kobieta_z_wyspy
20.09.09, 17:05
Wracam z kolejnego obiadu u rodziców przyszłego męża.
Jak to zwykle w niedzielę, nasłuchałam się, jak ważny jest pieniądz
i jak bardzo należy gardzić przjezdnymi do wielkiego miasta.
Oboje z narzeczonym doszliśmy do tego samegu pułapuw karierze
zawodowej, każde innymi drogami. Jego rodzice mnie akceptują, nie w
tym problem. Jednak ich podejśćie do życia sprawia, że chyba stanę
się socjalistką. Te ich pytania retoryczne, jak można żyć nie mając
samochodu terenowego, willi na przedmieściach. To ich przekonanie,
że są jedyną grupą społeczną zasługującą na szacunek w tym kraju.
Mieszają w głowie dziecku brata narzeczonego, chłopiec ma 7 lat i
wysłuchuje, jak to świat dzieli się na panów i buraków. Dosłownie.
Z drugiej strony to właśnie ich cechuje totalny brak kultury, w
sytuacjach konfliktowych sięgają po argumenty typu, 'ten musi być ze
wsi', używają wulgarnych słów, pieniądze wydają na samochody,
ciuchy, perfumy, ogólnie 'pokazywanie się', nie korzystają z życia
kulturalnego (i to widać i słychać)
Jestem roaczarowana tą sytuacją, narzeczony jest inny (ufam, że się
nie zmieni), ale przecież będę w tej rodzinie, mój syn będzie
wnukiem bufonów, a czasami, i muszę to napisać, prostaków i chamów.
Nie urażają mnie osobiście, ale źle się czuję z tym co mówią, ten
brak szacunku do innych ludzi mnie przygniata, przeraża...
Wyrzuciłam sporo emocji.
Jak życjecie ze soimi rodzinami?