Dodaj do ulubionych

Katastrofa z opóźnionym zapłonem

11.04.21, 21:16
Kolejny dobry tekst od Kamila Slupieckiego:

Jedenaście lat temu wydarzyła się katastrofa, której konsekwencje odczuwamy do dziś. Wszyscy. I wszyscy odczuwają to wydarzenie bardzo traumatycznie. Myliłby sie jednak ten, że wszyscy tę traumę odczuwają jednakowo. Godnie i z powagą przeżywają tę katastrofę jedynie ci, którzy o niej milczą. Cała reszta, to wielki pokaz sztuczności, zakłamania i próby dorabiania realiów do z góry ustalonego scenariusza. Prawda jest też i taka, że owa katastrofa pociągnęła za sobą konsekwencje zgoła nieoczekiwane, za to najgorsze z możliwych. W pierwszych dniach po tragicznym locie prezydenckiego Tupolewa zdawało się, że naród się zjednoczy, bo przecież bolesne przeżycia zbliżają ludzi, którzy wcześniej gotowi byli skakać sobie do gardeł.
Żeby właściwie zrozumieć co się właściwie wydarzyło po katastrofie, potrzebowałem aż jedenastu lat. I przeżywania własnej traumy, obserwowania procesu zatracania kontaktu z rzeczywistością, procesu, w którym bardzo bliscy mi ludzie jeszcze żyją fizycznie, jednak ich świadomośc oraz psychiczna tożsamość odjeżdża w zupełnie inny wymiar. Jednak u obojga proces tego wyobcowania z realiów, tego odjeżdżania, postępuje zupełnie innymi drogami. Moja mama już od wielu lat zmaga się z chorobą Parkinsona. Po operacji stawu biodrowego pod koniec stycznia tego roku jest praktycznie przykuta do łóżka, zatem do wszystkich poprzednich dolegliwości - w tym choroby Parkinsona - doszła jeszcze szybko postępująca demencja. Z moim ojcem sytuacja jest gorsza, gdyż fizycznie (jak na swój wiek) jest sprawny. Problem polega jednak na tym, że wspólnie z mamą przeżyli ponad sześdziesiąt lat i teraz, patrząc na powolutku gasnącą towarzyszkę swego życia, odszedł w swój własny, wyimaginowany świat z objawami typowej psychozy maniakalno-depresyjnej. A po środku tego ludzkiego piekła jestem ja, bo przecież ktoś musi się nimi opiekować. Jestem i obserwuję, i wyciągam wnioski, i porównuję. I zaczynam rozumieć.
Dlaczego o tym piszę? Bo widzę analogie do dzisiejszego świata i dzisiejszej rzeczywistości. Tych realiów po katastrofie, która swoimi konsekwencjami zawładnęła polską rzeczywistością i trwa do teraz. Po 10 kwietnia 2010 roku w polskiej polityce uaktywniła się psychoza szczególnego nurtu i powiedzmy sobie od razu, że jest to nurt najobrzydliwszy z możliwych. To, że co niektórym głowa nawaliła, to jeszcze można zrozumieć. Poczucie winy, żal straconych szans, niemożność kontynuowania swoich politycznych ambicji, świadomość spadku wartości w oczach potencjalnych wyborczych naiwniaków, którymi łatwo sterować, itd. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że w przypadku minimum kilkunastu polityków z dzisiejszej elity rządzącej trauma wywołana katastrofą przybrała obraz psychicznych zaburzeń. Najczęściej głęboko skrywanych przez chowanie się głęboko za farmakologiczną tarczą ochronną, czasami poprzez nieobecność publiczną, tłumaczoną nad wyraz enigmatycznie (choć czytelnie) kłopotami ze zdrowiem. Niby nic nadzwyczajnego, spięcie w mózgu może przytrafić się każdemu, a jednak jest w tym pełna ohydy polityczna zmowa milczenia.
Spoglądając przez ostatnie lata na niektórych polityków, na ich postępowanie, na zachowanie się, na sposób wypowiadania się widzę to, na co patrzę od dwóch miesięcy, obserwując mentalną równię pochyłą moich kochanych rodziców. W bardzo wielu przypadkach dostrzegam nawet analogiczne formy gestykulacji. Nie ulega wątpliwości, że kilku polityków - z różnych politycznych świeczników - na swoje równie pochyłe wstąpiło na wiele lat przed wydarzeniami w Smoleńsku, jednak nie o to tu chodzi. A chodzi mianowicie o to, że takich ludzi należałoby trzymać zdala od jakichkolwiek wpływów politycznych. Jest bowiem tajemnicą poliszynela, że do takich świecznikowych postaci zawsze przykleja się cała chmara politycznych pijawek, w których interesie będzie to, by ich żywiciel jak najdłużej zachowywał swoje stanowisko, bo tylko w taki sposób te ludzkie miernoty mogą zaistnieć i trwać. Nawet sztucznie, ale takie persony należy za wszelką cenę utrzymywać przy życiu, bo inaczej klapa na całego.
Symptomatyczne w odniesieniu do obozu rządzącego jest natomiast to, że takiemu sztucznemu pompowaniu poddany jest nie tylko szef ugrupowania, ale również mierny i przeciętny były Prezydent, z którego na siłę robi się postać (nomen omen) pomnikową, wielką i wybitną, choć za życia zadowalał się rolą cienia i popychadła. Natomiast już nie symptomatyczne, a patologiczne jest utrzymywanie przy życiu mitów i schizofrenicznych bredni o samej katastrofie prezydenckiego samolotu. I nie ma sensu przytaczać tu kompromitującej sagi z jakiejś tam parlamentarnej komisji, przykładów braku profesjonalizmu, naginania rzeczywistości pod z góry ustalone pryncypia. Jest za to sens zastanowić się nad czymś innym. Bezpośrednio sama katastrofa spowodowała śmierć załogi i pasażerów, pośrednio powoduje powolną śmierć bardzo dużej liczby ludzi, których na pokładzie nie było. Nie jest to śmierć fizyczna - jest to zgon mentalny i osobowościowy. Powstanie psychicznych zombie, niczym pokłosie fizycznych mutantów jako skutek choroby popromiennej.
W tym kontekście nie dziwi mnie fakt, że polska polityka jest w takiej kondycji, w jakiej się obecnie znajduje. Amatorszczyzna, pochwała miernoty, nienawiść, populizm i wychwalanie przeciętności, a nade wszystko lizusostwo oraz wiernopoddańczość. Przede wszystkim wobec politycznych cwaniaków zza oceanu, którzy całym tym procesem sterują za pomocą kijka i marchewki. Polskie elity polityczne z niemalże wszystkich politycznych kanap z wdzięcznościa przyjmują niewolnicze kajdany narzucane przez USA, gdyż przykład obozu rządzącego daje nadzieję na to, że gdy tylko oni się dorwą do władzy, to im też się od pana i władcy coś niecoś dostanie. Prawda zaś jest taka, że pan i władca zza Atlantyku boki zrwya w szyderczym śmiechu, patrząc na ten kukiełkowy teatrzyk, który sam stworzył. Powstaje jednak problem, gdyż przez ten sarkastyczny śmiech coraz częściej zaczyna wyzierać złowieszczy pysk żądny rozpierduchy, wojny i krwi. Oczywiście nie swojej, tylko owych marionetek.
Katastrofa polskiego Tu-154 z oficjelami na pokładzie była bombą z opóźnionym zapłonem, była katalizatorem zmian. Mogły to być zmiany ku lepszej przyszłości, a stały się tym, co na codzień widzimy.
Kamil Stupecki,
Braterstwo Polsko-Rosyjskie
Obserwuj wątek
    • eva15 Re: Katastrofa z opóźnionym zapłonem 11.04.21, 22:18
      Wydaje mi się, że sytuacja nie jest aż tak tragiczna. Szaleństwo smoleńskie wymrze śmiercią naturalną wraz z niemłodymi już wyznawcami tej teorii spiskowej. Następne pokolenie PiSowców nie będzie już aż tak obłąkane, choć pewnie nadal będzie celebrować tych, co "padli pod Smoleńskiem". Ale to będzie celebra - light, bez emocji osób osobiście dotkniętych tą tragedią.
      • rosjaiswiat1 Re: Katastrofa z opóźnionym zapłonem 11.04.21, 22:38
        eva15 napisała:

        > Wydaje mi się, że sytuacja nie jest aż tak tragiczna. Szaleństwo smoleńskie wym
        > rze śmiercią naturalną wraz z niemłodymi już wyznawcami tej teorii spiskowej.

        Dla mnie wazniejszym w zallinkowanym tekscie byli slowa o tym, ze zostala zmarnowana szansa dla pojednania Polakow.

        > Następne pokolenie PiSowców nie będzie już aż tak obłąkane, choć pewnie nadal b
        > ędzie celebrować tych, co "padli pod Smoleńskiem". Ale to będzie celebra - li
        > ght, bez emocji osób osobiście dotkniętych tą tragedią.

        Nieatpliwie tak i bedzie.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka