłam
            że nie zdam testów, zdałam 0 błędów, ale zaczęłam znowu mówić że "po co ja tyle
            czekam jak pójde tylko na 3 minuty na plac i obleje" ale jakimś cudem
            wyjechałam na miasto i wszystko ok. I własnie chodzi o to jak oni potrafią z
            psychiką coś zrobić ja nie wierzyłam kompletnie w siebie, jak w domu mówili mi
            np. że będą trzymać kciuki to ja na to od razu wkurzona bo się napalają
            bardziej niz ja że "nie ma po co i tak nie zdam". Z toba będzie tak samo tzn
            zdasz za 1 razem i tego ci zycze ;-)
                • linia.frontu Re: Polecam Arka ! 30.01.08, 22:37
                  Gość portalu: Grzesiek napisał(a):

                  > Tez polecam Arka. Sympatycznie, miło i bezstresowo się u niego
                  > jeździ (a mam porównanie bo jeździłem też u innych pare godzin).
                  No
                  > i można się nauczyć.
                  >
                  > Oczywiście jako uczeń Arka też zdałem za pierwszym razem.
                  >
                  > Gorąco polecam.

                  To jest piękne. Wyciągasz ten kilometrowy wątek, którego już nikt
                  nie czyta, tylko po to, żeby w odpowiedzi na post sprzed dwóch lat -
                  polecić Arka. I wiedząc, że nikt tego nigdy nie przeczyta.
                  I chyba dlatego to polecenie ma wartość.

                  Pozdrawiam;)
                  • Gość: pet3r Re: Polecam Arka ! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.01.08, 00:01
                    jej ciekawy temat.. zwłaszcza pani ':('
                    Nie rozumiem jak można się tak przejmować jazdami... Ja wsiadałem do pandy,
                    jeździłem 2h i wracałem do domu... Nawet sekundę nie myślałem o jazdach.. no
                    może chwilę jak przypominałem sobie kiedy mam następne 2h
                    Nie myślałem nic o instruktorach, co mówią i jak się zachowują...

                    Na prawdę nie rozumiem tego tematu :P
          • Gość: driver?????:) Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.12.06, 15:40
            CZESC! chcialam Ci powiedziec, ze bardzo przypominasz mnie sama , tzn moje
            szkollenie. O nie ,nie zalamiesz sie i koniec!!! Uwierz mi ze na pewno nauczysz
            sie jezdizc, to po prostu STRES. Zastanow sie moze tak jak ja za bardzo to
            przezywasz , podchodzisz ambicjonalnie a w konsekwencji juz sam widok samochodu
            Cie przeraza. Tak bylo ze mna. Jesli nie wierzysz znajdziesz tu mij post z
            niedawna, podpisalam sie ,, driver'' o wiele mowiacym tyltule ,,nie daje
            rady'', Ja zmienilam instruktora i dzis nowy powidzial mi, ze na pewno zdam za
            pierwszym razem bo wszystko jest oki. Stary tez byl dobrym instruktorem ale dla
            tych co juz umieli jezdzic. Wiem o tym ze wolabys zeby na ciebie krzyknal niz
            rozmawial tonem sufgerujacym ze jestes kretynka, lub nie nadajesz sie do jazdy.
            Trzymaj sie olej goscia a przede wszystkim UWIERZ ZE MOZESZ. Ja juz wiem ze ja
            dam rade.
            • Gość: :( Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: 195.116.125.* 16.12.06, 16:40
              Gość portalu: driver?????:) napisał(a):

              > Stary tez byl dobrym instruktorem ale dla
              >
              > tych co juz umieli jezdzic. Wiem o tym ze wolabys zeby na ciebie krzyknal niz
              > rozmawial tonem sufgerujacym ze jestes kretynka, lub nie nadajesz sie do jazdy.
              >

              Ehh z moim chyba też tak jest, że jest lepszy dla tych, którzy potrafią juz
              jeździć stąd chyba nie rozumie, że na początku czlowiek BęDZIE ZAWSZE popełnial
              jakieś błędy i nie musi wiedziec wszystkiego. Wiesz trudno się tym wszystkim nie
              przejmować, kiedy rzeczzywiście z każdej jazdy wracam z przeczuciem że jestem
              komletną kretynką, która w ogóle nie wie co robi, a na kurs przyszla dla zabawy
              albo żeby uniemilić zycie instruktorowi, który musi się trochę wysilić, żeby
              mnie nauczyć jazdy (niestety tak to odbieram). W rezultacie ani dla niego ani
              dla mnie ta jazda nie jest przyjemnością, przy czym on swoje frustracje może
              wyłądować na mnie (co teżrobi), a ja co najwyżej na kierownicy co do niczego
              dobrego nie prowadzi. Na każdą jazdę idę jeszcze ze złudzeniem, że będzie
              lepiej, że może oboje będziemy mieć lepszy dzień, i na początku jeszcze widzę
              znaki, stosuje sie do przepisów, auto nie gasnie ale zaraz za pierwszym zakrętem
              zaczynają się komentarze, niewybredne uwagi (oczywiście spokojnym tonem, ale
              dające mi do zrozumienia, że jestem chyba niepoważna jesli mi się wydaje, że to
              co robie w aucie to mozńą nazwać jazdą), czepianie się szczegółów i po godzinie
              jazdy mam juz taki mętlik w głowie, że sama już wierzę, w to, że się do tego nei
              nadaje. Zazdroszczę innym, któzy z rozrzewnieniem wspominają jazdy eLką w
              normalnej atmosferze, luzie a mnie kierownica się kojarzy tylko ze stresem
              zupenie niepotrzebnym zresztą. To prawda, że nie zrezygnuje, za dużo mnie to
              kosztowalo, zeby kurs rozpocząć, żeby jakoś funkcjonować powtarzam sobie
              codziennie, że nastepnym razem będę jeżdzić dobrze włąsnie na złość mojejmu
              instruktorowi, żeby sobie nie myślał, że ma rację!! ale niestety jak się ma obok
              siebie wroga a nie podporę to najlepsza nawet mantra nie pomaga:( Wiem, że czeka
              mnie powazna decyzja- albo zmiana ośrodka, albo jakaś kłótnia z instruktorem i
              powiedzenie mu, co mi nie odpowiada (swoją drogą dlaczego wszyscy instruktorzy
              mają się za bogów??) nasze stosunki chyba gorsze być nie mogą, więc może czemu
              nie, po której ablo będzie lepiej albo to samo, albo muszę to przetrwać (i
              spisać w sumie na straty te godziny bo czuję, że nieczego się nei nacuzylam jak
              dotąd) a potem wziąść dodatkowe u kogoś z normalnym podejściem do kursanta. Sama
              już nie wiem, gubię się trochę w tym wszystkim. A jeszcze dodam, że to jest
              instruktor z polecenia (żeby nie było że pierwszy lepszy) więc musi coś być w
              tym, że ludzie muszą się dobrać charakterami bo inaczej współpraca nie jest
              możliwa. Dzięki wszystkim za wsparcie, a Twój wątek DRIVER przeczytalam już
              dawno, czasem dobrze jest poczytać o determinacji innych, żeby odnaleźć swoją,
              ja jeszcze swojej nie znalazłam, ale już jej szukam.
        • Gość: martyna Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: 217.17.34.* 15.01.07, 09:00
          Ludzie, nauczcie się mówić NIE! Wy płacicie kasę i to instruktorzy są dla Was a
          nie odwrotnie.Ja mam super instruktora ale wiem że gdyby trafił mi się inny za
          przeklinanie i obrażanie to ja bym go opie..ła od góry do dołu a potem bym
          zmieniła.Ich obowiązkiem jest Was nauczyć i im powinno zależeć aby jak najwięcej
          osób przychodziło do nich bo z tego żyją.To jest handel pamiętajcię PŁACISZ i
          WYMAGASZ!
      • Gość: :( Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: 195.116.125.* 28.12.06, 14:14
        Gość portalu: jasiek napisał(a):

        > zmien instruktora,skoro ten nie potrafi cie wyluzowac na drodze,widocznie sam
        > kiepsko jezdzi
        > chu.... mu w du... a ty trzymaj sie dzielnie pozdro .jasiek

        RZeczywiście nie potrafi mnie wyluzować kompletnie, wręcz przeciwnie, mialam raz
        okazję jechać z kimś innym i róznica byla kolosalna.

        Gość portalu: driver????? napisał(a):

        > ksero mojej sytusacji z prezeszlosci. zrob cos z tym instruktorem bo
        > zwariujesz. Pa

        A co do zwariowania to już się chyba dzieje, jazda i prawo jazdy po prostu
        zdominowaly moje życie, kompletnie nei mam głowy do pracy, życia osobistego, po
        prostu co noc budzę się myśląc w kółko ciągle o tym samym (chyba do obłędu mam
        już bardzo blisko), a idąc na jazdę zastanawiam się po co ja to robię i jak dugo
        jeszcze wytrzymam ALE WYTRZYMUJE i WIEM JUż żE WYTRWAM i pisze to tak dla
        innych, którzy kiedyś bijąc sie z własnymi wątpliwościami dotrą do tego wątku-
        NIE PODDAłAM SIę, nie dałąm sie złamać, stosunki między mną a moim instruktorem
        tylko o tyle są lepsze, że nie słyszę już komentarzy na temat swojej osoby (na
        temat jazdy oczywiście mnóstwo), w sumie to sama nie wiem, czemu nadal przy nim
        trwam, ale trwam. Ponieważ nie mogę liczyć na pomoc instruktora więc sama siebie
        musiałam zacząć doceniać za bardzo małe postepy jakie robie (tak w duchu, żeby
        mi się chcialo potem przyjść na kolejną jazdę), sama siebie mobilizuje i
        uspakajam w myślach wczasie jazdy (po tym kursie chyba żaden nawet najbardziej
        chamski egzaminator mnie nie wzruszy;), gdy mam a prpos czegos wątpliwości to
        putam znajomych, którzy jeżdzą (przynajmniej chcą mi udzielić odpowiedzi) i
        wiem, że dotrwam do końća kursu (z tym instruktorem czy z innym) i będę dążyć do
        tego, żeby zdać egzamin za pierwszym razem nie tylko dlatego, że to oszczędnoość
        czasu, pieniędzy i stresu ale z głównie dlatego, żeby móc potem zadzwonić
        własnie do mojego obecnego instruktora i powiedziec, że jednak nie jestem aż
        taką idiotką i nawet ja się potrafię nauczyć jeździć. Motywacja dobra jak każda
        inna:) Mam nadzieję, że starczy mi tej wytrwalosći i sil, dzięki wszystkim za
        wsparcie:)
        • Gość: linia frontu Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.01.07, 20:11
          Cieszę że tak mówisz "gościu", bo mnie też ostatnio dopadł nihilizm:) Sęk w
          tym, że mam doskonałego instruktora, który poważnie podchodzi do swojej pracy,
          jest bardzo cierpliwy (oj, a do mnie trzeba mieć cierpliwość...), zresztą
          nieźle się namęczył, żeby mnie "wyprowadzić na ludzi" i nie mogę mu nic
          zarzucić, a szkoda, bo bym sobie ponarzekała, a tak mogę mieć pretensje tylko
          do siebie. Jestem koszmarnym kierowcą... na mieście jakoś sobie radzę, ale
          jeśli chodzi o manewry... oj! Po godzinach spędzonych na placu ten cudotwórca
          jakoś nauczył mnie łuku... tylko zrobiłam sobie parotygodniową przerwę od jazd
          i nie pamiętam jak wykonać najprostszy manewr (jakikolwiek)... typowa "kobieta
          za kółkiem"... ( tylko nie wierzcie w te schematy:). Nie wymiękam, bo w jakiś
          sposób czuję się zobowiązana do tego, żeby skończyć ten kurs jak trzeba, skoro
          mój instruktor zmarnował tyle czasu i energii, i jeszcze biedak wierzy, że
          zrobi ze mnie kierowcę... Ty też nie wymiękaj!!! pzdr
          • Gość: linia frontu Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.01.07, 00:52
            Tak się zbieram, żeby to napisać, a w końcu się wycofuję... ale strasznie mnie
            to gnębi i muszę się po prostu wygadać:(. W ramach wprowadzenia - mój
            instruktor: potencjalnie n i e d a się go wyprowadzić z:
            1 równowagi,
            2 głębokiego przekonania, że zrobi z nas kierowców,
            3 głębokiego przekonania, że z każdego kursanta można zrobić kierowcę (jeśli
            oczywiście ma determinację, chce tego...no, że jeśli nawet bez pasji, to
            przynajmniej siłą woli jest w stanie technicznie dobrze jeździć).
            A jednak. Po wstępnych zapewnieniach, że mało kto na początku kursu sobie
            radzi, a niektórzy gopiero koło 30 godziny zaczynają czuć bluesa; poprzez
            subtelne bąkanie na zasadzie ogólnokursowych refleksji, rzuconych niejako
            mimochodem, że 30 godzin to właściwie stosunkowo mało, że żeby naprawdę dobrze
            jeździć potrzeba znacznie więcej czasu; po obecne... hmmm, zwątpienie. Chyba po
            prostu powoli zaczyna tracić cierpliwość i wcale mu się nie dziwię, bo na jego
            miejscu już dawno temu palnęłabym się w łeb; postępy robię nieznaczne i na
            pewno nie można tego nazwać jazdą umożliwiającą zdanie egzaminu. Tzn. poruszać
            się poruszam:), ale niewystarczająco dobrze. W związku z tym naprawdę nie wiem,
            czy tracić czas, jego i swój, na przedsięwzięcie, które nie ma racji bytu. Z
            drugiej strony jeżdżenie strasznie mnie kręci, a jeszcze z trzeciej:), ostatnią
            rzeczą jaką robię, to sobie odpuszczam. Ale z którejśtam z kolei strony jeśli
            się nie da zrobić ze mnie kierowcy... eh, i tak w kółko, bez sensu. Może
            należałoby się pogodzić z faktem, że kierowca ze mnie żaden i dać sobie spokój.
            Dobra wysyłam. Nie chce mi się tego pisać po raz setny:)
            • Gość: do LINII FRONTU :( Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: 195.116.125.* 11.01.07, 17:25
              Linio Frintu- przeczytałam Twój post i wiesz, czuląm się jakbym słyszałą samą
              siebie, mój własny wewnętrzny głos! Bo po pierwsze moje postępy są równie
              nieznacze, a czasem wręcz żadne, jak czytam co ludzie robią na którejś tam
              jeździe, a ja mimo, że przejeździląm dużo więcej to jeszcze tego nie robiłąm bo
              mój sposób poruszania auta (prowadzenie w moim przypadku to też za dużo
              powiedziane:/) po prostu nie pozwala na to, żeby pójść dalej. Po drugie mnie też
              to kręci, mam w sobie to coś, co nie pozwala po prostu się poddać, jakiś
              wewnętrzny bakcyl (szkoda, że nie idą za nim umiejętności;/) dzięki, któremu jak
              długo nie "jeżdzę" to jestem po prostu chora.Po trzecie też caly czas mam w
              głowie jakiś głos, ktory mówi, że kierowcy to ze mnie nie będzie...a instruktor
              mnie nie wyprowadza z błędu:/ Ale wiesz, tak sobie myślę, że jeśli sieczłowiek
              uprze to kierowcą będzie, ja znam takie osoby, ktore nie powinny kierować bo po
              prostu się od tego nie nadają, zalicząją wypadki za wypadkami, male kolizje,
              porysowany lakier itp ale mimo to wsiadają do auta i jadą więc dlaczego my nie
              miałybyśmy jeździć?? Jeśli Twój instruktor święcie wierzy, że da radę z każdego
              zrobić kierowcę (a niechyba nawet jeżdzącego dobrze technicznie i nic więcej) to
              jeśli jeszcze dodasz do tego swoją determinację to moim zdaniem nie ma takiej
              siły, żebyś nie nauczyła się jeździć:) Co z tego, że robisz małe postępy,
              trudno, chwal samą siebie za te postępy, dostrzegaj pozytywy, może i będziesz
              potrzebować więcej niż 30 jazd- i co zz tego, moze będziesz dzięki temu lepszym
              początkującym kierowcą niz Ci, któzy wyjeździli tylko przepisowe 30. Nie
              poddawaj się. Masz szczęście, że Twój instruktor w Ciebie mimo wszystko wierzy
              (ale Ty też musisz uwierzyć!!), ja nie mam żadnego oparcia w moim, właściwie mój
              instruktor odpuścił sobie uczenie mnie jeszcze zanim po praz pierwszy
              uruchomiłam silnik, ale się nie poddałam, nie mogę liczyć na pomoc instruktora,
              ani że mnie bedzie wspierał, ani że będzie odstresowywał albo chociaż dodatkowo
              nie stresował, nie mogę liczyć praktycznie na nic a i tak się nie poddaję, więc
              Tobie też nie wolno! Jego traceniem czasu się nie przejmuj- w końcu mu za to
              płacisz, swoim też nie- bo przecież to cię kręci i to najważniejsze, że mimo
              malych postępów nadal czerpiesz przyjemność z jazdy, dlatego głowa do góry i
              zobaczysz, że jeszcze wszystko może się zmienić na Twoją korzyść.POZdrawiam i
              trzymam kciuki:)
              • Gość: linia frontu Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.01.07, 19:26
                Wiesz, co ostatnio stwierdził... "Olej sprawę i po prostu jeździj samochodem.
                Egzamin to tylko dodatek do kursu...", hehe i coś w tym jest!:)
                Eeee, fajnie, że to napisałaś!:) Zawsze tak trochę łatwiej ze świadomością, że
                nie jest się jedynym... hmmm... "niekonieczniekierowcą" wśród tych wszystkich
                dobrych (dla których szacunek!). Miałam farta, że trafiłam na kogoś, kto nie
                odbębnia "kolejnej" godziny z "kolejną" głupią babą, której się zachciało
                jeździć, że angażuje się w swoją pracę i chyba ją lubi:), a z tego, co czytam,
                nie każdemu tak dobrze:(. Tym bardziej mam kaca moralnego, że ciągle nawalam,
                ale chyba też tym większą determinację, żeby nie pozbawiać typa złudzeń:P. I,
                kurcze, masz rację, że mamy szansę się tego nauczyć i naprawdę głupio byłoby ją
                zmarnować. Próbować możemy (dopóki nie stwarzamy zagrożenia na drodze...:), a
                jak się nie uda... ktoś napisał, że osiągnięcie można mierzyć tylko rozmiarem
                klęski, jaką poniósł człowiek w stosunku do zamierzenia:)
                Cieszę się, że to moje marudzenie utwierdziło Cię w Twoich przekonaniach, że
                się na coś przydało:) Napisz czasem jak Ci idzie...
                • Gość: :( Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: 195.116.125.* 11.01.07, 21:41
                  Gość portalu: linia frontu napisał(a):
                  > Cieszę się, że to moje marudzenie utwierdziło Cię w Twoich przekonaniach, że
                  > się na coś przydało:) Napisz czasem jak Ci idzie...

                  I właśnie za to lubię te fora:) czasem mogą czlowieka nieźle podbudować, czasem
                  boimi się sami przed sobą do czegoś przyznać i potrzebujemy, żeby ktoś za nas to
                  powiedział, pocieszyl, dał kopa- wszystko jedno. Najwazniejsze, że pomaga:)

                  > Tym bardziej mam kaca moralnego, że ciągle nawalam,
                  > ale chyba też tym większą determinację, żeby nie pozbawiać typa złudzeń:P. I,
                  > kurcze, masz rację, że mamy szansę się tego nauczyć i naprawdę głupio byłoby ją
                  >
                  > zmarnować

                  I o to chodzi, żeby znaleźć w sobie dodatkową motywację. Dla Ciebie może to być
                  próba pokazania instruktorowi, że nie marnował czasu, dania mu satysfakcji, że
                  umiał wyprowadzić na pożądnego kierowcę kogoś, kto początkowo nie zdradzał
                  predyspozycji. Ja mam motywację nauczenia się jeździć pomimo mojego instruktora,
                  albo wręcz na złość mu, żeby sobie nie myślał, że nie bylo warto się przykładać.
                  Każdy sposób jest dobry, i już wiem, że klucz do sukcesu często leży po prostu w
                  naszej determinacji- bo na to mamy wpływ (na umiejętności czy predyspozycje, czy
                  umiejętności naszego instruktora już nie bardzo;). Dzięki za wspieranie tej
                  determinacji i polecam się na przyszłość w razie jakichś jeszcze wątpliwości:)
                  A jak mi idzie moja dalsza walka z prawkiem pewnie jeszcze nieraz napiszę...w
                  końcu to niekończąca się opowieść;) Pozdrawiam
                  • Gość: linia frontu Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.01.07, 22:47
                    Oj należy mu się:))) A temu swojemu pokaż na co cię stać, a co! :)
                    Znam jeden taki ekstremalny przypadek determinacji [dodam, że ekstremalny
                    przypadek determinacji jest nie.. nie dodam:), ale proszę go nie potępiać:( ],
                    który mnie motywuje zawsze, kiedy o nim pomyślę - dopóki nie wsiadłam za kółko
                    mogłam to zrozumieć, ale nie poczuć - i wylatuje rano, nawet się porządnie nie
                    ubierze, papierosa pali tak, jakby mu przeszkadzał i w głowie ma tylko jakiegoś
                    zdezelowanego, paskudnego, pomarańczowego trabanta, tygodniami siedzi, żeby go
                    doprowadzić do ładu dla tych paru metrów gdzieś pod lasem i gdzieś poza prawem
                    i jest w stanie poświęcić dla tego wszystko, sporo ryzykuje i pisze o
                    nich "wracam do tych brudnych, potrzebujących naprawy samochodów" i myślę, że
                    to musi mieć cholerny sens:). Początki mojej pasji (mogę to tak nazwać...?), to
                    godziny spędzone na obserwacji naprawiania wydechów, wyciągania tłoków z
                    cylindrów... i takich tam. Przepraszam za niemoralność motywacji.
                      • Gość: :( Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: 195.116.125.* 13.01.07, 14:42
                        > w sumie my poświęcamy tylko trochę czasu, kasy, nerwów... (nie zawsze
                        > własnych:), a to w sumie niewielkie poświęcenie - to raz, a dwa, że chyba
                        > warto, co? :)

                        No może i mało p[oświęcamy choć szczerze powiedziawszy nerwy, które tracą jak
                        dla mnie przekłądają sie na inne sfery życia więc tracę trochę więcej chyba jednak;)
                        A czy warto?? chciałam wczoraj odpisać, że "Pewnie, że warto" no bo po co
                        inaczej bym robiła ten kurs, ale niestety im dalej kursu tym więcej wątpliwości,
                        bo zaczynam sobie uświadamiac, że możliwe, że jestem jednym z najgorszych typó
                        kierowców i to mnie martwi, zniechęca i niestety zaczynam czasem myśleć, że
                        wcale już nie wiem, czy bylo warto. Wiem wiem, jak już przez to przebrnę, zdam
                        prawko itd to będę się kiedyś śmiała z tych moich wątpliwości ale póki co wcale
                        nie jest mi do smiechu. No więc odpowiadam "warto" ale czy na pewno zawsze....????:(
                        • Gość: linia frontu Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.01.07, 16:46
                          1) Kwestia poświęceń: A. konsekwentnie poświęca dla tej swojej pasji własną
                          wolność i jeszcze parę osób,którym zależy:), więc mimo wszystko... ale
                          rozumiem, o co chodzi i wiem, jak to jest, kiedy jedna dziedzina życia
                          pochłania wszystkie inne na tyle, że staje się jedynym ukonstytuowaniem siebie
                          w świecie, i to niekoniecznie ta dziedzina, w której przodujemy :)
                          2)Kwestia najgorszego typu kierowcy: Najgorszym kierowcą jestem JA!, więc się
                          nie przejmuj;)
                          3) Kwestia wartości:): Oj kusisz, kusisz, chyba tym razem nie wytrzymam i
                          wesprę się Autorytetem: "Warto - odpowiadałem - jeżeli się uda to nawet dla
                          jednego momentu warto" - wyznanie wiary jednego mądrego typa i chyba tylko tak
                          należy o tym myśleć, toteż i ja tak odpowiadam:).
                          Dla Ciebie może być to zdany egzamin, pierwsza samodzielna jazda, satysfakcja z
                          miny instruktora, co tylko chcesz, myślę, że sama musisz znależć ten moment,
                          ale, że on gdzieś tam ca Ciebie czeka...:)
                          • Gość: :( Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: 195.116.125.* 13.01.07, 22:41
                            > 3) Kwestia wartości:): Oj kusisz, kusisz, chyba tym razem nie wytrzymam i
                            > wesprę się Autorytetem: "Warto - odpowiadałem - jeżeli się uda to nawet dla
                            > jednego momentu warto" - wyznanie wiary jednego mądrego typa i chyba tylko tak
                            > należy o tym myśleć, toteż i ja tak odpowiadam:).
                            > Dla Ciebie może być to zdany egzamin, pierwsza samodzielna jazda, satysfakcja z
                            >
                            > miny instruktora, co tylko chcesz, myślę, że sama musisz znależć ten moment,
                            > ale, że on gdzieś tam ca Ciebie czeka...:)

                            Hmmm tak sobie myślę, że na tym czasem polega problem- w kwestii stwierdzenia,
                            kiedy odnioslo się sukces, gdzie jest ten moment, w którym możńa powiedzieć, że
                            się udało. Wydawać by się mogło, że gdy wszystko idzie źle to człowiek, żeby
                            przetrwać musi obniżać swoje standardy, idee, poprzeczkę, którą chce osiągnąć
                            (jak mi jazdy z początku nie szły to tak robiłąm- obniżałąm sobie poprzeczkę
                            tego, w czym mam robić postęp) ale już mi przeszlo- jestem zglodniała sukcesów
                            (za bardzo!), odnoszę same porażki, a że ambicja wysoka, a umiejętności małe to
                            ciązy mi to podwójnie, dlatego tracę wiarę, że to co sobie założyłam- uda mi się
                            jeszcze osiągnąć. Hemingway powiedzial, że człowieka możńa zniszczyć ale nie
                            pokonać- to bylo kiedyś moje motto- już nim być przestaje...

                            Na strasznie dziwne tory zszedl ten wątek....
                            • Gość: linia frontu Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.01.07, 01:23
                              No właśnie...Drżę na samą myśl, że Pontus tu kiedyś zajrzy i nas pogoni:), no
                              ale dyskusja obraca się wokół prawa jazdy... w różnych kontekstach, bo w
                              różnych, ale jednak!
                              Moment... dla mnie to była chwila, w której wyczułam tę diabelną, niebieską
                              Corsę, ze sprzęgiełkiem rodem z O(b)lewniczej, na którą przerzucili mnie gdzieś
                              w połowie kursu, i która mi uporczywie gasła:), ale to jeszcze nie był punkt
                              kulminacyjny (który ma to do siebie, że następuje po nim szybkie rozwiązanie
                              akcji, więc pewnie egzamin...). Taką mam ochotę z ody do młodości przywalić,
                              tak dla kontrastu:)...Wiesz co, że mam to samo, nie zapomnę jak mi instruktor
                              pojechał po ambicji metodą na łuk, (zresztą już to wyczuł i teraz ciągle mi
                              jeździ, a potem się ze mnie nabija, wredniak:), chyba nie przeboleję, jeśli się
                              tego porządnie nie nauczę! A może po prostu zbyt krytycznie do siebie
                              podchodzisz, a ten mruk na fotelu obok jeszcze utwierdza Cię w tym przekonaniu
                              swoim marazmem... Może wcale nie jeździsz tragicznie, tylko po prostu nie masz
                              punktu odniesienia, a założę się, że pan Ja-Wielki-Pan-Instruktor-Klękacie-
                              Narody (który zapewne nawet nie wie, kto to jest Hemingway, więc co to za
                              autorytet;), nie jest w stanie wybąkać jakiegokolwiek miłego słowa i stąd Twoje
                              krytyczne podejście do samej siebie. Pomyśl, może coś w tym jest... I się nie
                              daj, bo musisz pokazać temu typowi, kto tu rządzi!
                              Im więcej chwil zwątpienia, które można poznać rozumem, tym silniejsza jest
                              wiara. (Marek Hłasko, tym razem moje wyznanie wiary:)
                              • Gość: :( Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: 195.116.125.* 14.01.07, 11:55
                                pan Ja-Wielki-Pan-Instruktor-Klękacie-
                                > Narody (który zapewne nawet nie wie, kto to jest Hemingway, więc co to za
                                > autorytet;), nie jest w stanie wybąkać jakiegokolwiek miłego słowa i stąd Twoje
                                >
                                > krytyczne podejście do samej siebie

                                Hehehe od dzisiaj tak mojego instruktora będę w myślach nazywać, bo pasuje do
                                niego to imię jak ulał!! Miłego slowa nie uslyszałam ani razu, niemiłe slyszę
                                ciągle ale już nie robi to na mnie wrażenia. Niestety co do jednego ma rację- do
                                tego, że jeżdzę tragicznie i mam problemy z najdrobniejszymi i najprostszymi
                                rzeczami. Szkoda tylko, że nee widzi jednocześnie prostej zależności- jak
                                kursanta nauczysz- tak będzie jeździł- więc to, jak jeżdze w dużej mierze
                                uzaleznione jest od tego, jak on mnie uczy. No ale dla niego sprawa jest prosta-
                                olewam sobie, nie chce sie nauczyć, powinnam dać sobie spokój z robieniem
                                prawka....ale ja sobie spokoju nie dam, bo jeśli już tak jedziemy z cytatami to:
                                "Jest w życiu coś gorszego niż niepowodzenie- brak usiłowania".
                                A co do tych momentów- to też sobie takie znajduje- pierwsze ruszenie z górki z
                                nożnego hamulca (dla mnie to byl serio problem), pierwszy zakręt, z którego
                                udalo mi się wyjść na swój pas a nie ten przeciwnego kierunku ruchu;), nagłe
                                odkrycie, że redukcja biegów nie jest taka straszna itd..,ale to wciąż mało,
                                malo, bardzo malo...mimo to na te kulminacyjne momenty czekam, podobno im dlużej
                                na coś czekasz, tym bardziej to potrafisz docenić, więc czekam z
                                niecierpliwością...i choć wiara może silniejsza nie jest ale nadal jest:)
                                • Gość: linia frontu Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.01.07, 14:57
                                  Nie mogę przestać o niej myśleć... Chyba jestem napalona na swoją Corsę:P...
                                  Wiesz, że ta rozmowa cholernie mnie motywuje. Czuję się zobowiązana do
                                  wspierania Cię w Twoich postanowieniach... szczerze mówiąc, kiedy przeczytałam
                                  Twój pierwszy post, strasznie głupio mi się zrobiło, że smędzę, że pociesza
                                  mnie ktoś, kto ma 10 razy gorzej, a ja mam takieeeego wspaaaaniałego
                                  instruktora (w tym miejscu kolejny ukłon w jego stronę:) i jeszcze mi źle! I
                                  odpierając Twoje wątpliwości, jednocześnie utwierdzam się we własnych
                                  przekonaniach... więc wpadam tu nader często, potem ślęczę pół nocy nad
                                  notatkami w poszukiwaniu motta życiowego:), bo przecież jeśli kogoś pocieszam,
                                  to muszę wierzyć w to, co mówię, i jest mi nawet głupio, że mam takieeeego
                                  instruktora, że mi się tak niezasłużenie pofarciło, że będę miała z tego kursu
                                  od cholery super wspomnień, podczas, gdy Twoje prawko, to tylko jakaś uporczywa
                                  walka z własnymi ograniczeniami..."zawsze bezcelowa, ale dla której warto
                                  poświęcić życie. To nie ja, to Stendhal.":))) Kurcze, dlaczego Ty go nie
                                  zmienisz??? Nie tylko nie jest tego wart (!!!!!!!!!), ale jeszcze niczego Cię
                                  nie nauczy, bo nie wierzy w to, co robi. "Najważniejsze są konsekwencje,
                                  konsekwencje do końca. Jeśli się raz zaczęło rewolucję, to trzeba sobie
                                  uświadomić, że nie można jej ani zatrzymać, ani złagodzić, ani odkręcić, ani
                                  opóźnić. Rewolucję można tylko przegrać, lub wygrać i to wszystko". ALE DOWÓDCĘ
                                  MOŻNA ZMIENIĆ!!!
                                  Sie rozgadaaaaałaaa.... :)
                                  • Gość: :( Re: Ktoś z Was też żaluje?? IP: 195.116.125.* 14.01.07, 17:08
                                    Gość portalu: linia frontu napisał(a):

                                    > Nie mogę przestać o niej myśleć... Chyba jestem napalona na swoją Corsę:P...

                                    Hehehe wiem, o czym mówisz, też tak mam, że ciągle myślę o aucie i już bym
                                    chciała do niego wsiąśc nawet jeśli wiąże się to nieuchronnie z obcowaniem z
                                    moim instruktorem, oj znam tą tęsknotę....

                                    A co do Twojego niezasłużonego pofarcenia się- NIGDY TO ALE NIGDY NIE MYśL O
                                    SWOIM INSTRUKTORZE JAK O NIEZASLUżONYM FARCIE- moim zdaniem - każdy, kto chce
                                    jeździć dobrze, dobrze technicznie, bezpiecznie, z głową, kto nie chce powodować
                                    bezrozumnych wypadków spowodowanych brakiem odpowiedniego prowadzenia na kursie
                                    albo niedouczeniem- swoim własnym czy instruktora- PO PROSTU ZASłUGUJE na
                                    dobrego instruktora a całą resztę powinno się po prostu wyoutować z tego
                                    interesu i dziwie się, że nikt jeszcze nie wpadł na pomysł filmowania również
                                    zajęć praktycznych na kursie, a nie tylko egzaminów- może wtedy instruktorzy
                                    zaczęliby się starać, rejestrowany czas prowadzenia zajęc nie pozwalał by im
                                    skracać jazd ani traktować kursanta jak piątego koła u wozu (bynajniej nie
                                    zapasowego;), no i co najlepsze każdy decydujący się na kurs prawa jazdy mógłby
                                    sobie wcześniej taką lekcję obejrzeć i zdecydować- czy ten człowiek mi pasuje,
                                    czy chce być tak traktowana/ny i czy to mi odpowiada, a nie tak jak teraz- wolna
                                    swawolka, instruktorzy mają się za bogów...ehhh. Dlatego wkurza mnie, gdy szkoły
                                    reklamują się sloganami w rodzaju: "u nas najlepsza atmosfera", "u nas najlepiej
                                    kształcimy", "u nas największy wskaźnik zdawalności" itd- a przecież nie o to
                                    chodzi- każdy instruktor powinien być dobry, każdy wykładowca merytorycznie
                                    przygotowany, szacunek dla kursanta to nie powinien być bonus do kursu tylko
                                    podstawa! Ehh no ale to nie w naszym kraju...Więc niech Ci nie będzie głupio, że
                                    masz to na co sobie zasłużyłaś:):):)
                                    A czemu ja swojego instruktora nie zmienię?? O na boga, ciągle zadaje sobie to
                                    pytanie. Już dawno podjęłam decyzję- że tak być nie moze, że mam prawo ządać
                                    czegoś innego, wiedziona dobrymi radami wiedziałam, że jeśli dalej będę się go
                                    trzymać to nagle obudzę na 30 jeździe i się okaże, ze nadal nic nie umiem....i
                                    ten koszmarny sen powoli sie sprawdza...więc na każdą jazdę idę z mocnym
                                    postanowieniem powiedzenie wreszcie mojemu instruktorowi co o nim myślę, wylania
                                    w końcu wszystkich swoich żalów czy wręcz zarzucenia mu niekompetencji, robię
                                    sobie listę rzeczy, ktore mu mogę zarzucić...a potem wsiadam do auta, mój
                                    instruktor nagle przestaje się czepiać tego, co zawsze(jakaś zmyłka czy co?) a
                                    potem jak już mam mu zamiar powiedzieć parę mocnych słów to nagle się okazuje,
                                    że to ja jestem ta zła, to ja się nie przykładam, to ja jestem beznadziejnym
                                    kierowcą, który nie stosuje się do "WIELCE MĄDRYCH I WAżNYCH WSKAZóWEK", a moje
                                    wątpliwości na drodze są odbierane jako brak przygotowania teoretycznego albo
                                    wręcz atak na osobę instruktora (taaaa najlepiej w ogóle siedziec cicho co by
                                    się instruktor nie przemęczał)...i tak wychodzę z auta, skołowana, zdołowana,
                                    wręcz momentami sama zaczynam wierzyć, że to o mnie to sama prawda, że to ja mam
                                    jakieś dziwne wymagania, to ja jestem ta zła i może powinnam sobie dać spokój i
                                    wracam do domu i pukam się w głowę ("dziewczyno zdecyduj się na coś, chcesz z
                                    nim jeździć czy nie??) ale widać nie dośc mocno się pukam bo ciągle popełniam
                                    ten sam błąd...ehhh. Szkoda gadać, sama siebie nie rozumiem:/ Chyba zaczęłam go
                                    traktoać jako moją małą wojnę, jako moje małe (hmm na pewno małe???) wyzwanie
                                    życiowe...no ale czy warto to się jeszcze okaze. Ale na całe szczęście mam to
                                    forum, ktore mnie na prawdę pomaga i im częsciej ja komuś coś doradzam to tak
                                    jakbym przekonywałą samą siebie, a a im cześciej słyszę "dziewczyno, co Ty
                                    robisz z tym instruktorem" to tym bardziej się utwierdzam, że to nei ze mną jest
                                    coś nie tak i tak czerpiąc siłę idę na kolejną jazdę, a potem znowu wracam na to
                                    forum...ehh pontus błagam, nie waż się kasować tego odbiegającego od tematu
                                    wątku bo ianczej ktoregoś dnia wysiąde na jeździe na środku skrzyżowania a tak
                                    mam siłę i się nie poddam...no i teraz to ja się rozpisałam.
                                    Do Stendhala nie sięgnę póki co bo mnie za bardzo literatura Prawa o Ruchu
                                    Drogowym pochlania ale za to posłuże się moim starym "znajomym" Goethe:
                                    "Potykając się mozna zajśc daleko, nie można tylko upaść i nie podnieść się" -
                                    to tak jakby komuś zabrakło motta na koljny dzień:)
                                    • Gość: linia frontu Eeeee... ja to nie żałuję tak na marginesie:) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.01.07, 21:09
                                      1.Kwestia kamer: Nie, błagam, żadnych kamer! :) To by dopiero kursanci mieli
                                      polewę...
                                      Kamery to już inna bajka, z jednej strony możliwość weryfikacji kompetencji
                                      instruktora i zaangażowania kursanta (w kurs, w kurs oczywiście...), z
                                      drugiej... błe, straszna oficjalka by była:(

                                      2.Kwestia hamowania: Z cyklu sentencji kursowych: nie można (się) hamować, bo
                                      to nieasertywne:).
                                      Jeżeli Twój JWPIKN posiada jakiekolwiek kompetencje odnośnie do hamowania, to
                                      chyba tylko tego przez "ch", cham jeden; inne potencjalne kompetencje JWPIKN,
                                      zostają zredukowane poprzez hamowanie Twojej wiary we własne możliwości,
                                      skutkując hamowaniem zdolności do prowadzenia pojazdu w sposób umożliwiający
                                      zdanie egzaminu, będącym bezpośrednią przyczyną niepowodzeń na drodze i
                                      utwierdzającym Cię w przekonaniu, że kierowcy z Ciebie nie będzie, więc jeśli
                                      chcesz nauczyć się prowadzić jednocześnie "pokazując mu na co ojedziesz typowi,
                                      jak zmienisz instruktora na takiego, który Cię wyprowadzi na ludzi bardziej,
                                      niż jak mu będziesz płacić, za jego pożalsięboże złote myśli

                                      • Gość: linia frontu Re: Eeeee... ja to nie żałuję tak na marginesie:) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.01.07, 21:15
                                        Oświadczenie:)
                                        zeżarło mi się:), to kończę szybko, bo się wybiłam z rytmu: Proszę mi tu nie
                                        marudzić, tylko na najbliższej jeżdzie przedstawić JWPIKN, w czym tkwi problem
                                        i zmienić JWPIKN jak najszybciej na normalnego pana instruktora! Odpisuję tylko
                                        na post zawierający stwierdzenie: "ZMIENIŁAM JWPIKN NA INSTRUKTORA!"
                                        Nie wymiękaj!!!!

                                        linia frontu
                                        • Gość: linia frontu Re: Eeeee... ja to nie żałuję tak na marginesie:) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.01.07, 07:51
                                          No nijak mi inaczej nie wychodzi: przy Twoim ambicjonalnym podejściu i
                                          zaangażowaniu emocjonalnym, jedyną w zasadzie barierą nie-do-przekroczenia jest
                                          JWPIKN - bo to nie jest kwestia braku umiejętności, tylko wiary w ich brak,
                                          sukcesywnie umacnianej przez JWPIKN. Na porządną rzetelną, argumentację, przy
                                          epistolarnym charakterze moich wypowiedzi, nie ma tutaj miejsca, ale jest to
                                          jedyny sposób, żebyś się czegokolwiek nauczyła; po prostu podejdź do kursu
                                          zdecydowanie bardziej racjonalnie; a moja obecność na tym forum w tym
                                          kontekście jest o tyle celowa, o ile jestem w stanie trzeźwym okiem spojrzeć na
                                          Twoją sytuację i wyciągnąć konkretne wnioski, bo jeśli cokolwiek jest w stanie
                                          je wywołać, to chyba tylko odrobina dystansu;).
                                          Wpadnij na forum o książkach, znajdziesz mnie:)
                                          • Gość: :( Re: Eeeee... ja to nie żałuję tak na marginesie:) IP: 195.116.125.* 16.01.07, 18:44
                                            1. ambicjonalne podejście - tak (taki cholera charakter:/)
                                            2. emocjonalne podejście - tak- jak juzraz wspomniałaś, zajmuje nas to, w czym
                                            nie celujemy- całą prawda i wiąże się z pkt 1 czyli ambicją- tak nas to zajmuje,
                                            bo włąsnie chcemy celować
                                            3. racjonalne podejście do kursu- oj tak- niestety podchodzę racjonalnie, moze
                                            aż za racjonalnie, jestem nad wyraz świadoma swoich niedociągnięć (jakoś mnie
                                            świadoma niedociągnięc instruktora chyba przy tym?) niestety, a że chcialąbym
                                            dużo, a nadal robię mało...ehh tego się nei da opisać, ale gdybym napisała z
                                            czym mam problemy na moim etapie kursu, czego sie jeszcze nei uczyląm, co mi nei
                                            wychodzi to chyba wszyscy by na tym forum trupem padli ze śmiechu...a ja za
                                            Matkę Teresę w rozbawianiu cierpiących tu nei będę robić...ehh

                                            Linio Frontu gratuluje zdania teorii, kiedy praktyka??
                                            • Gość: linia frontu Re: Eeeee... ja to nie żałuję tak na marginesie:) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.01.07, 22:00
                                              Jakoś mniej świadoma niedociąnięć instruktora chyba przy tym... nie kuś, nie
                                              kuś... bo po mej głowie, czasem się ich boję chodzą słowa nie do powiedzenia...
                                              (bez podtekstów, czysta forma;)
                                              A jak nie do powiedzenia, to nie do pomyślenia tym bardziej:)
                                              Podobno świętym jest tylko to, za co człowiek musi zapłacić swoją pracą i swoim
                                              pożądaniem, a potem móc odejść i zapomnieć, hehe, ale rozkmina:)
                                              Ja to muszę jeszcze przemyśleć...
                                                  • Gość: linia frontu a poczekam, aż wygonią:) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.01.07, 00:16
                                                    Za to informatyk ze mnie żaden, hehe:) Ale dziękuję, również w imieniu Hłaski i
                                                    reszty towarzystwa:))). Podejrzewam, że jeśli mój instruktor kiedykolwiek tu
                                                    zagląda, jest odmiennego zdania... ostatnio jakaś złowroga cisza bije z mojego
                                                    telefonu...no i właśnie o tym... nie, nie o ciszy. Teraz to się uśmieją. Śmiej
                                                    się, śmiej, ja się tego faceta boję. Mój instruktor przekracza wszelkie moje
                                                    granice pojmowania drugiego człowieka. Tacy ludzie nie istnieją. Pierwszy raz
                                                    spotykam się z przypadkiem takiej wyrozumiałości, cierpliwości i spokoju,
                                                    zwłaszcza w stosunku do mojej wyjątkowo... no nie inaczej, wkurzającej, a do
                                                    tego, niezbyt lotnej w kwestiach prawka osoby, i napawa mnie to przerażeniem,
                                                    czekam tylko kiedy spadnie na mnie Gniew:P. Hehe, a tak się intrygująco
                                                    zaczęło;). No i względy rozległości temporalnej, będącej kwestią mojego
                                                    własnego lenistwa(!), rozciąłość prawka, bo z jednej strony chciałabym mieć ten
                                                    rozdział za sobą, setki razy wyklinam to całe prawko, z drugiej wiem, że jedyną
                                                    możliwością jazdy, jest diabelna, granatowa Corsa:), bo kumple jakoś dziwnie
                                                    się ulatniają, kiedy zaczynam subtelnie wychwalać ich autka (nie rozumiem
                                                    dlaczego?;)... To z cyklu tych ogólnokursowych, a przechodząc do konkretów
                                                    ("Gościu"!:), to "instruktor", a nie Ty jest...hmmm... niedociąnięty(od
                                                    niedociągnięć, od niedociągnięć! przymiotnik odrzeczownikowy, hehe ;P). Staram
                                                    się być, o ile to możliwe, obiektywna, ale trudno mi wytłumaczyć podejście tego
                                                    człowieka w sposób wskazujący na szlachetny charakter jego intencji. Jedynym
                                                    racjonalnym wyjściem jest po prostu... zmiana instruktora, wielu już
                                                    argumentowało Twoje prawo do tego, konieczność takiego rozwiązania sytuacji,
                                                    więc ja ograniczę się do próby umotywowania tego w Tobie (jakkolwiek
                                                    bezskutecznej...:/). I będę monotematyczna!
                                                    Gniewu Pontusa też się lękamale on tu rządzi:)
                                                  • Gość: :( Re: a poczekam, aż wygonią:) IP: 195.116.125.* 17.01.07, 17:19
                                                    bo kumple jakoś dziwnie
                                                    > się ulatniają, kiedy zaczynam subtelnie wychwalać ich autka (nie rozumiem
                                                    > dlaczego?;)...

                                                    Hehehe na wszelki wypadek nie będę odpowiadać na to pytanie, uznam je za
                                                    retoryczne i zamilknę bo mnie jeszcze jakiś czas temu też jeszcze ludzie swoje
                                                    autka proponowali do ćwiczenia ale słysząc o moich hmm "postępach" jakoś tak
                                                    propozycje cichną...

                                                    wielu już
                                                    > argumentowało Twoje prawo do tego, konieczność takiego rozwiązania sytuacji,
                                                    > więc ja ograniczę się do próby umotywowania tego w Tobie (jakkolwiek
                                                    > bezskutecznej...:/). I będę monotematyczna!

                                                    Bezskutecznej, o zgrozo włąsnie spojrzałam na datę założenia mojego pierwszego
                                                    wątku- ponad masiąc temu....zabrakło mi komentarza dla samej siebie, na miejscu
                                                    innych chyba przestałabym ze złości dla mojej niereforowalności myślenia i
                                                    ciągłego lamentowania połączonego z brakiem działania (najgorsza kombinajca z
                                                    możliwych:/)- chyba bym przestała odpowiadać na moje posty, w zasadzie mam
                                                    ochotę sama zamilknąć co by nie musieć nawet własnych myśli napisanych czarno na
                                                    białym czytać bo nie dość, że myśli do mnie krzyczą "Zrób coś do jasnej
                                                    ciasnej", nie dość, że inni w kóko powtarzają: "Zdecyduj się wreszcie
                                                    dziewczyno", nie dość, że z internetu wciąż jedno zdanie spoziera: "Zmień go" a
                                                    ja jak ta krowa na miedzy nadal nic...ehhh teraz to ja jestem monotematyczna...
                                                  • Gość: linia frontu zmień go... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.01.07, 20:04
                                                    1.Wprowadzenie do argumentu temporalnego: I za to Cię lubię, mała romantyczko,
                                                    za ten mickiewiczowski brak działania, który tak Norwida strzelał;), ale to ten
                                                    drugi, wsiadłszy:) do Corsy, zrobiłby z niej poezję (niestety żaden z nich nie
                                                    miał prawa jazdy, phi, też mi autorytety ;P). Obie wiemy, że go nie zmienisz,
                                                    że uprzesz się przeciw czasowi i logice, trwając w tej matni, by udowodnić
                                                    samej sobie, że można absolutnie-mimo-wszystko, co?
                                                    2.Argument o charakterze temporalnym: Tylko to nie te czasy, raczej epoka walki
                                                    o swoje w perspektywie bezideowej rozrywki, a Ty okrajasz swój kurs z kilku
                                                    wartościowych wspomnień, tych nielicznych, o których warto pamiętać. A
                                                    prawko... to chyba nie tylko odpowiedzialność, determinacja... czasami
                                                    zwyczajnie niezła jazda jest:) - tak "po prostu", nie "mimo wszystko".
                                                    A Ty co zapamiętasz ze swojego kursu, prócz masy nerwów, zarwanych nocy i tego
                                                    tam obok, na fotelu, o wiecznie marsowej minie... to chyba nie tak miało być?
                                                    To chyba nie jest to "raz na całe życie"?
                                                    Doszłam do wniosku, że nie przekonam Cię za pomocą logiki...A wiesz, naprawdę
                                                    byś mi zaimponowała i przyznam, zaskoszyła, przechodząc do czynu...
                                                    Zmień go!
                                                  • Gość: :( Re: zmień go... IP: 195.116.125.* 17.01.07, 22:36
                                                    Gość portalu: linia frontu napisał(a):

                                                    > 1.Wprowadzenie do argumentu temporalnego: I za to Cię lubię, mała romantyczko,
                                                    > za ten mickiewiczowski brak działania,

                                                    hehehe rozryzłaś mnie....tak po prostu rozgryzłas na całego. Ale czy ja coś
                                                    poradzę na to, że nie lubię prostych dróg, że wolę iść nie "z" ale "pod" prąd,
                                                    że na kochanka wybrałabym lekko niezrównoważonego Wertera ale przenigdy
                                                    pracowitego poczciwego Antka, że osiągnięciem jest dla mnie tylko to, co wiąże
                                                    się z niemiarodajnie wielkim wysilkiem i wyzwaniem nie do pokonania, że jakby mi
                                                    własne dziecko przyszlo pewnego dnia do domu i powiedzialo, że nie przeczytało
                                                    "Kordiania" to bym chyba z domu wygnała, ale gdyby przyszlo z dwóją za
                                                    nieprzeczytanie "Chlopów" to bym tylko pochwaliła cichutko (tu z góry
                                                    przepraszam wszystkich spadkobierców i wielbicieli Reymonta, ale żyjemy w
                                                    czasach absurdu i nikt się dziś nie boi przyznać, że nie każdy wielki poeta
                                                    wielkim był, czy tam powieściopisarzem - wszystko jedno)...i już się nawet
                                                    czulam czytając Twój post usprawiedliwiona, że ten brak dzialania też jest
                                                    dzialaniem i że ma ta matnia jakiś tam swój sens, dzięki ktoremu nie muszę
                                                    podejmowac żadnej decyzji itd gdyby nie....

                                                    A wiesz, naprawdę
                                                    > byś mi zaimponowała i przyznam, zaskoszyła, przechodząc do czynu...

                                                    gdybyś tym zdaniem nie poruszyła do żywego mojej ambicji, i gdyby nagle nie
                                                    odezwało się we mnie moje Superego, które do tej pory pozwalało rządzić mojemu
                                                    wygodnemu id, które nie chce zmieniać nic i nie chce podejmowac żadnej
                                                    "heroicznej" decyzji i dawalo rządzić mojemu ego, któe uparcie powtarzalo, że to
                                                    też ma jakiś sens, bo jakieś tam wspomnienia z tego prawka zawsze jednak zostaną
                                                    (choć obdarte z nerwów) i nie zaczęło się odmagać DZIAłANIA (o jeju nawet mi to
                                                    słowo przez gardlo nie hcce przejść) i dzięki temu mam temat do przemyślań, jak
                                                    każdej nocy of course;)....i sama jestem ciekawa, co wygra- przemożna ochota na
                                                    dalszą walkę z wiatrakami czy duma albo kto wie co...
                                                  • Gość: linia frontu Re: zmień go... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.01.07, 18:30
                                                    Tłumaczył mi kiedyś celowość perfekcji, nie tyle może poprzez porównanie, ile
                                                    rzetelne uprawomocnienie techniki prowadzenia samochodu...no właśnie, dla niego
                                                    jazda j e s t Sztuką (taaa, taką sensu stricte, przypomnij sobie rolę pisarza w
                                                    epoce romantyzmu). I chyba tylko tak potrafi o tym myśleć... dlatego tym
                                                    bardziej dziwi mnie, że Sztuki próbujesz nauczyć się od pozytywisty-pragmatyka,
                                                    dla którego technika jest Absolutem...
                                                    O wiele łatwiej jest oceniać, niż rozumieć...
                                                  • Gość: linia frontu Re: zmień go... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.01.07, 19:36
                                                    Gościu, czemu zniknęłaś:( Czekam i czekam...
                                                    Swoją drogą ciekawe, czy komuś na coś ten wątek się przyda. Ciężko być
                                                    specjalistą od czegoś, czego już nikt nie chce, z Whartona. Ale jest jedno ale.
                                                    Ktoś napisał: Mam wielki szacunek do Mistrza, ale czasami sam nie wiem...
                                                    Sedno sprawy. Odkrywam w sobie nieśmiałą świadomość posiadania resztek zdrowego
                                                    rozsądku, który każe mi zastanowić się nad tym, na ile meritum jest brak moich
                                                    umiejętności (którego nie neguję!), a na ile... no właśnie. Ta druga strona
                                                    medalu. Staram się wyabstrahować z takiego postrzegania, nie mniej czasami po
                                                    prostu nie umiem inaczej o tym myśleć, ponieważ taki kontekst sam się narzuca,
                                                    biorąc pod uwagę wszystkie wypowiedzi Mistrza od początku kursu, równoznaczne
                                                    z, sorry, myleniem się w zeznaniach.
                                                    Będę to rozważać snobując się przeintelektualizowanymi myślami;P. A ty napisz,
                                                    jakie wnioski wynikły z Twoich rozważań...
                                                  • Gość: :(:(:( Re: zmień go... IP: 195.116.125.* 20.01.07, 21:40
                                                    Hmmm nie piszę bo boleśnie ostatnio zdałam sobie sprawę, że miałaś całkowitą
                                                    rację- nie zmienie tej chorej matni, w której trwam, z jakichś nawet dla mnie
                                                    trudno zrozumianych powodów trwam i będę trwać w tej chorej sytuacji, jakbym nie
                                                    byla zdolna to walki o swoje albo rozsądnego przemyślenia sprawy. Nie wiem, czy
                                                    to jakieś masochistyczne skłonności sprawiają, że pozwalam na to co się dzieje
                                                    (sama sobie jestem w sumie winna) czy inne względy, czy może gdzieś tam w głowie
                                                    kołacze się myśl, że lepszy swój wróg niż obcy- bo jeśli zmienię instruktora na
                                                    jakąś kanalię wpadając w ten sposób jak z deszczu pod rynnę...to chyba bym tego
                                                    nie zniosła, a swojego instruktora choć przewidzieć nigdy nie mogę, odgadnąć
                                                    zamiarów ani tego, jakim antykomplementem bądź zarzutem zostanę dzisiaj
                                                    obdarowana- to jednak jakoś już tam znam i się chyba nawet przyzwyczaiłam:/

                                                    Swoją drogą doszło wreszcie do mnie, że sposób traktowania mnie przez
                                                    instruktora to jedno i do tej pory jeszcze sie łudziłam, że mimo wszystko jest
                                                    dobrym instruktorem, ale już wiem, że nawet dobry nie jest (może stąd ta jego
                                                    frustracja, rozgoryczenie życiowe wyładowywane na kursantach??), po prostu
                                                    wystarczył inny instruktor i nagle przekonałam się, że nawet ja mogę się czegoś
                                                    nauczyć- i na prawdę niewiele do tego trzeba- wystarczy mi pokazać, racjonalnie
                                                    wytłumaczyć...więc kto tu jest tak na prawdę do kitu??
                                                    A to Twoje rozważania o swoim Mistrzu?? Czyżbym dostrzegała jednak jakieś
                                                    uchybienia w jego doskonaości?? Czyżby pewien brak konsekwencji w postępowaniu,
                                                    uczeniu, działaniu, interpretacji przepisów?? Nie ma ludzi doskonałych, ale o
                                                    tym pewnie wiesz...
                                                  • Gość: linia frontu Re: zmień go... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.01.07, 19:45
                                                    Kurcze, zaniedbuję Cię, ale naprawdę nie wiem, jak mam Ci odpowiedzieć...
                                                    obawiam się, że mój konflikt wewnętrzny dotyczący instruktora, ma podłoże
                                                    etyczne:), bo fakt, obserwuję pewną rozbieżność między wypowiedziami z początku
                                                    kursu, a obecnymi, w związku z czym nasuwają mi się wnioski, cóż, natury
                                                    egzystencjalnej w czysto maksistowskim ujęciu. Merytorycznie nie mogę nic
                                                    zarzucić Mistrzowi, nie czuję się na tyle kompetentna, by zabawiać się w
                                                    krytyka. Na pewno mam za mało danych, by móc poszczycić się jednoznaczną i
                                                    radykalną oceną zaistniałej sytuacji, a wolę być uznana za głupiutką, naiwną
                                                    idealistkę, niż bezpodstawnie niesprawiedliwie kogoś ocenić (zwłaszcza
                                                    człowieka tak wyrozumiałego), skoncentruję się więc na namacalnych
                                                    niedociągnięciach - moich własnych.
                                                    Dziewczyno, tym bardziej musisz go zmienić!!! Brak podejścia do kursanta, przy
                                                    jednoczesnym braku kompetencji zawodowych, wyklucza jakąkolwiek celowość
                                                    takiego kursu. Wiem, wiem, czucie i wiara silniej mówi...więc spróbuję
                                                    zakorzenić swoją argumentację w Twojej perspektywie, w sposób zresztą mało
                                                    wyrafinowany. I jakkolwiek walczymy o przegraną sprawę, bierzemy pod uwagę
                                                    jakiś Ideał. Odnoszę wrażenie, że przenosisz środek ciężkości z rzeczywistego
                                                    Ideału, meritum, jakim jest sztuka opanoawnia prowadzenia samochodu, na środki
                                                    poboczne, skupiasz się na małych celach, pomijając ten najważniejszy, a tu nie
                                                    chodzi o zabicie Cara, ale o wyznaczenie roli Polski w świecie, może tak :), bo
                                                    już naprawdę nie wiem jak inaczej... Pomyśl o tym, co jest najważniejsze.
                                                  • Gość: linia frontu ...ale czasami sam nie wiem... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.01.07, 18:13
                                                    No jak mu nic nie mogę zarzucić??? A mało miał czasu, żeby mnie tego
                                                    wszystkiego nauczyć? Moje "marudzenie" to, sorry, żeden argument, to on jest od
                                                    tego, żeby kurs przebiegał sprawnie, a jak mu coś nie leży to po prostu: nie
                                                    p...ol, tylko się ucz łuku! i tyle, cała filozofia. A co on myśli, że ja kasę
                                                    na kolejne dodatkowe to mu wyczaruję? Kurcze, już naprawdę nie mam skąd jej
                                                    wziąć, mój ukochany nałóg nawet rzucam w imię Idei, dlatego jestem zła jak
                                                    mucha i dlatego niesprawiedliwie oceniam tego Bogu ducha winnego człowieka.
                                                    Wiem, że jestem beznadziejnym kierowcą, wiem, że muszę jeszcze trochę
                                                    posiedzieć za kółeczkiem, ale wina nie leży wyłącznie po mojej stronie.
                                                    Rozwleczony i rozmemłany ten cały kurs, już nie wspomnę, kiedy zaczęłam go
                                                    robić... Na ostatniej jeździe (z miesiąc temu) odniosłam wrażenie, że Mistrzu
                                                    już sobie trochę odpuścił to całe uczenie mnie. Nie no, tak naprawdę jestem na
                                                    siebie wściekła, bo wina leży po mojej stronie w 99%, bo raz, że nie wiem jak
                                                    legalnie mieć na te jazdy, a dwa, że z moim rzucaniem też ciężko [nikt do tej
                                                    pory nie był na tyle niedorzeczny:), by wymagać tego ode mnie na poważnie, a
                                                    teraz proszę, sama z siebie, paranoja jakaś;)] i ok, przyznaję się, smędzę
                                                    straszliwie, jak czegoś nie lubię , to staram się za wszelką cenę umknąć przed
                                                    koniecznością wykonania tegoż, ale ostatnio już się grzeczna kursantka zrobiłam
                                                    i nawet mi łuk zaczął wychodzić:) i wiem, że jak sama nie będę chciała to nawet
                                                    najlepszy Mistrz mnie nie nauczy... ale chcę:.(, tylko już jakoś tak mam, że mi
                                                    nigdy nie wychodzi, a pretensje mam oczywiście do całego świata:). No, ale jak
                                                    się wreszcie wygadałam, to chyba troszkę trzeźwiej ocenię sytuację, niestety na
                                                    moją niekorzyść. Mistrz jest wspaniały;), ma naprawdę od cholery cierpliwości,
                                                    że mnie potrafi zdzierżyć:). Będę się za wszelką cenę trzymać tej wersji.
                                                    Najlepiej tak na kogoś zwalić.
                                                    A Ty... ? Ej, stęskniłam się...
                                                  • Gość: :(:( Re: ...ale czasami sam nie wiem... IP: 195.116.125.* 28.01.07, 13:05
                                                    Eh Linio Frontu- Twoje wątpliwości czytam jakbym własne myśli uzewnętrzniała. Bo
                                                    też jestem zdania, że to instruktor jest odpowiedzialny za to, żeby kurs
                                                    przebiegał sprawnie i nie był rozemłany (z moim jest niestety tak samo, ale to
                                                    już kategorycznie nie z mojej winy:/), bo może i kursanci są różni- mniej czy
                                                    bardziej "lotni", mniej czy bardziej predysponowani, o takich czy innnych
                                                    umiejętnościach- ale dobry instrutkor każdego naucyz jeździć- może nie z każdego
                                                    zrobi mistrza kierownicy, ale z każdego zrobi kierowcę (mniej lub bardziej
                                                    pewnego siebie), lepsego cy gorszego ale KIEROWCę!
                                                  • Gość: :(:( c.d.... IP: 195.116.125.* 28.01.07, 13:22
                                                    Eh Linio Frontu- Twoje wątpliwości czytam jakbym własne myśli uzewnętrzniała. Bo
                                                    też jestem zdania, że to instruktor jest odpowiedzialny za to, żeby kurs
                                                    przebiegał sprawnie i nie był rozemłany (z moim jest niestety tak samo, ale to
                                                    już kategorycznie nie z mojej winy:/), bo może i kursanci są różni- mniej czy
                                                    bardziej "lotni", mniej czy bardziej predysponowani, o takich czy innnych
                                                    umiejętnościach- ale dobry instrutkor każdego naucyz jeździć- może nie z każdego
                                                    zrobi mistrza kierownicy, ale z każdego zrobi kierowcę (mniej lub bardziej
                                                    pewnego siebie), lepszego cy gorszego ale KIEROWCę! I nie ma co ukrywać, że
                                                    zadaniem instruktorów jest to zrobić w 30 godzin a nie liczyć na to, że w
                                                    nieskońćzoność będziemy przychodzić na dodatkowe jazdy rujnując nasz włąsny
                                                    domowy budżet a wspierając budżet instruktora, który nas za dodatkową kase
                                                    nauczy tego, co powinien w 30 godzin...
                                                    Mój instrukotr też już sobie odpuścił uczenie mnie niedorzecznie twierdząc, że
                                                    się nie staram i że traktuje ten kurs niepoważnie i że nie chce sie naucyzć
                                                    jeździć (o zgrozo i jak tu komuś takiemu wytłumaczyć, że ja bardzo chcę? Jak tu
                                                    dać do zrozumienia instruktorowi, że błędy przeze mnie na drodze popełnianie to
                                                    nie jest atak na jego osobę i na jego autorytet "dobrego" instruktora ani nie
                                                    robię tego po to, żeby mu zrobić na złość- bo on to tak traktuje).
                                                    Targają Tobą te same myśli- z jednej strony chciałoby się uparcie zrzucić na
                                                    kogoś winę- bo ileż można oskarżać o brak postępów tylko i wyłącznie siebie- bo
                                                    w końcu w tym aucie siedzi ktoś jeszcze, bez kogo wskazówek nie naucyzsz się
                                                    tego czy owego, nie skorygujesz błędów, nie nauczysz się poprawnych nawyków ...
                                                    jak to mówią- czego JAsia nie naucze, tego Jan nie będzie umiał...
                                                    ale z drugiej strony człowiek zaczyna się w końcu zastanawiać, że jak to jest,
                                                    że innym wychodzi, że inni sie szybciej uczą, że przecież nie można całej winy
                                                    zrzucić na instruktora, że chyba coś w tym być musi, że od kilkunastu jazd nie
                                                    naucyzłąm się niczego nowego, że wciąż tkwię w tym samym miejscu i moze jednak
                                                    to ja, tylko ja- jestem odpowiedzialna za to, że jestem beznadziejną kursantką,
                                                    że moze na prawdę się za mało staram, moze na prawdę brak mi wyczucia, nie mam
                                                    wyobraźni, że nawet dobry instruktor nie zdołąłby zaskarby śiwata naucyzć mnie
                                                    jeździć, że nie nadaje się krótko mówiąc... ja już chyba zaczynam w to wierzyć...
                                                    A o co chodzi z tym rzucaniem? Robiłaś kurs wcześniej i rzuciłaś?? MAm nadzieję,
                                                    że tym razem się nei poddasz! To znaczy wiem, że się nei poddasz bo tęskonta do
                                                    Corsy, która się przebija przez każdy post Ci na to pozwoli, doskonale to
                                                    rozumiem:) Swoją drogą strasznie współczuje, że masz tak rzadko jazdy!! Ja bym
                                                    miesiaca nie wytrzymała! Zresztą tydzień przerwy w jeżdzeniu sprawia, że wsiadam
                                                    do auta i glupieje- czyli chce ruszać na zaciągniętym ręcznym hamulcu, albo
                                                    zapominam, żew aucie istnieją biegi:/
                                                    Trzymaj się:)
                                                  • Gość: linia frontu Re: c.d.... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.01.07, 15:56
                                                    Hmmm... muszę nadać jakąś ramę tym naszym rozważaniom, co by umieścić je w
                                                    pewnym kontekście i postawić we właściwym świetle, więc:
                                                    1. Jako odoby niedostatecznie przygotowane do egzaminu, musimy wziąć jazdy
                                                    doszkalające niezależnie od przyczyn takiego stanu rzeczy (!!!) i bez względu
                                                    na kierunek, jaki przyjmą nasze refleksje na łamach tego forum (to czyni je
                                                    bezowocnymi).
                                                    2. Istnieje zasadnicza rozbieżność między moim, a Twoim instruktorem: Mistrz
                                                    jest wspaniaaaaaaały, a JWPIKN - paskudny (to czyni je antagonistycznymi)! Nie
                                                    chcę, by ktoś wywnioskował z tych moich wypocin brak kompetencji Mistrza,
                                                    wniosek niesłuszny.

                                                    Na początek wyjaśnię kompletną bezpodstawność zarzutu temporalnego: Jest to
                                                    raczej wina ośrodka, Mistrz i tak pracuje po kilkanaście godzin, a to nie taka
                                                    fajna robota... Ostatni miesiąc jest natomiast moją winą, ze względu na brak
                                                    funduszy. W tym miejscu mogłabym co najwyżej zarzucić brak organizacji tych
                                                    moich jazd, przy jednoczesnym braku korygowania z mojej strony (lepiej wie:).
                                                    Doszkalające? Myślę, że to czysty układ: ja chcę się nauczyć, on chce "się
                                                    odkuć". Charytatywnie nie będzie ze mną jeździł. Na pewno nie naciskałby na nie
                                                    bezpodstawnie, i ja nie czuję się dostatecznie przygotowana, tutaj meritum jest
                                                    brak kasy:(. Jestem dorosła i Mistrz nie będzie robił za niańkę, moja kasa,
                                                    moja sprawa, jak to rozplanuję i na ile efektywnie wykorzystam czas. Nie
                                                    wykorzystałam go efektywnie, bo mi na to pozwalał:).
                                                    Kasa w ogóle? Nie przekonują mnie tego typu argumenty, bo funkcjonujemy z
                                                    Mistrzem na zasadzie całkiem innych relacji, nie jest dla mnie Autorytarną
                                                    Instytucją pobierającą opłatę za przygotowanie mnie do egzaminu praktycznego.
                                                    Normalny facet, studia, te sprawy, nie wiem, jak on znajduje czas na cokolwiek,
                                                    a ponieważ mam podobne problemy, nie stać mnie na podejście wymagająco-
                                                    finansowe:). Zresztą jakiekolwiek inne podejście przy takiej relacji uważam za
                                                    chore.
                                                    Ok, Mistrz rozgrzeszony.
                                                    Nałóg... hmmm, niestety trochę inny, nikotynowy:), dlatego mnie tak strzela...
                                                    Jedyna metoda to przynieść mu tę kasę zanim wydam ją na fajki, eh. Ale po
                                                    pierwszym podejściu daję sobie spokój z prawkiem. Dlaczego? Bo to strata czasu
                                                    i pieniędzy, a ani jednego, ani drugiego nie posiadam.
                                                    Myślę, że w Twoim wypadku, to nie kwestia braku umiejętności, to chyba trochę
                                                    tak, jakby Cię murarz uczył architektury, a architekt murarki. To jak masz się
                                                    czegoś nauczyć? Ja się mogłam nauczyć. Nie wyszło - trudno.
                                                  • Gość: linia frontu Re: c.d.... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.01.07, 18:52
                                                    Słuchaj, to nigdy nie jest tak, że wina leży tylko i wyłącznie po jednej
                                                    stronie. Może nie jesteś zbyt lotna, ale jego zadaniem jest tę lotność uzyskać,
                                                    nie płacisz mu za jego pożal się Boże złote myśli!!! Jak płacisz, to ja się
                                                    chętnie zatrudnię za taką kasę:P. Wracając do sedna: z cyklu tych odkrywczych:)
                                                    refleksji: uważam, że to w dużej mierze kwestia braku kompetencji JWPIKN, ale
                                                    i... Twojego kompletnego braku asertywności, nie możesz mu raz a dobrze
                                                    wygarnąć??? Ja mam tak, że jestem cierpliwa, ale do czasu, jak mnie strzeli, to
                                                    nie przebieram w słowach, wada, bo można komuś krzywdę zrobić, ale w tym
                                                    momencie samej sobie robisz krzywdę... Też mam problemy, żeby się zmobilizować
                                                    do podjęcia kroków w celu dokonania zmian, ale jeśli tego nie pokonasz, cały
                                                    ten kurs diabli wezmą, a gościu tylko na tym zarobi!!! i będzie mu wszystko
                                                    jedno, czy zdasz, czy nie. Ja nie wierzę, że jesteś aż taka beznadziejna, to by
                                                    było za łatwe. Z nim jest coś nie tak. Weź "Palcie ryż każdego dnia" i
                                                    poczytaj, z czego Anderson potrafił rezygnować dla godziny latania:), eh, bez
                                                    Hłaski bym zginęła... mnie tylko ten koleś mobilizuje do jazd:)
                                                  • Gość: linia frontu mam!mam!mam!mam!mam!mam!mam!mam!m am!mam!:) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.01.07, 19:19
                                                    :):):) na jazdy, hura!!! Co z tego, że na studia nie mam, tym się później
                                                    pomartwię, fajkami też, co tam, hehe! Jutro już będę zła, ale tym też się jutro
                                                    pomartwię:) Jezu, jak ja się za nią stęskniłam, nareszcie sobie pojeżdżę, nawet
                                                    łuk mogę robić przez te wszystkie godziny, naprawdę nie ma sprawy, a
                                                    jutro "moją małą" zobaczę:), tylko, niestety, ale to już niedługo. Kurcze,
                                                    nie "widziałam" samochodu od ponad miesiąca! Podobno mój mały trabanciarz ma
                                                    teraz maluszka, myślę, co by się do niego ładnie nie uśmiechnąć, tylko pieski
                                                    są na niego bardzo wyczulone (na trabanciarza), a to może oznaczać niejeżdżenie
                                                    przez 3 lata, więc naprawdę się zastanawiam... ale, Trabanciarzu, uśmiecham się
                                                    do Ciebie bezinteresownie: :)
                                                    Ale się cieszę! Wiem, że to głupie, ale naprawdę mi tego brakowało...
                                                    Mistrzowi się niepotrzebnie wygadałam, tak jakoś bardzo "troszczy się o moje
                                                    zdrowie", no przecież ;p, ale ma rację Mistrzu: po co puszczać z dymem, jak
                                                    można ze spalinami:)
                                                    Dobra, koniec tej euforii. Powiedz, jak z Twoimi jazdami? A na jakim Ty w ogóle
                                                    jesteś etapie??? Znam połowę Twojego życia emocjonalnego, a nie wiem, w którym
                                                    momencie kursu jesteś... tak mnie to gnębiło, postanowiłam wprost zapytać. I co
                                                    w końcu z JWPIKN???
                                                  • Gość: . Re: mam!mam!mam!mam!mam!mam!mam!mam!m am!mam!:) IP: 195.116.125.* 31.01.07, 21:48
                                                    Oj linio frontu ja Ci jedno powiem- ja nie wierzę, że Ty sobie po ewentualnym
                                                    pierwszym oblaniu egzaminu odpuścisz to prawko! Po prostu nie wierzę! Inaczej
                                                    uschniesz z tęsknoty za autem- jakimkolwiek! Pieniądze wygrzebiesz spod ziemi
                                                    ale się nie poddasz (tylko mi się waż poddać;>) ja chyba zresztą też nie, mam
                                                    nadzieję, że nie. I rację miał Mistrzu, że lepiej ze spalinami!! I w Twoje
                                                    kompletne braki umiejętności i bycie najgorszym kierowcą- też nie wierzę!!
                                                    A co do Trabanciarza to musisz jakoś jaśniej- bo się pogubiłam czy to
                                                    trabanciarz ma maluszka czy może pieski mają trabanciarza...no chyba jednak
                                                    jakaś lotna nie jestem...dobra niech będzie, że to godzina taka późna;)
                                                    A co do JWPiKN- to niestety określę to krótko: on sobie, ja sobie ale cholera
                                                    nadal w jednym aucie- wiem wiem, wszyscy twierdzą, że jestem masochistką, która
                                                    straciła całkowicie swój wielki dar asertywności...i rozum przy okazji, a na
                                                    jego cześć założę chyba kiedyś osobny wątek (i to będzie moja terapia po tym, co
                                                    przez niego przezywam) a co do kursu- to teoretycznie jestem w 2/3 kursu
                                                    (teoretycznie bo zgodnie z liczbą wyjeżdzonych jazd) a praktycznie to gdzieś na
                                                    samymn początku (bo od pierwszych jazd moje umiejętności nie rosną i w ogóle nic
                                                    się nie dzieje:/). Miłego spotkania z utęsknioną corsą życzę- i niech ta jazda
                                                    trwa jak najdłużej:):)
                                                  • Gość: linia frontu ... sny wirtualnych chłopcuf nanananaa na nana.... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.02.07, 19:42
                                                    Ehhhh, nie odpuszczę:)))... chociaż o pierwszym terminie nie mam co marzyć, ale
                                                    coś wymyślę:), graficzek mam i straszną radochę, hehehehe:))), będę jeździć,
                                                    jeździć, jeździć!!! Już się nie mogę doczekać...Ale chyba zamiast za kodeks,
                                                    wezmę się za ponowne studia nad Nietzschem, bo tylko jego język sprosta zaiste
                                                    zjadliwemu sarkazmowi (uuuh, powiało grozą;P), ciekawe, jak się tenże przełoży
                                                    na technikę nauczania;).
                                                    Mniejsza o Trabanciarza: jest szczęśliwym posiadaczem maluszka, a Strażnicy
                                                    Teksasu czyhają... a on - więcej ma szczęścia, niż rozumu (podobnie jak ja:).

                                                    Nie wymiękamy, co? ;)
                                                    Hesse tak ładnie podobno napisał, że wiara nie ma nic wspólnego z rozumem - ja
                                                    np. wierzę, że go zmienisz!!! Przecież muuuusisz... w dużym, czy w małym
                                                    mieście robisz? A Twój instruktor ma duży staż pracy (pytam dlatego, bo może
                                                    JWPIKN to jakieś wyższe stadium...)? Powtarzam się, ale to naprawdę jedyne
                                                    wyjście... Bo jeśli chodzi o Twój brak umiejętności, w który zresztą nie
                                                    wierzę: jest on prawdopodobnie wynikiem niskiego poczucia własnej wartości -
                                                    to przenika nawet przez Twoje bardzo wyważone wypowiedzi; jeśli więc JWPIKN
                                                    będzie umacniał w Tobie ową niewiarę, szanse... marne... chyba najważniejsze,
                                                    żeby się nauczyć jeździć, co? Myślę, że chcesz trochę na zasadzie: "A udowodnię
                                                    h...!", ale jeśli tak, to nie tędy droga - wierz mi, że bardziej urazisz jego
                                                    kobiecą:) dumę, zmieniając instruktora na takiego, który nauczy Cię prowadzić
                                                    autko szybko i skutecznie (nie czybko prowadzić, tylko szybko nauczy:)!!!
                                                    Ciekawa jestem, jak to w końcu z nami będzie, mała romantyczko:)...
                                                  • Gość: linia frontu Re: ... sny wirtualnych chłopcuf nanananaa na nan IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.02.07, 16:36
                                                    Myślałam, myślałam... i wymyśliłam, że Ci walnę refleksję z głębi duszy, co by
                                                    Ci unaocznić, ile tracisz:)
                                                    Mój instruktor:
                                                    1. Sprawy prywatne w czasie pracy: raz, 10 razy pytał, czy może iść po red-
                                                    bulla, trwało to 30 sekund, bo biegł na złamanie karku, potem przez pół godziny
                                                    przepraszał i się tłumaczył:)
                                                    2. Punktualność: jeszcze nigdy nie czekałam (ja natomiast biję rekordy, jeśli
                                                    chodzi o zapominalstwo, zresztą przyjmowane ze zrozumieniem).
                                                    3. Podejście do kursanta: Uśmiechnięty (naprawdę zawsze...), jeszcze nigdy nie
                                                    podniósł głosu, ani nie wypowiedział krytycznej uwagi w nieprzyjemny sposób,
                                                    wytykając mi błędy, zwykł mawiać: "sorry, że się czepiam, ale po to tu
                                                    jestem:)". Jakoś mnie wyczuł i wie, co mnie mobilizuje.
                                                    4. Atmosfera: nie tylko nie boję się jazd, ale wręcz się czuję bezpiecznie w
                                                    autku, śmiechowo jest, podchodzi z poczuciem humoru do rażących nawet potknięć
                                                    (uhhh...), ale jak się bierzemy za robotę, to nie ma przeproś:), jeszcze nigdy
                                                    nie udało mi się wysmęcić uniknięcia czegoś;p. Jednym słowem: achchchchchch! :p
                                                    5. Sam kurs: Podczas kursu przerobiłam wszystkie "punkty", jeśli na coś
                                                    potrzebowałam więcej czasu, nie było problemu (raczej nakaz posiedzenia nad tym
                                                    dłużej), ładnych parę razy byliśmy pod WORDem, wszystko wyjaśnił i unaocznił.
                                                    Ale jak widział, że już naprawdę wymiękam, np. z łukiem (błe!), odpuszczał, bo
                                                    wiedział, że na siłę to w moim przypadku bez sensu.
                                                    6. Dojazd do kursanta: chciałabyś... :) tracić moją cenną godzinę na odwożenie
                                                    jakiegoś gostka...

                                                    Moje przypały? Ładnych parę razy przypaliłam sprzęgiełko (uhhh, aż zajechało!),
                                                    niewrzucałam sprzęgła podczas zmiany biegów, zaparkowałam metr od krawężnika:),
                                                    jak się przerzuciliśmy na gaz, samochód gasł mi na każdym skrzyżowaniu,
                                                    zatrzymałam się na środku wielgalachnego ronda w samym centrum Wa-wy pełnego
                                                    pędzących autek, notorycznie zapominałam o jazdach do tego stopnia, że
                                                    instruktor dzwonił i pytał, czy mam może zamiar go odwiedzić:), a potem mi
                                                    pisał na kartkach, więcej grzechów nie pamiętam, ale jak sobie przypomnę, to
                                                    napiszę. Myślisz, że chociaż raz coś usłyszałam? W życiu, a powinnam! Na
                                                    wewnętrzny przyjechał do mnie pod pracę...
                                                    Znasz już całą prawdę i myślę, że jesteś w stanie wywnioskować, kto tu nawala:/.

                                                    I co? Zastanawiasz się jeszcze??? Zmieniaj natychmiast:)
                                                  • Gość: :( Re: ... sny wirtualnych chłopcuf nanananaa na nan IP: 195.116.125.* 04.02.07, 10:20
                                                    < Nie wymiękamy, co?

                                                    A no własnie wymiękamy:/ Tak, po prostu ja już też uwierzyłam, że nauczenie mnie
                                                    prowadzenia jazda jest bezskuteczne, nie ma szans powodzenia, i prawdziwą walką
                                                    z wiatrakami jest właśnie nauczenie mnie jeżdzenia:/ i już mi nawet kiełkuje
                                                    myśl w glowie, co by wyjeździć te 30 jazd i na tym zakońćzyć etap życia zwizany
                                                    a kursem prawa jazdy:(
                                                    A swoją drogą czemu moje wypowiedzi są wyważone???

                                                    Masz rację, że przez długi czas moją motywacją bylo zrobienie jemu na złość - i
                                                    nauczenie się jeździć jemu na przekór...niestety to nie dzialą, znaczy sama się
                                                    jeździc nie nauczę, może mi w tym pomóc tylko instruktor i tu koło się zamyka.
                                                    A co do braku wiary w siebie to niestety prawda- często zauważam, że moje błędy
                                                    wynikają z tego jaką mam atmosferę w aucie, wystarczy jakakolwiek uwaga albo
                                                    nawet spokojne pytanie instruktora co zamierzam tu zrobić, a ja reaguje
                                                    natychmiast zdenerwowaniem, paniką i zrobieniem jakiejś kompletnej głupoty (np
                                                    jechałam prosto, nagle skręcam ku zaskoczeniu instruktora i swojemu i innych
                                                    kierowców bo na kierunkowskaz już nie było czasu; wyjezdzam z podporządkowanej,
                                                    instruktor mnie pyta, czy chociaż spojrzałam w prawo, czy coś jechało- ja
                                                    automatycznie odpowiadam, że nie- mimo, że tak na prawdę spojrzałam i
                                                    kontrolowałam sytuację, ale gdzieś tam mam już zakorzenione, że wszystko co
                                                    robię - robię źle. Ale z drugiej strony nie mogę zwalać całej winy na
                                                    instruktora, ani na atmosferę....w jakimś tam stopniu (dużym stopniu) to kwestia
                                                    mnie samej i chyba jednak kompletnego braku umiejętności).
                                                    Ehh wiem, że duło tracę, czytam posty innych osób i aż płonę z zazdrości jakiego
                                                    fajnego instrukotra można mieć:,( Aż mnie korci, żeby punkt po punkcie opisać,
                                                    co robi mój instruktor w opisamych przez Ciebie sytuacjach...ale chyba dam sobie
                                                    spokój z użalaniem się nad sobą. Wiesz, nie wiem jak to jest ale ilekroć na
                                                    prawdę prbuje go zmienić to coś wypada- ile razy szlam na jazdę z listą rzeczy,
                                                    ktore chce mu zarzucić z poprzednich jazd- on nagle przestawał to robić; ile
                                                    razy próbowalam mu coś zarzucić to on mnie uprzedzał (jak by mi cholera w
                                                    myślach czytał) zarzucając coś mi, a ja żeby się bardziej nie wkurzać i nie
                                                    okazywać emocji po prostu pasowałam; ilekroć chciałam siez nim pokłócić odbierał
                                                    mi możłiwośc sprowokowania go, a kiedy ostatnio jazdą zmobilizowałam się już na
                                                    maksa powtarzając sobie, że albo teraz albo nigdy i mając dla dodatkowej
                                                    motywacji w portfelu numery telefonu innych szkół jazdy w mieście - to nagle
                                                    wynikło coś jeszczcze innego, czego się nie spodziewałam i chyba już go po
                                                    prostu nie zmienię:/ Zaczynam wierzyć (albo tak to sobie tlumaczyć), że z
                                                    jakiegoś powodu życie mi go na drogę rzucilo i nie wiem, czego jeżdzenie z nim
                                                    ma mnie nauczyć (bo na pewno nie prowadzenia auta) ale moze gdzietam jest jakiś
                                                    drugi plan, drugie dno, inny sens tego mojego męczenia.
                                                    Też jestem ciekawa jak to z nami będzie....:)
                                                  • Gość: linia frontu Re: ... sny wirtualnych chłopcuf nanananaa na nan IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.02.07, 14:15
                                                    "A koniec nie będzie dobry; bo koniec nie może być dobry w sprawie, którą
                                                    człowiek podejmuje z bezwoli, ze strachu, z przypadku. I to wszystko, co wiem;
                                                    i nie stać mnie na to, żeby tę myśl rozszerzyć i pogłębić. Po prostu nie stać
                                                    mnie na to i koniec. Zrobią to przypadkowi sędziowie; ci, którzy nie będą mieli
                                                    na ten temat ani odrobiny pojęcia; niczego, prócz odrobiny ciekawości, kiedy to
                                                    się już przewali i umrze. ALe ja sam, chociaż chcę, nie umiem nic więcej
                                                    powiedzieć. Mogę tylko zaufać swojemu wrażeniu, ale tylko to". [Mareczek:)]

                                                    Jak to wymiękamy??? Co wymiękamy??? A właśnie, że nie!!! Mowy nie ma!!!

                                                    Po prostu wiedziałam, że masz aż za dużo wspólnego z literaturą, ale jak
                                                    napisałaś o tym drugim dnie, o jakiejś szerszej perspektywie doświadczenia...
                                                    myślę, że meritum można upatrywać właśnie w formie stwierdzenia, którego
                                                    użyłaś: "inny" sens. I chyba Twoje refleksje oscylują wokół owej "inności", bo
                                                    nie pytasz o konkretne rozwiązania, i nie ich oczekujesz: "W jakimś stopniu to
                                                    chyba kwestia mnie samej". Bo nie o niego w tym wszystkim chodzi. Chodzi o to,
                                                    co próbujesz osiągnąć p o p r z e z niego. Pokonując brak zaangażowania
                                                    instruktora własnym, niewiarę ambicją, a niechęć entuzjazmem, szukasz chyba
                                                    bardziej uprawomocnienia własnych wartości w sobie samej; Ty nie pytsz
                                                    tutaj: "po co?", tylko "dlaczego?". I to trochę tak, jakby dyskutować z
                                                    Izaakiem [Brudne czyny], z tą jego "krwią, która silniejsza była od jego mózgu,
                                                    może od jego serca, bo przecież wiedział, że będzie latał po ciemku i że może
                                                    się rozwalić - to było to, co mówiło mu jego doświadczenie, jego pamięć, jego
                                                    mozg. Ale nie chciał wierzyć temu wszystkiemu". Tak? :)
                                                    I właśnie dlatego nie możesz zrezygnować, że tego się nie da tak po prostu
                                                    zostawić: jeśli odpuścisz sobie prawko i nie podejmiesz próby (choćby tylko...)
                                                    zdania egzaminu, samo doświadczenie nie zniknie, zostanie "drugie dno", które
                                                    nie da Ci spokoju, dopóki go nie uprawomocnisz, a uprawomocnieniem może być
                                                    tylko ten kawałek plastiku:). I to jest właśnie ów sens: żeby jakoś wytrwać, bo
                                                    to jednocześnie nakręca ziszczanie się "drugiego dna", którego szukasz. Nawet
                                                    nie tyle, żeby jakoś wytrwać, tylko żeby "przeżyć" prawko najlepiej,
                                                    najwnikliwiej i najrzetelniej, jak się da:).A ponieważ fundamenty pełnego
                                                    przeżycia danego doświadczenia, muszą być jakościowo dobre (ogólnym fundamentem
                                                    tych rozważań jest opozycja: ja - instruktor), niestety, jakość Twojego
                                                    instruktora odbiega ideowo od założeń i nie może stanowić pełnoprawnej podstawy
                                                    dla doświadczenia prawa jazdy:). Jedynym rozwiązaniem jest więc jego... tak,
                                                    zgadłaś:). Widzisz, tu wcale nie trzeba analizy, dowodów, argumentów, tylko
                                                    krótkiej, męskiej decyzji; jeszcze przed wejściem do samochodu, powiedz
                                                    mu: "Ponieważ nie odpowiada mi pański sposób nauczania, dziękuję za
                                                    współpracę". Albo po prostu idź do biura i zabierz papiery, on nie musi w tym
                                                    uczestniczyć, nie jesteś mu nic winna. Zobaczysz, o ile będzie Ci z tym
                                                    lepiej:).
                                                    A wypowiedzi? Może złe słowo, bo gdyby były "wyważone", to w tym wątku
                                                    zabrakłoby całej otoczki emocjonalnej (która, bądź co bądź, jest chyba
                                                    istotą:), ale obserwuję forum od jakiegoś czasu i jeszcze nie spostrzegłam Cię
                                                    w żadnej z tych żarliwych dysput;)...
                                                    Ani mi się waż zaprzestawać marudzenia:)! Gdzie się wówczas podzieję ze swoimi
                                                    teoriami;P...
                                                    Pozdrawiam i czekammmmmmm...



                                                  • Gość: :( Re: ... sny wirtualnych chłopcuf nanananaa na nan IP: 195.116.125.* 04.02.07, 17:19
                                                    Ohh Linio Frontu czytam ten post nie wiem, który raz i kurcze zabrakło mi
                                                    kontrargumentów...a marudzić i tak nei przestanę (a jak już kiedyś przestanę
                                                    mieć powód do marudzenia to coś napewno wymyślę;) bo by mi dusza uschła, jakybm
                                                    nie mogla Twoich postów dłużej czytać:)
                                                    Masz rację z tym drugim dnem- uff nie przeszło by mi przez gardło stwierdzenie,
                                                    że gdybym sobie odpuściła to nic by się wielkiego nei stalo, obie o tym wiemy:)
                                                    Chyba dlatego się nie poddam tak łatwo (tak, tak- jednego dnia to rzucam,
                                                    drugiego się zapieram, że dam radę!), bo by mi to nie dało spokoju, może nawet
                                                    nie chodzi o drugie dno, raczej studnie bez dna, przeklętą otchłań, w której
                                                    lądują niespełnione marzenia albo nieosiągnięte plany ale bynajmniej nie zostają
                                                    zampomniane- raczej tkwią jak kolec w sercu dając o sobie znać na kazdym kroku-
                                                    ohh nigdy w zyciu bym się nie przyznała ludziom, że spasowałam, że się dałam
                                                    sama sobie pokonać (zostać oblanym przez egzaminatora to jedno, ale tak samemu z
                                                    siebie nie dać sobie szansy to już obrazoburstwo!), i nawet nie chodzi o innych
                                                    ale właśnie o mnie- o moją urażoną dumę i chorą ambicję, która po prostu nie
                                                    zniesie tej porażki i takiego niepowodzenia, dlatego choć kosztuje mnie to dużo
                                                    to nadal wsiadam do auta z nim, nadal daje się traktować jak...nieważne ale to
                                                    robię...wbrew logice, wbrew mojemu totalnemu do bólu realistycznemu spojrzeniu
                                                    na świat, połączonemu z cynizmem i totalnym uwielbieniem dla mównienia tego, co
                                                    myślę, wbrew patrzącym na mnie z politowaniem znajomym i neiznajomym, którzy
                                                    powtarzają w kółko tylko jedno...tak to...wbrew samej sobie, a może na
                                                    przekór...ups teraz ja się zapędziłam w interpretacji...a może to tylko mój
                                                    nihilizm, któy krąży gdzieś tam we krwi i przeświadczenie, że skoro to uczenie
                                                    mnie i tak jest skazane na porażkę...brr nie ważne.
                                                    Wiesz to się tak nie da- przyjśc na jazdę i zamist wsiąść do auta, powiedzieć
                                                    "dziękuję za współpracę" ani isć do biura i po prostu idebrać dokumenty. Nie
                                                    chce tłumaczyć tu na forum, dlaczego bo to jest trochę skomplkowane i w zasadzie
                                                    komplikuje się z różnych powodów coraz bardziej... no ale nie mogłoby być takie
                                                    proste- iść, zabrać papiery- bo wtedy nie byłoby takie ciekawe co;)

                                                    Hmmmm, bo mi od jakiegoś czasu taka (nad)interpretacja przemyka po głowie... że
                                                    może to jednak chodzi o instruktora... :)
                                                    O jezuuuuu nie, znaczy nie wiem, co tam Ci się roi w glowie ale z góry mówię
                                                    nie, to nic takiego, byloby wręcz dziwne ,taki masochizm psychiczny połącznony z
                                                    bóg wie czym....uppsss ależ się zapędziłąm w domysłach nad Twoimi domysłami;)
                                                  • Gość: linia frontu Re: ... sny wirtualnych chłopcuf nanananaa na nan IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.02.07, 16:23
                                                    Latasz bez alimetru i bez cienia, a jedyną odpowiedzią, na którą stać Twojego
                                                    instruktora jest: "Jeśli pan chce, to mu wytnę cień z tektury i przylepię do
                                                    ogona. Chce pan?". Tylko - to nic nie da. Nie masz jakichkolwiek punktów
                                                    odniesienia i jedyne, na czym możesz się oprzeć to własna wiedza i własne
                                                    doświadczenie. Za mało. I kiedyś zabraknie Ci nie kilku metrów, ale
                                                    kilkudziesięciu godzin. Tych z kursu.
                                                    Na szczęście są jeszcze tacy instruktorzy, jak Anderson i - zaręczam, że Mistrz
                                                    by Cię nauczył, tak, jak i mnie nauczy jeździć (a może nawet i latać:P). Jest
                                                    to jeden z tych wredniackich chwytów, na który nie możesz odpowiedzieć
                                                    przecząco, bo urazisz Autorytet;))). Obaliłam więc Twój argument odnośnie do
                                                    braku możliwości Twojego przyswojenia wiedzy praktycznej w zakresie techniki
                                                    prowadzenia pojazdu samochodowego. A tak na poważnie: Nie możesz wiedzieć, czy
                                                    dobrze jeździsz, właśnie ze względu na brak punktów odniesienia: ponieważ
                                                    latanie bez alimetru, bez cienia, a może jeszcze i bez samolotu, jest
                                                    conajmniej awykonalne.
                                                    Punktem odniesienia zaś dla naszych rozważań jest pytanie: W jakim stopniu Twój
                                                    rzekomy brak umiejętności jest wynikiem reakcji na zachowanie instruktora? Moim
                                                    zdaniem: w znaczącym. A nie pomyślałaś, że sens tego wszystkiego leży właśnie w
                                                    z m i a n i e i n s t r u k t o r a, i że dlatego właśnie to wszystko nie jest
                                                    takie proste? I takie pogmatwane? Myślę, że to właśnie musisz w sobie przełamać
                                                    i - pozwolę sobie na odrobinę patosu - to jest Istotą, ach!;P.
                                                    Też czekam na te Twoje posty, a czytam nieomal z wypiekami na twarzy;P. A i
                                                    Pontusa najwyraźniej zaintrygowało, do jakich my tu jeszcze wniosków beztrosko
                                                    dobrniemy, bo na razie żadnych gorejących krzaków... :). Waldemar_Batuta miałby
                                                    materiał do sygnaturek, oj miałby... :)
                                                  • Gość: linia frontu niedopowiedzenie:) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.02.07, 19:37
                                                    Pozwolę sobie, abstrahując, na "wywiązanie się" z choć jednego nawiązania i
                                                    przytoczyć treść sygnaturki, bo chyba naprawdę można się zachechłać w tych
                                                    moich nawiązaniach do nawiązań (a napraaawdę warto:): Sięgam sobie po "Pod
                                                    mocnym aniołem", przechodzą mnie dreszcze i wiem - w tej literaturze jest, za
                                                    przeproszeniem, Miłość i Życie. Życie, co wybawia od śmierci. Jest to
                                                    literatura bezbłędna... (by Król Cukru :-))
                                                    Arcydzieło po prostu ;P... mam tylko nadzieję, że nikt nas tak nie skwituje,
                                                    Mała Romantyczko...
                                                    Pontusie, ostatni raz odbiegam od tematu:)))
                                                  • Gość: linia frontu Re: niedopowiedzenie:) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.02.07, 16:11
                                                    Eeeeeh, a to jeszce p i ę ć dni... a ja to bym sobie j u ż pojeździła:). Nie
                                                    mogę się doczekać, chociaż na myśl o egzaminie mała drelicha, brrrr...
                                                    strasznie jestem ciekawa, jak to będzie na tej "pierwszej" jeździe, czy już
                                                    kompletnie-wszystko-zapomniałam? No, parę dni temu żeśmy z godzinę z kumplem
                                                    gadali o samym odpalaniu samochodu, ale tak "na sucho" to ani frajda, ani
                                                    pożytek, eh, chociaż bez tych dyskusji żarliwych...mmmmm! Więc teoretycznie
                                                    wszystko pamiętam, ale tak mi się chce pojeździć troszkie... "mojej małej" nikt
                                                    tak sprzęgiełka nie charata, eh! Zresztą stękniłam się za nią, ciekawe, czy ją
                                                    pamiętam, czy też będę musiała od nowa wyczuwać. A, no i Mistrza spotkam, tych
                                                    jego złłłłośśliwości posłucham:). Kurcze, fajnie.
                                                    A Ciebie nie przestanę przekonywać, wiesz?
                                                    Bo ja się naprawdę cieszę na te jazdy:).
                                                  • Gość: :( Re: niedopowiedzenie:) IP: 195.116.125.* 07.02.07, 17:34
                                                    I nie przestawaj przekonywać! A swoją drogą ja też się na pewiem sposób cieszę
                                                    na swoje jazdy- nic nie poradzę, że to lubię pomimo tego wszystkiego, pomimo
                                                    niego, pomimo mojego żalu do samej siebie, że nie potrafię w końcu czegoś
                                                    zmienić i pomimo żalu do siebie, że brak mi umiejętności, jakiegoś drygu do
                                                    jazdy, jakiegoś czegoś czegokolwiek co by troszeczkę mi pomagało nazywać moją
                                                    jazdę jazdą...
                                                  • Gość: linia frontu coś cokolwiek... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.02.07, 22:40
                                                    Istnieje to coś cokolwiek:). Coś, co sprawia, że budzisz się rano z myślą, że
                                                    dzisiaj pojeździsz, że - mimo wszystko - wsiadasz do autka, czekasz na każdą
                                                    kolejną jazdę i cieszysz się na nią - mimo wszystko... coś, co każe Ci wkuwać
                                                    PRD na pamięć, ślęczeć nad testami, znosić mrukliwość i marazm JWPIKN, co
                                                    powoduje, że, pomimo upadków i wątpliwości - jednak się nie poddajesz - i mimo
                                                    wszystko się nie poddasz(!); coś, co daje mi możliwość wyczytania pomiędzy
                                                    wierszami niezakłamanego entuzjazmu i (mimo wszystko) determinacji; co
                                                    uprawomocnia Twoją obecność tu, na forum; coś wreszcie, co pozwoli Ci nauczyć
                                                    się jeździć bez instruktora - i pomimo instruktora, bez wskazówek, bez
                                                    podejścia, a może nawet i bez samochodu:); coś, czego najpełniejszym wyrazem
                                                    jest chyba właśnie - "mimo wszystko". I to nawet nie ta ambicja, nie ta nasza
                                                    kobieca duma, która nie potrafi przegrywać i nie wielowątkowość, w której
                                                    upatrujemy Sensu, a tylko... zwykła, chamska i bardzo ludzka pasja:). Tylko
                                                    dzięki takim rzeczom można powiedzieć, że robi się coś naprawdę. Bo tu nie
                                                    chodzi o technikę.

                                                    A ja mam Instruktora, który - mimo wszystko - we mnie wierzy:))). Powiedział
                                                    coś takiego, że nie ma opcji, żebym nie zdała za pierwszym razem ( <-zachować
                                                    dla potomności!), biedak, tak dawno ze mną nie jeździł, że już zapomniał o
                                                    swoim zwątpieniu i jego niebagatelnej przyczynie:), spoko, przypomnę;)! Dobra,
                                                    przyznam (tylko ciiiiiicho!;), przybiło mnie to, że już nawet on nie widzi
                                                    sensu i celu tego mojego prawka, ale po takiej motywacji linia frontu chyba
                                                    znów dostała skrzydełek, bo, kurcze... spoko, że we mnie wierzycie:)))
                                                    D w a dni, no trzy:))). A wiesz, że nawet na miasto nie mam takiej ochoty jak
                                                    na łuk (tak, ja!)? Mistrzu wyjdzie i będzie się obżerał kanapką, zawsze tak
                                                    robi, a ja sobie poudaję sam na sam z "moją dziewczyną";p. Chociaż wiem aż
                                                    nadto dobrze, że będzie potem brakowało tego dodatkowego hamulca... :) ale już
                                                    bym chciała się sprawdzić bez niego...

                                                    Wiesz co, Mała...? Zrobimy to prawko. :)
                                                  • Gość: :( Re: coś cokolwiek... IP: 195.116.125.* 10.02.07, 17:21
                                                    > Wiesz co, Mała...? Zrobimy to prawko. :)

                                                    No jasne, że zrobimy...nie wiem, jak, gdzie, kiedy...ale zrobimy! Ja to widzę w
                                                    wyobraźni- Ciebie w Corsie, mnie w ...czymkolwiek byle nie w tym małym
                                                    cholerstwie, którym teraz jeżdzę...pomykające gdzieś tam, po coś tam, nie
                                                    ważne... ważne, że za kierownicą:)
                                                    Chyba nie potrafimy się poddać:) Nie wiem, czy to brak realizmu czy totalny brak
                                                    samokrytyki, że wydaje nam się, że można...ale dopóki wierzymy,że to zrobimy to
                                                    tak będzie:) Wiara podobno czyni cuda. Powiedziałabym, że mnie wiary brak, że
                                                    zaczyna brakować entuzjazmu, że "prowadzenie" auta wcale nie jest pasją... ale
                                                    wtedy całą ta historia nie miałaby sensu...a ja kocham, żeby wszystko mialo swój
                                                    własny-mniejszy czy większy ale sens. Więc chyba jednak pasja, jeszcze
                                                    niezgłębiona (i może dlatego tak korcąca bo jakie to musi być piękne uczucie,
                                                    kiedy jedziesz i sama decydujesz gdzie i skąd, i jak długo i z kim....ahhhh),
                                                    pasja jeszcze niepoznana- jak wtedy, gdy dajemy dziecku nową zabawkę a ono z
                                                    wypiekami na twarzy próbuje ją poznać, rozszyfrować, dowiedzieć się, jak
                                                    najlepiej wykorzystać... kurcze zaczynam bredzić...
                                                    Zaskoczyłaś mnie z tym entuzjazmem, bo mnie się wydawało, że juz go nie ma, że
                                                    gdzieś iskierki entuzjazmu uciekły i spaliły się w bezdaremnym usiłowaniu
                                                    okiełznania własnych ograniczeń i próbach osiągnięcia postępu... ale on musi
                                                    być...tkiwć gdzieś we mnie- bo inaczej - mimo wszystko- nie miałoby sensu.
                                                    CZasem się zastanawiam, czy to, że tkwię w tak przedziwnej sytuacji jest
                                                    wynikiem mojej totalnie naiwnej bezsilności i braku zdecydowania czy może
                                                    wynikiem ogromnej determinacji i właśnie entuzjazmu, o które powiedzmy sobie
                                                    szczerze nigdy bym siebie nie podejrzewała (a przynajmniej nie o taką ich siłę,
                                                    zawziętość i to na dodatek mimo wszytko;). Wiem, że mój instruktor ograbia mnie
                                                    nie tylko z szansy nauczenia się dobrze jeździć ale i z fajnych wspomnień ale
                                                    pomimo to wiem, że za parę lat tak jak Ty z rozrzewnieniem jadąc gdzieś w trasę
                                                    i widząć eLki bedziesz wspominać swojego mistrza, tak ja też mam niezapomnianie
                                                    przeżycia, z których za parę lat widząc nieporadność kursantów na drodze
                                                    przypomnę sobie moje małe i duże sprawy w Elce i będę się śmiać do rozpuku sił:)
                                                    I niech mnie ręką boska broni trąbić na eLki:):):)
                                                  • Gość: :( Linio Frontu... IP: 195.116.125.* 10.02.07, 17:49
                                                    Wiesz co Linio Frontu... dziękuję Ci, że tu jesteś. Odkryłam, że Ty i Twoje
                                                    posty w połącznieniu z moją nieodkrytą jeszcze pasją i chęcią sprostania po raz
                                                    pierwszy w zyciu zadaniu przekroczenia samej siebie w osiągnięciu nieosiągalnego
                                                    zamierzenia... dajecie mi siłę... na pokonanie lęku przed porażką, na
                                                    poszukiwania zagubionego gdzieś sensu tego wszystkiego, na odkrycie korzeni
                                                    mojej własnej wiary, na rozwinięcie się nadziei (i niech sobie będzie matką
                                                    głupich i siostrą nieszczęśliwych!), właśnie na uprawomocnienie mojej obecności
                                                    tu teraz i w przyszłości, na determinację w próbie wykarmienia mojej chęci
                                                    odniesienia sukcesu ... i na nieśmiałe marzenie o tym, żeby kiedyś tam za parę
                                                    miesięcy, lat... spotkam na skrzyżowaniu mojego znudzonego jazdą instruktora z
                                                    jakimś mocno już zniechęconym kursantem.... i poczuć satysfakcję na myśl, że
                                                    jednak sie udało, że było warto... pomimo wszystko...
                                                    Dzięki Ci stokrotne:)
                                                  • Gość: linia frontu Re: Linio Frontu... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.02.07, 21:05
                                                    Wiesz, jak zobaczyłam takie wielkie: "Linio Frontu" w tytule... nie na żarty
                                                    przeraziłam się... że mnie zostawiasz... a ja już chyba bym nie mogła żyć bez
                                                    tych postów:), bez tego włączania kompa zanim porządnie zdejmę kurtkę. Bo mam
                                                    na co czekać, bo jestem komuś potrzebna i moje słowa też są potrzebne:). Libera
                                                    pisał o słowach, iż potrafią nie tylko zmieniać rzeczywistość, potrafią ją
                                                    tworzyć, a w szczególnych wypadkach - nawet ją zastąpić. A Twoje słowa nie
                                                    tylko zastępują mi rzeczywistość - tę za kółkiem, ale i pozwalają tworzyć jakąś
                                                    szerszą perspektywę doświadczenia w ogóle, w tym ontologicznym znaczeniu:).
                                                    A skoro już się wdzięczę, powdzięczę się jeszcze do... tak, właśnie:), za tych
                                                    kilka łatwiejszych dróg, które mi wskazał i jeszcze za kilka ślepych uliczek, z
                                                    których pomógł mi wycofać, bez potrzeby patrzenia w lusterko:). I jeszcze do
                                                    mgr. Grzegorza się powdzięczę, za wykład o teorii znaków na podstawie kodeksu
                                                    drogowego (już będę czytać!:).

                                                    Dobra, koniec wdzięczenia, co za dużo, to niezdrowo:). Mała, jasne, że to
                                                    pasja, a im głębiej wnikniesz w to doświadczenie, tym bardziej ją uprawomocnisz
                                                    i założę się, że codziennie rano będziesz wybiegać, żeby odśnieżyć, albo
                                                    chociaż tylko zobaczyć swoje piękne, nowiutkie auteczko, a plasticzek zajmie
                                                    honorowe miejsce w Twoim pokoju. Dlatego, że zapłacisz za niego nie pareset
                                                    złotych, zapłacisz własną pracą i własnym pożądaniem i to już nie będzie mogło
                                                    być tylko prawko. To będzie aż prawko - Twoje:). Oki, bo się w emfazę znów
                                                    wkręcam, ale chyba tylko mój instruktor potrafi wyrazić pasję warszawskim
                                                    slangiem:). Ja w każdym razie tego nie potrafię.
                                                    I dlatego nie wymiękniesz, bo za dużo z siebie dałaś temu prawku i już za dużo
                                                    Ciebie w nim siedzi, żeby je ot tak zostawić. Za dużo emocji właśnie,
                                                    zaangażowania i tych takich tam ważnych spraw, które sprawiają, że robisz coś
                                                    naprawdę, całą sobą:). I dlatego też to prawko jest do zrobienia - zobaczysz:).

                                                    A to już jutro, i wiesz co Mała... cholera, boję się :). Ale też nie mogę się
                                                    doczekać, moja Corsa, moja Corsa:))).Teren oczywiście wybadałam (dzwoniłam, a
                                                    potem Teren oddzwonił i chyba łaskawy będzie i miłosierny, chociaż jakieś
                                                    zblazowane zmęczenie wyczuwam, eh, ciężkie dni nadchodzą;P). No, za Mistrzem
                                                    też się trochę stęskiłam, ciekawe, jak mu się żyje, ale za "moją małą"
                                                    bardziej, bo "moją małą" można pojeździć, a Mistrzu to tylko po mnie pojedzie
                                                    co najwyżej:P.

                                                    Cieszę się, że Ciebie mam:)
                                                  • Gość: :( Re: Spokojnie:) IP: 195.116.125.* 13.02.07, 17:44
                                                    Heh rozbawiłaś mnie ostatnim postem, bo już myślałam, że to tylko ja tak mam, że
                                                    po powrocie do domu pierwszą rzeczą, którą zrobię jest włączenie komputera i
                                                    pierwsze kroki oczywiście na forum:) Wiesz, cieszę się, że Ty czujesz
                                                    wprostpropocjonalną siłę z pisania i poczucia bycia mi potrzebną, co ja z
                                                    czytania Twoich postów, które po prostu są mi potrzebne do życia (i wykarmienia
                                                    mojej nadziei i siły do walki). Wiesz, to strasznie dziwne ale uwielbiam ten
                                                    moment wchodzenia na ten wątek, szybkiego odczytywania po łebkach Twoich postów
                                                    a potem delektowania się nimi powoli i po trochę, i dlatego czasem pięc razy się
                                                    zabieram do dopisania i dopiero za którymś odpisuje jak już emocje wezmą górę,
                                                    bo lubię celebrować, odkłądać w czasie ten moment pisania i czytania.
                                                    Zeszłam z tematu a czekam na opowieść albo wręcz elaborat i jakieś peamy na
                                                    cześć "małej" i jak się nią jechało i jak bylo, i w ogóle....no pisz jednym
                                                    słowem....
                                                  • Gość: linia frontu Elaborat sensu stricto... albo parabola :)_ IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.02.07, 21:47
                                                    Cały rytuał, te nasze posty:). Odkładam je sobie na koniec, przeżeram wzrokiem
                                                    po kilkanaście razy, zanim odpiszę. Kawa w kubku z dużym uchem i coś w tle
                                                    (teraz Hey: A Ty?), coś, co mi wpada w klimat... bo przecież całe to nasze
                                                    pisanie jest tak trochę "w tle":). I co ja bym bez Ciebie zrobiła, moja
                                                    Mała...?:)
                                                    Z góry przepraszam, Pontusie, za epistolarność formy literackiej, a Oliwkowi
                                                    dostarczam materiałów dowodowych:), bo dzisiaj... chyba za długo będzie i zbyt
                                                    osobiście.
                                                    Jestem absolutnie zakochana w tym moim małym cudzie:), kiedy podjeżdża na
                                                    parking i widzę ten jej śliczny, granatowy tyłeczek i wiem, że zaraz... :)
                                                    [odpuszczę opis skrzyni biegów i układu kierowniczego mojej małej:)]. Kurcze,
                                                    autko to kompletnie inna przestrzeń, jakaś pełniejsza, bardziej oczywista;
                                                    wsiadam, i czuję się na swoim miejscu. Znikają wszystkie głupie problemy, jest
                                                    ona i wiem, po co tu jestem, dlaczego, co mam robić i jak... eh, a tego tyle
                                                    jeszcze:). Tyle razy analizowałam to wszystko na sucho... już jej tak nie
                                                    wyczuwam, już nie jest "moja", kurcze, znowu mi gaśnie, albo ruszam rajdowo i
                                                    tylu, tylu rzeczy już nie pamiętam... mnóstwo do zrobienia, czasu coraz mniej,
                                                    ale co mnie w prawku pociąga to, w przeciwieństwie do moich studiów,
                                                    skończoność wiedzy. To jest do ogarnięcia, i jeszcze, że to już nie jest Sztuka
                                                    dla Sztuki, że ma zastosowanie w praktyce i, że jestem za to odpowiedzialna, że
                                                    uczestniczę w czymś większym i ważne, żeby robić to najlepiej jak tylko można,
                                                    bo, parafrazując Małą Rewolucję, można cholernie kogoś skrzywdzić swoją
                                                    niewiedzą, tak naprawdę, fizycznie. I to wcale nie było takie głupie, co mówił
                                                    Mistrz, że "wyprowadza na ludzi". Że to nie jest jakieś tam ad hoc.
                                                    Jestem przerażona łukiem, ja bym tak chciała chociaż z placu wyjechać, a nie
                                                    mogę wyłapać momentu, kiedy wyprostować... już, już mi zaczęło wychodzić, ale
                                                    akurat przerwałam jazdy i się rypsło, a teraz znowu nie wiem jak. Popełniam
                                                    mnóstwo błędów, biegów porządnie zmienić nie umiem, zresztą robię to tak
                                                    opornie, bez wyczucia, a mała mi znowu lata po całej drodze, czuję, że nie mogę
                                                    jej opanować. Takie ostatnio miałam refleksje, że tak naprawdę już dawno jest
                                                    po tym całym kursie i robieniu prawka, ale teraz znowu widzę od cholery wyzwań,
                                                    ile jeszcze mam do zrobienia, że wystarczy chcieć. A Mistrz mówi, że jeśli nie
                                                    będę chciała, to nikt mnie tego nie nauczy, ogólnie sugeruje, że zlewam cały
                                                    ten kurs, koncentruję się nie na tym, co trzeba, szybko się rozpraszam. I ma
                                                    rację... I ma rację, że popełniam błąd za błędem. I nie ma tłumaczenia, bo to,
                                                    bo tamto - to nie tak. Albo robię coś jak trzeba i nie muszę uzasadniać, albo
                                                    potem co powiem? Przepraszam??? Trochę mnie to przytłoczyło, nawalam na całej
                                                    linii (frontu:), Boże, jak nawalam... I chodzi właśnie o to, żeby skończyć z
                                                    nawalaniem! Mistrz objawił mi kolejną prawdę objawioną: problemy są po to, żeby
                                                    je rozwiązywać, a nie rozkładać na czynniki pierwsze, kontemplować... eh, i
                                                    tyle bym jeszcze mogła napisać... ale ograniczę się do tego naszego meta-
                                                    prawka:P. Zapytał, kurcze... to po co Ty robisz to prawko? Właśnie. Po co?
                                                    Mogłam zrozumieć, co to jest to coś, dla czego można zostawić gdzieś za sobą
                                                    prawo, wolność, i jeszcze parę innych rzeczy, chciałam wiedzieć, z czym
                                                    przegram. Ale teraz nie mam już nawet czego rozumieć. Została czysta forma bez
                                                    treści:).
                                                    Pisz, Mała, jak Ci idzie, bo zginę bez tej pożywki emocjonalnej:). Ah, no i
                                                    naj, naj, moja Malutka, mam nadzieję, że ktoś Cię kocha...
                                                    Ja Cię kocham:)
                                                  • Gość: linia frontu Re: Elaborat sensu stricto... albo parabola :)_ IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.02.07, 22:07
                                                    I to nie jest tak, że chcę z nim dyskutować, bo, no bo jest Autorytetem i ja
                                                    wiem, że ma rację, odruch bezwarunkowy, zaczynam się tłumaczyć i w ogóle jakoś
                                                    nie tak. Ze sposobu mojego prowadzenia samochodu wynika jasno, że coś tu jest
                                                    nie tak, bo zanim wymyślę i zanim zrealizuję ideę, on już zdąży 3 razy nacisnąć
                                                    hamulec, a potem nie mam nawet jak udowodnić, że coś wiem i że się staram, że
                                                    naprawdę tego nie olewam. Głupie tłumaczenie, co? Ja się nie mam tłumaczyć,
                                                    tylko mam prowadzić autko na poziomie, ot i tyle. Przerypane z taką kursantką.
                                                    Głupio mi, że nawalam, cała prawda.
                                                    Jeszcze raz wszystkiego naj:)
                                                  • Gość: linia frontu Re: Elaborat sensu stricto... albo parabola :)_ IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.02.07, 00:00
                                                    No nie nagadam się dzisiaj... ale muszę, muszę, bo po prostu natłok myśli
                                                    wszelakich mnie dopadł... kurcze, co jest w tym wszystkim super, że Mistrz
                                                    wcale sobie nie odpuścił uczenia mnie (a więc jest szansa, że się na kierowcę
                                                    nadaję:), huuuura, i teraz mi daje czadu, jak chyba jeszcze nigdy i fajnie, że
                                                    tak jest:). Ja tak chcę właśnie:). I mówi, że muszę wymagać przede wszystkim od
                                                    siebie samej, i nie ma przeproś:). No to będę, a poprzeczki sobie nie obniżę,
                                                    bo znalazłaby się pod poziomem morza:/. Spoko, bo wiem, że on myśli, że to do
                                                    zrobienia:))). A małą i jeżdżeniem się jeszcze nie nachapałam, wychodząc z auta
                                                    myślę, ok, dosyć na dzisiaj, ale jak dochodzę do domu to mi zaczyna brakować:),
                                                    ale już bez tej nerwówy, bo wiem, że jeszcze pojeżdżę, że to nie ostatni raz na
                                                    ileśtamileś:). Kiedyś, jak miałam 2h, to było za dużo na raz, pod koniec nie
                                                    wiedziałam, jak się nazywam, a teraz tylko zerkam na zegarek, że buuuuuu, że
                                                    jeszcze tylko pół... życie jest piękne:)))
                                                    Przepraszam za żenujący poziom językowy i już się zamykam:/
                                                  • Gość: :( Re: Elaborat sensu stricto... albo parabola :)_ IP: 195.116.125.* 14.02.07, 18:25
                                                    Kiedyś, jak miałam 2h, to było za dużo na raz, pod koniec nie
                                                    > wiedziałam, jak się nazywam, a teraz tylko zerkam na zegarek, że buuuuuu, że
                                                    > jeszcze tylko pół... życie jest piękne:)))

                                                    Hehe mam ten sam syndrom, tak od piątej jazdy, spoglądam na zegarek w czasie
                                                    jazdy i nigdy nie myślę: o jezu jeszcze pół godziny będzię to trwać, tylko
                                                    zawsze: o rany zostało już tylko pół godziny, dlaczego nie więcej i to wszystko
                                                    pomimo, że jazda nie idzie, pomimo komentarzy, których się w trakcie nasłucham i
                                                    no wiadomo...pomimo wszystko.
                                                    A co do Twojej małej- to Ty się nei przejmuj, że czujesz, że Ona (corsa of
                                                    course) już nie TWoja- Ona była, jest i będzie Twoja, tylko znów ją musisz
                                                    oswoić- to jak z małym kotkiem- wyjeżdzasz na miesiąc na wakacje i po powrocie
                                                    kotek jest nieswój, przestraszony, niepamięta Cię, ale wystarczy go przekupić,
                                                    oswoić, przyzwyczaić i znów jest Twój i corsunia też będzie!! Ciesz się, że
                                                    miałaś tę szansę, żeby poczuć, że ona jest Twoja, ja niestety nie czuje tego,
                                                    dla mnie to zawsze będzie Jego auto, i jeszcze na samym początku kursu- pamiętam
                                                    jak dziś- kiedy jeszcze wierzyłam, że to wszystko bedzie proste i wierzyłam, że
                                                    między mną a Nim będzie jakaś nić porozumienia- to wtedy jeszcze czułam TO auto-
                                                    wyczuwałam sprzęgło, czułam kiedy chce wyższy bieg- ale to szybko minęło i teraz
                                                    wszystko jest już tylko mechaniczne, a ja pomstuje na TO auto, że tak mi nei
                                                    sprzyja (wiem wiem, moja wina tylko i wyłącznie, przecież nie będę zwalac na
                                                    dodatkowe wspomaganie kierownicy, ani na sprzęglo itp), więc ciesz się swoją
                                                    Corsiątką i wiedz, że szybko znów będzie TWOJA.
                                                    Wiesz, dla mnie też wsiadając do auta inne problemy nei istnieją- kiedy jestem w
                                                    pracy myślę o 100 różnych innych rzeczach (jazdy są oczywiście na pierwszym
                                                    miejscu:), jadąc autobusem- myślę o pracy, obserwuje z zafascynowaniem ruch na
                                                    skrzyżowaniach i znów myślę o innych problemach, na nauce się skupić nie mogę bo
                                                    mi myśli znów uciekają ale w aucie... w aucie- jestem tylko ja, auto, droga...no
                                                    i ten gościu obok (zbędny dodatek, którego reakcje jest trudniej ptrzewidzieć
                                                    niż poczynania innych uczestników ruchu), inne rzeczy, problemy nie istnieją.
                                                    Ale wiesz, moze to znów zwątpienie mnie ogarnia, ale zaczynam myśleć, że dla
                                                    mnie ta wiedza nigdy nie będzie skończona, bo jakoś nie pottrrafię sobie
                                                    wyobrazić tego wszystkiego, coraz częściej zaczynam myśleć, że może powinnam
                                                    zrezygnować bo mogę na prawdę być zagrożeniem na drodze (jak mi już ktoś jakimś
                                                    cudem da to prawko), bo nie chodzi tylko o technikę jazdy (albo jej kompletny
                                                    brak) ale raczej o to, że moje reakcje są w aucie nieprzewidywalne, że czuję że
                                                    się gubię, że moja wyobraźnia na temat tego, że sobie poradze coś już szwankuje
                                                    i zaczynam wątpić, czy to wszystko jest do ogarnięcia... a ja też nei chciałabym
                                                    nikogo nigdy skrzywdzić:(
                                                    A wiesz, chyba się żeśmy dobrały tutaj bezbłędnie- takie kursantki, o których
                                                    się dlugo opowiada innym kursantom (na pocieszenie, że ich jeżdzenie nie jest
                                                    takie złe) i innym instruktorom (" A ty wiesz co ona dzisiaj próbowała
                                                    zrobić?";) bo może gdybyśmy nie były takim przerypanym wyzwaniem dla instruktórw
                                                    (szkoda, że tylko Twój ma odwagę podjąc rękawice i wyzwanie, a mój tylko modli
                                                    sie o koniec tej męki) to nie miałaybyśmy czego rozkłądać na te czynniki, czego
                                                    szukac, czego osiągać, jakich celów sobie dalej stawiać, jak obniżać poprzeczkę,
                                                    żeby znów ją podnieść. Wiesz czasem nawet współczuje temu mojemu
                                                    pseudoinstruktorowi, że tak musi się męczyć ze mną, bo tylko ja potrafię nagle
                                                    skręcić w prawo na skrzyżowaniu kiedy zamierzałam jechać prosto wprawiając w
                                                    osłupieniu wszystkich kierowców wokół, łącznie z moim instruktorem, a potem
                                                    zajechać na parking z włączonymi światłami drogowymi (bo gdzieś w tym ferworze
                                                    walki z autem na zakręcie mi się włączyły) i to wszystko, obie te sceny na
                                                    oczach innych instruktorów. I Ty myślisz, że TWój Mistrzu ma z Tobą przerypane??
                                                    A poza tym, ja nie chcę negować autorytetu Mistrza ale co jest kurcze, ze
                                                    niektórzy instruktorzy błędy kursanta traktują jako atak personalny na własną
                                                    osobę? I że jak tylko cos nie wychodzi kursantowi to, żeby zaraz oskarżać o brak
                                                    starań i chęci, i pytać, po co to prawko? Sorry ale to nei fair! Oskrażyć o
                                                    nieznajomość teorii można (ja się raz dałam ewidentnie przyłapać), brak
                                                    przewidywania, neizauważenie jakiegoś znaku- okey wszystko zrozumiem- ALE O BRAK
                                                    CHęCI?? Tego nie przegryzę, bo jakby poczytali te nasze pełne miłości do jazdy
                                                    posty, pełne płonnych nadziei, marzeń, żalu do samych siebie za te właśnie
                                                    głupie błędy...ehhh, ilekroć ja słyszę, że się nie słucham i nie chcę się
                                                    nauczyć to mam ochotę kopnąć go w kostkę, i jakbym miała trzecią nogę to bym to
                                                    chyba zrobiła:/ Bo niby udowodnić, że nam się chce jest prosto- dobrze jeździć
                                                    ale ...gdyby to było takie proste, i tak się łatwo przekładało i gdyby prawdziwe
                                                    było to powiedzenie, że chcieć to móc...a ja już sama nie wiem. To chyba jedyna
                                                    pewna rzecz w tym moim prawku- to: że chcę... bardzo chcę...
                                                  • Gość: :( bo mi się przypomniało... IP: 195.116.125.* 14.02.07, 20:22
                                                    Co mi w tle przygrywa... nie Hey ale blisko bo Nosowska...taka najbardziej
                                                    przygnębiająca płytka...puk.puk...jeśli wiesz, co chcę powiedzieć...;) nie
                                                    potrafię bez niej zasnąć (czasem tylko się przerzucam na "...I widzę, jak
                                                    niewidzialna pętla zaciska moją szyję... dobra już przestaję) ale chyba mam
                                                    nadzieję, że zasypiając wsłuchana w przygnębiające piosenki obudzę się bardziej
                                                    pełna życia... (kolejne kuriozum, coś za dużo mi ich towarzyszy ostatnio) byle
                                                    nie "z ręką w nocniku";)
                                                  • Gość: linia frontu Re: bo mi się przypomniało... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.02.07, 23:46
                                                    A dzisiaj walentynkowo, sentymentalnie;p, Naiv: Nie nie będzie nas:)... a
                                                    jednak wolę swoją czarno-białą Corsę... :)
                                                    Wiesz, zawsze mnie zadziwiało, że jesteś na bieżąco, w samym centrum, a piszesz
                                                    tak...hmmm, mało:P... wiedziałam, co będzie ze mną:), że tych słów będzie tyle
                                                    tyle i, że nie będę mogła tego opanować:).
                                                    Eh, tak najczęściej to myślę o niej "jego dziewczyna":P, ale co tam, to tak
                                                    fajnie wyczuć autko, bo wtedy wiesz, czego "oczekuje" i czego możesz się po nim
                                                    spodziewać, znasz jego możliwości, słabości, i wtedy dopiero ono tak
                                                    naprawdę "ożywa" w Twoich rękach, czujesz ten "kontakt"... Boże, jak czasem
                                                    sobie przypomnę, że piszę o kawałku blachy na kółkach... ale ja do tego kawałka
                                                    blachy mam bardzo osobisty stosunek, i szczerze powiem... to straszne, ale jak
                                                    ją zobaczyłam, to miałam ochotę ją wyściskać, stęskniłam się... i na razie nie
                                                    wyobrażam sobie, że można t a k jeździć z innym autkiem:), bo przecież każde
                                                    jest inne... tylko właśnie, widzisz, to nie jest jakieś "obce ciało", z którym
                                                    walczę tak, jak Ty musisz pokonywać Jego auto, To auto; moja mała, to
                                                    właśnie... taki kociaczek;) [bezbłędne porównanie!], ale chyba prędzej ją
                                                    oswoję, niż instruktora (potem, potem...), i właśnie to też jest w niej fajne,
                                                    że jestem jej pewna, że o n a mi nic nie odwali, co najwyżej ja w niej odwalę
                                                    jakiś niezgorszy numer, że wiem, czego mogę się po niej spodziewać:). A
                                                    poznanie małej podejmuję w kategoriach wyzwania, intrygującego zresztą, i to
                                                    chyba ważne, żeby tak o tym myśleć, żeby to nie była oś: muszę - nie mogę.
                                                    Taaa... Mała, to już jest paranoja, co się ze mną zrobiło... przez ten miesiąc
                                                    już się tak nakręciłam, że w zasadzie moje zdolności do prowadzenia samochodu
                                                    determinują wszelkie inne, zrobiła się taka sierotka marysia. Tak nie będzie.
                                                    Co poniektórzy na wzmiankę o Morsztynie pytają: "O, a co to Morsztyn, to coś
                                                    zboczonego?" :D [wypasiony tekst zresztą:), jeden z moich ulubionych]. Istnieje
                                                    kilka dziedzin, w których czuję się pewnie, w których się spełniam, w których
                                                    się realizuję, i które są dla mnie w a ż n i e j s z e, bo i ile więcej z nich
                                                    wynoszę, więc nie zamierzam całego swojego jestestwa, jakże szlachetnego
                                                    zresztą;p, konstytuować w obrębie podwójnych ciągłych;p. Kurcze, jeżeli JWPIKN
                                                    przenika nawet Twój sposób myślenia o autku, a więc wpływa na sposób jego
                                                    prowadzenia, to w zasadzie staje się jakimś arche, z którego wszystko się
                                                    wywodzi... ja wiem, że sposób myślenia "tego tam, na fotelu obok" potrafi
                                                    zdeterminować cały sposób postrzegania, nawet samej siebie w kontekcie prawka -
                                                    no, ale właśnie - w kontekście. Ale patrząc z drugiej strony: prawa jazdy,
                                                    prowadzenia auta b e z instruktora, czy taka jazda zostanie pozbawiona
                                                    kontekstu? No właśnie chyba przeciwnie??? Opinia Instruktora jest podstawowym i
                                                    determinującym punktem odniesienia, w jakimś tam stopniu również jego osoba, bo
                                                    w końcu spędzasz z tym c z ł o w i e k i e m przynajmniej 30 godzin, ale nie
                                                    jest absolutem! Dlatego, jakkolwiek biorę sobie do serca wypowiedzi
                                                    Instruktora, mające decydujący wpływ na moje podejście do prawa jazdy, techniki
                                                    etc., abstrahuję go z kontekstu tego całego przeżywania prawka, na pewno nie
                                                    jest osią, na której to wszystko się opiera. Spróbuj wyłączyć go z tego
                                                    kontekstu, "naszego", bo wiesz, bo chyba nawet nie jest wart, żeby go w
                                                    jakikolwiek sposób przeżywać, a odbiera Ci całą frajdę z jeżdżenia...
                                                    Aaaa, jak wracam z pracy, to z 5 autobusów puszczam, bo mam przy przystanku
                                                    takie fajne rondo, co tam się dzieje, eh! Można się wkręcić, najlepsze są
                                                    oczywiście skręty w lewo, chcąc cokolwiek wywnioskować... :).
                                                    Masz rację, jak każda wiedza, również i ta nie jest skończona, i będziemy ją
                                                    przez resztę życia wchłaniać, przerabiać punkt po punkcie, korygować,
                                                    weryfikować, uzupełniać, Mistrz zawsze mówi: "nie jestem jakimś super driverem,
                                                    cały czas się uczę", ale masz fundament, rzetelną podstawę, na której opierasz
                                                    resztę wiedzy, to wszystko ponad, tu nie ma miejsca na prawdę absolutną X, w
                                                    opozycji do prawdy absolutnej Y, jest jeden zbiór zasad, jak to "dzieło"
                                                    zinterpretować, a taki, dajmy na to Mickiewicz, 3(+/- 10000000) półki
                                                    (opracowań naukowych, a w każdym inna prawda objawiona:). Ale mam podobnie,
                                                    dzisiaj była taka akcja, że naprawdę nie ogarnęłam, kompletnie, zresztą Mistrz
                                                    dwukrotnie naciskał hamulec. A, właśnie... Mistrz. Bo widzisz, to nie tak,
                                                    każdemu może zdarzyć się gorszy dzień, po prostu był nie w formie, starałam się
                                                    umieszczać nade wszystko te ogólne i nie odbiegające od wątku wypowiedzi,
                                                    jednocześnie przedstawiając je względnie obiektywnie, ale chyba... no przebiło,
                                                    trochę mi do...ał, a ja potrafię tylko być zaskoczona, że można tak łatwo, że
                                                    wystarczy jedno ostre słowo, lub sarkastyczna uwaga, by całkiem mnie
                                                    znokautować, no i byłam trochę zgnębiona, dlatego mi nie wyszło to pisanie:).
                                                    To nie tak, ktoś mi wreszcie powiedział parę słów prawdy, rzetelnie i cieszę
                                                    się, że on, że teraz, a nie gdzieś kiedyś jakiś Pan Policaj, on jest od tego i
                                                    wszystko w porządku, że tak mówi, a dzisiaj już było: "sorry, przegiołem, nie
                                                    jestem na Ciebie zły" (nawet ze mnie szydził, a to dobry objaw, jak się ze mnie
                                                    nabija:))), tylko, Mistrzu, kiepsko kłamiesz:). Jest zniecierpliwiony, tego się
                                                    właśnie bałam, zwykłego przemęczenia materiału. I tak miał od cholery
                                                    cierpliwości, nikt by tyle nie wytrzymał, ale teraz go po prostu strzela, i
                                                    stara się jak może, ale ja i tak to widzę. Nie dziw mu się. Naprawdę mu się nie
                                                    dziw.
                                                    Oki, reszta na kiedy indziej, bo książkę popełnię, powaga:). Czekam z
                                                    utęsknieniem, postaram się trochę ochłonąć i zaoszczędzić Ci tych nowelek:)
                                                  • Gość: :( Re: bo mi się przypomniało... IP: 195.116.125.* 15.02.07, 18:30
                                                    Nie szczędź nowelek Linio Frontu, nie szczędź bo z tęsknoty uschnę:)
                                                    A wiesz, ja czasami tak mało piszę...bo sama nie wiem, bo nie chce z jednej
                                                    strony przytłaczać Cię moimi beznadziejnymi przemyśleniami bez końca i bez celu
                                                    (bo celem miało być zmienienie osobnika w fotelu obok a tu co? no właśnie jedno
                                                    wielkie nic). Bo czasem właśnie próbuje wyzbyć się kontekstu i myślę sobie
                                                    beznadziejnie, że jak nie napiszę to i myśleć nie będę- ależ bezsens- ja
                                                    miałabym o tym nie myśleć, zapomnieć choć na chwilę o prawku? To bylo oczywiście
                                                    pytanie retoryczne. A ostatnio nie piszę bo do glowy przychodzi mi kolejny
                                                    szatański pomysł, że może ja sie z nim tak męczę wcale nie na przekór ale żeby
                                                    mieć na kogo zwalać to, że nei robie postępów, no bo jak by on był dobry, a ja
                                                    nadal nic- żadnych postępów to już bym chyba musiała otwarcie przyznać, że cała
                                                    wina jednak leży we mnie, a nie w wyimaginowanych zakusach instruktora, żeby mi
                                                    życie utrudnić. Dobra kończę z tymi przeintelektualizowanymi, postfreudowskimi
                                                    tezami.
                                                    Wiesz, ja to prawko chyba traktuje też trochę inaczej niż Ty, bo dla mnie to
                                                    jest na prawdę prawdziwa linia frontu (;) w wojnie o moją ambicję i wewnętrzne
                                                    spełnienie. Wiesz, ja nie mam dziedziny, w której bym celowała (pewne swoje idee
                                                    i pasje spaliłam w męczeńskim akcie wchodzenia w dorosość, inne porzuciałam od
                                                    tak, w sumie sama nie wiem czemu) i może właśnie to prowadzenie auta miało mi
                                                    się stać moją nie tylko pasja, ale dziedziną, czymś w czym w końcu odniosłabym
                                                    sukces (bo już od dawna widnieją na horyzoncie wokól mnie tylko porażki albo
                                                    niespełnione ambicje, zagubione nadzieje), chyba chciałam za pomocą tego prawka
                                                    przyponieć sobie, jak to jest zwyciężać, jak to jest robić coś z uczuciem bycia
                                                    nieprzytomnym z emocji, potraktowałam to jak własne życiowe wyzwanie- nie tylko
                                                    wyzwanie nauczenia się prowadzenia auta ale i wyzwanie dla moich słabości, dla
                                                    samej mnie...dlatego tak boli ta porażka (nigdy nie można się przyzwyczaić do
                                                    porażek w życiu), dlatego czasem pisanie i czytanie Twoich postów pozwala mi
                                                    ukoić ten ból, a czasem go tylko przywołuje:/
                                                    Boże dotarłaś aż dotąd?;) Wiem, wiem, forum dla specjalistów z dziedziny
                                                    psyche...i psychiki w innym dziale;)
                                                  • Gość: linia frontu Ciekawe, co jest poza linią frontu? :P IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.02.07, 22:37
                                                    "Bo jeszcze wtedy był niespokojny i wypluwał wszystko, co dawał mu Cohan, gdyż
                                                    bał się o swój niepokój. Ale pewnego dnia zaczął połykać wszystko, co dawał mu
                                                    tamten, nie czując działania tych lekarstw i ich smaku, bo wtedy przyszedł
                                                    nareszcie spokój i Cohan zapytał go: <<Dlaczego jesteś taki cholernie spokojny?
                                                    >>, a on odpowiedział mu patrząc prosto w jego jasną i czystą twarz aktora-
                                                    lekarza: <<Bo jestem zdecydowany>> - i była to prawda - i jeszcze tego samego
                                                    dnia Mickey Cohan wyrzucił go, ale to już nie było ważne". (M.Hłasko)

                                                    Kłamałam, Mała. Bo ledwo mi to przez myśl przechodzi. Że można od jednego
                                                    Autorytetu, i to nie Pelca, Przybylskiego, którzy mówią moim językiem, tylko...
                                                    no właśnie, w dużej mierze uzależnić postrzeganie samej siebie nie tylko na
                                                    osi: ja-prawko, ale i w kontekście szerszym zgoła, że niewzruszone prawdy i
                                                    Prawdy ulegają weryfikacji, przewartościowaniu z powodu kawałka blachy na
                                                    kółkach (ujmijmy to proszę w ten sposób:). Jacobson pyrgnięty w kąt na rzecz
                                                    PRD, po raz kolejny [a szkoda, bo jego def.funkcji poetyckiej idealnie
                                                    przekłada się na rzeczywistość za kółkiem:).. no i właśnie, widzisz, widzisz
                                                    sama, punkt odniesienia, axis mundi nieomal eh!]. Mistrz ma refleksyjność
                                                    Carrolla, myśl rzucona mimochodem, głęboko zakorzeniona w kontekście i
                                                    jednocześnie wykraczająca poza. Myślę, że to nie to, Mała. Myślę, że to strach.
                                                    Bo gdybyś trafiła na takiego "Mistrza", byłby ktoś, kto by na Ciebie l i c z y
                                                    ł, kto by w Ciebie wierzył... i powiedz sama, jak m o ż n a tak nawalać? Ale to
                                                    idzie w dwie strony, wiesz, Malutka, ja nie jestem z tym wszystkim sama, ktoś
                                                    j e s z c z e walczy o to moje prawko. Inny dawno by odpuścił, ale nie Mistrz,
                                                    nie on, uparł się i kurcze, i mimo wszystko... Mała, ja popełniam podstawowe
                                                    błędy!!! Wiesz co? A spróbuj inaczej. Bo o ile łatwiej jest z kimś walczyć, na
                                                    własną rękę brnąć w analizę PRD i próbować teorią załatać praktykę, niż...
                                                    zaufać. Tak, tak, z a u f a ć, przecież ten facet siedzi na fotelu o b o k,
                                                    jest jedynym przełożeniem czystej teorii na rzeczywistość, na to, co naprawdę;
                                                    we wszystkim innym możesz zachować autonomię, radzić sobie sama. Ale nie w tym
                                                    jednym. W tym jednym on Ci jest p o t r z e b n y, tylko on i nikt inny, bo
                                                    tylko on jeden może powiedzieć Ci: jak? I dlatego musisz wierzyć każdemu jego
                                                    słowu, ufać, że o n Ci wszystko pokaże, że nie rzuca krytyką wyabstrahowaną z
                                                    rzeczywistości, że próbuje przekazać Ci coś istotnego (źródło: prawda
                                                    objawiona).
                                                    Ktoś coś wspominał o szatańskich pomysłach, hmmmmm??? :) Ja mówię poważnie.
                                                    Myślałam, że jestem temu człowiekowi winna jakąś ilość porządnych słów tak, jak
                                                    jeden człowiek może być winien drugiemu pieniądze, ale to nie to, to nawet nie
                                                    tyle. To tylko kilka porządnych zawrotek na 3, parę nieprzejechanych
                                                    podwójnych:).

                                                    Mała, Ty masz jeszcze c z a s. Ja już tego czasu nie mam. :)
                                                  • Gość: :( chyba nie ma nic...przynajmniej dla mnie:( IP: 195.116.125.* 17.02.07, 11:44
                                                    Zaufać mówisz? Wiesz to jest w tym wszystkim najśmiesznejsze, że ja tyle z nim
                                                    tkwiłam w jednym aucie nie tylko z włąsnej głupoty i nieumiejętności podjęcia
                                                    konkretnego działania, ale własnie między innymi dlatego, że ja przez dlugi
                                                    jeszcze czas ufałam, że on mnie jednak nauczy, wyprowadzi na kierowcę, że będzie
                                                    to trudne dla nas obojga, ale da radę...oboje damy, ja naprawdę ufałam, że nic
                                                    jeszcze nie jest stracone. Ale byłam głupia bo ufać jemu, to jak ufnośc kurczaka
                                                    do gospodarza, który kładzie go pod topór, ufnośc, że gospodarz ma jakiś szerszy
                                                    cel:/ Teraz ta ufnośc sprowadza się tylko do tego, że wiem, że zareaguje i że
                                                    nie zostanę sama na głupim skrzyżowaniu jak poraz piąty zgasnie mi auto, ale to
                                                    za mało, dużo za mało. Wiesz jego krytyka teraz ma mocne podstawy, niestety,
                                                    kiedy na samym początku zarzucał mnie tymi sowimi hasłami, przytykami,
                                                    traktowaniem jak 18 letniej kretynki, która przyszla na kurs dla uciechy- wtedy
                                                    jeszcze ta krytyka byla wyabstrahowana, teraz już nie jest, teraz sama się
                                                    podkładam, wymuszam chore, podstawowe własnie błędy, sama z uporem maniaka kładę
                                                    się pod topór, bo dlaczego teraz nie umiem już tego, cczego nauczyłam się na
                                                    początku kursu, cofnęłam się już tak daleko, że niedlugo nie będę wiedziałą do
                                                    czego służą biegi albo co gorsza, ktory pedał jest który. Wiesz z drugiej strony
                                                    nie jestem już chyba nawet znieść konstruktywnej krytyki (takiej, która ma jakiś
                                                    cel, czegoś ma mnie nauczyć), za bardzo poczas tych jazd musiałąm się od samego
                                                    początku skupiac się na obronie samej siebie, mojego wewnętrznego poczucia JA,
                                                    musialąm nauczyć się ignorować jego, żeby zachować resztki szacunku do siebie,
                                                    bo jeśli on mnie nie szanuje to kto mam mnie szanować? musiałam się nauczyć
                                                    bronić przed jego słownymi atakami, włączać blokadę myśli, uczuć, wszystkiego
                                                    gdy tylko slyszalam podniesiony glos, irytację w głosie. Mam to do dzisiaj, gdy
                                                    zacynają puszczać mu nerwy, podnosi głos albo na mnie zaczyna krzyczeć, wtedy
                                                    się chowam w sobie, zatrzaskuje drzwi i okna, wtedy nie wiem co się dzieje, nie
                                                    wiem jakim cudem udaje mi sie w takich sytuacjach opuszczać skrzyżowania, w
                                                    zasadzie nie wiem wtedy nawet czy to ja je opuszczam, czy może on znowu wyrywa
                                                    mi kierownicę, a ja już nawet tego nie czuję, po prostu ściana i nic więcej. Nie
                                                    da się zburzyć tego muru Linio Frontu, nei da się wyjąc nawet małej cegiełki na
                                                    zaufanie, boję się, że nawet dla innych instruktorów ten mur mógłby być nie do
                                                    przebicia:(
                                                    Wiesz Linio Frontu Hemingway się mylił. Z całym dla niego szacunkiem, ale się
                                                    kurcze mylił. Człowieka da się pokonać- ja się dałam, ja się dałam przełamać,
                                                    podłamać i złamać ostattecznie. W każdej wojnie musi być wygrany i pokonany, nie
                                                    ma kompromisów, ja przegrałam, straciłam wiarę, nadzieję, spaliłam chyba nawet
                                                    chęci i determinację, chyba straciłam to wszystko bezpowrotnie, dalam sie
                                                    zniszczyć i na więcej nie mam siły, wycofuje się za swoją linię, w siebie. Czas
                                                    jest pojęciem wzgędnym Linio Frontu... mnie go zabrakło nie fizycznie (choć
                                                    fizycznie już też go zaczyna brakować), ale bardziej metafizycznie, psychicznie,
                                                    rozminęłam się ze swoim czasem, z tym czasem, w którym dalo się coś jeszcze zrobić:(
                                                  • Gość: linia frontu Re: chyba nie ma nic...przynajmniej dla mnie:( IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.02.07, 13:52
                                                    Czytam Cię, i widzę tego, którego dobrze znasz, tego samego, który rzuca
                                                    Mickiewiczem, ze słowami: "To Ty mnie tego, gnoju, nauczyłeś", nasz typowy
                                                    błąd, tych miniętych z czasem, że wszędzie szukamy przejawów tegoż, straconego.
                                                    Tylko, że jedyne, czemu oni mogli ufać, to właśnie własnej wierze, własnej
                                                    ufności i naiwności, bo czemu przede wszystkim nie mogli ufać, to czasowi, bez
                                                    tego nie byłoby całego Romantyzmu i to są te jedyne Prawdy, czucie i wiara,
                                                    jako narzędzia poznawcze. Jeżeli zgubisz te narzędzia, stracisz jakiekolwiek
                                                    odniesienie do rzeczywistości w paradygmacie meta-, tudzież paraprawajazdy.
                                                    Wracamy do punktu wyjścia, a Ty sama podajesz mi na tacy argumenty. Już po
                                                    powstaniu listopadowym? To może by tak praca u podstaw, pojawia się wtedy,
                                                    kiedy nie-można-już-nic-zrobić, kiedy przegrało się własnym czasem i z własną
                                                    epoką.
                                                    Jeśli ktoś Cię uczy, przekazuje jakąś prawdę, jedyną relacją, która to
                                                    umożliwia, jest zaufanie, jeśli zaś to niemożliwe -i właśnie w tym tkwi
                                                    szatańskość pomysłu, w nierealności jego realizacji, przy jednoczesnej jej
                                                    konieczności - cóż, "czas jest czynny(...), ma 'poczesny' udział w tworzeniu.
                                                    Ale czego? Zmiany!"(Mann), i żadnej innej innowacji funkcjonalnie uzasadnionej
                                                    nie osiągniemy na pułapie fatycznych fantazmatów, presapozycji i
                                                    prowizorycznych rozwiązań. Ale też dlatego tu jestem, moja Mała, dlatego, że
                                                    nie tylko on odpuścił, a przynajmniej nie przede wszystkim; Ty samą siebie już
                                                    odpuściłaś, samej sobie nie chcesz i nie potrafisz ufać, i dlatego ja sobie
                                                    Ciebie nie odpuszczę.
                                                    Wracamy do punktu wyjścia. Zapytam raz jeszcze.
                                                    Dlaczego Ty go po prostu nie zmienisz???

                                                    A co jest za tą linią?
                                                    Hłasko właśnie. Romantyk, któremu ktoś za bardzo do...bał.
                                                  • linia.frontu tym razem osiągalna:) 18.02.07, 13:38
                                                    Pewnie przegiełam, co??? Ale w dobrej wierze, możesz mi wierzyć, że nie
                                                    istnieję tylko po to, by Cię osobiście obrazić, i vice versa:). Mówiąc o
                                                    zaufaniu, wkraczamy na niepewny grunt - relacji międzyludzkich. Jestem
                                                    przekonana, że Mistrz, nie przywiązujący zbytniej wagi do znaczenia Słowa jako
                                                    takiego, umieszczający je raczej w kontekście umożliwiającym poprawną
                                                    interpretację, miał na myśli zwykłą wiarę w Autorytet, niezbędną do przekazania
                                                    wiedzy i uprawomocnienia tejże w sposobie myślenia kursanta:). To tak, jak z
                                                    pisarzem, który przekazuje Ci jakąś prawdę o świecie, nie musisz go znać
                                                    osobiście, by tę prawdę przyjąć. Ale nie musisz mu też ufać. I do tego momentu
                                                    wszystko jest w porządku, możesz przyjmować czyjeś przedstawienie
                                                    rzeczywistości i jednocześnie mu nie ufać - będzie to wiara kursanta w słowa
                                                    Instruktora. Ale znaczenie słowa "ufać" umieszcza Cię w perspektywie relacji
                                                    międzyludzkich, w których Instruktor przestaje być autorytarną Instytucją, a
                                                    takie postrzeganie pewne rzeczy już wymusza. To jak z Hłaską, pisarzem znanym
                                                    ze ściemniania - chcąć uwierzyć w jego prawdę literacką, nie wyabstrahujesz
                                                    tego z osobistego podejścia, Hłasce można tylko ufać:). A różnica między wiarą,
                                                    a zaufaniem jest taka, że z zaufaniem się nie polemizuje: wiary możesz nie
                                                    przyjąć, możesz ją odrzucić, zanegować, obalić na podstawie merytorycznej
                                                    argumentacji; z zaufaniem już tego nie zrobisz, bo odbierzesz mu znaczenie.
                                                    Przyjrzyj się naszej dyskusji - nie jest polemiką, a relacją. Chcąc Cię
                                                    zrozumieć, przeniknąć Twój sposób myślenia, by zakorzenić swoją argumentację w
                                                    człowieku, nie w poglądzie, musiałam złapać punkt odniesienia, którym jest,
                                                    powiedzmy, romantyczne ujęcie prawa jazdy, w kontekście wartości jakie
                                                    reprezentuje Romantyzm, nie poglądów na epokę. A ponieważ, chcąc wniknąć w
                                                    mentalność ludzi danego czasu, nie mogę rozpatrywać tekstu z perspektywy,
                                                    choćby, człowieka Oświecenia, musiałam wyczuć tę mentalność i operować Twoim
                                                    językiem, ponieważ wspólny język jest podstawą jakiejkolwiek relacji, zakładam,
                                                    że w perspektywie prawka, jest to język PRD (a jednak moja znajomość,
                                                    aceptacja, jednym zdaniem to, że muszę się wkręcić w Twoje postrzeganie i mówić
                                                    Twoim językiem, nie są równoznaczne z utożsamianiem się - tak, jak nie
                                                    utożsamiam się z utworami Mickiewicza, choć je rozumiem). Takie są mechanizmy
                                                    omawianej relacji, jaką jest "zaufanie". Mamy analizę, więc pozostaje
                                                    pytanie: "co z tego wynika?", mówiąc po Mistrzowsku: "co z tym zrobić?".
                                                    Ano widzisz, położył przede mną tek kawałek c z e g o ś, a ponieważ nie jestem
                                                    w stanie w żaden sposób z t y m polemizować, nie pozostaje mi nic innego, jak
                                                    to przyjąć.
                                                    Tak to powinno wyglądać. A jak wygląda?
                                                    Jeśli zaś nie jesteś w stanie przyjąć, z oczywistych względów, nawet
                                                    perspektywy "wiary w Autorytet", relacje zostają zaburzone i powstaje: problem.
                                                    Myślę, że analiza problemu została, z wielu perspektyw, przeprowadzona w sposób
                                                    wystarczający, ograniczę się do wniosków. Problem służy temu, żeby go
                                                    rozwiązać. Kwestia rozwiązania problemu także została przynajmniej
                                                    przedstawiona, więc przejdę do meritum: Nie ma problemu nie do rozwiązania.
                                                    Ponieważ nawet, jeśli nie możesz "zrobić-z-nim" czegoś, czegokolwiek, możesz
                                                    się jeszcze "do-niego-ustosunkować", pytanie, w jaki sposób to zrobisz? Jak do
                                                    niego podejdziesz, powinnaś to zrobić po prostu mądrze. Tutaj wybór isnieje
                                                    zawsze. Rzucając ekstremą, nawet jak umierasz(bo z tym już n i c nie zrobisz),
                                                    pozostaje pytanie: jak?
                                                    Czekam na Ciebie...:)
                                                    Pontus, możesz atakować:)
                                                  • Gość: :( Re: tym razem osiągalna:) IP: 195.116.125.* 18.02.07, 14:27
                                                    Kochana, wcale nie przegięłaś, ani trochę:) I nie jest tak łątwo mnie obrazić,
                                                    nigdy nie było łatwo bo nie należę do osób zewnątrzsterownych, a po nauce (tej
                                                    ubocznej pseudonauki prowadzenia auta) jaką otrzymmałam i wciąż otrzymuje od
                                                    mego pseudoinstruktora już coraz mniej rzeczy jest mnie w stanie wzruszyć.
                                                    Bardziej niż zwykle potrzebowałam przemyśleć wszystko jeszcze raz bo dopóki nie
                                                    dawałam się złamać wyjście zawsze było, ja je widziałam ale w dniu, w którym
                                                    wracałam z jazdy i nie czułam tego co zwykle - stęsknienia do auta (jak zawsze
                                                    zanim zdążylam zamknąć porządnie drzwi auta już mi się chiało płakac, że jeszcze
                                                    tyle dni przede mną do następnego razu), poczułąm zmęczenie- fizyczne,
                                                    psychiczne, prawdziwe poczucie przełamania mojej wiary (a jednak wiara była,
                                                    aczkolwiek często przeze mnie podważana, bo nie uznaje bezkrytycznej wiary,
                                                    nawet wiara dla mnie powinna mieć jakieś podstawy, przesłanki, albo chociaz
                                                    możliwości jej podważenia, albo udowodnienia jej racji, ale nigdy
                                                    bezrefleksyjna, nigdy oderwana od rzeczywistości...), poczucia złamania mojej
                                                    siły, przytłumienia mojej determinacji... (on to czuje Linio Frontu wiesz, ja go
                                                    miałąm za bezuczuciowego, bezempatycznego du.ka a on jest lepszy niż myślałąm,
                                                    wie kiedy przystopowac, kiedy przycisnąć, jak mnie ustawiać, jak ze mną walczyć,
                                                    jak mnie tłumić, jak mi odbierać wszelkie kontrargumenty, jak wytrącać mi
                                                    narzędzie walki z ręki, jak odrzucać w twarz rzuconą mu rękawice...jest lespzy
                                                    niż myślałam:()... więc kiedy po praz pierwszy poczuląm, że nie spieszy mi się
                                                    znów do auta...nikomu tego nie życzę...musiałam to przemysleć, albo inaczej
                                                    odsunąc się na chwilę od tego, przeformulować moje cele i drogi ich osiągnięcia.
                                                    Ale ciągle tu byłąm, ciągle Cię czytałam bo nikt mi nie daje lepszej pożywki do
                                                    przemyśleń, bo chyba jako jedyna jeszcze we mnie wierzyłaś i wierzysz nawet
                                                    kiedy ja już traciłam wiarę, bo Twoje argumenty wybiegaja poza moje subiektywne
                                                    spotrzeganie. Dzięki Ci za to stokrotne (nie wiem, który raz to juz dziękuję,
                                                    niedługo Ci to obrzydnie;)
                                                    Przechodząc do meritum i kwestii ustosunkowania się do niego- w tym tkwi cały
                                                    problem chyba... ta jedna sprawa naszego wzajemnego ustosunkowania się już od
                                                    pierwszego spotkania nei była określona, byla pełna niejendoznaczności, nie
                                                    mogłam przypuszaczać że pójdzie taką drogą, nie byłam na to przygotowana, a
                                                    teraz..cóż ja mogę. To prawda, że zawsze jest jakieś wyjście awaryjne, mniej lub
                                                    bardziej udane- teoretycznie mogę zaraz zadzwonić i powiedzieć, że to koniec.
                                                    Teoretycznie mogę stać się dla niego miłą, uprzejma, traktować go mniej
                                                    bezosobowo (może bym go tym zskoczyła) ale z drugiej strony ja tak nie
                                                    potrafię... nie nawykłam do mówienia, że deszcz pada gdy ktoś mi obcesowo pluje
                                                    w twarz, nie nawykłam pomimo mieszkania w katolickim kraju do nadstawiania
                                                    drugiego policzka, ja na atak zawsze odpowiadam albo atakiem albo całkowitym
                                                    wycofaniem poza linię frontu (;) skąd mogę bezpiecznie obserwować sytuację na
                                                    polu walki. Mogę udawać, że go nie ma w tym aucie- o wierz mi, że często próbuje
                                                    tak do którejś irytującej uwagi "no patrz gdzie jedziesz", potem jest już tylko
                                                    chaos. Mogę odpowiadać atakiem- tego też nieraz próbowałam i jeden jedyny raz
                                                    udalo się, jeden raz to ja byłam górą- to ja dyktowałam warunki, to ja
                                                    sprowadziłam go do parteru, do konieczności bronienia się, ale szybko się
                                                    otrzęsł i juz potrafi sie bronić, w końcu to on jest tu panem auta, królem szos,
                                                    to ja niewprawnymi rekami z paniką w oczach trzymam niewspółgrającą ze mną
                                                    kierownicą, to mnie jest trudniej zachować otwartośc umysłu i opanowanie, a
                                                    przecież nie dam mu się jak inne kursantki doprowadzic do płaczu.... tą drogą
                                                    nie zamerzam niczego osiągnąć. Więc jakie mam jeszcze wyjście? Może moja
                                                    samokrytyka i moje zacofania umysłowe, ktore kazało mi trwać z nim tak długo nei
                                                    pozwalają mi dostrzec jakiegoś bardziej racjonalnego wyjścia, jakiegoś
                                                    prostszego wyjścia, czego Linio Frontu??
                                                  • Gość: :( jeszcze jedno... IP: 195.116.125.* 18.02.07, 15:05
                                                    Jest jeszcze jedno wyjście, najprostsze choć niekoniecznie najrozumniejsze,
                                                    rzekłąbym, że wręcz najbardziej tchórzliwe i najmniej wytłumaczalne albo krótko:
                                                    nielogiczne i niemające podstawy właśnie w czuciu i wierze, a wyjście to -
                                                    przemęczyć się z tym człowiekiem do końca (a to już nie tak długo) a potem oddać
                                                    się w ręce jakiegoś specjalisty (i szukac takiego, aż się go znajdzie, nie wiem
                                                    tylko co na to mój debet na konice:/), tylko czy mi starczy sił, żeby tego
                                                    doczekać i żeby przekonać następce, że ja bardzo chcę i dam radę...
                                                  • linia.frontu Re: jeszcze jedno... 19.02.07, 22:07
                                                    Się rozpisałam i mi światło wyłączyli! :/ No to od początku.
                                                    No i się nie pochwaliłam, że w piątek miałam rundkę z moją ex z początku kursu,
                                                    kurcze, sentyment ogromny:), daje się elegancko prowadzić, potrafię wyczuć, co
                                                    jej tam pod machą chodzi, nie rzuca się tak, nie ma gwałtowności tej mojej
                                                    małej, wrednej diablicy, wyczulonej na każdą wpadkę, taka spokojniutka,
                                                    nieprzewrażliwiona na punkcie sprzęgiełka, no achchchchmmmmmmmmalinka:))).
                                                    Ale... co to za wyzwanie ujarzmić stoika:). Nie no, dobra, błaznuję jak
                                                    zwykle:). Zobligowałam się do zaprzestania abnegacji językowej, jako postawy
                                                    uwłaczającej Etyce Przyszłego Kierowcy;p. Ostatnia hybrydka w ramach erraty :.(
                                                    buuuuuuuuuuuuu...
                                                    Zanim ponownie zanurzę swoje postrzeganie rzeczywistości w optyce romantycznej,
                                                    zarzucę argumentacją z mojej półki, no wiesz, szkiełko, oko... i inne
                                                    narzędzia. Jako przyszły użytkownik dróg, musisz nie tylko "myśleć dwa kroki
                                                    naprzód", przewidywać, wnioskować, analizować, reagować - będąc w samochodzie;
                                                    prawo jazdy to już pewien sposób myślenia, przede wszystkim więc należy być
                                                    świadomym niebezpieczeństw, na jakie narażony jest i wyżej wymieniony, i
                                                    wszyscy Ci, którzy mają z nim styczność na drodze. Zwłaszcza zaś jednego: że to
                                                    Ty możesz być zagrożeniem. Niekompetencja Twojego Instruktora, jego brak
                                                    podejścia, do kursanta, do jazdy - automatycznie wtłacza Cię w ramy tegoż
                                                    zagrożenia. Uważam, że JWPKIN, bez względu na wiek, nie dorósł do rangi roli,
                                                    jaką gra w podejściu kursanta. Mistrz w trakcie trwania kursu przedstawił już
                                                    wiele swoich przemyśleń odnośnie do charakteru pełnionej przezeń funkcji,
                                                    patrząc obiektywnie - nie przez pryzmat perspektyw, kontekstów, podtekstów -
                                                    mogę wnioskować o poczuciu ogromnej odpowiedzialności za kursanta, jako za
                                                    przyszłego kierowcę. Mój Instruktor nie tylko dostrzega fakt, iż jego praca
                                                    jest pracą twórczą, ponieważ kształtuje zdolności techniczne, wyobraźnię i
                                                    umiejętność przewidywania kogoś, kto będzie się po drodze poruszał jako ogniwo
                                                    tej całej siateczki, który będzie z tej drogi korzystał - pytanie, czy w sposób
                                                    właściwy i mądry; pytanie, na które w dużej mierze odpowiedzią jest podejście
                                                    Instruktora. Mistrz zdaje sobie sprawę, że "obrabiając ten materiał" w jakimś
                                                    stopniu wpływa na bezpieczeństwo na polskich drogach, pozwolę sobie na
                                                    określenie górnolotne, lecz nie pozbawione racji, jest współtwórcą przyszłego
                                                    pokolenia kierowców - dlatego tak ważne, by wykonywał swą pracę rzetelnie,
                                                    kompetentnie, profesjonalnie. Ale, jak wspomniałam, nie tylko - nie przesadzę
                                                    chyba, twierdząc, że ma niebagatelny, jeśli nie decydujący, wpływ na
                                                    postrzeganie kursanta, na to, jaki sposób myślenia będzie reprezentował
                                                    przyszły kierowca, mówiąc po polskiemu:), ważne, by nie wbijał mu do głowy
                                                    wyłącznie sposobu operowania autem, ale i podejście do prowadzenia auta w ruchu
                                                    drogowym, podejście dojrzałe i racjonalne. Oczywiście nie jest w stanie
                                                    ingerować w mentalność kursanta, po Taine'owsku: środowisko, a więc wychowanie,
                                                    jednak czym skorupka za młodu nasiąknie... zawsze zostanie świadomość pewnych
                                                    spraw. Zresztą, co także świadczy o poczuciu odpowiedzialności, nie "zostawia"
                                                    swojego kursanta, czy fizycznie, czy mentalnie, raz podjęte działanie
                                                    przeprowadza do końca. Do czego zmierzam? Mając świadomość, jak dalece Twój
                                                    Instruktor (nie, nie napiszę: odbiega od Ideału, jakim jest mój Instruktor,
                                                    hahaha:P) nie przykłada się do wykonywanej funkcji, w jakim stponiu sposób jego
                                                    pracy jest mechanicznym szeregiem monotonnych czynności, jak bardzo nie zdaję
                                                    sobie sprawy z tego, że właśnie jest o d p o w i e d z i a l n y za tę pacynkę
                                                    w elce:) etc.etc., wiedząc, że sposób jego nauczania i argumentacji jest Ci
                                                    obcy, że zwyczajnie się nie dogadacie - i nic z tym nie robiąc, obarczasz tą
                                                    odpowiedzialnością samą siebie. Nawet, jeśli zdobędziesz uprawnienia,
                                                    najprawdopodobniej będziesz się bała jeżdzić, ze względu na niepewność za
                                                    kólkiem, brak wyszkolenia, świadomość zagrożeń. Jeszcze raz podkreślam, że to
                                                    nie Twoja wina, ale zarówno odpowiedzialność za taki stan rzeczy, jak i
                                                    wszelkie wynikłe konsekwencje, staną się Twoim udziałem, tylko i wyłącznie,
                                                    wątpię, by JWPIKN smażył się za to w piekle, bo śmiem powątpiewać w jego
                                                    istnienie. Mówisz: "Cóż ja mogę zrobić?". Możesz. Miast w uwiędłych laurów liść
                                                    z uporem stroić głowę:), bierzemy się Mała, za robotę!:). Problemem jest:
                                                    niedostateczne wyszkolenie, rozwiązaniem zaś: dobry instruktor, realizacją zaś:
                                                    znalezienie takiego. Cóż za problem???? Już jest. Bierzesz urlop, kołujesz
                                                    kasę, wpadasz do Wawy, kwaterę masz u mnie:)))))). Poznasz moją dziewczynę:)))).
                                                    Więc jak???
                                                    KU...to dopiero hybrydka językowa... O! Nawet wieszcz jest! :P
                                                    Jako najskromniejszy człowiek na tym forum;) powiem Ci, że nigdy nie znudzą mi
                                                    się twoje "dziękczynności" :D :D
                                                    Ah, zauważyłaś sygnaturkę??? To na cześć naszego wątku:).
                                                  • linia.frontu Re: jeszcze jedno... 19.02.07, 23:03
                                                    Ah, tłumaczenie:
                                                    1. "pacynka" nie jest terminem o zabarwieniu pejoratywnym, a określeniem
                                                    technicznym, synonimem mojego "niekonieczniekierowcy"
                                                    2. nie jestem perwersyjną nimfomanką, pragnącą Cię uwieźć;P, mówiąc, "moja
                                                    dziewczyna", miałam na myśli Corsę, of course:))))))
                                                    3. "Twoje" (T) dziękczynności; to nie oznaka braku szacunku, tylko literówka:)
                                                  • linia.frontu Re: jeszcze jedno... 20.02.07, 19:17
                                                    Nie bój się... :( tak tylko rzuciłam... no przecież przez internet Ci nic nie
                                                    zrobię:). Naprawdę by Cię nauczył, nie, nie gadam ad hoc, jestem o tym
                                                    przekonana, bo wiem, jakie ja numery odwalam (z tych, do których nie przyznaję
                                                    się na forum;p) i jaką próbą cierpliwości jestem... ale moja idea wspaniała,
                                                    no, zdroworozsądkowo, jednak troszkie nierealna. :)
                                                    P.S. podobno jestem "małym zboczeńcem", więc może rzeczywiście nie ryzykuj :)))
                                                  • Gość: :( Re: jeszcze jedno... IP: 195.116.125.* 20.02.07, 21:34
                                                    Hahaha Spokojnie Linio Frontu, ani się nie wystraszyłam (wręcz przeciwnie pomysl
                                                    mi się nawet diabelsko spodobał i już zaczęłam jakieś delegacje do Wawy
                                                    planować;) więc to Ty powinnaś się bać;), ani odnosząc się do poprzedniego postu
                                                    nie zboczyłam z myślenia (zanczy wiem, że jak mówisz o malutkiej to móisz o
                                                    corsie, i literówki nie zauważylam bo sama robie ich całe mnóstwo czyniąc moje
                                                    posty trudne do zrozumienia) i jakoś tego Twojego zboczenia też sie nie boje bo
                                                    wiem , jakie czysto mechaniczne związane z układami kierowania itd ma to
                                                    zboczenie podstawy;)

                                                    >Uważam, że JWPKIN, bez względu na wiek, nie dorósł do rangi roli,
                                                    jaką gra w podejściu kursanta.
                                                    Uff Linio Frontu a już myślałam, że to ja jestem nienormalna, że tylko ja
                                                    dostrzegam tą niesamowitą rolę (jakby dodatkową, niepisaną, nieprezwidzianą w
                                                    PRD, ale za to niepodważalną!) jaką ma instrukotr - kształtowanie przyszłych
                                                    kierowców, ich mentalności, nawyków (a przynajmniej większości, reszty kursant
                                                    nauczy się już z prawkiem w kieszeni na własne ryzyko), próbowalam tego dowodzić
                                                    w jednym wątku ale coż jak grochem o ścianę... wiesz tym bardziej podziwiam
                                                    Twojego Mistrza, że on jest tego świadomy, baa co więcej próbuje to wprowadzić w
                                                    żyie. Zastanawia mnie krótkowzroczność instruktorów, odwalają swoją robotę w 30h
                                                    (ok rozumiem- przepracowanie, mały zarobek) ale dlaczego nie zdają sobie sprawy,
                                                    że tych niedouczonych kursantów mogą potem spotkac na dordze?? I sami stać się
                                                    ofiarą swojego marnego uczenia innych. Wiesz, gdy już na samym początku kursu
                                                    wiedziałam, że nei będzie dobrze i kiedy boleśnie po pierwszych jazdach
                                                    uświadomiłam sobie (odczułąm na własnej skórze), że już rozumiem co znaczy bać
                                                    się auta, co znaczy mieć blokadę psychiczną przed prowadzeniem - po tym
                                                    poznałam, że temu panu w fotelu obok należy szybko podziękować. Zanim wsiadłam
                                                    do auta nie rozumiałąm tej psychicznej blokady przed jeżdzeniem, tego strachu
                                                    ale innego rodzaju (nie tylko przed brakiem większych własnych doświadczeń czy
                                                    umiejętności, czegoś głębszego) i żałuje, ze kiedykolwiek to poczułam i
                                                    zrozumiałam, nadal się tego boję. Ale walczę. A jednak walcę:) Wiesz, ja w
                                                    zasadzie nie mam nic wspólnego z literaturą, nie rozkłądam jej na czynniki
                                                    pierwsze, nie żyję nią, nie studiuję, raczej inaczej- żyję w niej. Zawsze gdy
                                                    odczuwam jakieś emocje (negatywne czy pozytywne) to w niej szukam drogowskazów-
                                                    nie rozwiązań czy odpowiedzi na pytania bo te muszę znaleźc sama, ale czegoś
                                                    innego, jakiegoś natchnienia, jakiegoś uprawomocnienia dla moich poczynań, a
                                                    moze nawet...(zabrzmi to strasznie żałośnie)...wytłumaczenia dla samej siebie,
                                                    dla mojego choćby bezrefleksyjnego entuzjazmu dla prowadzenia auta, iskierki,
                                                    która rozpali na nowo przygaszony przez innych płomień. Jest jeden niezawodny
                                                    sposób na poznanie moich nastrojów i tego, co mi obecnie w dzuszy siedzi-
                                                    spojrzeć jakie ksiązki czytam i wsłuchać się w muzykę, ktorąsię właśnie racze:)
                                                    To glupie, ale ilekroć w chwilach kryzysu wpada mi w ręce jakiś tekst- traktuje
                                                    to jak zrządzenie losu i wskazówkę w życiu. I tym sposobem całym sercem
                                                    podpisuje się pod twierdzeniem Franka Bettgera (kimkolwiek ów był), że jak już
                                                    nas opanuje entuzjazm, to wtedy nic nas nie powstrzyma. Być może trudno
                                                    przyrównać mnie dorozpędzonego pociągu ale zwracając honor Hemingway'owi (chyba
                                                    się w grobie przewróci od tego ciąglego przyzywania jego imienia, tudzież
                                                    włąściwie nazwiska) jednak nie tak łątwo czlowieka pokonać. Dałam zniszcyć swoją
                                                    wiarę ale nie na tyle by się nie podnieść i nie wyruszyć na wojnę znowu! I jak
                                                    słusznie zauważyłaś nei pzoostaje nic innego jak brać sie do roboty, No więc
                                                    zamiast dalej narzekać- biorę się. I wiesz, jednak znalazłam jeszcze inne
                                                    wyjście- traktuje siebie, jego, auto- każde z nas w tym związku jako odrębne
                                                    jednostki (co jest trochę trudne jak mi sie wyrywa kierownicę, no ale zaraz
                                                    potem wracam do mojego status quo), uświadomiłąm sobie jaki błąd poczyniłam-
                                                    próbując toczyć nierówną walkę nei z tym z kim trzeba, nie wygram z nim- nie mam
                                                    szans, to on to robi od lat, dla niego pestką jest nawet walczenie z kursantami,
                                                    założe się że nie ja pierwsza i nie ostatnia prbowałąm mu się stawiać- dlatego
                                                    nie wygram, dlatgo nie daje się już prowokowac, nie próbuje przekonywać do
                                                    swoich racji (choćby tego, że na prawdę się chcę nauczyc prowadzić auto),
                                                    skupiam się na cyzmś wążniejszym- aucie. I dlatego od nowa oswajam auto, od nowa
                                                    szukam porozumienia ze sprzęgłem (rozgryzę to cholerstwo w końcu:), biegami (też
                                                    jeszcze stawiają opór ale i z nimi sobie poradzę), samą sobą i swoimi
                                                    niedoskonałościami. I o to chodzi chyba chodzi skoro na ostatniej jeździe nagle
                                                    poczyniłąm postęp ze zdumieniem odkrywając, że istnieją znaki poziome (ależ tak-
                                                    LINIE;), nie żebym się od razu do nich stosowała, nie wszystko naraz ale już je
                                                    zauważam a to już coś (no może jak na końcówkę kursu to raczej załamać ręce, że
                                                    dopiero teraz ale jak to mówią- lepiej późno niż wcale;). Więc taki jest mój
                                                    plan na te pare moich pozostałych jazd - przećwiczyć samą siebie, a potem cóz -
                                                    poszukam profesjonalisty, kogoś kto chociaż będzie chciał próbować mnie nauczyć
                                                    czegokolwiek. Rany jak ja ci zazdroszczę tego Mistrza, Linio Frontu ja Cię
                                                    bardzo proszę Ty bądź dla niego łaskawa i też siebierz do roboty co by jego
                                                    entuzjazm do robienia z pacynek nigdy nie osłabł bo to cud nad cudy i skarb dla
                                                    naszych polskich (tu aż korci powiedzieć wspanialych, ale mi przez gardło nie
                                                    przejdzie;) dróg.
                                                    A sygnaturka jest boska:):):)
                                                  • Gość: :( Re: jeszcze jedno... IP: 195.116.125.* 20.02.07, 22:23
                                                    Ty bądź dla niego łaskawa i też siebierz do roboty co by jego
                                                    > entuzjazm do robienia z pacynek nigdy nie osłabł bo to cud nad cudy i skarb dla
                                                    > naszych polskich (tu aż korci powiedzieć wspanialych, ale mi przez gardło nie
                                                    > przejdzie;) dróg.
                                                    > A sygnaturka jest boska:):):)

                                                    A miało być: do ronienia z pacynek KIEROWCóW oczywiście, ale jak zwykle z emocji
                                                    po drodze mi coś zjadło:/
                                                  • linia.frontu eeeeeeeeetam, weź go sobie... ale Corsa moja!!! :) 21.02.07, 20:39
                                                    Hahahaha...żeby tylko ten Cud Nad Cudy mnie tu nie zlokalizował;P... zaj..isty
                                                    termin, nic dodać, nic ująć!:D Jeśli nie boisz się moich perwersji, powaga
                                                    zapraszam na pielgrzymkę do Ziemi Obiecanej:), zresztą tych wiernych z
                                                    polecenia: Tak, tylko do niego!, jakoś się ostatnio mnoży, więc nie czuj się
                                                    odosobniona, ah, Cud osobiście zaprasza Cię do Świątyni(Corsy)!!!:))))
                                                    No! Brawo, Mała! Jestem z Ciebie dumna - to się nazywa podejście!!! I tak
                                                    trzymać! Walcz o to swoje prawko, bo przecież jest o co!!! Zobaczysz, jaka to
                                                    radocha, jak już czujesz autko, jak ci zaczyna wychodzić, tylko musisz
                                                    chcieć!!! Wypracowany sukces smakuje jak mało co, phi, co to za impreza celować
                                                    w czymś, w czym jest się z założenia dobrym!!! A tutaj proszę, jakie wyzwanie:D
                                                    Tego mi było trzeba, kawa i ploty po eksploatującym dniu:P, a Guru dzisiaj
                                                    rozświergolony i błyskotliwy jak nigdy, hehe, dzisiaj się nieźle uchachałam,
                                                    nawet nie te jego teksty, ale jakie on do tego miny wali, paść można:). Stara
                                                    się, co bym nie wyczuła zniecierpliwienia, ale ja przecież i tak wiem. Miło z
                                                    jego strony. Naprawdę miło.
                                                    Jak się nasłuchałam tych jego 61% zdawalności za 1 razem... buuu, Mała,
                                                    tragedia dzisiaj była. Jednej rzeczy dobrze nie zrobiłam, a on już sam
                                                    powiedział, laska, nie ma się co oszukiwać... no głupie, ale twarda Linia
                                                    Frontu siedzi teraz i roni łzy rzewne, jaka jestem na siebie wściekła, cholera,
                                                    żałuję, że na niego trafiłam, szkoda jego czasu, energii, entuzjazmu, z takim
                                                    JWPKIN nie byłoby mi głupio, nara, pyk się i tyle, po imprezie. Ile ja bym
                                                    dała, żeby zdać za tym cholernym pierwszym razem i nie zaniżać gościowi
                                                    frekwencji, żeby już miał to z głowy. Porażka zawodowa swojego Instruktora,
                                                    spoko. Trzeba było mnie komuś podrzucić. To, co ja na drodze wyczyniam, to po
                                                    prostu poezja, wsciekła jestem , bo bezsilna, bo się naprawdę cholera staram, a
                                                    po tym Twoim poście to mi tak zaczęło zależeć, żeby nie nawalić, żeby było ok i
                                                    patrz, po prostu zawsze muszę wszystko sp...yć. I jeszcze na niego
                                                    nawrzeszczałam:/, ale mam teraz kaca, ale już gonię resztkami sił.
                                                    Co nie znaczy, że wymięknę, ooooonienienienienie, nic z tego, nawet na to nie
                                                    licz!!! Jak wymięknę, to będziesz się czuła usprawiedliwiona, a na to nie
                                                    pozwolę, zrobię to prawko!!! Co by skarbowi;) dla naszych polskich dróg za
                                                    dobrze nie było, hehehe.
                                                    Czekam na relację z... hmmmm, linii frontu? :))))
                                                  • linia.frontu Re: eeeeeeeeetam, weź go sobie... ale Corsa moja! 21.02.07, 21:21
                                                    A, w ogóle cieszę się, że tak mówisz, bo już myślałam, że skompromitowałam
                                                    Cud :)))) rolą Mesjanistycznego Wieszcza W Walce O Przyszłość Dróg IV
                                                    Rzeczpolspolitej Polskiej:P, że to tak zabrzmiało... tym bardziej, że gdzie mu
                                                    do wieszcza, jak z niego tylko taki po prostu spoko koleś:), naprawdę w
                                                    porządku.
                                                    Jestem mu wdzięczna.
                                                    Idę posłuchać Paradise Lost:) i poczytać "W poszukiwaniu straconego czasu",
                                                    może znajdę.... Buźka.
                                                  • Gość: :( Re: eeeeeeeeetam, weź go sobie... ale Corsa moja! IP: 195.116.125.* 22.02.07, 18:32
                                                    I tu powinnam wrzucić jakiś uspokajający tekst, ale niestety nie będzie. Bo masz
                                                    zuepłną rację: jak sobie odpuścisz to się będę czułą usprawiedliwiona!! I powiem
                                                    Ci jeszcze, że nie żałuj swojego instruktora bo jeżdzenie z panem JWPIKN też nie
                                                    jest usprawiedliwieniem - muszę to wreszcie przyznać jasno i otwarcie (i czemuś
                                                    mi tego wcześniej nie powiedziała, hmm??). A jazda, mój sposób na prawdę okazal
                                                    się dobry, bo skupiając się na aucie zamiast walki zaczęłąm szukać porozumienia
                                                    (z autem oczywiście, z nim szybciej pomimo serca w postaci silnika niż z
                                                    JWPiKN;) i już ostatnio zaczęłam czuć, że ona siezaczyna podporządkowywać, że
                                                    zaczyna rozumieć, że teraz to ja tu prowadzę, że wszelkie wybiegi w rodzaju
                                                    zacinających się biegów nei przejdą więcej (hehe zauważyłaś, że jak mówię o
                                                    aucie żle to nazywam go "on", a jak mówię dobrze to mówię o niej "ona"- moje
                                                    feministyczne instynkty sięchyba odzywają;) i że mogę znaleźć z nią nić
                                                    porozumienia i już nawet cieszyląm się w duchu z małych sukcesów (które swoją
                                                    drogą powinny być moim udziałem jakieś dwadzieścia jazd temu:/), gdyby nie
                                                    wredny uśmiech (szyderczy niestety) wprowadziłdo tej dziwnej zabawy naszej
                                                    trójki (JWPiKN, autko i ja) czynnik czwarty, który usiadlszy na moim zderzaku
                                                    zachwial moim poczuciem stałości i ledwo co podbudowaną wiarą i sparaliżował
                                                    mnie (choć nie wstrząsnął w ogole instrukotorem... boże co za dziwny człowiek) i
                                                    spowodował, że chyba całą zabawę będę zaczynać od początku (nie wiem, który już
                                                    raz), co nei oznacza, że zamierzam się poddać- o nie! I też mi się już wydawało,
                                                    że gonię resztkami sił ale powiedzmy sobie szczerze Linio Frontu- co jak co ale
                                                    sily dla auta zawsze znajdziemy, choćby grzmiało i błyskało i waliło i paliło to
                                                    własnie dlatego, że w tym nie celujemy, bo właśnie dlatego, że tak dużo z siebie
                                                    dać musimi -to dlatego damy! A wiesz to śmieszne trochę, Ty nagle krzycząca na
                                                    mistrza spokoju, wiary i opanowania, ja nagle kająca się (cholera jak to kajać
                                                    odmienić:/) i bez zmrużenia oka przyjmujaca każdy zarzut przeciwko mojej
                                                    osobie... ale wiesz ta bezsilność... ja też ją czuję, rozumiem i ciągle nie mogę
                                                    się zdecydować czy to tylko nasze kolejne wytłumaczenie- bo co to znaczy, że
                                                    chcemy i się staramy, może za mało się staramy, bo podobno chcieć to móc, więc
                                                    sama nie wiem, czy to tylko dobra wymówka dla kolejnych błędów, czy da się z tym
                                                    walczyć, bo że walczyć trzeba to chyba jasne. A tymi 61 % to się nie przejmuj,
                                                    po pierwsze to nie 100% wiec statystyki nei zepsujesz, a może będzie lepszy
                                                    scenariusz- wyobrażasz sobie jego dumę, jak zda? To dopiero będzie opowiadać
                                                    innym kursantom, będziesz mogła z czystym sumieniem podpisać się pod jego
                                                    reklamą- "ten instrukotr nauczy każdego".... i poraz kolejny powiem: bierzmy się
                                                    do roboty! Ja się biorę, chyba, może trochę za mało (w oczach instruktora to
                                                    pewnie w ogóle), ale się biorę:)
                                                  • Gość: :( errata IP: 195.116.125.* 22.02.07, 18:39
                                                    > wredny uśmiech (szyderczy niestety...

                                                    miało być wredny uśmiech LOSU


                                                    > scenariusz- wyobrażasz sobie jego dumę, jak zda?

                                                    jak Ty zdasz a nie nstruktor oczywiście;)

                                                    Kurcze, kiedy ja się nauczę czytać posty przed a nie po wysłaniu:/
                                                    Heh na jazdach mam to samo- albo najpierw robię a potem myślę, albo tak długo
                                                    myślę, że działania nie podejmuje w ogóle (bo nie zdąże)....
                                                  • linia.frontu Reminescencje... 23.02.07, 19:22
                                                    Nasz odszepieńczy wątek sie rozrasta:)
                                                    No, kochana, ja już po robocie, przynajmniej chwilowo, i muszę przyznać, że to
                                                    był kawał świetnej fuchy, jestem pod wrażeniem:). Maksymalnie wyeksploatowane
                                                    dwa tygodnie, idealnie rozplanowane, ani minuta nie była stracona na kręcenie
                                                    się bez sensu, a jazdy miałam praktycznie codziennie. Taka systematyczność dużo
                                                    mi dała, nie wybijałam się z rytmu, a po każdej jeździe wracałam wykończona
                                                    (żeby nie powiedzieć zj...), esencja całego kursu, więc trzeba było ostro wziąć
                                                    się do roboty. Zresztą Mistrz fajnie to przeprowadził psychologicznie, bo na
                                                    początek sprowadził mnie do parteru, uświadomił, jak wiele jeszcze do zrobienia
                                                    i nade wszystko, kto tu rządzi, i że nie będzie leserowania, marudzenia etc., a
                                                    potem stopniowo motywował - i to jest skuteczna metoda na Linię Frontu, bo jak
                                                    mi się na zbyt wiele pozwoli, to się rozpasana robię;). Może nie zaczynaliśmy
                                                    od zera, ale właściwie wszystko musiałam sobie przypomnieć, takie przerwy robią
                                                    swoje (dowodem na to jest fakt, że na początku kursu, jako jedna z nielicznych
                                                    rzeczy, parkowanie wychodziło mi elegancko, a teraz było maglowanie od nowa)
                                                    i... Malutka, wiem, że prawie robi wielką różnicę, ale jestem prawie
                                                    wyprowadzona na ludzi:D. Jeszcze mi się zdarzy głupia wpadka, ale coraz mniej
                                                    ich było, coraz mniej, na pewno brak mi pewności, nie czuję się jakimś super
                                                    driverem, o, co to, to nie, ale czuję się spoko, czuję, że gorzej-lepiej, ale
                                                    sobie radzę. W ciągu całego kursu były 3 momenty, w których kompletnie nie
                                                    ogarnęłam sytuacji, total zero reakcji; ogólnie siadam na technice, kretyńskie
                                                    błędy, bo np."mi się zapomni", "mi się nie włączy, tudzież wyłączy";p. Ale też
                                                    miałam nastawienie: nie wymiękać, no i oprócz środy, przemęczenie materiału,
                                                    realizowałam założenie, szłam na te jazdy zdeterminowana, skoncentrowana
                                                    (rozkojarzenie mnie gubi), nastawiona na cel, i nie było odwoływania, bo praca,
                                                    bo srutututu, chociaż nieraz korciło; a refleksje zostawiałam na po, dla
                                                    Ciebie:))). Jestem padnięta.
                                                    Daleka droga jeszcze przede mną i wyboista, ale czuję, że nie było fuszery i
                                                    dobrze się z tym czuję:). A co przede wszystkim, choć nastąpiło późno, pewnie
                                                    zbyt późno, sprawiło, że doszło do jakiegoś przełomu... we mnie. Przestałam mu
                                                    udowadniać za wszelką cenę i to był ten moment:), teraz już się mogę do tego
                                                    przyznać, tak, to była mała linia frontu z mojej strony:). Ale w pewnej chwili
                                                    zaczęłam łykać wszystko, co mi dawał, tak po prostu, nie czytając ulotek o
                                                    działaniach ubocznym tych lekarstw i nie polemizując z tym, bo... no właśnie,
                                                    bo jestem zdecydowana:).
                                                    Przepraszam za egoistyczny wydźwięk postu... ale musiałam się wygadać. Pyknę
                                                    zaraz, za jakiś czas, ale na razie dosyć:).
                                                    A, czas na zmianę sygnaturki - jakieś pomysły?

                                                  • linia.frontu Już jestem:) 23.02.07, 20:00
                                                    Kawę musiałam strzelić, zarwana nocka przede mną, a już padam:(
                                                    A nie wspomniałam, bo to było w podtekście, of course:))), nie chciałam Cię
                                                    otwarcie krytykować (chociaż podobno na tym powinna polegać prawdziwa
                                                    przyjaźń), bo bałam się, że Cię zdołuję, a jestem tu przecież w celach
                                                    motywacyjnych:). Autko ma może i serducho w postaci silnika, ale przynajmiej 16
                                                    zastaweczek i 4 komory... jakoś tak, ale jedno na pewne, to serducho jest wbrew
                                                    pozorom bardzo czułe:), dlatego Twoja metoda jest najlepsza, hehe... no bo
                                                    wiesz, porównanie mi się zgoła perwersyjne nasuwa, więc zamilknę rychło.
                                                    Prowadzenie autka nie jest dla mnie walką, jak Ty to ujmujesz, tylko...
                                                    wyczuciem, zrozumieniem o co tej małej chodzi:), jak złapiesz tę właśnie nić
                                                    porozumienia, technikę masz opanowaną, a technika to podstawa:P. I tak
                                                    trzymaj!!! I walcz od nowa o tę pewność i od nowa i tak w kółko i nie dawaj się
                                                    zbić z tropu zderzakowymi intruzami!!!!
                                                    Tymczasem uciekam i czekam na wnikliwe relacje!!!!
                                                  • Gość: lf Re: Reminescencje... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.02.07, 21:15
                                                    A, tylko nie wywnioskuj, że kończę tę całą zabawę, onienienienieniennie, bój
                                                    się Boga, ja dopiero tę całą zabawę zaczynam, w terminie poprawkowym, co
                                                    prawda, ale pamiętasz, jak pisałyśmy o wyczuciu tego momentu... No, to jest ten
                                                    moment. A Mistrz mnie zdecydowanie przecenia.
                                                    Wpadnę, jak będę sprawna umysłowo, bo na razie, to nie bardzo wiem, jak się
                                                    nazywam...:/
                                                  • Gość: :( Re: Reminescencje... IP: 195.116.125.* 23.02.07, 21:47
                                                    Linio Frontu... ależ Ci zazdroszczę tego wyczucia, tego prawomocnie
                                                    udowodnionego przez Ciebie i Twoją jazdę poczucia samozoadowolenia, tego
                                                    przełamania, odnalezienia momentu.... i nie wiesz jak się cieszę jednocześnie
                                                    smucąć strasznie bo nagle mam wrażenie jakbyśmy zostaly przez czas zmuszone do
                                                    mówienia nagle innym językiem, bo Ty przekraczasz swoją linię a ja jestem gdzieś
                                                    za miedzą i nawet cholernego pola walki, na którym mam stoczyć jedną z
                                                    diwniejszych wojen mego nie tak krótkiego zycia, nawet jeszce tego pola walki
                                                    nie widzę, i na dodatek sama odbieram sobie oręże do stocznia tej bitwy,
                                                    oddalając i czynią już nawet w moich myślach walkę tą małą realną:/ dobra końćzę
                                                    bo wpadnę w ton, który tu nie jest odpowiedni i..... powiedz mi kiedy TEN
                                                    DZIEń....26 CZY 28?? Bo nie wiem na kiedy mam oprzygotować ręce do zbielenia od
                                                    zaciskanych kciuków???
                                                  • linia.frontu Dostrzegam potrzebę szybkiej interwencji.... 23.02.07, 23:54
                                                    Kimnęłam i już mi lepiej, mogę dalej działać:). Zaraz. Chwilę. Moja chwilowa
                                                    euforia, tudzież bredzenie w maglinie, nie są tożsame z tak nieprawdopodobnym
                                                    skokiem umiejętności:), pogadałabyś z Mistrzem, to by Ci unaocznił stan
                                                    faktyczny mojego driverowania. Myśląc trzeźwo i oceniając sytuację obiektywnie:
                                                    szkic ogólny został zarysowany, natomiast brak mi pewności, co do szczegółów.
                                                    Nadal podtrzymuję, że to była dobra i eksloatująca praca, to dało efekty, nie
                                                    na tyle jednak, by móc choćby marzyć o zdaniu egzaminu. Przy M
                                                  • linia.frontu Re: cd 24.02.07, 00:38
                                                    Mistrzu oczywiście zgrywałam twardziela, "o, już ja im pokażę" etc., jednak
                                                    moje umiejętności nie są wystarczające, choć fakt, nie mam poczucia, że szamocę
                                                    się w autku, odnoszę już wrażenie, że prowadzę. Tutaj Wodzu zadziałał swoją
                                                    wiarą i optymizmem:), swoimi: "spoko, zdasz, a nawet jak nie, to masz gdzie
                                                    wracać", zresztą był dzisiaj pełen wigoru i strasznie się zgrywał z moich
                                                    autkowych wpadek, także nie czułam ciężkości atmosfery przedegzaminacyjnej,
                                                    dzięki, Wodzu:).
                                                    W związku zaś ze stanem faktycznym ambicje są takie:
                                                    1.Za wszelką cenę wyjechać z placu.
                                                    2.Nie uwalić na czymś, do czego za nic nie przyznałabym się Mistrzowi, jak
                                                    przegrywać, to z klasą!
                                                    Myślę, że nasz wspólny język będzie istniał zawsze (choć czas działa na naszą
                                                    niekorzyść) bo zawsze będziemy mieć te same rozkminy, te same wzloty i upadki,
                                                    reminescencje, erraty, konteksty, podteksty etc., a to, że rzekomo jestem
                                                    gdzieś dalej nie znaczy, że Cię nie rozumiem. Myślę, że rozumiem Cię tym
                                                    bardziej i mogę pomóc Ci złapać podejście, dystans, metodę, czyli to, co
                                                    zawsze, moja Mała:). I co Ci mogę na stówę powiedzieć: łap kontakt z autkiem,
                                                    pracuj nad wyczuciem, bo z chwilą, gdy je poczujesz, wszelkie manewry nie będą
                                                    jakąś niewyobrażalną łamigłówką, będą do tego autka należały na zasadzie, że
                                                    ono tak może:) i pewnie nie zaczną od razu wychodzić, ale staną się czymś
                                                    naturalnym. Zaprzyjaźnij się z nim:). I walcz, bo podejście bardzo dużo daje,
                                                    pracuj i nie łam się, a w końcu się uda. Zobaczysz, jak za pierwszym razem
                                                    wychodzi to nie wierzysz, że wyszło, czysty przypadek, ale potem wychodzi za
                                                    drugim trzecim, super uczucie i satysfakcja, przełamałam swoje niedociągnięcie,
                                                    spoko, spoko, driver ze mnie:p. A im bardziej nie idzie, tym potem fajniej:).
                                                    Dlatego nie wymiękaj i nie daj mi się tam, słyszysz??? Bo warto powalczyć,
                                                    warto od cholery w to prawko wpakować, warto nawet parę rzeczy pozawalać, tak,
                                                    dla jednego dobrze przejechanego łuku, albo parkowania wykonanego, jak
                                                    przystała na Małą Romantyczkę! Co mi pomogło, to uświadomienie sobie, że Mistrz
                                                    czyta ze mnie, jak z otwartej książki, wszelkie moje zagrywki i próby leserstwa
                                                    zostają natychmiast zdemaskowane i wyszydzone, w bardzo sympatyczny sposób
                                                    zresztą, on w tym fachu siedzi dłużej, niż ja za kółkiem, nie przechytrzę go:).
                                                    Cholera, czuję się jak małż bez skorupki;p.
                                                    Mój pierwszy raz?;p stracę w poniedziałek, ja przepraszam, ale to bardzo
                                                    osobiste przeżycie, zastrzegam sobie możliwość nierelacjonowania:P, czyt. jak
                                                    się nie przyznam tzn. że uwaliłam na głupocie... swojej własnej zresztą. Oki,
                                                    koniec, jutro do budy, trochę wkuwania mnie czeka:)
                                                    Trzymaj się i nie wymiękać mi tu!!!! :)
                                                  • Gość: :( Re: cd IP: 195.116.125.* 24.02.07, 13:32
                                                    Spokojna głowa nie wymiękam, za daleko zaszłam (choć jeszcze niedaleko
                                                    zajechałam), za bardzo się zaangażowałam i za dobrze mi tu na forum by je tak po
                                                    prostu opuszczać. Z autkiem próbujemy się dogadać (i czasem, choć rzadkooooo,
                                                    nawet wychodzi), z instruktorem nie próbujemy w oógle (nikomu już na tym nie
                                                    zależy), ale z jeszcze jedną rzeczą nie potrafię się dogadać w ogóle... z samą
                                                    sobą, to już nie emocjonalna huśtawka ale totalny zastój psychiczny i umysłowy
                                                    na dordze. Wiele pracy wlożylam w to, żeby w aucie rozluzować się fizycznie
                                                    (czyt. nie trzymać się kierownicy jak koła ratunkowego, z wyczuciem traktować
                                                    pedały itd) ale kompletnie nie potrafię rozluzować się psychicznie, wsiadam do
                                                    auta i mam zastój, nie myślę (baa co więcej ja się nawet boję myśleć), patrzę
                                                    ale tak na prawdę nie widzę, czasem przewiduje, reaguje błyskawicznie, czasem
                                                    już nie, no i jestem totalnie niezdecydowana dzięki czemu po prostu zastygam w
                                                    bezruchu i albo decyzję podejmuje w ostatniej chwili dzięki czemu potrafie
                                                    zaskoczyć nawet swojego instruktora swoim działaniem, albo nie decyduje w ogóle
                                                    co wcale lepsze nie jest... a na to masz jakiś sposób???:D
                                                    /co do egzaminu to pozstawiam Ci pełne prawo do decyzji relacjonowania bądź nie,
                                                    kciuki będę trzymać, ja w Ciebie wierzę, Mistrz w Ciebie wierzy, więc teraz nie
                                                    pozostaje nic innego jak przekonać do tego egzaminatora niech on też uwierzy, że
                                                    potrafisz jeździć :) A pamietaj, że nie ma lepszego sposobu na przekonanie
                                                    innego jak samemu uwierzyć w prawdę do której się hcce kogoś przekonać:D, tylko
                                                    błagam, jakby co, nie zaczynaj od "a mówiłam...." .

                                                    A ja tymczasem karmię moją wiarę powrotami do korzeni i :
                                                    "z wiarą w następny zakręt drogi,
                                                    co znów okaże się nie ten,
                                                    w tajne przymierze z Panem Bogiem,
                                                    naszego trudu jakiś sens..." bo sens jest prawda?
                                                  • Gość: :( Re: cd IP: 195.116.125.* 24.02.07, 18:38
                                                    Wiesz co Linio Frontu... doszłam dziś do zadziwiającego wniosku - ja naprawdę
                                                    współczuje mojemu instruktorowi, że on musi ze mną jeździć!! Dochodzę do
                                                    wniosku, że ja przy kimś takim w końcu bym straciłą chyba cierpliwośc i pewnego
                                                    dnia samą siebie wysadziła bym na środku skrzyżowania, jeździć ze mną to po
                                                    prostu sport ekstremalny, nigdy nic nie wiadomo, ja to po nim czasem widzę:
                                                    zastyga z dziwnym wzrokiem wpatrzonym w jezdnię, wyraz niepewności na twarzy,
                                                    mina w rodzaju: "Boże co tym razem" albo "Hmm nagle sobie przypomniała jak
                                                    używać tego i owego, znaczy zaraz wywinie inny numer" i najczęsciej wywijam,
                                                    moja nieprzywidywalność i totalny brak przewidywania, wnioskowania, kurcze no...
                                                    sama nie wiem. Po raz pierwszy dziś po jeździe stwierdzilam, że wszystkie
                                                    zarzuty jakie wobec mnie padły podczas jazdy- byly zasadne, bez zbytniego
                                                    krytykanctwa, po prostu sama smutna prawda:/ cholera strasznie jestem
                                                    niepozbierana jakaś, myślenie zostawiam poza autem, w pracy też mi ostatnio
                                                    szwankuje więc nei wiem gdzie ja je zostawiłam, ucz się Linio Frontu ucz bo jak
                                                    się koćńzy szkołę to już tylko regres intelektualny i nic więcej:/ Dobra dobra
                                                    wiem, znowu się glupio tłumaczę:D
                                                  • linia.frontu Re: cd 25.02.07, 17:53
                                                    No, to wiesz, co myślałam odn. do swojego i skąd moja obecność w tym wątku, ale
                                                    chyba jednak lubi sporty ekstremalne, ciekawe, czy egzaminator też... Dezercja
                                                    ze studiów i myk, na forum, przestudiować za co oblewają:). Co do autka:
                                                    myślenie, przewidywanie, obserwacja, wyobraźnia, zdecydowanie, szybka reakcja -
                                                    podstawy, które można wytrenować. Jak? Chyba musiałabym stworzyć serię
                                                    teoretycznych wykładów, prób metodologicznych w oparciu o konkretne sytuacje na
                                                    drodze, bo to jest właśnie to, czego uczy Cię Instruktor: przełożenie teorii na
                                                    praktykę, i nie żałuj go, bo, wybacz, ma to, na co sobie zapracował. Myślę, że
                                                    jesteś rozkojarzona i nie masz podzielnej uwagi, czyli to, z czym też musiałam
                                                    się zmierzyć. Sposób? Max koncentracji. Musiałam przealternować (od
                                                    alternatora:) sposób myślenia oparty na badaniu zjawisk (aha, jak tekst
                                                    literacki) na myślenie oparte na przewidywaniu i reakcji, myślenie "dwa kroki
                                                    naprzód". Np. zawracając, patrzę, w co się wpakuję przed rozpoczęciem manewru,
                                                    aha, pamiętać o polu wyłączonym z ruchu (w paseczki:), "skrajny pas" to
                                                    zatoczka, więc tam nie pikuję, "zaparkowane" autka - ominąć, dwa koła na
                                                    jezdni - z kierunkiem; ale to jest już coś, co wiem, jeden rzut oka, podstawa,
                                                    reszta to te sytuacje "niestałe", przewidywanie, co kombinują inni etc., z
                                                    którymi związany jest pewien szereg postaw, muszę trafnie ocenić i ustosunkować
                                                    się do tego. Kurcze, nie wiem, czy Ci to pomoże. Problemy zostawiam w
                                                    domu/pracy/na studiach/gdziekolwiek. I nie analizuję tego, co mówi Mistrz tak,
                                                    jak analizuję, załóżmy, Mickiewicza, nagrywam go sobie w głowie i rozkładam na
                                                    czynniki pierwsze przy innych okazjach; w autku: wnioskuję, reaguję i pamiętam.
                                                    Rzetelna krytyka jest cenniejsza od najlepszej pochwały: analizujesz zarzut i
                                                    możesz go zweryfikować, skorygować błąd. Ale, moim zdaniem, nie tylko krytyka -
                                                    jak coś zrobisz dobrze, powinien Ci przysłodzić, pochwalić, to genialnie
                                                    motywuje:). To jak z kiepskim uczniem - za trójkową pracę walisz mu czwórkę i
                                                    dzieciak dostaje skrzydełek, chce mu się starać, bo widzi efekty swojej pracy.
                                                    A większość z nas to jeszcze dzieciaki.
                                                    Pykniesz mi swojego maila na "mój gazetowy"? Następny tydzień mam zawalony, i
                                                    gitara, nareszcie problemy, z którymi mogę się zmierzyć:), parę zarwanych
                                                    nocek, pełne obroty, ale na razie jeszcze celebracja egzaminu:), potem nie
                                                    będzie czasu na doły i dlatego spoko. A, zapomniałam, lepiej mi się jeździło,
                                                    jak miałam 10 rzeczy do zapięcia na ostatni guzik, żeby się wyrwać na jazdy, 10
                                                    tys. ważnych spraw i nie koncentrowałam się wyłącznie na jazdach, tylko
                                                    starałam się na nie wyrobić:). Ale na razie mogę się jeszcze pobać,
                                                    postresować, pocotylkochcę. Nie no, drelicha jest, ale i tak już nic nie
                                                    wymyślę, nic z tym nie zrobię, i sorry, są ważniejsze sprawy:). Tak naprawdę to
                                                    się zacznę bać jutro:). Bójcie się, Warszawiacy, nadjeżdżam! Będzie się
                                                    działo.:P
                                                  • linia.frontu Re: cd 25.02.07, 17:57
                                                    Co nie przeszkadza mi od dwóch dni produkować w głowie sytuacje na drodze,
                                                    rozkminiać i zastanawiać się: a co, jak nie wrzucę na luz, a co jak cośtam, a
                                                    co jak... :)
                                                  • Gość: :( Re: cd IP: 195.116.125.* 25.02.07, 20:10
                                                    Maila posłałam, mam nadzieję, że doszedł. Z tym dzieciakiem co jest w każdym nas
                                                    trafiłaś bezbłędnie, ja się w aucie czuje własnie jak ten dzieciak i to na
                                                    równych płaszcyznach. Bo po pierwsze czuję się, jak dziecko, któremu dali
                                                    polizać lizaka a potem zabrali twierdząc, że go nie dostanie dopóki nie zacznie
                                                    CHCIEĆ się lepiej zachowywać:/ Bo choć nie traktuje auta jak zabawki to jednak
                                                    nie potrafię się pozbyć prawdziwego entuzjamzu tak bardzo podobnego d otego,
                                                    ktore ma dziecko dostajac nową zabawkę. "Dorosość jak początek umierania..."
                                                    skoro przychodzi mi ukrywac na jazdach mój entuzjazm, ukrywać uczucia,
                                                    watpliwości, wszystko, dusić w sobie nawet chęc roześmiania się (tak tak doszlam
                                                    - szkdoa, że dopiero teraz- do tego, że teksty mojego JWPKIN mnie nawet czasem
                                                    śmieszą). I jak dziecko potrzebuję czasem głupiej pochwaly, bo choć na początku
                                                    dawałam sobie radę samochwaleniem sie w myślach za wszelkie małe uczynione na
                                                    drodze postępu w kierowaniu kroczki, tak w końcu to przestalo mi wystarczać.
                                                    Będę jutro trzymała kciuki i ciepło o Tobie myślała (oby się Tobie czkwaką nie
                                                    odbiło bo aż takich ekstremów to egzaminator może nei lubieć;). A co do sportów
                                                    ekstremalnych, to nasi instruktorzy to jedno, ale my to chyba to uwielbiamy co?
                                                    Nie dość dużo wyzwań? Zawsze się coś znajdzie:)
                                                  • linia.frontu Jakoś tak tu łyso bez wątku żałosnego... 08.06.07, 19:06
                                                    Który nota bene mobilizował do myślenia o p r a w k u.
                                                    No i jeździłam jakiś czas temu po łuku i nawet wychodziło i nawet słupki na
                                                    kopercie były ustawione węziej, o czym instruktor przebiegle poinformował mnie
                                                    dopiero po fakcie, bo gdyby uczynił to wcześniej, to bym w nie zaczęła
                                                    notorycznie walić, znając życie.
                                                    Po drugim podejściu, podczas którego Pan Egzaminator zrównał mnie z ziemią...
                                                    to ja się cholera boję. Wsiadam do samochodu i zaczynam myśleć o tym, jak
                                                    podczas egzaminu skręcałam w lewo, wyjeżdżałam z podporządkowanej. No przecież,
                                                    że to umiem, miliardy razy wykonywałam te manewry dobrze. Tylko wsiadam i mnie
                                                    przerażenie ciężkie ogarnia i już mi się nie chce. Dobrze byłoby pojeździć ze
                                                    świeżym instruktorem, który mnie nie zna, który się nie niecierpliwi, który nie
                                                    wyładowywuje na mnie swoich flustracji związanych z faktem, że czegośtam nie
                                                    zauważa w tym moim jeżdżeniu. A tak to mi się nawet nie chcę, jak wiem, że się
                                                    nasłucham. To nie motywuje.
                                                    Czasami odnosiłam wrażenie, że wcale nie jeżdżę tak tragicznie.
                                                    Gościu, jesteś tu jeszcze?
                                                  • Gość: jestem... Re: Jakoś tak tu łyso bez wątku żałosnego... IP: 80.54.170.* 08.06.07, 23:42
                                                    Jestem jestem, już mniej anonimowa, łatwiejsza do wytropienia i namierzenia,
                                                    osądzenia....ale co tam, wiąż żałośnie trzymająca się tego forum jak ostatniej
                                                    deski ratunki i wyczekująca choćby mgnienia zrozumienia i upewnienia, że nie
                                                    warto było żałować... I neiraz sama chciałam przywołać ten wątek w trudno
                                                    wytłumaczalnym celu i jeszcze więcej razy panicznie bałam się, że wyciągniesz
                                                    ten wątek z otchłani i przywołasz;)

                                                    No właśnie jednego czego nei będę żałować już nigdy w życiu - to tej jednej
                                                    decyzji - tej najbardziej spontanicznej, najmniej przemyslanej, podjętej w
                                                    przyplywie chwili, nie zaplanowanej decyzji, po której wykonałam telefon by
                                                    niecały miesiąc później wsiąść poraz pierwszy w żyiu do auta i zakochać się w
                                                    tych mechanizmach na zabój i zupełnie bez wzajemności ale i bez możliwości
                                                    ukrycia przed kimkolwiek, że już bez tego nie będę mogła żyć....
                                                    I chociaż czas biegnie, problemy zmieniają się jak w kalejdoskopie to kolejna
                                                    rzecz, dla odmiany której będę żałować.... jeszcze chyba długo, niewyleczalnie,
                                                    niczym kość tkwiąca w gardle... to decyzje, któych nie podjęłam, działań których
                                                    nie zrealizowałam (choć w myślach przećwiczyłam i przetrawiłam je na tysiąc
                                                    sposobów po tysiąc razy za każdym razem...)...to fakt, że ta setka wątków, te
                                                    powtarzane mi przez znajomych "zrób to", te prorocze słowa "zobaczysz, że
                                                    obudzisz się po 30 h nic nie umiejąc" i wiele innych.... że to wszystko nie
                                                    zusiło mnie do działania - tego już na zawsze chyba będę żałować rozpamiętując,
                                                    cierpnąć na samą myśl i katując się tą myślą jak przekręcanym w sercu cierniem...
                                                    Żałuję tej jednej nie podjętej decyzji i boję się, że już niedługo przyjdzie mi
                                                    żałować innej decyzji, dla odmiany już podjętej, do której dążę i przed którą
                                                    nie ucieknę, boję się, że będę żałować....strach na prawdę potrafi zniewalać:/

                                                    linia.frontu napisała:
                                                    > Po drugim podejściu, podczas którego Pan Egzaminator zrównał mnie z ziemią...
                                                    > to ja się cholera boję.

                                                    Znam ten strach i nie mam zielonego pojęcia jak sobie z nim poradzić, nie znam
                                                    recepty - gdybym znała- już byś ją miała. Wszystkie rady typu: "wyluzuj", "bądź
                                                    spokojna" można sobie utopić w ki.blu - taka jest ich wartośc gdy już wkraczamy
                                                    w bramy WORDu.... ale wiem też, że kiedy pozbędziemy się strachu.....to mało
                                                    jest rzeczy, które mogą nas powstrzymać... to dlatego tamtego dnia tak po prostu
                                                    wyszło, wlasnie przez ten trudno wytłumaczalny spokój, brak strachu,
                                                    domniemywania, rojenia sobie w głowie jak bardzo będzie źle, bez tego typowego
                                                    dla mnie strachu przed każdą decyzją, bez tego "ja się tutaj nie zmieszczę", bez
                                                    zastanawiania..... może to jest sposób - gdy strach jak u mnie osiągnie
                                                    niewyobrażalne rozmiary, kiedy kolejna bezsenna noc nie pozwoli normalnie
                                                    myśleć, kiedy reminiscencja tego wszystkiego co bylo nie pozwala myśleć
                                                    racjonalnie.... u mnie to wszystko się skumulowało i po prostu spaliło własnym
                                                    płomieniem, a potem pozostał już tylko nic nie znaczący pył.... i stąd pewnie
                                                    ten mój dziwny spokój na dwa dni przed... nawet stres ma swoją granicę...A kiedy
                                                    już ją przekroczy i kiedy już sobie uświadomisz, że ten człowiek obok tak
                                                    naprawdę nic Ci nie może zrobić - co najwyżej pozbawić kilkunastu złotych,
                                                    zabrać kolejne dwa miesiące z życia by spędzić je na czekaniu, rzucić ochłapami
                                                    słów mającymi zmieszać Cię z błotem i mającymi dać Ci do zrozumienia, że na
                                                    prawko nie masz co liczyć....to pomimo tego, tak na prawdę NIC nie może Ci
                                                    zrobić... nie może Cię zniszczyć tak jak moze to zrobić ktoś znajomy, nie może
                                                    zachwiać Twoim pcozuciem wartości bo nie na takim przypadkowym spotkaniu z obcym
                                                    nic nie znaczącym kimś - nie na tym jest ono budowane, bo jest on tylko epizodem
                                                    (takim, który sie pamieta), ale jednak epizodem tego naszego zycia.... i niech
                                                    sobie nas miesza z błotem, bo poza własną chorą satysfakcją NIC nam nie może
                                                    zrobić...

                                                    > Wsiadam do samochodu i zaczynam myśleć o tym, jak
                                                    > podczas egzaminu skręcałam w lewo, wyjeżdżałam z podporządkowanej. No przecież,
                                                    > że to umiem, miliardy razy wykonywałam te manewry dobrze. Tylko wsiadam i mnie
                                                    > przerażenie ciężkie ogarnia i już mi się nie chce.

                                                    Nie Ty pierwsza, nie Ty ostatnia... to dlatego jazda ze mną dla każdego zawsze
                                                    była jedną wielką niewiadomą (ze mną na czele) ...bo nawet w miejscu, które
                                                    przejżdzałam sto razy byłąm w stanie wykręcić najgorszą głupotę przy 101 razie,
                                                    tak jak na egzaminie, gdy na skrzyżowaniu, które znałam dobrze i do którego
                                                    dojeżdzając wiedziałam dokładnie gdzie mam jechać...to pomimo tego w jakimś
                                                    przebłysku...(nie wiem czego) chciałam wykonać piękny manewr wjechania pod prąd
                                                    <i pewnie bym sobie tego po egzaminie nie darowała> ale krótka i szybka ocena
                                                    sytuacji, rozrysowanych jak na dłoni linii i myślenia pomogła mi poprowadzić
                                                    auto tam, gdzie należy (tak, tak Panie JWPKN - nawet mnie zdarza się W OGÓLE
                                                    czasem MYŚLEĆ!!).

                                                    > Dobrze byłoby pojeździć ze
                                                    > świeżym instruktorem, który mnie nie zna, który się nie niecierpliwi, który nie
                                                    > wyładowywuje na mnie swoich flustracji związanych z faktem, że czegośtam nie
                                                    > zauważa w tym moim jeżdżeniu. A tak to mi się nawet nie chcę, jak wiem, że się
                                                    > nasłucham. To nie motywuje.

                                                    Zmiana zawsze pomaga - mnie pomoglo i zmiana auta i instruktora tuż przed
                                                    egzaminem. Bo ktoś nowy nie będzie się spodziewał wszystkiego co zle, bo przed
                                                    kimś innym trzeba się będzie bardziej postarać bo nei jest przyzwyczajony do
                                                    naszych wpadek, bo może nie zaakceptować naszego ciągłego narzekania, bo może
                                                    dać nam więcej do myślenia, bo może zarazić nas swoim spokojem, bo jego jedno
                                                    pochwalenie może zdziałać więcej niż niejedna słuszna bura od znajomego
                                                    instruktora.... ja bym optowała za takim małym eksperymentem - spróbować z kimś
                                                    innym (koniecznie nieznajomym!!)... i zobaczyć co będzie, może on da wiarę, na
                                                    której się zbuduje potem fundamenty...
                                                  • linia.frontu Re: Jakoś tak tu łyso bez wątku żałosnego... 08.06.07, 23:56
                                                    Gość portalu: jestem... napisał(a):

                                                    > Jestem jestem, już mniej anonimowa, łatwiejsza do wytropienia i namierzenia,
                                                    > osądzenia....

                                                    Obserwuję Cię już od dłuższego czasu i przez pewien czas nawet myślałam, że
                                                    mogę Cię przyporządkować do jakiejś tożsamości... gcyby nie... IP: 80.54.170.*

                                                    Jak Cię czytałam, IP: 80.54.170.*, to doszłam do wniosku, że musiałaś nieźle
                                                    ten wątek przestudiować, żeby tak się wstrzelić, ale w to, że to T Y, jednak
                                                    nie wierzę. Więc, Jestem, odpowiem jutro, jak się wyśpię:D
                                                  • linia.frontu Re: Jakoś tak tu łyso bez wątku żałosnego... 09.06.07, 00:00
                                                    Gość portalu: jestem... napisał(a):

                                                    > bo może dać nam więcej do myślenia, bo może zarazić nas swoim spokojem, bo
                                                    jego jedno pochwalenie może zdziałać więcej niż niejedna słuszna bura od
                                                    znajomego instruktora.... ja bym optowała za takim małym eksperymentem -
                                                    spróbować z kimś innym (koniecznie nieznajomym!!)... i zobaczyć co będzie, może
                                                    on da wiarę, na której się zbuduje potem fundamenty...

                                                    Oj, a jadnak niezbyt uważna ta lektura... :D
                                                  • linia.frontu Re: Jakoś tak tu łyso bez wątku żałosnego... 09.06.07, 11:50
                                                    Gość portalu: jestem... napisał(a):

                                                    > Jestem jestem, już mniej anonimowa, łatwiejsza do wytropienia i namierzenia,
                                                    > osądzenia....ale co tam, wiąż żałośnie trzymająca się tego forum jak ostatniej
                                                    > deski ratunki i wyczekująca choćby mgnienia zrozumienia i upewnienia, że nie
                                                    > warto było żałować...

                                                    Też tu jakoś ciągle wchodzę. W oczekiwaniu nie wiadomo na co, bo teraz już
                                                    nawet tutaj nie bardzo jest na co czekać.

                                                    > I neiraz sama chciałam przywołać ten wątek w trudno
                                                    > wytłumaczalnym celu i jeszcze więcej razy panicznie bałam się, że wyciągniesz
                                                    > ten wątek z otchłani i przywołasz;)

                                                    A ja go wspominam, jako coś jeszcze czystego i niezakłóconego, i mimo, iż wątek
                                                    nie szczyci się zbyt wygórowanym poziomem merytorycznym, to było miejsce, gdzie
                                                    naprawdę nikt nie wchodził. Zawsze mnie to zastanawiało.

                                                    > wsiąść poraz pierwszy w żyiu do auta i zakochać się w
                                                    > tych mechanizmach na zabój i zupełnie bez wzajemności ale i bez możliwości
                                                    > ukrycia przed kimkolwiek, że już bez tego nie będę mogła żyć....

                                                    Wiesz, jak ja patrzę na tę Linię Frontu z postów powyżej, pełną niezakłamanej
                                                    wiary i chyba troszeczkę apriorycznego uwielbienia w całą tę sprawę... łojezu,
                                                    ale ze mnie jelonek był:). Kiedyś to forum zaspakajało mój niedosyt prawka,
                                                    malutkiej, a teraz, kiedy już tego nie muszę, to prawko nabrało innego wymiaru,
                                                    jest chyba trochę mniej przerysowane. Jesnak jest:).

                                                    > żałować innej decyzji, dla odmiany już podjętej, do której dążę i przed którą
                                                    > nie ucieknę, boję się, że będę żałować....

                                                    Lepiej jest żałować raz podjętej decyzji, choćby najgłupszej, niż wciąż czekać
                                                    na dzień, który jeszcze nie nadszedł, będący poza tygodniem, poza miesiącem i
                                                    rokiem. I chyba Mareczek miał rację, że to teraz właśnie trzeba żyć mądrzej, o
                                                    wiele mądrzej, niż się żyło dotychczas.
                                                    W zasadzie na co czekać?

                                                    > nie może Cię zniszczyć tak jak moze to zrobić ktoś znajomy, nie może
                                                    > zachwiać Twoim pcozuciem wartości bo nie na takim przypadkowym spotkaniu z
                                                    > obcym nic nie znaczącym kimś - nie na tym jest ono budowane, bo jest on tylko
                                                    > epizodem

                                                    Z
                                                    > Nie Ty pierwsza, nie Ty ostatnia... to dlatego jazda ze mną dla każdego zawsze
                                                    > była jedną wielką niewiadomą (ze mną na czele) ...bo nawet w miejscu, które
                                                    > przejżdzałam sto razy byłąm w stanie wykręcić najgorszą głupotę przy 101
                                                    razie,
                                                    > tak jak na egzaminie, gdy na skrzyżowaniu, które znałam dobrze i do którego
                                                    > dojeżdzając wiedziałam dokładnie gdzie mam jechać...to pomimo tego w jakimś
                                                    > przebłysku...(nie wiem czego) chciałam wykonać piękny manewr wjechania pod
                                                    prąd
                                                    > <i pewnie bym sobie tego po egzaminie nie darowała> ale krótka i szybka
                                                    > ocena
                                                    > sytuacji, rozrysowanych jak na dłoni linii i myślenia pomogła mi poprowadzić
                                                    > auto tam, gdzie należy (tak, tak Panie JWPKN - nawet mnie zdarza się W OGÓLE
                                                    > czasem MYŚLEĆ!!).
                                                    >
                                                    > > Dobrze byłoby pojeździć ze
                                                    > > świeżym instruktorem, który mnie nie zna, który się nie niecierpliwi, któ
                                                    > ry nie
                                                    > > wyładowywuje na mnie swoich flustracji związanych z faktem, że czegośtam
                                                    > nie
                                                    > > zauważa w tym moim jeżdżeniu. A tak to mi się nawet nie chcę, jak wiem, ż
                                                    > e się
                                                    > > nasłucham. To nie motywuje.
                                                    >
                                                    > Zmiana zawsze pomaga - mnie pomoglo i zmiana auta i instruktora tuż przed
                                                    > egzaminem. Bo ktoś nowy nie będzie się spodziewał wszystkiego co zle, bo przed
                                                    > kimś innym trzeba się będzie bardziej postarać bo nei jest przyzwyczajony do
                                                    > naszych wpadek, bo może nie zaakceptować naszego ciągłego narzekania, bo może
                                                    > dać nam więcej do myślenia, bo może zarazić nas swoim spokojem, bo jego jedno
                                                    > pochwalenie może zdziałać więcej niż niejedna słuszna bura od znajomego
                                                    > instruktora.... ja bym optowała za takim małym eksperymentem - spróbować z
                                                    kimś
                                                    > innym (koniecznie nieznajomym!!)... i zobaczyć co będzie, może on da wiarę, na
                                                    > której się zbuduje potem fundamenty...