prawie.nowy
26.09.09, 04:32
A było tak: czas nie sprzyjał reprodukcji, moja sytuacja życiowa tym
bardziej. Ale mamusia mus miała hormonalny (prawie 30 l. wówczas),
więc sobie zaszła. Istotnie namawiałem ją na skrobankę -
bezskutecznie. No to założyłem tę rodzinę, i wszedłem w to bardzo
serio. Po dwóch latach mamuśka spie...ła do swojej mamuśki, a ja
zostałem z ręką w nocniku. Wbrew tym wiedźmom, w miarę możliwości -
bardziej czy mniej udatnie - starałem się być ojcem.
W tej chwili córka śpi za ścianą - przeniosła się na studia do
mojego miasta i nie musi płacić za wynajem lokum. Ale upierdliwa
jest okropnie - i może dobrze, bo dzisiaj pękł ten wrzód: palnęła mi
w kłótni - ni w pięć, ni w dziewięć - że chciałem ją wyskrobać. No
to odpaliłem spontanicznie, że ona jest "pro choise" - bo to
feministka jest podobno.
Uff, w zasadzie czuję ulgę. Cięższych armat przeciwko mnie juź nie
da się wytoczyć. Trochę mnie wkurza, że ja sam do tej pory starałem
się nie wyrażać o jej matce (a mógłbym), a mnie dupę obrabiano
równo - nie tylko w temacie wątku.
Jak mam z nią rozmawiać teraz?