heliamphora
24.02.08, 20:17
W popularnych pożal-się-Boże-poradnikach "jakie perfumy wybrać i jak ich używać" często spotykam się ze stwierdzenie, że zapachów należy używać mało, malutko, jak najmniej. Że lepiej niech otoczenie nie czuje niczego, niż miałoby czuć intensywny (nawet nie "zbyt intensywny", tylko bardzo wyrazisty) zapach, zwłaszcza jeśli perfumy są stereotypowo "wieczorowe". Przez długi czas było tak, że faktycznie przyswoiłam sobie obawę, że intensywnie pachnąc robiłabym wulgarne wrażenie i efekt był taki, że moich perfum nie czułam na sobie ani ja, ani otoczenie. Ale potem zdobyłam wykształcenie antropologiczne i przyszło mi do głowy, że jest w tych poradach wiele przesady spod znaku obowiązku "nieistnienia w przestrzenia zapachowej" zarówno ze swoim naturalnym zapachem, jak i z zapachem perfum. Najsilniej jest ta tendencja rozwinięta np. w Japonii, gdzie wiele perfum na miejscowy rynek pachnie tak, jakby wcale nie pachniały. Wiele zapachowej, higienicznej (i perfumowej) przesady można też spotkać w Stanach.
Ale wracając do moich zwyczajów perfumowych: zaczęłam swoich zapachów używać tyle, żeby było je wyraźnie czuć. Często zbieram komplementy że ładnie pachnę, a nikt mi jeszcze nie prychał ani nie zwracał uwagi że zapach pozbawia tchu otoczenie, choć często stosuję metodę dopępkową. I moje pytanie do Was: jak to jest - często spotykacie się z tym, że ktoś obok Was faktycznie "zlał się" perfumami w takim stopniu, że jest to uciążliwe dla otoczenia? Bo mam wrażenie, że czasem takie stwierdzenia dotyczą nie tego, że perfum użyto za dużo, tylko że sam zapach się nam nie podoba (tak jak mnie każda, nawet minimalna ilość Eternity przyprawia o mdłości...)